Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
poniedziałek, 18 lipca 2011

Właśnie dobiegła końca pierwsza kolejka nowego sezonu drugiej Bundesligi. Jezu, jak ten czas szybko płynie...; jeszcze wczoraj obgryzałem paznokcie, by cud Favre'a się dokonał i pokonali ostatnią marę, te z Bochum, a już VfL szarpie się o kolejną szansę!

Faworyt jest jeden. Wiadomo, Eintracht Frankfurt. Wszyscy, dosłownie wszyscy stawiają na ich suwerenne zwycięstwo. Pierwszy mecz to potwierdził, ale i wlał nieco wątpliwości. W spotkaniu z zawsze groźnym Greuther Fürth równie dobrze mogli zostać ogoleni. Stało się inaczej lecz gra Eintrachtu jeszcze nie zaadoptowała się do fizycznej, ciężkiej orki drugoligowej.

Tuż za nimi skończyć powinno wspomniane VfL Bochum („nowym” jest Daniel Ginczek). Właściwie na tym powinienem zakończyć osobniczą analizę tego, co może się wydarzyć. Na szczęście to futbol. Najpiękniejsza z dyscyplin, trudny orzech do zgryzienia dla każdego znawcy, sympatyka, czy nawet weekendowego kibica. W końcu jest bez liku drużyn, które mają swoje ambicje. Chociażby wspomniany SpVgg Greuther Fürth; to prawda, stracili swoją gwiazdę (Nicolai Müller odmeldował się i zaktwoiczył w FSV Mainz), ale mają i swoje atuty (szaleni skrzydłowi;) Tyrała przesiedział całe zawody na ławce). MSV Dusiburg pewnie tym razem wolałby awans, czy chociażby baraże od finału DFB. Tu troszkę gorzej to wygląda. Duże straty; bardzo duże. Czy Emile Jula i Jiayi Shao z Energie Cottbus oraz rozbrykana ale zupełnie naga w doświadczenie młodzież dadzą radę? Pozostaje niewiadomą, przynajmniej jakiś czas jeszcze. Bez wątpienia warto przyglądać się Fortunie Düsseldorf ze znakomitym Lambertzem; ten klub zbyt tęskni za Bundesligą, by nie próbować poszerzyć grono drużyn z Nadrenii Północnej-Westfalii na najwyższym szczeblu. Napomknąłem przy okazji o Energie Cottbus. To wciąż solidna firma i choć nigdy nie pałałem do nich sympatią trzeba ich brać zupełnie serio (właśnie włączyli do kadry Kobylanskiego). Jest jeszcze spadkowicz z Hamburga. St. Pauli jest okaleczone, ale, co pokazał pierwszy mecz, duch w nich nie zaginął, będą kąsać; ciekawe, jak w drużynie odnajdzie się Sobiech... Również Union Berlin poczynił starania, by podciągnąć się w odniesieniu do poprzednich rozgrywek. Zupełnie nic nie jestem w stanie powiedzieć o SC Padebron 07 – tam zaszły tak szalone zmiany w kadrze, że jeszcze jakiś czas można się spodziewać karuzeli, kociokwiku, całkowitej nieprzewidywalności.

No i na koniec słów kilka o najprawdziwszych Vereinach, klubach nad klubami, które niegodziwie pałętają się w tak nieprzystającym do nich miejscu. Pierwszym liderem został Eintrach Braunschweig. Byłoby miło, gdyby już tak pozostało; wiadomo jednak, beniaminek trochę pohasa i zostanie brutalnie sprowadzony do poziomu do zlania. Karlsruher SC, ku mojej uciesze, oddało dwóch mega utalentowanych młodzików do BMG (Rupp i Zimmermann), więc też nie bardzo ma kima straszyć. Ale ich straty to jeszcze nic przy osłabieniu Alemannii Aechen (niemal cała linia pomocy wylądowała w Bundeslidze). I wreszcie, last but not least, Dynamo Dresden. Nowy stadion, fanatyczna publika (Jezu, ich mecz z St. Pauli musi zobaczyć każdy wariat piłkarski, musi!) i jednak dość słaby skład. Tym bardziej, że stracili swój mózg, Dani Schahin wrócił do Greuther Fürth, znowu robią mu się odciski na tyłku... (jest za to dwóch Czechów, Filip Trojan, pamięta go ktoś jeszcze?, i Pavel Fořt; od razu zrobiło się też głośno o tym klubie u naszych południowych sąsiadów; w końcu wybrać się na ich mecz z takich Teplic czy Dĕčína to jak z Katowic do Krakowa). TSV 1860 też będzie miało raczej zmartwienia z tym, co za nimi, jeśli za nimi cokolwiek będzie, niż przed...

Warto. Warto oglądać tę młóckę pozbawioną finezji, twardą, jak pięść Tysona, żelazną, a przy tym szybką. Przykładając jakąś miarę, to nieco wyższy poziom niż nasza ekstraskopana. I szalona. O! Tak! Bywa całkiem zwariowana, rzekłbym, kopnięta! No bo jak inaczej wytłumaczyć tego gola? Trzeba być trochę szurniętym, by zdecydować się na taką ekwilibrystykę. Gol roku w dzisiejszy poniedziałek? Kto wie. Spójrzcie. W akcji Sascha Rösler...

PS Znamienne tak dla pierwszej jak i drugiej Bundesligi – stawiają na młodzież, hurtowo, całymi tabunami! I do diabła, jeden ciekawszy piłkarsko od drugiego!

niedziela, 10 lipca 2011

Decyzja Manuela Neuera o przeprowadzce do Monachium wciąż wzbudza wiele emocji. Fani Schalke czują się zdradzeni, fani Bayernu nie mają zamiaru zaakceptować go i to bez względu na jego niezaprzeczalną pozycję jednego z najlepszych bramkarzy na świecie. Neuer nie był ani pierwszym, ani zapewne ostatnim, któremu oberwie się za przywdzianie barw znienawidzonego klubu. W Niemczech już przerabiano podobny przypadek. Bardzo podobno. Oto jak przyjęto w Dortmundzie Eike Immela, top ten bundesligowych bramkarzy w historii. W 1986 roku za rekordową na owe czasy (za golkipera) sumę 2 milionów marek przeszedł do VfB Stuttgart. Na trybunach było gorąco...



W życiu prywatnym Immel okazał się znacznie mniej sprawny. Choroba biodra, nieudane inwestycje, luksus, pożyczki, oszustwa finansowe... W 2007 roku oficjalnie, sądowo, ogłosił bankructwo! Skończyło się na udziale w idiotycznym programie wojując z australijską dżunglą i popową piosenką, co jest równie żenujące. Ale podobno wychodzi na prostą...

sobota, 09 lipca 2011

„W meczu finałowym o mistrzostwo świata niestety nasza drużyna uległa wyśmienitej reprezentacji Brazylii 0-9. Pech tak chciał i pozbawiona ducha fair play postawa rywali, którzy wystawili aż trzech graczy Gremio Porto Alegre i pary z Fluminense oraz Sao Paulo. U nas z duchem integracji każdy zawodnik w reprezentacji naszej wspaniałej wspólnoty pochodził z innego regionu [dawniej kraju – MK], był innego wyznania i miał inny kolor skóry, rozmiar buta i fryzurę. Na dodatek nie grały w drużynie Brazylii kobiety, geje, dzieci i starcy, emigranci, osły, konie, urzędnicy i niepełnosprawni, dopłaty i polska prezydencja. Karygodne!”.

To w co przepotwarza się Unia Europejska zaczyna coraz bardziej przyprawiać mnie o mdłości. Pomysł zrezygnowania z emblematów narodowych na rzecz tej przeklętej flagi w gwiazdki zakrawa na kpinę i intelektualne ubóstwo. Co to u diabła za integracja, w której odbiera się prawo do stanowienia o sobie? Integracja jako identyczność? Pfu, wysiadam i za przejazd nie zapłacę!

Do tej pory futbol był piękny bo polegał na rywalizacji. Bo my kontra oni, bo ci przeciwko im. Zawsze było się za kimś lub przeciwko komuś. To odwoływanie się do najprostszych, atawistycznych instynktów, dokładnie tych samych, które kiedyś decydowały o przetrwaniu jakiejś społeczności. Jest zogniskowana, mała, w formie pigułki; nie jest, nie powinna być, to sprawa życia i śmierci. Namiastka. Surogat. Oglądanie meczu dla samego oglądania meczu nigdy nie sprawiało mi przyjemności. A teraz wszyscy mają upodabniać się do siebie i cyrkować w śmiesznych strojach. Potem unifikacja barw, a resztę dopisałem powyżej. Integracja, według mnie, to jednoczenie ludzi nie idei! Jednoczenie czyli poznawanie, zbliżanie do siebie, pokazywanie w krzywym zwierciadle wszystkich uprzedzeń i stereotypów. Czy kiedykolwiek na spotkaniu integracyjnym musieliście miłować wszystko i wszystkich w imię jednej bezapelacyjnie bezbłędnej idei – nakazowi szefa? Nie! Poznajecie się, poznajecie swoje wady, zalety, zainteresowania, słabostki, cechy, charaktery... Kogoś polubicie bardziej, kogoś mniej, kogoś wcale, a do kogoś będziecie odnosić się z niechęcią (o tak, euroosły, takie uczucie istnieje!). Czy to takie dziwne i nienaturalne?

Żeby było jasne. Nacjonalizowanie tego tekstu jest głupotą. Właściwie to powinni zaprotestować mocno przede wszystkim ci, którzy kochają indywidualizm i wolność. Wybitny rosyjski filozof, Nikołaj Bieradiejew wyjaśnił chyba najtrafniej na czym polega wolność:

Wolność jest przede wszystkim prawem do nierówności. Równość jest przede wszystkim zamachem na wolność, jej ograniczeniem.

Nierówność oznacza tutaj prawo do być różnym, innym, odmiennym od drugiego człowieka. Ja chcę być inny od Angola, Francuza czy Rosjanina! Chcę się z nimi spotkać i dać się oczarować ich innością! Chcę się identyfikować ze swoimi koszulką klubową, regionu, reprezentacyjną, dostawać kolki z wydzierania gęby, podskakiwać jak dzieciak i robić się czerwony na gębie z emocji, a nie równomiernie machać flagą-miniaturką ubrany w jednolity strój z bandą innych głupków!

To zamach na wolność!

 

PS Wyniosłość tego absurdu przypomina mi sprawę Lauranta Blaca i jego postulat o przedyskutowanie kwestii migracji wychowanych we francuskich szkołach piłkarzy pochodzenia arabskiego i afrykańskiego do swych rdzennych federacji piłkarskich. Również potraktowano problem skretyniale. Sprowadzono go do koloru skóry i schowano w piwnicy. Przecież każdy, każdy!, kto miał odmienne zdanie mógł zrozumieć problem szkoleniowo, a nie rasowo. I mógł, chyba nawet skutecznie, próbować z nim polemizować. Ale nie, po co, skoro można obciąż głowę hydrze i udawać, że jest po sprawie; że nigdy jej nie było. A mogło wyglądać to tak (wszystkie dane zmyślone na potrzeby wpisu):

  • Panie Blanc, prawda, aż 40% piłkarzy z grup, jakie Pan wymienił deklaruje grę w reprezentacjach innych niż Francja. Ale! Zaledwie 12% tych zawodników prezentuje poziom minimalnie wymagany do gry w reprezentacji Francji. A zatem, zamiast całkowitej segregacji szkolenia chłopców odmiennego kulturowego pochodzenia postuluję modyfikację systemu tak, by położyć większy nacisk na integrację i wpajanie wychowania patriotycznego. Można to osiągnąć poprzez koszarowanie grup młodzieżowych na dłuższe okresy czasu, filmy szkoleniowe akcentujące przywiązanie do państwa francuskiego, emanujących symbolikę, historią i wartościami naszego kraju, wreszcie zastosowaniem technik motywacyjnych i manipulacyjnych, naturalnie na poziomie akceptowalnym społecznie.

 I dyskusja mogła rozwinąć się, wreszcie przyjąć jakiś konsensus.

Podobne zagadnienie, wcale mnie to nie zdziwi, może np. Pojawić się w Niemczech, jeśli tylko piłkarze pochodzenia tureckiego i polskiego nagle masowo świadomie rezygnować będą z gry dla naszych zachodnich sąsiadów...

Tagi: inne
18:37, marll80
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 lipca 2011

Czasami pragnienie osiągnięcia sukcesu bywa tak wielka, że odwołujemy się do najpierwszych, czasem wręcz śmiesznych, instynktów. Tak, jak sukcesem może być uniknięcie porażki, również pierwotna natura może oznaczać coś innego niż waleczność, zawziętość, upór…

Piątego listopada 1920 roku graczom Polonii Karb tak bardzo zależało na korzystnym wyniku w Radzionkowie z miejscowym Ruchem, że po stracie drugiego gola sami postanowili go unieważnić, a gdy sędzia Paweł Szijer nie chciał odstąpić gracze z Karbu grożąc zejściem z boiska dopięli wreszcie swego przekonując i rywali i arbitra, że przecież był spalony i wszyscy go widzieli;) Terror, tak dziennikarz określił „taktykę” Polonii Karb…

Inną metodę zastosowali piłkarze Walki Makoszowy. Przegrywając do przerwy na własnym boisku z Jednością Bielszowice, jak zrelacjonował sędzia Jan Suchan, doszło do tego, że „Wolność” zaczęła wygrażać przeciwnikom, że jak im nie ustąpią to nie wrócą zdrowo do domów, wobec czego przestraszeni gracze „Jastrzębia” bali się bardzo sprzeciwiać i stracili aż 3 bramki. Nie odbyło się bez popychań z tyłu i wygrażań.

Folklor początków piłki nożnej na Górnym Śląsku. Dość częsty, choć zdarzało się, że rywal nie pękał, wtedy dochodziło do zwykłej bijatyki... Dziś z rzadka można takie oryginały zobaczyć w najniższych z możliwych klas rozgrywkowych, ale już w podwórkowych zawodach całkiem często. Obrażanie się to jedna z fajniejszych metod wywierania presji na przeciwniku; musi to być jednak kumpel z bloku obok, nie daj Boże goguś z innej dzielnicy. Gry dzielnicowe, takie szczeniackie, wiecie, to zdecydowanie to drugie rozwiązanie. Zastraszanie, kumple wokół boiska, jakieś rozpalone ognisko, jakieś wielkie psiska, wymachiwanie pięściami, popychanie, wiązanki, kosy, butelki, legitymowanie… spokojnie, jeszcze tylko kilka minut, wytrzymamy. Za tydzień oni przyjeżdżają do nas, wtedy się odegramy… Nic dziwnego, że wysokie porażki „u nich” i wysokie zwycięstwa „u nas” to w takich meczach norma ;)



poniedziałek, 04 lipca 2011

Trzydzieści tysięcy widzów na sparingu? Ze zbieraniną anonimowych ledwocograjków? W Moguncji było tak w niedzielne popołudnie. Z tej pokaźnej liczby aż 2/3 pielgrzymowało na stadion specjalną trasą, trasą z jednej areny, małej, zapyziałej, nieprzystającej do żadnej bundesligowej statystyki no nowiutki cacuszko, które tego dnia oddano do użytku.

Kto nie ma funkcjonalnego, w sam raz do potencjału kibicowskiego, obiektu nic nie znaczy w Niemczech i prędzej czy później wyląduje poza elitą. Wreszcie FSV Maisz przestanie być zakałą ligi o zdecydowanie najniższej frekwencji.

Popatrzcie na to zgrabne cudeńko. Pojemność na 31 905 widzów:

A teraz pora ponarzekać.

U nas, na Górnym Śląsku, realizuje/planuje się między innymi takie inwestycje stadionowe:

Piast: 10 tys., cena 55 mln

Górnik: 32 tys., 200-350 mln

Ruch: 15 tys., 70 mln (przebudowa)

GSK: 18 tys., 120 mln (przebudowa)

Same areny, najczęściej proste w konstrukcji, małe, brzydkie i tylko po to, by pozamykać gęby. Oczywiście, można powiedzieć, że jednak szklanka jest w połowie pełna; faktycznie, porównując wymienione wyżej projekty z gruzowiskami, na których rozgrywane są mecze, odciska się w umyśle wrażenie wrażenia. I tyle.

A jak to zrobiono w Moguncji i za ile? Zacznijmy od podmiotów zaangażowanych w budowę tego przeuroczego obiektu. Na dzień dobry pada mit, kto rozsiewa takie głupoty?, że stadion finansuje klub. Guzik prawda! W całej tej misternej i rzetelnie przygotowanej inwestycji uczestniczyło państwo niemieckie, miasto Moguncja, prywatny kapitał i wreszcie klub FSV 05. Poprawiłem się. Zamiast mówić o stadionie bezpieczniej używać określenia inwestycja. Jest ono bardziej prawdziwe, bo tylko durnie budują samą arenę piłkarską. Zatem pociągnę dalej o tej inwestycji. Całkowity koszt wyniósł 70 milionów euro. To przecież nie jest znowu aż tak dużo! Przy dzisiejszym kursie mowa o sumce rzędu 276,500,000. To mniej więcej tyle, ile planuje się wydać na stadion w Zabrzu. Pojemność też podobna, więc gdzie haczyk? Bo ta okrągła sumka obejmuje całą infrastrukturę, nie tylko trybuny, ale również sklepiki, kioski, kawiarenki i co tam, kto sobie jeszcze zażyczył. A, no i drogi dojazdowe. I trzeba było kupić działkę pod stadion. Sama arena kosztowała tylko 40 milionów (ok. 160 milionów złotych). Państwo dało 12,5 mln (fundusz infrastrukturalny, dotacje kapitałowe), miasto 7,5 mln (grunty i infrastruktura); 32,5 mln wyniosła pożyczka ze spółki zarządzania nieruchomościami (Grundstücksverwaltungsgesellschaft, w skrócie GVG); kapitał własny klubu FSV Mainz 05 wyniósł 7,5 mln… Czy naprawdę podobnego modelu nie można stworzyć u nas? 7,5 miliona wydane przez klub? Jezu, nawet pomijając różnice w kosztach, tylko przecież nie za jednym zamachem, można by uzbierać i w Katowicach, i w Zabrzu, i w Chorzowie, Bytomiu… „Przecież to bankruci!”… bla, bla, bla; kosztorys, plan, projekt, gwarancje publiczne i sponsorzy wyłożyliby odpowiednie sumki. Sprzedaż nazwy areny, powierzchnie reklamowych, gwarancje odpowiednich obiektów marketingowych, sklepów/usług, nadruków na biletach, informacji na telebimach, to i owo, a również prywatny kapitał zainteresowałby się całym projektem. Jak widać można. W Moguncji można, w dwa lata; niemal równo w dwa. Można, ale chyba nie u nas…

Klub z Moguncji będzie utrzymywał obiekt samodzielnie. Rocznie wyniesie ich to 3,3 mln euro. Przy zyskach nie będzie to żaden problem. Tylko na tym sparingu, gdy wejściówki, upraszczająco-uśredniająć, kosztowały około 7 euro (ceny od 15 do 5 euro) zysk wyniósł przeszło 200 tysięcy! Aha, jeśli chcieliby mimo wszystko przyoszczędzić, wystarczy spaść do drugiej ligi; tam koszty będą o ponad milion euro mniejsze…

I jeszcze jeden mit muszę obalić. Podobno miejsca stojące są passe i nigdzie ich już nie ma. To kolejna bzdura. Są. Na Coface-Arena całkiem sporo, blisko 14 tysięcy…

sobota, 02 lipca 2011

Trzeba mieć niezły tupet i całkiem sporo odwagi, żeby wykręcić taki numer. Jest rok 1940. połowa roku 1940. Dokładnie przełom czerwca i lipca. Mimo wojennej zawieruchy na Górnym Śląsku kopano piłkę w najlepsze, a okupant próbuje zreorganizować rozgrywki tak, by drużyny ze wschodnich kresów naszego regionu mogły włączyć się aktywnie w system piłkarskiej machiny. Towarzyszy temu ogromne zamieszanie; jedne rozgrywki mieszają się z drugimi, eliminacje do eliminacji i eliminacje do Gauligi trwają równolegle, w Gliwicach czekano na sygnał, czy już się utrzymali, czy jeszcze muszą rozegrać jakieś mecze; a jeśli muszą, to z kim?

Na pytanie z kim miały odpowiedzieć zawody w ramach Bezirkmeisterschaft. Ostoberschlesien (Bezirk 13). Startowało w nich wiele uznanych marek, tylko pod zniemczonymi nazwami. Ruch był SV Bismarkhütte, AKS Germanią, TuS Swientochlowitz to Śląsk Świętochłowice, wreszcie Naprzód Lipiny przemianowano na TuS Lipine. Tylko 1.FC Katowice pozostało przy swojej nazwie... Ruch, to znaczy BSV wcale nie był faworytem, przede wszystkim stracili Wilimowskiego, ale i Broma i jeszcze innych graczy. Najsolidniej prezentowała się druga chorzowska drużyna, Germania. No i legendarny 1.FC, który jeszcze w sierpniu 1939 roku grał w śląskiej B Klasie.

Chrapkę na awans miały i inne drużyny, z których dość niespodziewanie najpoważniejszy zamęt wywołała drużyna SV Czerwionka (funkcjonuje również pod nazwą TuS Bergknappen 1908 Czerwionka)*. Na dzień dobry ogrywa DSV Sturm Bielitz, TuS Janowa przede wszystkim sensacyjnie Germanię Königshütte! Remisuje w Cieszynie. Znajdują się w ścisłej ligowej czołówce. Wreszcie jedzie do Świętochłowic. Dostaje niezłe lanie (1-4), ale dopiero za pięć dni wybucha prawdziwa bomba (o ile można użyć takiego określenia w omawianym tu momencie historycznym). Okazuje się w tym całym wojennym zgiełku, hitlerowskiej okupacji, niepewności i takiego zwykłego, ludzkiego nie rzucania się w oczy, ktoś tam, w Czerwionce, postanowił wykręcić wszystkim niezły numer! Głupota, szaleństwo, chłodna kalkulacja, pazerność czy krętactwo? Motyw jest mniej istotny. W każdym razie w drużynie SV pogrywał sobie w najlepsze Edward Motyka! Właśnie takiej reakcji z Waszej strony się spodziewałem... I co z tego do jasnej cholery? - zapytacie. Nic, zupełnie nic, poza tym, że Edek był wtedy członkiem drużyny Reichsbahn Orzesche, ale na meczach zespołu z Czerwionki przeistaczał się w Aloisa Motykę i był członkiem drużyny SV! I miał na to papiery! Lewe papiery! Taki numer, i to w czasie wojny! Cyrk na kółkach. Jakby tego było mało, w Czerwionce lubili ostrą jazdę, więc w meczu z Bielskiem wystawili do składu jeszcze gracza Zimmera, który ledwo co został zdyskwalifikowany!

Naturalnie zespół z Czerwionki pozbawiono wszystkich punktów. Z trzeciego miejsca spadli na dwunaste, ostatnie. Już do końca rozgrywek nie wygrzebią się z dołów. A mógł być awans... Niestety nie wiem, jak cało to zdarzenie zakończyło się dla samych zainteresowanych.

 

* Mam pewne wątpliwości który, o ile w ogóle, był to zespół przedwojenny z Czerwionki. Być może chodzi o drużynę Strzelca Czerwionka, grającej w II lidze śląskiej.

piątek, 24 czerwca 2011

Polonia i Szombierki to dla górnośląskiej piłki magiczne nazwy. Słyszę te nazwy i pierwszymi skojarzeniami układam kolaż: walka, zaangażowanie, pasja, reprezentanci, sukcesy, mentalność, hardość, duma i ciągła, ciągła kanikuła pod górę. Nawet gdy zdobywały mistrzostwa nic nie było łatwe i układane pod ich wersję scenariusza. Zawsze znalazł się ktoś, komu przypasowywano królewską koronę, a co za tym idzie zabierano piłkarzy i należyte wsparcie bytomskim herosom... Dziś część Bytomia płacze, część się cieszy; a może tak naprawdę i jedni i drudzy odczuwają te zdwojone emocje? Polonia spadła z ekstraklasy przez moment skrzydełkami trzepocząc niepokojąco nad przepaścią w którą runęła Odra Wodzisław. Z dnia na dzień wydaje się, że jednak sytuację uda się opanować, ba, może nawet powalczyć o powrót do najwyższej klasy! Szombierki z kolei cieszyły się z awansu; cóż to jednak za osiągnięcia dla „Zielonych”, skoro mówimy zaledwie o piątej lidze...

Na chwilę zapomnienia zapraszam, na krótką reminiscencję, powrót do lat, gdy bytomskim chacharom dopiero marzyły się trofea, zaoceaniczne wojaże, europejskie puchary. Rzecz o pierwszych w historii derbach pomiędzy Polonią a Szombierkami. Czy faktycznie pierwszych? Przynajmniej według źródeł, do jakich dotarłem. Czy można mówić w kontekście tych zawodów w ogóle o lokalnej wojnie między dwoma zasłużonymi bytomskimi zespołami, tymi, które dziś oklaskujemy i za które trzymamy kciuki? Opinie są podzielone. Guru historii śląskiej piłki, Pan Gowarzewski, stanowczym cięciem oddzielił Polonię przedwojenną od tej powojennej, Szombierki przedwojenne od tych powojennych; nie trudno jednak znaleźć i obrońców kontynuacji historii z czasów plebiscytowych, sam posiadam stary, datowany gdzieś na koniec lat '70 początek '80, proporzec Polonii z wyszytą, dumnie wypinającą pierś, datą 1920...

Ale to nie miejsce, by rozstrzygać te kwestie.

Wróćmy do pierwszej gry pomiędzy klubami, czy się to komuś podoba, czy nie, które nosiły nazwy „Polonia” Bytom i „Poniatowski” Szombierki. Nie były to wbrew pozorom derby Bytomia. Szombierki stanowiły wówczas odrębny organizm (niemiecki Schomberg) i tak sobie dyndały na południu Bytomia do roku 1951, gdy ostatecznie znalazły się w obrębie tego miasta.

Spotkanie rozegrano 12 września 1920 roku, zapewne w Bytomiu, choć potwierdzenia nie znalazłem. Był wtedy jednak wielki, ogromny problem z boiskami, a to na ulicy Moltkiego w Bytomiu, choć nie idealne, kusiło drużyny nie tylko bytomskie. Można zatem zakładać z wielką dozą prawdopodobieństwa, że właśnie tam po raz pierwszy stanęły obie ekipy na przeciwko siebie*.

Faworytem była Polonia i ni tylko dlatego, że istniała o blisko 50 dni dłużej; nawet nie dlatego, że miała zaszczyt zainaugurować piłkarską rywalizację na Górnym Śląsku** – po prostu, uchodziła wówczas za lepszą drużynę, jednego z faworytów śląskich rozgrywek. Podkreślano siłę Polonii i w relacji prasowej. Tym większe zdumienie wywołał wynik końcowy. To Szombierki triumfowały, w efektownym zresztą stosunku 3:0! Skąpe sprawozdanie ryzuje obraz dość zdecydowanej przewagi Szombierek. Zespół ten dynamicznie rozgrywający piłkę w linii napadu (czy, jak zapisał dziennikarz, lepiej kombinuje) stworzył bardzo wiele okazji bramkowych i po prawdzie wynik mógł bardziej nadwątlić reputację Polonii.

W pierwszej połowie, prowadzonej pod dyktando Poniatowskiego padł tylko jeden gol. Strzelił go zawodnik... Polonii; był dziełem druha Tobolika, który sam przez nieuwagę, w zamieszaniu wpędził piłkę do swej bramki. Wpędził, bardzo podoba mi się to słowo; niby pokraczne ale ma swój urok; wpędził...:)

W drugiej odsłonie Polonia nieco się otrząsnęła starając się zagrażać bramce Szombierek. Nim jednak sama trafiła traci gola po uderzeniu środkowego napastnika Nowaka. Tak, Polonia uzyskała bramkę w tym spotkaniu; sędzia Kozik nie uznał jej jednak z powodu pozycji spalonej. Aha, żeby nie było; arbiter Kozik należał do klubu sportowego Polonia Bytom... Ostatni kwadrans to już bardzo wyrównana gra. Polonia jednak nie doczekała się honorowego gola; zamiast tego lewoskrzydłowy Fugler pokonuje w samej końcówce Fabjana, najlepszego w ekipie bytomskiej, i trzybramkowe zwycięstwo Szombierek stało się faktem.

Bardzo ciekawych rzeczy można było się dowiedzieć z podsumowania meczu. To, że wyróżniono lewego obrońcę Poniatowskiego, Kubika, świadczy tylko o dobrej grze lewego obrońcy Kubika. Pozostałe uwagi mają jednak swój smaczek:

Polonja” grała zanadto brutalnie: po niemiecku. Trzej gracze Szombierek zostali w ciągu gry poturbowani. To nie jest odosobniony przypadek. W pierwszych miesiącach istnienia Polonistów taki zarzut podnoszono nie raz. W ogóle gra chamska, brutalna, gra faul i nędzna kopanina to gra niemiecka. Przynajmniej dla ówczesnych reporterów. Co innego techniczna, piękna, kombinacyjna, tak, wiecie państwo, angielska, skandynawska...

Jeszcze jedna uwaga: bardzo niemiłe wrażenie robiło to, że niektórzy druhowie podczas gry pozwalali sobie na mówienie po niemiecku. To polskiemu sportowcowi zupełnie nie przystoi. To akurat chyba nie dziwi, raczej bawi (choć sam moment historycznie zupełnie pozbawiony rozrywkowości), w końcu trudno wykorzenić ustawą, przepisem, zakazem stare przyzwyczajenia...

I wreszcie słówko o miejscu, w którym rozegrano zawody: Boisko trzeba koniecznie zwalcować, bowiem gra w niedzielę była bardzo ciężka na błotnistym torze, o jacie, więc nie grano na trawie, równiutko przyciętej i odpowiednio zroszonej? Ciekawe jak panowie „piłkarze” z dzisiejszych czasów radziliby sobie na tych klepiskach, na których uczono się grać w piłkę, na których uczono się w ogóle przygotowywać mecze (ileż to historii, że nie było oznaczonych linii, zatkniętych chorągiewek, sędziów, a nawet bramek! A jak już udało się te ostatnie „skombinować” to nierzadko miały i po trzy metry wysokości!).

Tego, co by przyprawiło relację, czyli składów, naturalnie nie ma. Tylko wyjątkowe spotkania okraszano podaniem zestawień przynajmniej jednej z drużyn. Wymieniono zaledwie trzech graczy Szombierek i dwóch Polonii. Przejrzałem wszystkie numery „Sportowca”, które posiadam (dzięki Piotrze!), na ich podstawie zebrałem takie oto „kadry”*** obu drużyn z przełomu 1920-21 roku:

Polonia Bytom:
Bramkarze: Sobek, Fabjan, Badura II
Obrońcy: Tobilik, Kandora, Bonzol
Pomocnicy: Fucks, Osadnik, Bambinek
Napastnicy: Młynek, Pytlik, Szmatloch I, Szmatloch II, Badura I

Poniatowski Szombierki:
Bramkarze: Ćwielong, Kowol
Obrońcy: Kowal, Wybraniec, Goik, Kubik
Pomocnicy: Golarz, Belda, Jurczyk
Napastnicy: Moll, Nowak, Matusik, Czucik, Fugler

 

* Później w notach prasowych zamiast nazwy ul. Moltkiego zaczyna równie często pojawiać się zwrot, boisko za koszarami. Ktoś potwierdzi lub zdementuje, że jednak dotyczyło to tego samego miejsca?

** Pierwszy mecz piłkarski w dziejach polskiego Górnego Śląska rozegrała Polonia Bytom 2 lutego 1920 roku z Pogonią Katowice. Nie zachował się wynik tej historycznej potyczki.

*** Tak naprawdę zestawienia te pochodzą z dwóch gier, w których raczono podać składy Polonii i Szombierek. W przypadku Bytomian chodzi o spotkanie z KS Sosnowiec (5:3), w przypadku Szombierek o mecz w Klasie A ze Słupną Mysłowice (1-2), oba rozegrane już w 1921 roku.

**** Bodaj od początku 1921 grał dla Naprzodu Lipiny; całkiem możliwe, że jego przygoda z Szombierkami była niezwykle krótka. W drużynie Górnego Śląska grającej z Warszawą w bramce również zagrał Ćwielong, wówczas gracz Olimpii Chropaczów. Jeśli to ten sam zawodnik, to w Szombierkach spędził góra dwa miesiące.

środa, 22 czerwca 2011

Pod wpisem prezentującym zestawienie wyników piłkarskich górnośląskich drużyn (i na Górnym Śląsku) za rok 1920 pojawiły się dwa zapytania. Dziś zajmę się jednym z nich. Właściwie to podejmę rękawicę, bo sprawa wymaga dalszych badań, badań, które mogą zostać skazane na porażkę z powodu skąpej ilości źródeł z interesującego mnie okresu (a musicie mi wierzyć, skoro taki guru historii śląskiej piłki, jak Pan Gowarzewski wspomina o tym w swoich pracach).

 

Pytanie dotyczyło powiązania pomiędzy pierwszym rocznikiem górnośląskiej Klasy A, a rozegranymi spotkaniami obwodowymi. Było żadne..., to znaczy fundamentalne. Taką muszę dać na dzisiaj odpowiedź. Ale po kolei.

 

Informację, że wyłonienia Klasy A było logiczną konsekwencją rozgrywek obwodowych można znaleźć w książce „Piłka jest okrągła. 50 lat Piłkarstwa w Województwie Katowickim”; i właściwie tylko tam. Faktycznie trzyma się to kupy, ale tylko do pewnego momentu, potem wszystko zaczyna odpadać. Przeglądanie archiwalnych numerów bytomskiego „Sportowca” powoduje prawdziwy kociokwik, co i jakie miało znaczenie. Żadnych konkretnych informacji, przynajmniej w numerach, do których mam dostęp. A wyglądało to mniej więcej tak:

 

Na pierwszym zjeździe okręgu górnośląskiego postanowiono podzielić go na dwanaście obwodów: bytomski, gliwicki, katowicki, królewsko-hucki, lipiński, mysłowicki, opolski, pszczyński, raciborski, rybnicki, tarnogórski i zabrski. Świetnie. Rozpisano również rozgrywki okręgowe o nagrodę wędrowną, którą była figurka przedstawiająca piłkarza ze srebra, wystawiona jest w oknie p. Smoczka w Bytomiu, ul. Tarnogórska. Nagrodę, dla mistrza okręgu, ufundował Lwów.

 

Trudno jednak wywnioskować na podstawie tak lapidarnego zapisu, czy rozgrywki obwodowe miały stanowić eliminacje do finałowych zmagań o mistrzostwo okręgu właśnie. Wszystko popieprzyło się jeszcze bardziej, gdy… zaapelowano o konieczność skończenia meczy obwodowych do końca września. Górny Śląsk za wszelką cenę pragnął jak najszybciej dołączyć do innych regionów Polski i uczestniczyć w bataliach o prymat w kraju (autor faworyta upatrywał w drużynach Polonii Bytom i Naprzodu Lipiny). Mistrzostwa ogólnokrajowe zaplanowano na październik, najpóźniej listopad. Ale nic z tego ostatecznie nie wyszło. Udało się wyłonić triumfatorów zaledwie w Krakowie (KS Cracovia) oraz Poznaniu (Warta Poznań); w Warszawie i Lwowie rozgrywki storpedowały działania frontowe z bolszewikami, a w Łodzi w ogóle zaniechano zmagań sportowych. W „Sportowcu” nr 10 z 10 października ukazał się niezwykle ciekawy wywiad z sekretarzem PZPN dr Lustgartenem. Z treści wynika bowiem, że mistrzostwa okręgów Górnego Śląska, które rozegrano 19 września 1920 roku tak naprawdę rozstrzygały o tytule najlepszej drużyny w naszym regionie! Dla mnie szok, bo zawody reprezentacji okręgów (opisałem je tu) słowami pana Lustgartena okazały się meczami klubowymi! Przypomnę, że w niedokończonym finale (przerwał go zapadający zmrok) zmierzyły się okręgi lipiński i mysłowicki; tylko w przypadku tych drugich wspominano o kompletnym składzie drużyny Słupny Mysłowice, pozostali uczestnicy wystawiali składy kombinowane; co innego mówił jednak wspomniany członek PZPN: rozgrywki mistrzostw okręgowych (…) na ukończeniu są w okręgu górnośląskim (gdzie mają wynik »remis« Słupna i Naprzód z Lipin)! Zdębiałem…

 

Ale to nie wszystko; w obwodach grano w najlepsze, a dopiero gdzieś w listopadzie pojawiają się wskazówki, że zawody te mają charakter ligowy. Poza dotychczasowym grożeniem karami finansowymi za niestawienie się zespołu na mecz, ustanowiono także karę w postaci walkowera: Nie stawi się jeden z wyżej wymienionych klubów na boisku, natynczas jest gra dla niego przegraną, i liczy się przeciwnikowi dwie kropki

 

No i jeszcze, co nieco wątpliwości. Przyjmijmy, że faktycznie gry obwodowe stanowiły eliminacje do Klasy A i Klasy B; dziwić musi nierównomierny przydział miejsc. Okey, nawet jeśli za zespoły z obwodów, które albo nie grały w ogóle, albo sporadycznie (gliwicki, pszczyński, raciborski, opolski) dokooptowano brakujące z innych obwodów, to jakim kluczem? Klasę A tworzyły bowiem z bytomskiego jeden klub, z katowickiego cztery, mysłowickiego dwa, lipińskiego jeden, królewsko-huckiego trzy, rybnickiego jeden, tarnogórskiego jeden, zabrzańskiego dwa... Nie pojmuję tej asymetrii… Z katowickiego cztery, a zabrakło miejsca dla Polonii Bytom? Kluczem wydaje się słowo „przydzielono”. Przydzielono do Klasy A, przydzielono do Klasy B...

 

Żeby sprawę skomplikować, to rozgrywki Klasy A ruszyły, gdy grano jeszcze w obwodzie katowickim! Ale to żaden, absolutnie żaden argument, zważywszy, że regulamin rozgrywek Klasy A powstawał już po inauguracji!

 

Aby zamieszanie było pełniejsze jeszcze jeden fragment ze „Sportowca”. Już w lutym 1921 r. apelowano o rozpoczęcie nowego sezonu w grach obwodowych; gry o mistrza obwodu będą się toczyć o n a g r o d y, które zaofiarował Tygodnik ilustrowany „Sportowiec”. Ale dopiero ten zapis przyprawia o ból głowy: Wyklucza się z powyższych zawodów drużyny należące do klasy A – mogły reprezentować je wyłącznie drużyny rezerw. Czyli jednak były to eliminacje?

 

Doprawdy nie sposób mi z tym zapasem wiedzy odpowiedzieć jednoznacznie. Być może gry obwodowe stawały się nimi… Jestem w stanie przyjąć, że ich rozstrzygnięcia mogły mieć wpływ na owe osławione „przydzielanie”. Ale już w roku następny w Klasie A zagrało ledwie sześć drużyn, w tym jeden beniaminek. Na domiar wszystkiego kluby sportowe (nazywane towarzystwami) mogły dowolnie wypisywać się i zapisywać do wybranych obwodów, tak, że prezentowana w nr 1 „Sportowca” lista po pół roku przestała mieć jakiekolwiek znaczenie…

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Ufff, po wielu godzinach, poprawkach, wypitych kawach, mniejszych i większych problemach udało się wreszcie zaktualizować piłkarskie rozstrzygnięcia na Górnym Śląsku za rok 1920. Z przyczyn technicznych tworzą je elementy graficzne, wiem, nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie (kombinacja Ctrl+F staje się nieużyteczna jak Franek Smuda), nie powinno to jednak obniżać atrakcyjności.

Całość podzieliłem miesiącami; postarałem się również uzupełnić o informacje, z jakim rodzajem gry mamy doczynienia (towarzyski, czy oficjalne rozgrywki) i ewentualnymi uwagami (jeśli spotkanie nie zostało dokończone lub gdy na przykład któraś z drużyn zaczynała mecz w osłabieniu). Ruchem wyprzedzającym dodałem flagi państwowe. W tym konkretnym zestawieniu zrobiło się przez to bardzo biało-czerwono, za jednym wyjątkiem - sensacyjnym meczem francuskich oddziałów wojskowych, rozegranym w Bytomiu 30 grudnia. Ale na przyszłość umożliwi to szybką lokalizację gier z drużynami zagranicznymi; zwłaszcza bratobójczych pojedynków z niemieckim Górnym Śląskiem będzie co niemiara. Wyróżniłem również zawody reprezentacji Śląska oraz poszczególnych miast.

I najważniejsze - zestawienie nie ogranicza się tylko do Ruchu, Polonii, Naprzodu, Pogoni czy fantastycznej na owe czasy Słupny Mysłowice. Znajdziecie w nim także gry klubików o których niegdy wcześniej nie słyszeliście, kto wie, może i z Waszego miasta?

Za ogromną pomoc w przygotowaniu tego materiału pragnę podziękować Panu Piotrowi Grosowi. To dzięki niemu mogłem ślinić się nad bytomskim tygodnikiem "Sportowiec", z którego pochodzi lwia część prezentowanych rozstrzygnięć. Tak na marginesie, Pan Piotr wykonał kawał kapitalnej roboty przygotowując dokument szczegółowo opisujący rozgrywki w Klasie A sezonu 1920/21 - cacuszko:) Wielkie dzięki także dla Pana Artura Fortuny; to dzięki niemu nawiązałem współpracę z Panem Piotrem, no, a poza tym, różne informacje korygowałem ze stroną WikiPasy.

Aha, marzy mi się przygotowanie podobnych zestawień za wszystkie kolejne lata przedwojenne. A już całkowitym hitem (przynajmniej dla jednej osoby, mnie;)) byłoby uzupełnienie o piłkarskie spotkania z niemieckiego Gónego Śląska i, a co tam, czeskiego również. Na razie w swerze marzeń, ale kto wie...

sobota, 04 czerwca 2011

Gambrinus to całkiem dobre piwo, może nie tak jak Černý Kozel, czy Svijanský, ale w sam raz na upalne dni. Tak się złożyło, że czeskie ostatki miałem okazję oglądać na własne oczy. Praga. Trochę swobody. Egon Bondy. Nie mogłem sobie odmówić zawitania na któryś ze stadionów. Miałem do wyboru derby Slavia-Bohemians albo mecz Sparty z Hradcem Králové. Lubię Votroków, ale nie lubię Sparty. Przede wszystkim mam jednak słabość do „Zszywanych” i „Kangurów” nic więc dziwnego, że wybrałem właśnie te zawody. Ledwo jednak zamarzyłem sobie oglądanie derbów z sektora zielono-białych przyszło spore rozczarowanie – kara meczy bez widowni nałożona przez Czeski Związek Piłki Nożnej na Slavię obejmowało również to spotkanie. Wściekłość. Ale życie nie lubi próżni. Na stadionie Bohemky, legendarnym Ďolíčku, zorganizowano projekcję na telebimie. To jest coś! Zobaczyć ten niezwykły obiekt to jak obowiązek zwiedzenia najświętszych sakralnych miejsc dla pielgrzyma; a co dopiero, gdy obiekt tętni życiem...

Jakieś wieprzowe „U tří soudků” i smakowite Svijane do tego. Przez ulicę już kuszą uda stadionu. Delikatnie muskane przez wiatr zapraszały do bliższej znajomości. Betonowe ogrodzenie sugerujące niedostępność, a przecież odkrywające łono. Nie zdążyliśmy napchać pysków, gdy dosiadają się Krzychu oraz „chorzowski” i Adam. Te dwa ananasy, które odwiedziły Krzyśka w Pradze sypią anegdotami tak obficie, że właściwie jedzenie było niepotrzebne. Musielibyście to słyszeć, nie do powtórzenia! Historie, które – panowie! - szkoda chować do szuflady.

Mecz początkowo miał być otwarty również dla kibiców Slavii, stąd przypałętał się pod Ďolíček jeden slavista, wystrojony w barwy czerwono-białe, całkowicie kontrastujące z zielenią Bohemky. Wytłumaczono mu, że jednak nikogo ze Slavii nie będzie. Wytłumaczono kulturalnie i bez rękoczynów, zaznaczam. Powałęsał się jeszcze chwilę pod stadionem i poszedł sobie...

Spotkanie kibiców bez meczu na żywo, bez fanów gości, w sielankowej atmosferze. Policyjnych grup jednak jakby sam Barack Obama miał zasiąść na widowni. Nad nami co jakiś czas krąży helikopter, niczym zazdrosny mąż zezujący, co wyprawiamy. Osobna grupa, zapewne dowodząca, rozsiada się na tarasie za trybuną rozkładaną (tak, tak, mają tam takie cudeńko, przygotowywane dla sympatyków przyjezdnej drużyny).

Bez problemu weszliśmy na stadion, gdzie wśród sprawdzających bilety była i ta sympatyczna para:) Widok przeuroczy, a jak dowiedziałem się od chłopaków pilnowała porządku przy wejściu również na meczu juniorów tych drużyn. Czysta miłość do futbolu:)

Bilet

Zrazu nieśmiałe kroki, jak poznawanie kochanki, sprawdzanie na co pozwoli, czy nie rumieni się zaglądaniem w dekolt. Prezent, kupić prezent! Kobiety uwielbiają obdarowywanie. Sklep umiejscowiony na tarasie nie obfitował w gadżety i konfekcję, jak ten Slavii na Synot Tip Arena. Skromnie ale ze smakiem. Wybrałem to i owo i z paczuszką dałem się poprowadzić w same oko Ďolíčku, na trybunę główną. Przeklęty marsz, niemal pionowy! Przechył trybun szalony, chwila nieuwagi i leci się na sam dół!

Klokan

Widać lubi ostro się zabawić; czuję się ponownie onieśmielony. Dostrzegając moje zaniepokojenie szybko rozluźnia atmosferę, rzuca żartem. To na telebimie operator uruchamia mecz, googluje aż znajdzie; jeszcze mógłby tylko obraz zapodać na pełny ekran;) Jest ósma minuta meczu, jeszcze chwila i wszystko wreszcie gra. Wszystko poza drużyną Bohemky, która jakoś apatycznie i bez zaangażowania porusza się po boisku. To tak, jak gdyby dobrana muzyka zamiast do rozwiązłości szykowała nas do snu. Nie przeszkadza to jednak w ogóle, zbyt wiele dzieje się dookoła. Czescy kibice też protestują, stąd transparent zawieszony na trybunie, gdzie zwyczajowo przesiaduje kotel: „Český fotbal, bez fanoušk!” (Czeski futbol, bez kibiców!).

Kotel

Tym razem nikt tam nie przebywa; wszyscy zgromadzili się na trybunie pod dachem. Rozpoczyna się doping prowadzony na dwie strony trybuny głównej, trybuny, która ciągnie się przez całą długość boiska. Są bębny (po naszej stronie ciężko nad nim pracuje młoda dziewczyna), wszystko rozkręca się w chóralne śpiewy. Poznaję nutę po nucie. Jestem nieco wkurzony na siebie; mogłem się lepiej przygotować. Tymczasem Slavia strzela bramkę; po początkowej konsternacji wybucha radość wśród fanów „Kangurów”. Telewizyjny grafik pomylił strony i zapisał bramkę Bohemce:). Od tego momentu zabawa idzie w najlepsze. Przyznaję, że nie spodziewałem się iż potrafi, aż tak wiele, ta moja kochanka. Oplata nogami, gryzie, drapie, wije się, zabawia językiem, wyprawia wszystkie te sprawy, które tylko z rzadka wyglądają poza nasze podświadome pragnienia. Czuję, że całkiem nade mną zapanowała. Nie bronię się, nie chcę. Jest mi dobrze. O, tak! Mało kto dostrzegł, że w ostatniej minucie pierwszej połowy Slavia wbiła drugiego gola. W przerwie rozpoczynają się wędrówki po piwo. Jestem pod wrażeniem tych wszystkich herosów skaczących przez krzesełka na półmetrowe przejścia między nimi. Jezu, ja najchętniej przypiąłbym się do swojego pasem bezpieczeństwa! Po wzmocnieniu, gdy jeszcze ten i tamten przypalili ziółko, śpiewy jeszcze bardziej podkręcają atmosferę. Jakiś olbrzym rykiem za dwudziestu chłopa pobudza uśpionych. Trybuny trzęsą się, na balkoniku ktoś dodatkowo zachęca do wydzierania się w imię Bohemky; szaleństwo! Křičíme z plných plic, Bohemka z Vršovic i Gól klokan gól to evergreeny nic a nic się nie nużące. Wspaniała nuta! Bębny i pirotechnika. Tutejsi chłopcy zajmują miejsce na trybunie kotla przyprawiając całość ostrym chili.

Piro

Niemal ekstaza. Jestem czerwony z emocji. Podciągnięta spódnica, porzucony gorset, pełne piersi nawilżam ustami, poznaję szyk zmysłowych pończoch, zrywam je drapieżnie, ulatuję. Wtedy, w kulminacyjnym momencie, gdy wszystko zbiera się we mnie w potężną erupcję, gdy tektoniczne ruchy dwóch nienasyconych ciał dają początek wielkiemu boom! wpada zazdrosny mąż i wszystko psuje. Napluć mu w twarz to za mało. Wszystko siada, więdnie, pomarszczone oklapnęło w bezruchu. Tych ostatnich kilkanaście minut bez napięcia, wrażliwości, niepoznanych jeszcze zakamarków. Trzeci gol „Zszywanych” to tylko jęk; nie taki jęk, który miał nastąpić, jęk, który wypadało z siebie wydobyć, nic więcej...

Po meczu kibice pozostają na stadionie. Raczą się, raczymy się piwkiem, rozmawiamy. Na tarasie króluje DJ puszczając popisowe kawałki ska, reggae, punk-rocka; dziewczyny zaczynają tańczyć. Za chwilę mają dołączyć do nas piłkarze i trener. Trener nawet bardziej oczekiwany. Pavel Hoftych, który wycisnął z tej drużyny więcej niż można było się spodziewać, odchodzi do Spartaku Trnava. Wszyscy chcą mu podziękować. Dzieciaki szczególnie czują podniecenie tym wydarzeniem. Czekamy tylko chwilkę; chwilka zmienia się w pół godziny, potem godzinę. Krzysiek i jego goście rozchodzą się. Wreszcie i my opuszczamy stadion nie doczekawszy się głównych bohaterów. Dołączamy do naszych znajomych, którzy już gdzieś zadekowali się na finał Ligi Mistrzów. To gdzieś to elegancki Cafe Bar „U Divadla”, przestronny, dwupoziomowy, zaaplikowany plakatami hollywoodzkich gwiazd, wyrafinowany i całkiem pozbawiony jakości. Jak dostać w ryj to na całego. Z Ďolíčku do nijakiego lokalu z dwudziestoma klientami (z czego my stanowiliśmy większość) i żadnym zainteresowaniem futbolem, neutralizacja...

Z czeską ligą już tak dobrze nie jest, jak z atmosferą na Bohemce, chociaż, paradoksalnie miniony sezon był najbardziej obfity w gole w historii samodzielnych czeskich rozgrywek liczonych od roku 1993 (średnia wyniosła 2,64), rekordowe były mecze Plzeň – Ústí, Brno – Slovácko oraz Jablonec – Hradec, w których gospodarze za każdym razem wygrywali aż 7:0, z kolei najwięcej goli za jednym zamachem zobaczyli kibice w Libercu. Tamtejszy Slovan w 25 kolejce pokonał Teplice 6:2. A jednak liga była szarpana, rwana, toczona przez niekoniecznie boiskowe wydarzenia. Z jednej strony rewelacyjna postawa beniaminka z Hradce Králové i wspaniała runda rewanżowa w wykonaniu Bohemians 1905 Praha, z drugiej zupełnie niepasujący do ligi outsider z Ustí nad Labem rozgrywający swe mecze w Teplicach, szokujące problemy finansowe i licencyjne i własnościowe Slavii oraz kompromitująca postawa innych słynnych drużyn, ostrawskiego Baníku oraz Zbrojovky Brno.

Spadek z ligi Brna to dla mnie większa sensacja niż mistrzostwo Viktorii z Pilzna. Ostatni raz mistrz Czechosłowacji z 1978 roku został zdegradowany, choć poprawniej napisać powinienem, że wyleciał z hukiem, tuż po rewolucji i ukręceniu karku komunie. Podobnie jak w Polsce przemysł ciężki ledwo dyszał i nie w głowie mu było sponsorowanie klubów sportowych. Już po roku awansowali, w pięknym stylu zresztą, a potem nastąpiły tłuste lata, gdy na trybunach potrafiło zasiąść 20-30 tysięcy widzów! Jan Maroši, Luboš Přibyl, René Wagner, Richard Dostálek i szalony Petr Uličný na ławce trenerskiej... Łezka się w oku kręci i pojawia uśmieszek. Klub przemianowano na FC Boby; to na cześć sponsora sypiącego obficie kasą. Boby, psia krew, prawie jak Bobby Sixkiller...:) Dzisiaj stadion nie ten, widzów garstka, zawodnicy bez jaj. Dziewięć punktów w tym roku dopełniło przeznaczenia. Jestem jednak niemal pewien, że Brno bić się będzie o rychły powrót do ligi. Należą tam bardziej niż kilka innych drużyn.

A propos stadionu. Zbrojovka grywała na ogromnym obiekcie za Lužánkami. Mogło tam wejść i 50,000 widzów i do diabła, jak już wspomniałem, w połowie lat dziewięćdziesiątych wcale nie świecił pustkami! Gdy jednak przestał spełniać normy odsunięto go na boczny tor, dając wszelako zapewnienia, że już za chwilę, za niedługo kibice wrócą na nowoczesne, wyremontowane cacuszko, o takie

Za Luzankami - projekt

Projekt stadionu Zbrojovki za Lužánkami (2006 r.). Czas realizacji... 2009 rok. foto: Repro, MF DNES. Źródło: http://fotbal.idnes.cz/foto.aspx?r=fot_dsouteze&c=A110602_1595679_brno-zpravy_dmk

Jak zwykle w takich przypadkach nabito fanów w butelkę. Dziś jest to miejsce na pijackie imprezy, przypadkowy seks i luksusowy zimowy kurort dla bezdomnych. Przykro patrzeć

Za Luzankami

Stadion Zbrojovki za Lužánkami dziś. foto: Petra Mášová, MF DNES. Źródło: http://fotbal.idnes.cz/foto.aspx?r=fot_dsouteze&c=A110602_1595679_brno-zpravy_dmk

Było o Brnie nie może zabraknąć kilku słów o mistrzu. Viktoria Plzeň już w poprzednim sezonie przejawiała apetyt na coś więcej niż przeciętność, mistrzowska korona to jednak spora niespodzianka. Niespodzianka, na która jednak zespół Pavla Vrby uczciwie zapracował. Po fantastycznym starcie (remis w pierwszej kolejce był wypadkiem przy pracy, po którym nastąpiło sensacyjnych 11 zwycięstw z rzędu, w tym na Sparcie i na Slavii!) przyszło im tylko kontrolować sytuację w tabeli. Powiedzieć, że dostali kiedykolwiek w ciągu sezonu zadyszki to naciąganie rzeczywistości, puszczanie oka; zaledwie dwukrotnie, nomen omen, dwukrotnie z rzędu nie wygrywali, ot i całą serię niepowodzeń wymieniłem. Mimo tak fantastycznych statystyk (76,66% wszystkich możliwych punktów) zakończyli sezon z ujemnym bezpośrednim bilansem z dwoma drużynami: Sigmą z Ołomuńca i „Kangurami” z Pragi. Dojrzała drużyna o równo rozłożonych akcentach (może jedynym problemem był brak skutecznego snajpera), jedność ale i zdecydowani liderzy, wreszcie wiara i naprawdę efektowna, nie tylko efektywna, gra przyniosła tytuł. Tytuł dla piątej dopiero drużyny w osiemnastoletniej historii samodzielnej czeskiej ligi. Gratulacje i powodzenia w eliminacjach Ligi Mistrzów!

Ten sezon to jednak również smutne pożegnania. O słynnym bramkarzu Martinu Vaniakovi pisałem parokrotnie. Ten fantastyczny sportowiec niespodziewanie jeszcze na pół roku zmartwychwstał z piłkarskiego grobowca i sześcioma „nulami” (na jedenaście gier!) pomógł szybko wykaraskać się Slavii z ligowych dołów. W ten sposób legenda Ołomuńca i pozszywanej części Pragi poprawił jeszcze swoje cudowne osiągnięcia:

Klub ligowych bramkarzy*: 1. Jan Stejskal 164, 2. Martin Vaniak 161, 3. Petr Čech 156, 4. Jaromír Blažek 152, 5. Luděk Mikloško 142
Najwięcej meczy w lidze**: 1. Jaroslav Šilhavý 465, 2. Martin Vaniak 440, 3. Horst Siegl 435, 4. Stanislav Vlček 425, 5. Oldřich Machala 414

Szkoda tylko, że tak zasłużonemu piłkarzowi Czeski Związek Piłki Nożnej nie pozwolił godnie pożegnać się z zawodową karierą. Po przerwaniu pucharowego meczu przez niezadowolonych z zarządzania klubem kibiców Slavii, Synot Arena została zamknięta dla „Zszywanych” na trzy mecze. Głupota. Głupota, że nikt nie pomyślał, by dać Martinowi satysfakcję z burzy braw (jestem pewien, że również z sektorów Behemky), że zburzył jego marzenie, o którym rozpowiadał na prawo i lewo gdzieś od grudnia. Głupota, frajerstwo, brak szacunku, dziecinada, imbecylizm... Na otarcie łez wręczono mu nagrodę „Fair Play”, szkoda tylko, że ČMFS nie zachował się fair wobec niego. Dziękuję Martine! Dziękuję i najlepszego!

Drugą ikoną czeskiej piłki, która powiesiła buty na kołku jest Pavel Verbíř, niemal całą karierę związany z FK Teplice. Mały wojownik, ikona klubu, świetny technik, który swą grą zasłużył się i w reprezentacji. W 2007 roku wybrany osobowością czeskiej ligi. Łzy na stadionie na Stínadlach. Po 19 latach nie założy już koszulki z numerem dziewięć, nie wybiegnie po raz 610 walczyć za swój klub... Na ostatnie 10 minut pożegnalnego meczu (ze Sloavckem) zagrał w jednej drużynie ze swoim 18-letnim synem. Potem jeszcze standing ovation przy zmianie, przebieżka wzdłuż trybun, oklaski, płacz, szpaler złożony z piłkarzy i trenerów oby drużyn... Zakładając marynarkę prezesa stał się, jeszcze na boisku!, menadżerem klubu FK Teplice. „Jestem facetem, który potrafi płakać”, wyznał. Paweł, jesteś facetem, który zawsze dawał z siebie wszystko, zachowując elegancję, mając czym postraszyć rywali. Oby Teplice nie straciły na murawie duszy po Twoim odejściu. Powodzenia w życiu pozazawodniczym!

A dla szukających więcej statystyk, zajrzyjcie tutaj. Średnia widzów ledwie 4,500...

 

Ale liga jeszcze nie domknięta. Pan Kapr, persona non grata na Bohemce, otóż Pan Kapr i jego Střížkovskie tfu przypomnieli sobie właśnie, że dwa lata temu Sigma Olomouc próbowała kupić od nich wygraną. Dziwne nieco, że czekali z tym tak długo, dziwne też po co niby Sigma miała to robić, skoro to coś Pana Kapra lał każdy, jak chciał. Paradoksem, jest to, Panie Kapr, że w Czechach od jakiegoś czasu na łapówkę mówi się kapříci... Jeśli jednak oskarżenia znajdą potwierdzenie Sigma leci z ligi. Gdy stanie się to przed zatwierdzeniem sezonu 2010/11 (pewnie ostatni tydzień czerwca) utrzyma się Zbrojovka Brno, w innym wypadku awansuje trzeci zespół drugiej ligi. Się porobiło!


* stan na 01.06.2011, kursywą czynni gracze.
** stan na 01.06.2011, kursywą czynni gracze.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16