Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
wtorek, 04 października 2011

Mentalność, charakterystyczny sposób myślenia i odnoszenia się do rzeczywistości, wynik przyjęcia określonych zasad i wartości, które wyznaczają sposób zachowania jednostki lub grupy społecznej.

(źródło: http://portalwiedzy.onet.pl/88388,,,,mentalnosc,haslo.html)

 

Niezmiernie, szalenie wk…, tzn. denerwuje mnie mentalność polskich piłkarzy. Już chciałem cmokać z zachwytu nad grą Ruchu Chorzów, który w trudnym meczu z trudnym rywalem tak pięknie pokazał się, zdominował przeciwnika, przykręcił śrubę, a jednak, nawet w takim meczu musiało wyleźć to ligowe monstrum, które nie pozwala dobrym piłkarzom stać się bardzo dobrymi, a drużynom, zostać liderami. Brak mentalności zwycięzcy. Paradoks, wiem. Pukacie się w głowę, jak można po deklasacji napisać o braku takiego elementu, więc powtórzę, a jednak…

Jest 3-0, Widzew gra w „10”, Ruch atakuje, wszystko dobrze się układa, aż do gola Grzelczaka. Od tego momentu, zauważyliście?, piłkarze najchętniej włożyliby ręce do kieszeni, gdyby spodenki piłkarskie posiadały kieszenie. Żadnego zaangażowania, determinacji, większość umawia się na wieczorne „balety” lub obojętnie macha na wszystko ręką; pozostali, którzy chcieliby jeszcze pograć, są w mniejszości. Najbardziej wymowna była scenka gdzieś w ostatnich dziesięciu minutach meczu. Bramkarz Peskovič wyłapuje jakieś niegroźne dośrodkowanie, pada na murawę, a po stadionie niesie się donośna dobra rada dla niego, Leż! Leż, k…a!!! Ludzie! Kilka minut do końca, wynik bezpieczny, mecz u siebie, rywal osłabiony, zamiast powalczyć o kolejne gole, to gramy na czas? Jezu, jak ci zawodnicy maja oduczyć się symulki, jeśli nawet w takim momencie mają ściemniać?

A teraz sytuacja analogiczna. Monachium, ale nie o Bayernie to będzie. Do Bawarii zjeżdża ciągnące się w ogonie ligowej stawki Dynamo Drezno. Punktów potrzebują, jak powietrza. Jest, udaje się do przerwy wbić dwa gole. Uff, to teraz zamykamy się na własnej połowie i gramy na utrzymanie wyniku, jak nam pokazał dzień wcześniej Ruch Chorzów. Otóż nie… Po przerwie atakują dalej, przeciwnik traci jednego zawodnika, strzelają gola numer 3, atakują dalej, strzelają gola numer 4, atakują dalej, tracą gola numer jeden, atakują dalej, tracą gola numer dwa, atakują dalej.

Po zobaczeniu tych dwóch spotkań, na mecz Dynama poszedłbym bez zastanowienia; nad wyborem meczu „Niebieskich” musiałbym podumać w samotności…

sobota, 01 października 2011

Do podsumowania ligowej młócki jeszcze daleko, dokładnie na dwa dni daleko. Ale tej delicji nie mogłem sobie odmówić; w akcji Eren Derdiyok, slowem WUNDERBAR!

czwartek, 29 września 2011

Przed meczem zawodnicy AC patrzyli z niedowierzaniem, kto to do nich zajechał i jaki bęben prezentuje ich kapitan. Już w trzeciej minucie poczuli w gaciach, że bynajmniej nie przyjechał jakiś regionalny klubik. A po czterdziestu pięciu minutach zaczęli się koncentrować nie na żarty.

 

Przed meczem Clarence Seedorf z trudem ukrywał śmiech; poważny nastrój trenera Allegriego na konferencji prasowej wyhamował, co nieco zapędy Seedorf do obśmiania tej zabawnej nazwy. Po meczu to on, czterokrotny zdobywca Pucharu Europy i to z trzema różnymi klubami we własnej osobie, poczekał na Pavla Horvatha, by wymienić się z nim koszulkami oraz... porównać swe brzuszyska.

 

Bohaterska drużyna z Pilzna poległa w Mediolanie, nieznacznie, ale jednak poległa. Zagrała dobry mecz, taki, jaki w tym momencie jest w stanie zagrać. Nie bronili się desperacko, nie wybijali po autach i chociaż skórę nie raz ratował im bramkarz o nazwisku kubek w kubek, jak jego słynniejszy kolega po fachu z Londynu, to przecież i sami stworzyli kilka wybornych okazji bramkowych, by wspomnieć te najznamienitsze, Baskoša i Horvatha w pierwszej połowie oraz Duriša z drugiej części. Polegli, bo rywal z każdą minutą doceniał ich coraz bardziej. Czy może być coś piękniejszego, takiego, wiecie, trwałego, nie statystycznego, niż świadomość, że goście o kontach bankowych tak bajecznych, że śnić nie wypada, goście, których jeszcze do niedawna można było podziwiać jedynie w telewizji i marzyć o wysobiechowaniu któregoś, że ci właśnie goście wyrażają swój najwyższy szacunek wobec ciebie, anonimowego gracza z miasta, które ma wielbłąda w herbie, więc wyrażają ten szacunek sportową walką na całego, zaangażowaniem i koncentracją, stosowaniem wszystkich znanych sztuczek (łącznie z judo, co nie panie Zlatan?), by wygrać mecz? Szacunek, który nakazywał baaardzo sumiennie biegać najwyżej na metr o tego malutkiego Pilařa, a i z nie mniejszą koncentracją uprzykrzać życie pozostałym, jak chyżonogiemu (pozdrowienia dla Pana Czado;) Petrželi, kreatywnemu Horvathowi, czy niebezpiecznemu Kolařowi; bodaj tylko ruchliwy terrier Jiráček potrafił opędzić się od tych czerwono-czarnych much. To się nazywa szacunek dla rywala!

 

A jednak ten wspaniały dzień w historii Viktorii Pilzno tylko pogłębił moją niechęć do głupiego tworu biznesowego, jakim jest Liga Mistrzów... (w której to Lidze Mistrzów, gra tych realnych mistrzów 18, a pozostałe czternaście drużyn gra pod naciskiem wpływowych bonzów)

 

Sędziowanie. Sędziowanie było skandaliczne. Nie chodzi o to, że arbiter jakoś wypaczył wynik meczu, że rzucił na kolana graczy Viktorii wymyślnym oszustwem. Było skandaliczne, bo niemal każdą decyzją dawało piłkarzom mistrza Czech do zrozumienia, że są śmieciami, a samo ich pojawienie się na stadionie tak zacnego klubu to jakieś obrzydlistwo. Ohyda. Nawet neutralny komentator, bodaj z Anglii, nadziwić się nie potrafił, pytał, wielokrotnie powtarzał to samo pytanie: „Dlaczego u licha sędzia nie pokazuje kartek graczom Milanu?”. Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Horvath otrzymał kartkę za niebezpieczny, aczkolwiek całkowicie przypadkowy atak na Cassano. Ruszył z przeprosinami, wyraził skruchę arbitrowi, ale kary indywidualnej nie uniknął. Jakiś czas potem Ibrahimovič wykonał wspomniany rzut przez ramię, nabluzgał sędziemu, ale Pan Mayer pokornie skulił ogon i pobiegł w siną dal. „Żółtka” dla Čišovskiego i Petrželi też mocno naciągane, z gatunku tych, które dają ci do zrozumienia, że co, jak co, ale walczyć to ty nie możesz, bo załapiesz się do notesika rychło, rychło. Gdy jednak jeden z graczy milionerów z Mediolanu, nie pamiętam już który, skosił równo z trawą, bodajże Jiráčka, ale wiecie, tak na kontuzję, sędzia znowu unikał kontaktu wzrokowego. Albo oceńmy reakcje na pyskówki. Wystarczyło, że gracz z Pilzna wyraził pretensje, wątpliwości, żale, z miejsca dostawał taką burę, jakby był siedmiolatkiem ciągnącym dziewczynki za włosy (a Čech doczekał się i kartki). Inaczej „Włosi”; mogli puszczać najbardziej wymyślne wiązanki, nic im nie groziło, nie było żadnej reakcji, żadnego ostrzeżenia; właściwie to był to jednostronny monolog w tonacji vaffanculo. I jeszcze ten karny. Cholera, zgadzam się z Ludkiem Zelenką, gdyby taką rękę zrobił dajmy na to Nesta, sędzia machnąłby na to ręką. A tu? Główny puszcza grę, ale sędzia bramkowy „ratuje” sytuację nawoływaniem, gestykulacją i czym tam jeszcze (ten sam bramkowy, który w trzeciej minucie był na tyle ślepy, by nie zauważyć niewiarygodną interwencję Abiattkiego, po której powinien być korner dla gości). Trwało to ze dwie sekundy, ale główny uznał wreszcie wyższość milionów euro nad milionami koron czeskich i podarował otwarcie wyniku gigantowi. „Ibracadabra” wbił gola i mecz został ustawiony.

 

Fuj.

środa, 28 września 2011

Wprawdzie mamy już środę, to jeszcze słówkiem wrócę do wydarzeń, jakie miały miejsce w miniony weekend (jak wiemy, taki weekend potrafi się regularnie przedłużać do poniedziałku).

 

Przegląd wydarzeń zacznę w Czechach. Zdecydowanie najważniejszym wydarzeniem, wydarzeniem, które zasługuje na bardziej należne miejsce w europejskiej piłce, były derby praskich „S”, już 276 taka konfrontacja (mało jest takich duetów w Europie, oj bardzo mało). Mecz właściwie bez historii. Sparta potwierdziła ogromną przepaść dzielącą ją od innych, a już od „Zszywanych” szczególnie, potwierdziła w taki sposób, że już teraz, po zaledwie ośmiu kolejkach zaczęto głośno mówić w czeskich mediach, że cała liga sprowadza się już wyłącznie do walki o miejsca 2-16. No ale trudno by było inaczej, skoro klub ze stadionu na Letnej wygrał wszystkie dotychczasowe spotkania, mając już za sobą mecze i z aktualnym mistrzem z Pilzna, i z rewelacyjnie spisującym się Jabloncem, w którego szeregach kosmiczną formę prezentuje Dawid Lafata (w ośmiu meczach strzelił aż 13 goli, tylko w pierwszej kolejce, w spotkaniu z Mladou Boleslav musiał obejść się smakiem. Zatem osiągnięcia Rudnieva w porównaniu z reprezentantem Czech zupełnie zwyczajny, nic nieznaczący wynik), i 50% meczy derbowych… Pewnie jakieś punkty w końcu stracą, ale mając już teraz osiem punktów przewagi i wolne od europejskich gier pucharowych wydają się nieosiągalni dla innych.

Więc zamiast pisać o dużej przewadze Sparty w tym meczu, o dominacji technicznej i fizycznej, taktycznej i wytrzymałościowej zamierzam się na dwa momenty towarzyszące potyczce słynnych „S”. Jak wspomniałem był to mecz numer 276, a jednak inna liczba stała się istotna tego dnia – numer 2. Właśnie z „dwójką” na plecach przez wiele lat oddawał serducho za Spartę Tomaš Řepka, kapitan, lider i twarz dzisiejszej Sparty (choć to ostatnie niekoniecznie nadawało się do chwytów marketingowych;), ikona klubu i ulubieniec najzagorzalszych fanów, gość z jajami, infant terrible czeskiej piłki. I właśnie został odstawiony na boczny tor, nawet nie na ławkę rezerwowych tylko na pastwisko; trener Sparty, Martin Hašek (brat słynnego „Dominatora”), uczeń twardego, jak skała i bezkompromisowego Jaroslava Hřebika, zarazem jednak zaledwie prawa ręka Josefa Chovanca (dyrektora, który ma cholernie dużo do powiedzenia nie tylko w kwestiach kadrowych, ale i szkoleniowych oraz taktycznych), wreszcie facet, który wdraża nowinki na czeskie boiska (mikrofon i słuchawka zainstalowane przez cały mecz, dzięki czemu komunikuje się z asystentem siedzącym na trybunach; chodzi głownie o inną, lepszą, perspektywę tego, jak zawodnicy poruszają się po boisku), więc ten jegomość wypycha ze Sparty największego twardziela ligi, co oburza kibiców tego klubu; wielokrotnie skadnowano jego nazwisko w trakcie zawodów, przygotowano odpowiednie choreo, ale na zimnego Haška zapewne to nie podziała, no chyba, że jeszcze go zacietrzewi; do zimy może jeszcze zostać; jednak po tym jak Jiři Jarošik został wycofany na pozycję stopera, szanse na grę zmalały do minimum. Jeśli wyląduje ostatecznie w 1.FK Přibram, to będzie to dla takiego gościa mocny policzek…

Choreo

Choreo na cześć nr 2.
Fot.: Michal Šula. Źródło: http://fotbal.idnes.cz/pocta-pro-repku-fanousci-sparty-pri-derby-dekovali-nehrajici-ikone-1ff-/fotbal.aspx?c=A110926_195410_fotbal_vl

Warto również zwrócić uwagę, że drugiego gola dla Sparty wbił Ladislav Krejčí, cholernie ważna postać srebrnej drużyny młodzieżowej Czech do lat 19. Wbił pierwszego swojego gola w czeskiej lidze; grał przeciętnie, powiedziałbym nawet, że kiepsko, ale to on jest przyszłością piłki naszych południowych sąsiadów. W ogóle w meczu tym wystąpiło wielu piłkarzy młodych lub bardzo młodych (w ogóle nieporównywalnie do ilości młodzieżowców w klubach czołówki ekstraklasy); o ile jednak w Sparcie grali, bo są dobrzy, o tyle w Slavii grali, bo nie było nikogo innego (ale taki Martin Hurka pokazał się z całkiem ciekawej strony).

I jeszcze dodam jedynie, że najgorszy w Slavii był chyba Adam Hloušek, którego „Zszywani” na siłę zatrzymali w klubie (wrócił z wypożyczenia do 1.FC Kaiserslautern; „Czerwone diabły” chciały jak najbardziej zatrzymać chłopaka, ale nie za taką cenę…), a Sparta zagrała sfotografowała się w oldschoolowych strojach, które prezentowały się naprawdę okazale:

Sparta Praha

Sparta przed meczem ze Slavią. Źródło: http://www.sparta.cz/

Skrót z meczu znajdziecie TUTAJ

 

A co poza tym w Czechach? Działo się sporo ciekawych rzeczy. Przede wszystkim Sigma Ołomuniec jednak nie będzie ukarana odjęciem dziewięciu punktów za czyny korupcyjne, a bramkarz Petr Drobisz może grać (rozważał zakończenie kariery, gdyby kara dyskwalifikacji na osiemnaście miesięcy została podtrzymana). W ten sposób Sigma z dolnych rejonów tabeli zameldowała się na zacnym miejscu szóstym. Ale ta śliska sprawa jeszcze się nie zakończyła…

Martin Fillo przeprosił się z trenerem i po dwutygodniowej banicji w rezerwach wrócił do kadry Viktorii Pilzno. Wrócił w sam raz, bo i wolne miejsce w samolocie do Mediolanu się znalazło. To się nazywa siła dyplomacji. A jeszcze niedawno miał trafić do Slavii…

 

Na zapleczu Gambrinus Ligi dwie smutne wiadomości, jedna wspaniała. Przede wszystkim ten cholerny klub ze Střížkova niebezpiecznie kroczy do elity. Liczę, że trafi ich szlag i polecą na łeb na szyję. Nikomu nie potrzeba takich wynalazków… Nieco mniej martwi, ale jednak martwi, postawa Zbrojovki Brno. Szczerze? Sądziłem, że dadzą radę i dość szybko wszystkich odstawią w tyle, tak by w okolicach maja-czerwca świętować powrót do 1.Ligi. Na razie muszą się martwić, by jak najszybciej wykaraskać się w dołu tabeli. Przykre, że taki klub nie potrafi odnaleźć swej tożsamości… Ale żeby nieco poprawić nastroje, krzyknijmy razem: „Hej, Opava!”. W Wielkich Derbach Śląska ;) Slezský FC Opava pokonała MFK Karvinę 3-2. Od razu pochwalę publiczność; ta stawiła się w liczbie nieznacznie przekraczającej dwa tysiące; jak na drugą ligę czeską wynik absolutnie rewelacyjny. Zwycięskiego gola tuż przed końcem meczu wbił stary znajomy z Wodzisławia Śląskiego, Tomas Radzinevičius. Co ciekawe, jeszcze na wiosnę grał w klubie z… Karwiny. Gospodarze prowadzili już dwoma bramkami, gdy do przerwy innego starego znajomego, tym razem z Jastrzębia, Jakuba Kafkę, pokonali Vyskočil i Křeček, jednak „Górnicy” zdołali wyrównać po zaledwie dziewięciu minutach drugiej części gry (gole w odstępie czterech minut strzelili Mišinský oraz Hrtánek), i dopiero czerwona kartka dla Mráza pozwoliła Opawie znowu odzyskać prowadzenie. Po tym spotkaniu niebiesko-żółci umocnili się w czołówce mając zaledwie jeden punkt straty do tego, no, yyy…, do lidera.

 

Grano również w Niemczech:) Nie zamierzam jednak pisać o fantastycznej, cudownej, rewelacyjnej, kosmicznej, niewiarygodnej, genialnej, doskonałej postawie Borussii. Jestem pewien, że w Gladbach znajdą się chłodne głowy i nikt nie zacznie opowiadać głupot o pucharach. W najlepszym wypadku skończą, jak przed rokiem 1.FC Nürnberg, w najgorszym… No cóż, lekcja pokory, jaką otrzymał rok temu Eintracht Frankfurt powinna wszystkich wiele nauczyć.

O golu Piszczka też nic nie napiszę, każdy chyba już go widział… Zajmę się może drugą Bundesligą, o tam działy się wielce interesujące rzeczy. Przede wszystkim czołówka nieco się zawęziła; po porażce w hicie z liderem z Greuther Fürth przynajmniej na jakiś czas odpadła z niej drużyna „Lwów” z Monachium. Nie dziwi mnie to specjalnie, jakoś nie mam przekonania, by TSV 1860 mogło włączyć się do walki o awans. Chciałbym, pewnie, że bym chciał, tak jak w przypadku połowy ligi, ale jednak nie mają szans. Wiecie już, kto jest liderem; ta kolejka zamieniła również drużyny na pozycjach dwa i trzy. Na miejscu barażowym spadkowicz z Frankfurtu. Po ostatnich wzmocnieniach, które szukano głównie w Gladbach lub śladami Borussii, Eintracht jest jeszcze mocniejszy. Po tym, jak zdemolowali w Dreźnie Dynamo, nie tyle sam fakt demolki, co sposób w jaki tego dokonali, karze zastanowić się, czy zaocznie nie dać im już tego awansu. To, co wyprawiali supersnajperzy „Orłów” było ponad siły beniaminka. Najpierw Gekas wbił trzy gole, w tym dwa głową (taki kurdupel, a przecież głową!); no dobra, wbił dwa, trzeci, ten samobój, od biedy można zaliczyć Fielowi. W drugiej niezwykłą formę potwierdził Mohamadou Indrissou. Trzeci mecz po przejściu z BMG i czwarty i piąty gol. Nie wymagały zresztą wielkiego wysiłku, zaledwie dostawienia stopy. A co do Dynama to jednak ubytek krwi po awansie mocno widać w ich grze; raczej przesądzone jest, że będą musieli stoczyć ciężki bój o utrzymanie; szkoda, że na tę chwilę z takimi firmami. Duże ryzyko, że jakaś solidna firma wyleci z drugiej ligi…

Do arcyciekawego spotkania doszło w Düsseldorfie, gdzie zajechało Energie Cottbus licząc na powrót do ligowej elity. Trener Wollitz nie wygrał od trzech gier, był więc jeszcze bardziej nerwowy niż w poprzednich meczach (co wydawało mi się zwyczajnie nie możliwe, a jednak, dał radę;). Miejscowi wprost przeciwnie, najskuteczniejszy atak 2.Bundesligi miał poprowadzić do wygranej. Pierwsza połowa to nokaut. Fortuna prowadziła już 3-0, a gdy na początku drugiej połowy żałosny Roger dorzucił do ognia czerwoną kartką, było pewne, że goście wyjadą z niczym. To znaczy, było pewne dla miejscowych, bo w Energie wstąpiła energia i w trzy minuty, po dwóch stałych fragmentach gry, doprowadzili do jednobramkowej różnicy. Co za mecz! Gdy wydawało się, że już, już ich mają z boiska wyleciał bombardier Raneglov i zespół z Chociebuża musiał radzić sobie w dziewięciu. Trener Wollitz był tak wściekły, tak potwornie wściekły, że chyba by udusił sędziego, gdyby ten pałętał się gdzieś w pobliżu. Wreszcie postanowił dokończyć hat-tricka i po kilu miłych słowach w stronę arbitra Welza wylądował na trybunach. Wylądował w efektowny sposób, zobaczcie sami:

Fortuna ostatecznie wbiła czwartego gola po fantastycznej akcji najlepszego na boisku Saschy Röslera, ja jednak zwracam Waszą uwagę na kolejne dwa trafienia młodziutkiego Maximilian Beistera, o którym już kiedyś wspominałem. W każdym razie to Fortuna jest druga, a Energie po czwartym meczu bez wygranej (ale niektóre, jak ten, czy spotkanie z Eintrachtem niesłychanie pechowe) schowało się gdzieś w środku stawki.

niedziela, 25 września 2011

Nie ukrywajmy, lubimy kiedy zespół lepszy przegrywa (w tym przypadku Ruch), bo to jednak sól piłki nożnej, gdy słabszy dopina swego. Niezaprzeczalnie lubimy też, gdy faworyt przegrywa (Wisła), bo to frajda nad frajdy utrzeć nosa pupilkom bankierów. Tym razem padł Ruch, padł niezasłużenie i cholernie przykro, że padł w takich okolicznościach. Ale padł; to również fakt jednoznaczny.

Kilka rzeczy przykuło moją uwagę w tym meczu. Po pierwsze postawa sędziego. Do diabła, czy tylko ja odniosłem wrażenie, że sędziował po macoszemu, by ulubieńcowi nic się nie stało? Te same wydarzenia gwizdał na różne sposoby. Ostre wejście? No tak, Panie Szyndrowski, Panie Malinowski, toż to fauuuuuuuul! Ale gdy taki Melikson włazi chamsko w obrońcę Ruchu, albo inny jegomość kosi Piecha to jest to zaledwie twarda walka. To raz. Dwa, to relatywizowanie korzyści w grze. Jak atakowała Wisła, a ktoś się zwijał to OK, gdy jednak robił to Ruch, należało natychmiast wezwać doktora Hausa, bo sprawa najwidoczniej nie czekała zwłoki. Ogólnie arbiter sprawiał czasem wrażenie, że chciałby w ogóle nie odgwizdywać przewinień piłkarzy Wisły, że czekał, zastanawiał się, dopiero po czasie łapiąc się na tym, że, ło matko przecież pokażą powtórki. Można się doczepiać też do oceny gry ręką, oceny gry na czas, może mniej do oceny (nie)faulu na Zieńczuku, bo akurat powtórki niewiele pokazały...

Teraz słówko o Łukaszu Janoszce. Na pewno nie będzie taki, jak ojciec. Inny typ piłkarza. Uderzające jednak, jak facet z naprawdę niezłą techniką odstaje szybkością i dynamiką. Zwróćcie uwagę nastąpną razą, gdy Janoszka zabiera się za ściganie z rywalem to momentalnie robi jedną z dwóch rzeczy – zatrzymuje się, lub ścina do środka zwalniając bieg do formy jakiegoś tam człapania. Nie wiem, może Janoszka te swoje triki potrafi robić tylko na neutralnym tętnie, a gdy ono skacze, skakać zaczyna też piłka. Nie wiem. Wiem za to, że gdyby potrafił łykać obrońców na pełnej szybkości byłby z niego zawodnik pierwsza klasa.

Malinowski. Dla „Maliny” respekt. Facet zasuwa, ściera się z rywalami, gryzie, szarpie, drapie, kopie, czasem skosi (co ważne, zawsze przeprosi), ale i piłkarsko ma co nieco do zaoferowania. Asysta do Jankowskiego palce lizać.

Trener Maaskant. Miał na konferencji powiedzieć, że to Wisła była lepsza i zasłużyła na zwycięstwo. Zasłużyła o tyle, że wbiła jednego gola więcej. Ale paplanie, że była lepsza, że to ona stwarzała sytuacje trochę dziwi, skoro to Ruch miał więcej strzałów, więcej kornerów i więcej spartolonych kontrataków, takich z gatunku, jak można było tego nie wykorzystać.

Melikson. Nie wiem, co mu się stało. Mam nadzieję, że nic poważnego i chłopak zagra już w najbliższym meczu. Mam jednak nieodparte wrażenie, że ta kontuzja (?) była mu cholernie na rękę. Po tych kilku ostatnich dni, formalnie na rękę. Pewnie, mógł spróbować wmówić trenerowi, że go boli głowa i dzisiaj nic z tego nie będzie, ale mógłby nie zostać dobrze zrozumiany (z tym ma akurat ostatnio problem). Prezentował się przecież mizernie, nie miał ani jednego zagrania takiego, wiecie, że wyrywa się z miejsca nie tylko zadek ale i komentarz Jasny gwint, co za gość! Co za zagranie! Szybko dało się odczuć, że jest zagubiony. Bardzo nieładne zagranie w Szyndrowskiego (sędzia nie użył gwizdka, bo to były atakowane nogi gracza Ruchu) przypłacił urazem, czy aby na pewno takim, że nawet do przerwy nie dało się dograć? Mam wątpliwości.

No i jeszcze ta sytuacja z Zieńczukiem. Taka lewa noga, taka okazja... Kępka trawy być może przesądziła o losach spotkania...

piątek, 23 września 2011

Dzisiaj dojdzie do jednego z bardziej kuriozalnych meczy piłkarskich w historii, jakie tylko przychodzą mi do głowy. Dukla Praga zagra z Duklą Praga, a właściwie to Dukla Dejvice z 1.FC Přibram, chyba że Fotbal Jakubčovice z Duklą Praga, albo przynajmniej z 1.FC Přibram…

Pewnie każdy z Was kojarzy nazwę Dukla Praha, przynajmniej powinien; jeśli nie znacie, oznaczałoby to, że właściwie to nie interesujecie się piłką;) Legendarny czeski klub, klub branżowy, jak wszystkie lub niemal wszystkie za komuny i jak niemal każdy klub wojskowy był uprzywilejowany. Dzięki temu całkowicie zdominował ligę w Czechosłowacji. Koniec lat ’50-tych i cała następna dekada to pasmo sukcesów. Z tego okresu szczególnie powinni pamiętać Duklę kibice Górnika Zabrze i Legii Warszawa. Górnika, bo Dukla stawała dwukrotnie na drodze Zabrzan i dwukrotnie, w dramatycznych okolicznościach zresztą, wychodziła z tych konfrontacji zwycięsko; legioniści, poza tożsamością wojskową powinni kojarzyć z kolei szkoleniowca, który odnosił z Duklą takie sukcesy, Jaroslava Vojevodę. Przez ładnych parę lat zajmował się również CWKS’em…

Potem szło trochę gorzej, chude lata, ale przełom lat ’70 i ’80 nawiązał do triumfalnych lat minionych.

Łącznie bilans zwycięstw jest imponujący – 11 tytułów mistrzowskich, 9 triumfów w Pucharze Czechosłowacji, półfinał Pucharu Europy Mistrzów Krajowych i półfinał Pucharu Zdobywców Pucharów…

Dzisiaj te sukcesy próbują sobie zapisać w kartach historii dwa kluby. Paradoks. Ale jak już część z Was wie, w Czechach to żaden paradoks. Wystarczy przypomnieć sobie, jakie kłopoty ma Bohemians 1905 Praha, by udowodnić, że jest Bohemką właśnie. Wiadomo, w obu przypadkach decydujące starcie między klubem a rzeczywistością odbywa się w latach ’90; nie trzeba też specjalnie tłumaczyć, że po linii prostej prowadzi do kont bankowych.

Początek nowej ery, realizowanie marzenia o suwerennych państwach, upadek systemu komunistycznego oznaczał dla Dukli wyrok. Nikt, absolutnie nikt nie miał ochoty sponsorować klubu z taką przeszłością. Klubu jednoznacznie kojarzonego z reżimową władzą. Klubu powiązanego z armią. Klub podkradający innym zawodników. Wszyscy mieli jej dość, wręcz nienawidzili!

O ile jeszcze dwa, trzy lata udało się jakoś pociągnąć ten wózek, ba!, nawet zagrać w europejskich pucharach (wyrównane boje z odwiecznym rywalem, Dynamem Kijów), to jednak z każdym kolejnym sezonem bliżej im do dna tabeli. Jeszcze w 1993 szczęśliwie ratuję skórę dzięki lepszemu stosunkowi bramek zdobytych do straconych niż „Kangury”, rywal zza między*. Pierwszy rok w wolnej Republice Czeskiej to zarazem pierwszy w historii spadek. Spadek w kompromitującym stylu. Drużyna w 30 meczach odnosi jedno jedyne zwycięstwo, w XXIII kolejce (sic!) zwycięża sensacyjnie na wyjeździe z Hradcem Králové. Wcześniej doznają upokarzającej klęski w derbach Pragi ulegając Viktorii Žižkov aż 0-7, i w ogóle gdyby nie mecze derbowe frekwencja na Julisce byłaby żałosna. Rekord padł paradoksalnie po wspomnianym, jedynym zwycięstwie – na spotkanie z Sigmą wybrało się zaledwie 459 osób…

Klub był w tak trudnej sytuacji finansowej, że nie wznowił rozgrywek w drugiej lidze, lecz od razu trafił o szczebel niżej. Po dwóch nieudanych próbach awansu postanowiono w klubie zrobić coś, czego zapewne żałują do dzisiaj – fuzja. Jak wiadomo, nie ma niczego gorszego w piłce niż łapanie się innego klubu, by zrobić awans, by zakłamać otoczenie, zaprzedać tradycję. Taki właśnie plan miał Bohumír Ďuričko, biznesmen z przeszłością agenturalną, który w 1995 roku kupił klub Dukla Praha, a dwa lata później sprzedał ją. I tu pojawia się miejsce dla 1.FC Přibram, klubu wówczas drugoligowego, który miał się stać lokomotywą, a został koniem trojańskim. Ciągłe zmiany nazwy i ostatecznie rezygnacja z jakichkolwiek odniesień do nazwy legendarnej Dukli, ale przede wszystkim przywłaszczenie sobie sukcesów „Wojskowych”! Zgodnie z prawem, a przecież zupełnie nieuprawnienie. Dojdzie więc dzisiaj do zupełnie kuriozalnej sytuacji, że klub 1.FC Přibram, jedenastokrotny mistrz Czechosłowacji (tak naprawdę żadnego tytułu nigdy nie wywalczył) zagra z praską Duklą, absolutnym beniaminkiem ligi (de facto przecież jedenastokrotnym mistrzem Czechosłowacji). Absurd! Szaleństwo! A tam, zaklnę sobie: Kaprowstwo! Střížkowstwo!

A skąd ponownie wzięła się Dukla? Po tej cholernej fuzji i kolejnych zmianach nazw klub nie przestał istnieć zupełnie wciąż prowadził sekcje młodzieżowe, autonomicznie, w założonym w 1998 roku FK Dukla Praha. Z czasem uzmysłowiono sobie, że ci młodzi chłopcy nie mają naturalnego miejsca do kontynuowania kariery postanowiono więc stworzyć drużynę seniorską. I tu uwaga, bo fuzjami jeszcze nie skończyłem. Pierwszą było połączenie z Duklou Dejvice w 2001 roku. Nazwa Dukla Praha znowu pojawiła się na piłkarskiej mapie Czech. Jednak szło im tak sobie, więc, gdy tylko nadarzyła się okazja, skorzystano z możliwości przejęcia licencji klubu Fotbal Jakubčovice. Skąd my to znamy. Zamieniono się miejscami, znaleźli się sponsorzy, klub po czterech latach wrócił do elity. Tylko tak do końca nie wiem właściwie, kto z kim dzisiaj zagra…

Pierwszy taki mecz**. Nic dziwnego, że ludzie z obu klubów nie szczędzą sobie złośliwości. Prezydent klubu 1.FK, Pan Starka (ten sam, który kupił bankrutującą Duklę) twierdzi, że zagrają z Fotbal Jakubčovice. Na pytanie, czy pojedzie na Julisce odwieźć trofea odpowiada dla mnie zaskakująco:

„Kupiłem wtedy Duklę z całym dobytkiem, z trofeami włącznie”

Aha, czyli, można kupić tytuły, puchary… Ale jeśli można kupić, to można i sprzedać; co na to Pan Starka?

„Jeśli Dukla ma ochotę je odkupić to zapewne znalazłaby się jakaś odpowiednia metoda”.

O! A to bardzo interesujące. Cholera, to może i ja bym sobie kupił jakiś sukcesik, hm powiedzmy mistrzostwo z 1982 roku. Czujecie bluesa? CV: ukończył takie to a takie szkoły, uczelnie, zdobył mistrzostwo Czechosłowacji w piłce nożnej, w pracy zawodowej zajmował się… Urocze; doprawdy urocze. Oczywiście cały czas mowa o materialnym wymiarze pucharów. Sukces historyczny jedni i drudzy przeciągają na swoją stronę…

Mocno to wszystko skomplikowane. Ja w każdym razie dzisiaj trzymam kciuki za Duklę, wiecie, tę z Juliski, gospodarza dzisiejszego meczu. A 1.FK niech spada…

 

TU znajdziecie fajny filmik o Dukli i jej powrocie. Choćby dla samych archiwalnych materiałów warto, warto, warto.

 

I jeszcze nieco historii w przystępnej formie.

 

* Inna sprawa, że ligę reorganizowano po odłączeniu Czech i Słowacji. Po meczach barażowych również Bohemians zachowało status pierwszoligowca.

** Pierwszy w ekstraklasie, bo obie drużyny grały ze sobą na poziomie drugiej ligi w sezonie 2007/08. Oba mecze wygrał 1.FK i oba w stosunku 2-1. Pan Starka kazał wtedy wydrukować plakaty anonsujące mecz jego 1.FK z Fotbal Jakubčovice.

niedziela, 18 września 2011

Jeden kontakt z piłką (zbiegł ze środka do prawej strony, przyjął, odwrócił się, odegrał do najbliżej ustawionego partnera). Jedna walka o piłkę (centra z lewej flanki, wraz z Ya Konanem starł się z defensorami Dortmundu, piłka zagrana była jednak o jakieś pół metra za wysoko). Jeden faul (w okolicach linii środkowej). Dziesięć minut na boisku (wchodząc jego H96 przegrywało 0-1, ostatecznie zwyciężając Mistrza Niemiec 2-1)

Tak prezentował się debiut w Bundeslidze Artura Sobiecha. Gdyby poprzestać na tym jego premierowy występ można by opisać słowami „pierwsze koty za płoty”, dodać, że „ogra się i będzie lepiej”, a nawet zaryzykować tezę o pisaniu wspaniałej karty w niemieckiej lidze. Ale, bo zawsze jest jakieś ale...

Ten jeden faul może okazać się brzemienny w skutkach. Głupi faul. Uliczny, chuligański. Jeszcze jeden, dwa kroki i można próbować pertraktować z sędzią. Jednak ich zabrakło. Kosa. Czerwona kartka. Dodam, całkowicie zasłużona.

Domyślałem się, że Sobiech oberwie czerwień. Byłem pewien, że nastąpi to całkiem szybko. Nie spodziewałem się jednak, że w debiucie, że po zaledwie dziesięciu minutach, że w takich okolicznościach. Sobiech słynął w polskiej lidze z różnych zagrań; niezłego podania; ciekawych możliwości do gry kombinacyjnej; niezłej skuteczności; siły; gry tyłem do bramki; oraz z brutalnej gry łokciami w walce o górną piłę. Byłem przekonany, że prędzej, czy później potraktuje w ten sposób głowę któregoś z rywali, a to w Bundeslidze nie uchodzi uwadze zawodowych arbitrów, z miejsca wyleci, bo za takie zagrania wylatuje się z boiska.

Stało się inaczej. Stało się coś znacznie gorszego. Ok, nie ma go co porównywać do Bajrama Sadrijaja, nie można jednak udawać, że nic się nie wydarzyło. Co to bowiem może oznaczać dla młodego wychowanka Grunwaldu Ruda Śląską? Na pewno nie będzie lśniącym bombardierem, jak rewelacyjny Pateresen. Nie będzie ostrożnie wprowadzany, z dobrem dla niego samego, cierpliwie, jak Lewandowski. Trudno być cierpliwym wobec kogoś, kto najpierw pauzuje z powodu kontuzji, a za chwilę z powodu czerwonej kartki. Rynek piłkarski oferuje zbyt wiele towaru niezłej jakości, by przejmować się jakimś tam milionem, jakimś tam żółtodziobem. Zwłaszcza teraz, gdy nie ma żadnych limitów. To ważne, ważne tym bardziej, że w Bundeslidze musisz udowadniać na każdym kroku, że inwestując w ciebie nie popełniono błędu. Tak było, jest, zapewne tak będzie. Pamiętam, jak wiele szumu było wokół Igora Biełanowa. Doświadczony napastnik rosyjski ze świetnymi referencjami całą rundę uczył się gry, niemieckiej gry. W miarę szybko strzelił kilka goli i choć potem się zablokował całkowicie z pewnością dograłby do końca sezonu, gdyby nie czerwona kartka w 30 kolejce. Druga szansa, już w nowym sezonie trwała 2/3 jednej rundy. Z każdym kolejnym meczem w coraz krótszym wymiarze czasowym. Nie ważna była jego reputacja, Borussia Mönchengladbach pozbyła się go bez żalu; na jego miejsce ochoczo nóżkami przebierali inni (Martin Max i Bachirou Salou).

Jak postąpi Mirko Slomka? Zapewne da jeszcze Sobiechowi szansę. Nie wątpię jednak, że czas na udowodnienie swojej wartości bardzo poważnie został skrócony. Sobiech według mnie ma obecnie cztery problemy: jakość gry, Didier Ya Konna, Mohammed Abdellaoue, Manuel Schmiedebach.

Sobiech musi szybko wymusić na trenerze jakimś dorobkiem, wkładem w mecz, prostą myśl: „Ejże, ten gość jest nam potrzebny”. Fatalne, że ma akurat takich rywali. Cała trójka to solidni gracze, już z odpowiednią marką, cholernie ważni dla drużyny, a miejsce w ataku tylko jedno. Jest jedna iskierka nadziei. Otóż i Ya Konan i Schmiedebach zaczynali podobnie, od czerwonej kartki. I właśnie u trenera Slomki. Różnica polega na tym, że gracz Wybrzeża Kości Słoniowej wylatując z boiska miał na koncie sześć goli i dwie asysty (dwie bramki zdążył wbić Borussii M'Gladbach zanim zobaczył „czerwień”), a młodziutki Niemiec mógł chwalić się dwoma asystami. Aha, i jeszcze jedno, wyrzucano ich z boiska za dwie żółte kartki, pauzowali wiec tylko jeden mecz...

piątek, 16 września 2011

Spotkałem się dzisiaj w Katowicach Gliwicach z Thomasem Urbanem, dziennikarzem Süddeutsche Zeitung. Żywo interesuje się śląską problematyką futbolową, pisze napisał na ten temat książkę...

Mam nadzieję, że Pan Paweł Czado nie ma mi za złe, że zapożyczyłem sobie wstęp z jego wpisu o spotkaniu z tą niezwykłą osobistością, jaka bez wątpienia jest Pan Urban. Podczas oficjalnej prezentacji książki „Schwarze Adler, weiße Adler. Deutsche und polnische Fußaller im Räderwerk der Politik” udało się zamienić zaledwie kilka zdań (mam swoje przemyślenia, co do kilku zachowań osób z sali, ale niechże zostaną czasowo u mnie w szufladzie;]). Jednak już wieczorem odbyliśmy dłuuugą, pięciogodzinną dyskusję, w czasie której albo oczy wychodziły mi z orbity, albo z pasją rzucałem się na jakiś temat, drążąc, drążąc, drążąc, i będąc blisko, wciąż bliżej i bliżej pełnej wiedzy czułem się tak, jak opisywał w jednym z listów Nietzsche: „Każda bliskość czyni nienasyconym”.

Książkę bez mrugnięcia okiem polecam wszystkim zainteresowanym; nieznajomość niemieckiego nie jest problemem, wystarczy nieco cierpliwości. W przyszłym roku powinna ukazać się edycja polskojęzyczna, a co wielce atrakcyjne – poszerzona o akcenty nowe, poznane przez Pana Urbana już po opublikowaniu tej najpierwszej. Zapewniam, że mogą znaleźć się tam niezwykłe historie. Uczta, jednym słowem.

Dobrze zawartość książki zarysował Pan Paweł; a skoro dobrze, to nie ma czego poprawiać, choćby dla przypomnienia zapoznajcie się z tym tekstem.

I tak, potwierdzam, pomysł powstania filmu dokumentalnego o Erneście Wilimowskim wciąż jest żywy i ma się dobrze; ma się tak dobrze, że przerażeni Szwedzi szukają w swoich archiwach filmu o... zapowiedzi spotkania drużyny „Trzech Koron” z Niemcami, z wątkiem o Wilimowskim; taśmy na której uwieczniono gola „Eziego” z meczu ze Szwajcarią!

Jeszcze raz chciałbym w tym miejscu podziękować Panu Thomasowi za znalezienie czasu, chęci i fantastyczne precjoza z historii futbolu na Górnym Śląsku, którymi tak ochoczo mnie obdarował – DZIĘKUJĘ!

 

PS Było o Górnym Śląsku, to teraz będzie o Generalnej Gubernii, o Wilhelmie Górze. Mając w dłoniach książkę „Schwarze Adler, weiße Adler” nie mam wątpliwości, będzie to pasjonujące i wyczerpujące dzieło.

środa, 07 września 2011

Tak, przyznaję nieco wulgarnie, ale właśnie tak chciałem zatytułować wpis po meczu Szkocja-Czechy, w którym nasi południowi sąsiedzi zagrali kompromitująco*, choć przecież wyciągnęli fuksiarskie 2:2 i przybliżyli się znacznie do drugiego miejsca w grupie.

 

Jedynym piłkarzem w drużynie czeskiej był tego dnia Tomáš Rosický. Popularny „Rosa” biegał, szarpał, gryzł, kiwał, rozgrywał, odbierał, drapał, a gdy już miał okazję oddać strzał, to jakiś cymbał** go przyblokował; cymbał z własnej drużyny, dodam.

 

Wstrzymałem się; wstrzymałem, bo dzisiaj Czesi mogli być o kolejny krok bliżej upragnionych baraży. Nie są, ale tytuł cudacznie pasuje do tego, co zobaczyłem w gdańskim meczu.

 

Aż mnie ciarki przechodzą na myśl o dzisiejszych tytułach prasowych. Będzie cmokanie i oblizywanie palców doprawione złorzeczeniem na podły los i suplikacjami do Najwyższego, by już nigdy, nigdy, nie kpił tak z naszej drużyny. Będzie poklepywanie po plecach, szampan, a może i nawet panienki; będzie euforyczny koncert życzeń i pompowanie balona, społecznie, przez wszystkich niemal. W szkołach zapewne dzieciaki obowiązkowo uczyć się będą „We are the champions”, a żony upieką ciasto dla rozentuzjazmowanych mężów. Tylko ten kto zdążył napić się zimnej wody i wykonać kilka przysiadów zauważy, że tak naprawdę to mecz ten został całkowicie przypadkowo zremisowany...

 

Właśnie skończyłem gadkę z kumplem o spotkaniu Polska-Niemcy. Zachwyt. Zachwyt nad tym remisem, jakby był on celem, koronacją pewnej, rozpoczętej lata temu, drogi. A przecież był on tylko środkiem, kolejnym etapem, levelem po którym gradacja trudności rośnie.

 

Ktoś może mi zarzucić te typowo polskie skłonności do narzekania. Tylko moment, panowie i panie, ja nie emocjonowałem się wynikiem i dramatyczną końcówką; patrzyłem na te zawody pod kątem tego, co i jak gra polska drużyna. Wnioski są przygnębiające...

 

Liczyłem, że nasi zawodnicy przynajmniej na 15 minut w każdej z połów będą w stanie przejąć inicjatywę, okopać się na połowie rywala, utrzymać, rozegrać, przedrzeć się skrzydłem, wykonać kilka, może kilkanaście dośrodkowań, regularnie gromadzić stałe fragmenty gry, wypracować okazję do strzału zza pola karnego, coś kreatywnego skonstruować, przede wszystkim na to liczyłem. Tymczasem nie potrafiliśmy wymienić trzech, czterech podań. Straty następowały błyskawicznie, nim koledzy zdążyli się porozstawiać. I naprawdę guzik mnie obchodzi, czy stracilibyśmy w takim fragmencie dwie, czy cztery bramki, co z tego? Jeśli chcemy robić postępy, chcemy cokolwiek znaczyć, osiągnąć choćby poziom przeciętności, to kiedy niby mamy nauczyć się takich wariantów, jak atak pozycyjny, jeśli nie w meczu z silnym, ale jednak zdemotywowanym i mocno osłabionym rywalem? Czekamy na Euro? Dziady będą Wielką Improwizację wystawiać? Tymczasem nastawiliśmy się na wynik, tylko to interesowało trenera Dyzmę. I gdyby nie rewelacyjny, powtórzę, r e w e l a c y j n y Szczęsny w bramce żadnego korzystnego wyniku byśmy nie osiągnęli! A teraz wyobraźcie sobie, że na Euro przeciwnik jako pierwszy wbija nam gole, ile widzieliście wczoraj wariantów rozegrania piłki i stworzenia zagrożenia pod bramką rywala w ataku złożonym z więcej niż trzech podań?

 

Wolałbym przegrać 0:4 i mieć świadomość, pełną świadomość gdzie pozostają rezerwy, gdzie nic nie da się zrobić poza zmianą taktyki, gdzie wciąż należy poszukiwać, niż fuksiarskim 2:2 wmawiać sobie, że jest postęp. Jaki postęp u licha? Jak sądzicie ile razy zdarzy się, że w tak niezwykły sposób Szczęsny (czy ktokolwiek stojący między słupkami) uratuje nam dupę? I piszę to pomimo dwóch straconych goli...

 

Ten mecz przypominał mi jako żywo spotkanie Wisły z Cypryjczykami. Ok, mieliśmy wczoraj więcej okazji bramkowych, ale i Niemcy mieli ich znacznie więcej niż APOEL. Dominacja jednych na drugimi była jednak identyczne. Miażdżąca!

 

Niemcy po tym spotkaniu narzekają, są rozczarowani, że nie zrealizowali tego, co zamierzali, że tak wiele mankamentów było w ich grze. U nas rozpalone głowy chciałbym najchętniej, by Euro zaczęło się już jutro... Nie zdziwcie się tylko, jeśli preferując ten nie-styl dostaniemy tęgie baty na turnieju, bo w mojej ocenie mecze z Meksykiem i Niemcami udowodniły, że drepczemy w miejscu...

Bez komentarza

Źródło: http://fistaszki-pl.blogspot.com/

PS Jest mi autentycznie żal Arka Głowackiego, już, już wydawało się, że koszmary przeszłości ciągnące się od pamiętnego meczu z Anglią na Stadionie Sląskim, są poza nim, że strzepał je z ramienia i stał się ostoją naszej defensywy. A tu taki klops! Grając całkiem znośnie i dobrze kierując naszą obroną (bo przecież nie robił tego en français Perquis) sprokurował jedenastkę i załapał się na czerwone. Może faktycznie należy odkurzyć Żewłakowa?

 

* Przyznaję, widziałem tylko drugą połowę; było to poniżające widowisko ze strony reprezentacji Czech. Gdyby nie odrobina szczęścia i niejaki Kevin Blom popłynęliby bez dwóch zdań.

** Tym cymbałem był Jan Rezek. Jego wejście było beznadziejne komiczne; partolił, co się dało, blokował strzały kolegów, podawał rywalom, potykał się co i rusz i... w kulminacyjnym momencie swojego autorskiego show wygramolił się na polu karnym w dość korzystnej sytuacji bramkowej, ale wspomniany Blom uznał, że należy się Czechom rzut karny. Nie należał się...



Tagi: Niemcy Polska
00:19, marll80
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 05 września 2011

Albania, Arabia Saudyjska, Armenia, Azerbejdżan, Białoruś, Boliwia, Bośnia i Hercegowina, Chiny, Cypr, Ekwador, Estonia, Ghana, Grecja, Gruzja, Iran, Islandia, Izrael, Japonia, Kamerun, Kanada, Kazachstan, Kolumbia, Kostaryka, Kraj Saara, Kuwejt, Lichtenstein, Litwa, Łotwa, Malta, Maroko, Mołdawia, Nigeria, Nowa Zelandia, Oman, Paragwaj, Peru, Polska, Protektorat Czech i Moraw, Rosja, Republika Południowej Afryki, San Marino, Serbia i Czarnogóra, Słowenia, Tajlandia, Tunezja, Ukraina, Wspólnota Niepodległych Państw, Wybrzeże Kości Słoniowej, Wyspy Owcze, Zjednoczone Emiraty Arabskie.

 

To nie jest żaden koszyk drużyn do losowania, żadna hierarchia, czy miejsca w jakimś rankingu. To lista wszystkich drużyn, które nigdy nie pokonały reprezentacji Niemiec, zacne grono, czyż nie?

 

Dwa wnioski, przyglądając się temu zestawieniu.

Jeśli dalej polski futbol będzie zmierzał w takim kierunku, w jakim zmierza (o ile w ogóle się rusza, bo może stoi w miejscu, może kona…) to pozostaniemy na tej liście na baaaaaaaardzo długo. A skoro Niemców pokonały takie mocarstwa, jak Australia, Finlandia, Luksemburg, Irlandia Północna, Korea Południowa czy Walia to zapewne kilka drużyn z tego wykazu zniknie prędzej niż my. Taka Białoruś, Grecja, Izrael, Japonia, Kamerun, Kolumbia, Nigeria, Paragwaj, RPA, Słowenia, Ukraina, WKS czy Rosja sprężać się będą przy każdej okazji, by wymazać swoje nazwy… Taka Boliwia pewnie też chciałaby zagrać mecz z Niemcami w La Paz…

Ale jest też dobra nowina. Choćbyśmy dawali ciała przez kolejne dziesięciolecia, może nawet stulecia, nigdy nie zostaniemy sami. Pozwolę sobie zaryzykować, że kilka nieistniejących państwa nigdy już nie pojawi się na mapach świata…

 

Nie ma naturalnie, co drzeć szat, że tak kiepsko nam idzie z zachodnim sąsiadem (choć jednak trochę wstyd, że tyle lat wzajemnych piłkarskich potyczek i ani jednej wiktorii), przecież zaledwie osiem drużyn ma dodatni bilans z tym rywalem, to Włochy, Francja, Brazylia, Argentyna, Anglia oraz… Egipt, Algieria i NRD.

 

PS Kto wierzy, że jutro utrzemy nosa Niemcom, niech się nie łudzi; daję złoto i franki przeciwko orzechom, że półgwizdkowcy z landów nie pozwolą nam na wygraną.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16