Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
środa, 14 grudnia 2011

Wielu jeszcze nie posprzątało okruchów i nie wytarło gęby po sobotnim Grand Derbi, przyjemnym, ale i nudnym, ja chciałbym jednak napisać o czymś innym – fenomenie piłki, jako takiej i moim osobniczym Grand Derbi, które odbyło się dzień później…

Świat się przybliża, jest tuż za oknem; można wyjrzeć na mecz gigantów w Madrycie, rzucić okiem, co dzieje się w Londynie lub trafić do Rzymu, gdzie przecież prowadzą wszystkie drogi. Można. Zastanawiam się, jak bardzo ta bliskość oddala ludzi od futbolu. Dziś, mając tak szalone możliwości, mogąc przemieszczać się z miejsca na miejsce właściwie nie ruszając czterech liter, to, co fascynowało zostało zmielone, destylowane; dzisiaj wsuwając chipsy zaglądanie na niewiele znaczące mecze medialnie kreowane na wydarzenia wielkiej rangi, szlagiery, topowe – przymiotników można stosować bez liku – jest tak samo modne i tak samo dobrze widziane, jak słuchanie Rubika (choć nie, gość się skończył, do końca będzie kojarzony już tylko z z dżinglem „Wiadomości”, więc wstawcie tu kogoś innego); w każdym razie wiecie o co mi chodzi, o pięciominutową sławę, meteor – w sztuce przeważnie oznacza chłam podtarty odpowiednią grą promocyjną, w sporcie petrodolary, ruble, jeny, rzadziej euro czy dolary…

Dzisiejszy „kibic” interesujący się piłką to tak naprawdę bękart mojego pokolenia; to łebek w koszulce medialnego klubu znający jego historię do trzech edycji Ligi Mistrzów wstecz, na którego pokaźnym brzuszysku świetnie układa się PlayStation; to tyrający robol, który dopasowuje emocje piłkarskiego spotkania do skrótu pojawiającego się w górnym rogu ekranu (jeśli potrafi je rozszyfrować, znaczy się mecz jest zajebisty a emocje sięgają zenitu, byleby nie tego z Petersburga)*. Mógłbym tak długo jeszcze. Kiedyś futbol w swym majestacie miał coś ze sztuki, dzisiaj coraz bardziej przypomina monstrum zjadające własne cielsko, przepotwarzające się, realizujące szatański pomysł konkurowania z wszelkiego rodzaju show. Więcej, tłuściej. Mało kto pamięta, jak nazywa się klub z jego miasta, wie za to ile razy rozebrała się jakaś WAG, znacznie bardziej rozpoznawalna od klasowego gracza niszowej drużyny piłkarskiej; mało kto interesuje się ligą jako taką. Po co, skoro wystarczy sprawdzić pierwszych pięć miejsc, niezmiennie z tymi samymi klubami, nieco jedynie poprzestawianymi (bardzo rzadko, ale jednak, zdarza się użyć opcji „Rozwiń tabelę”), ewentualnie włączyć „Wiadomości”, „Informacje”, czy co tam jeszcze, by dowiedzieć się, co słychać u Wielkiej Czwórki (tabelę można zawsze przedstawić tak, jakby składała się tylko z tych miejsc, które zajmują akurat pupile, piąte, czy dziesiąte, za to bez trzeciego, czy czwartego, co za różnica przecież…). Wszystko kłębi się, prycha, wydobywa nieznośny smród, a gawiedź tańczy i śpiewa coś tam o wyższości Messiego nad Ronaldo… Podejrzewam, że dopiero wielkie bankructwa kilku gigantów, które niechybnie nastąpią (chyba, że Platini tupnie nogą wcześniej), mogą przynajmniej nieco uzdrowić sytuację…

Czerpanie satysfakcji.

Goście dalej człapią w miejscu. Tymczasowy trener to rzadko bywa dobre rozwiązania, zwłaszcza, gdy spotkanie ogląda już ten przyszły. Przed legendą niemieckiej piłki, Rudim Bommerem**, dość trudne wyzwanie, podwójnie trudne. Przegrać najbardziej prestiżowy mecz w tej części Niemiec to policzek, ale bardziej kibicowski, przegrać ligę, to znacznie poważniejszy problem. Na razie brzmi to może mało rozsądnie, ale przecież na takim samobieżnym chałturzeniu o katastrofę nie trudno. Co to za energia drużyny, skoro w trzynastu meczach pod rząd, daje ledwie dwie wygrane? Sam mecz był niezły, choć zabrakło w nim czegoś, jakiejś takiej futbolowej agresji na piątym biegu, ale i tak uderzyły mnie trzy sprawy – wyszkolenie zawodników: gościu, możesz być przeciętniakiem, możesz być powolnym półgłówkiem, ale jak już dostaniesz gałę i trochę miejsca (na przykład przy stałym fragmencie gry), to poślesz ją siedem razy na dziesięć dokładnie tam gdzie chcesz (chciałem napisać, że u nas proporcje są odwrotne, ale to nieprawda; w końcu zbyt wiele do powiedzenia ma przypadek, o czym przekonuje cykl Turbo-kozaka prowadzony przez Canal+; to niewiarygodne, jakie braki mają nasi ligowcy – grając w Pelego czy Chu… no niech będzie, że w Pana ci goście notorycznie dostawaliby baty na moim starym podwórku); wstrząsnęło mną, który to już raz, jak to bohaterem zostaje gość kompletnie nic nie pokazujący; ale wystarczyło znaleźć się dwukrotnie w odpowiednim miejscu i wykończyć dwie fantastyczne akcje kolegów, przy okazji wykańczając rywali. No i mieć nieco fuksa, jak przy drugim trafieniu. Wreszcie zmasakrowała mnie pierwsza bramka gospodarzy. Niżej wklejam filmik z meczu; popatrzcie uważnie, wow, co za latara, imponujące!

 

* Robole – tak nazywam każdego, kto po pracy tanim usprawiedliwieniem zmęczony jestem usprawiedliwia lenistwo. Ok., są zwody, są dni, kiedy faktycznie, dajesz z siebie wszystko i masz ochotę zatrzasnąć za sobą drzwi do pokoju i wstać z łóżka najwcześniej po weekendzie, nawet jeśli jest dopiero wtorek. Ale ględzenie, w stylu, oglądam mainstreamowe seriale bo zmęczony jestem; kibicuję Lidze Mistrzów, bo zmęczony jestem; nie mam pasji, bo zmęczony jestem; zmarnowałem kawał życia bo byłem zmęczony – genialne;]

** Niech się tam Bommerowi wiedzie, chociaż mógł zostać w tym Wacker Burghausen dłużej niż do końca roku. Cholernie szkoda mi zwolnionego trenera Wollitza…

 

A na koniec gratka dla wszystkich polskich ligowców, zwłaszcza dla Pana Wodeckiego – nawet w partaczeniu są od was lepsiJ

W akcji Edgar Prib

 

Swoją drogą pierwsza połowa meczu na szczycie zaplecza Bundesligi był znacznie lepszy niż to coś, co grano chwilę potem w Londynie. druga już nie była tak atrakcyjna, jakby zawodnicy wiedzieli, ze większość widzów przełączy się na to coś.



czwartek, 08 grudnia 2011

Bundesliga

Gambrinus Liga

T-Mobile Ekstraklasa

Tak prezentowałyby się ligowe tabele pierwszych lig*, którymi zajmuję się na tym blogu, gdyby w futbolu obowiązywały jedne z licznych przecież propozycji naliczania punktów. Oto w połowie 1944 roku w Niemczech eksperymentowano z regułą doceniania postawy drużyn w meczach wyjazdowych. Za zwycięstwo poza własnym stadionem proponowano trzy punkty. Dwa miały być przyznawane za wygraną u siebie oraz remis w grze wyjazdowej; wreszcie nierozstrzygnięty wynik przed własną publiczności to jedno oczko w ligowej tabeli; porażki, jak świat światem, choć i tu zdarzały się wyjątki (vide -1 pkt za klęskę trzema lub więcej bramkami w latach '80 w Polsce), nie miały być premiowane w jakikolwiek sposób.

Co ciekawe właśnie w Bundeslidze takie zasady wprowadziłyby największe zamieszanie. Kilka klubów zanotowałoby wyraźny skok w górę, zwłaszcza imponujący w przypadku Bayeru Leverkusen (pudło!), Mainz oraz K'lautern (w każdym z tych przypadków aż o trzy miejsca), ale i parę spektakularnych obsuw w dół, najbardziej bolesnej zwłaszcza dla legendarnej drużyn 1.FC Nürnberg. Zauważyć warto również, że wszystko stało się jakby bardziej gęste; różnice punktowe w czołówce i w strefie zagrożonej mają znamiona delikatnienia.

Dwie pozostałe ligi charakteryzują jedynie retusze; ok, w Polsce Wisła miałaby z tego systemu wiele korzyści, podobnie ŁKS, ale ogólnie nie wiele się dzieje; jeszcze mniej u naszych południowych sąsiadów, gdzie zaledwie cztery drużyny dotknięte są ruchem w górę lub w dół. Ale już różnice w dorobku poszczególnych zespołów, co nieco wyprawiają. Taka Viktoria, ta z Žižkova miałaby już tylko iluzoryczne szanse na uratowanie ligowego bytu, od miejsca trzeciego do dziewiątego różnice uległyby zmniejszeniu, a już rywalizacja Sparty z Libercem nabrałaby tak istotnej krwistości.

U nas oberwałoby się „Niebieskim”, ale jeszcze znaczniej drużynie Pana Wojciechowskiego. Cieszono by się w Kielcach i Krakowie. W Grodzie Kraka podwójnie, bo nie tylko „Biała Gwiazda” wskoczyła na pozycję trzecią, ale i Cracovia, pozornie w tak samo gównianej sytuacji, tak naprawdę byłaby o jedną wygraną od miejsca jedenastego! W Lubinie trwoga, a miejsca tam, gdzie niebezpiecznie starczyłoby dla pięciu drużyn. U góry ciekawie, Widzew miałby spore szanse na puchary, no i najważniejsze – Legia już teraz byłaby nad Śląskiem...

 

* Mam gdzieś nowomowę związkową; pierwsza liga w Polsce to pierwsza liga, nie jakaś druga, czy inna jeszcze.

** Dwie uwagi odnośnie prezentowanych tabel: w lidze czeskiej drużynie Sigmy odjęto 9 punktów za sprawę korupcyjną; w Bundeslidze do rozegrania pozostało spotkanie 1.FC Köln – FSV Mainz, odwołane w pierwotnym terminie z powodu próby samobójczej arbitra mającego prowadzić te zawody. Mecz ponownie odbędzie się w najbliższą środę.

*** Przepraszam wszystkich kibiców Lecha i Polonii Warszawa. Teraz dopiero to zauważyłem. Mój edytor tekstu automatycznie zamienia nazwy Lech Poznań na Amica i Polonii Warszawa na Groclin. Wybaczcie...

wtorek, 29 listopada 2011

Ostatni futbolowy weekend, a weekend w piłce, o czym wie nawet dziecko trwa od piątku do poniedziałku, a więc ten ostatni był całkiem po niemiecku. Mówił, ruszał się, biegał, skakał, eksponował, silił się, tupał, klaskał, krzyczał, woniał po niemiecku – a to wszystko w futbolu akurat oznacza najwyższą jakość. Czy ktoś mógł przejmować się rozgrywkami w jakiejkolwiek innej lidze, gdy pomiędzy Renem a Odrą przygotowaną takie specjały? Pff, cała reszta dobra jest dla turystów…

Zaczęło się od cacuszka, jakim zawsze są Rhein Derby, czyli najprawdziwsza bitwa piłkarska, wiecie, taka od zarania, z korzeniem, krwią i mięchem, a nie sztuczny twór marketingowy, jak jakieś derby Polski z udziałem drużyn całkiem przypadkowych… Tymczasem „Kozły” z „Źrebiętami” leją się od przedwojnia, dokładnie od 1912 roku, i, co dość frapujące, trudno znaleźć z klubów obecnej Bundesligi bardziej łakomy kąsek dla Borussii, niż właśnie drużyna z Kolonii (swoją drogą dla 1.FC również nie ma takiego drugiego rywala, który tak niemiłosiernie by ich łomotał). W piątek puknęli ich trzeci raz z rzędu, trzeci raz wysoko, i trzeci raz bezapelacyjnie (bramki z tych ostatnich konfrontacji mówią wszystko - 12:1). Pierwszy FC nie daje rady Borussii od 3,5 roku i po prawdzie, jeśli w ogóle się utrzyma, to nie specjalnie wierzyć należy, że poradzi sobie w roku przyszłym. Dość powiedzieć, ze Podolski, Matuszczyk i Peszko mieli łącznie zaledwie o trzy (!!!) kontakty z piłką więcej niż bramkarz „Źrebiąt” ter Stegen. Szkoda tylko, że klub z Mönchengladbach tak cholernie chce być wyrachowany i zamiast zmiażdżyć, wdeptać w ziemię rywala, nieudolnie stara się naśladować Barcelonę klepiąc piłeczkę bez celu i sensu, tym bardziej ich pozbawionego, że, jak już napisałem, robią to dość niezgrabnie*. Dlatego sędzia powinien te zawody zakończyć w 47 minucie, tuż po drugim golu Mike Hankego, obeszłoby się bez tej nudnawej reszty… A jednak Borussia nie wyszła z tego spotkania całkiem zwycięsko – supergwiazda klubu, Marco Reus, prawdopodobnie połamał sobie paluchy u nogi i być może nie zagra w arcyciekawym spotkaniu następnej kolejki…

I jeszcze jedna ciekawostka. Ostatni raz Borussia tak dobry start ligowy miała w sezonie 1976/77, dokładnie wtedy wygrali Mistrzostwo Niemiec po raz ostatni. Nie żebym coś sugerował, ale skoro nawet Uli Hoeneß traktuje ich poważnie to…

W sobotę derby Zagłębia Ruhry. Młodsze wprawdzie, ale przecież o jeszcze większej ilości gier i chyba nawet dawce emocji, napięcia. Trąbiono o tym na prawo i lewo, więc nie będę się specjalnie rozpisywał, że Dortmund nie potrafił sobie ostatnimi czasy poradzić z odwiecznym rywalem, nie tylko zresztą u siebie. Schalke mimo wszystko ma wciąż dodatni bilans i w Bundeslidze i licząc wszystkie rozgrywki (zwłaszcza przedwojenna złota drużyna Górników tłukła niemiłosiernie klub z Dortmundu, zdarzało się, że i dwucyfrowo), ale piłkarsko wygląda katastrofalnie, jak ubogi krewny, który przyszedł w żebry. Klub z Gelsenkirchen jest strasznie chimeryczny, a to w tak silnej i zdyscyplinowanej lidze, jaką jest Bundesliga laurów nie przyniesie. Trzeba za to pochwalić BVB i trójkę Polaków, bo potrafili tę słabość Schalke wykorzystać. Słabość całego zespołu, poza bramkarzem Unnerstallem, rzecz jasna.

A już za tydzień lider jedzie do wicelidera. Jeśli ktoś się wybiera na mecz na Borussia-Park, a biletu nie ma, to informuję, że najbliższy wolny termin jest na 11 lutego przyszłego roku… w loży VIP’owskiej na dodatek;]

To, że w przyszłą sobotę zagrają ze sobą dwie najlepsze jedenastki ligi, to również zasługa Bayernu, bo jednak mniej Mainz, które poza kilkoma akcjami Allaguiego niczym specjalnie się nie popisało, za to popis dupowatości dali Bawarczycy, zdecydowanie cierpiący brakiem Schweinsteigera w środku pola.

Ale to nie był mecz dnia. Za taki z pośród niedzielnych potyczek należy uznać spotkanie FC St. Pauli Hamburg – Dynamo Dresden. Chyba każdy wie, jak lubią się kibice obu drużyn, dlatego oczekiwałem wyjątkowej atmosfery i zaciętej walki. Przyszło jednak rozczarowanie, bo po powtarzających się kłopotach z własnymi fanami, klub z Drezna odesłał bilety do Hamburga i zaledwie 50 osób dopingowało czarno-żółtych. Samo spotkanie zrazu ospałe z każdą minutą nabierało tempa i faktycznie, emocjonalne było bardziej niż którykolwiek mecz naszej ligi ogórkowej. W kolejnym już meczy Dynamo nieźle się prezentuje, ale przegrywa. Frycowe, ktoś powie; a może to haracz za to niesamowite spotkanie pucharowe z Leverkusen? Tak, czy siak mają się nienajlepiej, a jeszcze Dedič ten s…syn. Nie znoszę takich zachowań. Czeski drwal, Pavel Fořt, pokonał bramkarza gospodarz, a ten drań wślizgiem (!) dopadł piłkę niemalże na linii, żeby tylko zapisać gola na własne konto; nie usprawiedliwia go to, że właśnie on ślicznie uruchomił byłego gracza Slavii Praga i Armenii Bielefeld, ani nawet to, że statystyką powalczyć łatwiej o lepszy kontrakt. Świństwo, dla mnie.

W każdym razie „Piraci” odrobili straty, jak tylko trener Schubert wpuścił na boisko swego niepełnosprawnego napastnika, Mariusa Ebbersa. Gość jakiś czas temu złamał paskudnie rękę w czasie meczu, potem przyplątała się kontuzja łydki i zamiast na boisku częściej widywany jest w gabinetach lekarskich, a szkoda, bo to wyborny zawodnik. w tym sezonie w zaledwie siedmiu meczach (i tylko trzech pełnych) zdobył sześć goli i zaliczył trzy asysty. Po bramce i ostatecznym podaniu (jakim ładnym) dopisał właśnie w spotkaniu z Drezdeńczykami.

W tabeli znowu zrobiło się ciekawie, bo po sensacyjnej, pierwszej w sezonie porażce Eintrachtu Frankfurt ścisk niemiłosierny. Coraz odważniej nad kreskę zagląda nic nieznaczący klubik S.C. Padeborn 07. Byłaby to niezła heca, gdyby te wszystkie wielkie firmy, przegrały bój akurat z nimi; ale nie wiem, czy tego chcę. Postawa Augsburga pokazuje, że to jednak zupełnie inny świat… Póki co, to jednak najwygodniej jest Fortunie Düsseldorf. Wczoraj, w naprawdę niezłym meczu, takim co się zowie o dwóch obliczach, uporali się z innym kandydatem do awansu, drużyną SpVgg Greuther Fürth. Gospodarze grali do przerwy, goście po przerwie, a i tak najlepszy na boisku był sędzia Peter Gagelmann. Jestem pewien, ży gdyby u nas, któryś z arbitrów tak precyzyjnie nakreślił zasady, jakimi będzie się kierował, część piłkarzy uciekłaby z boiska, a pozostali z pianą na ustach i plamami po testosteronie na czole łamałaby nogi, ręce, chorągiewki boczne, krzesełka… Gra była bardzo ostra, ale facet nad wszystkim panował – imponujące. Nieco mniej imponujący występ zaliczyła młodziutka gwiazda Fortuny, Maximilian Beister, który w drugiej połowie poza kilkoma wcieleniami w ofiarę zgasł jak pozostali. Miło było z kolei przypomnieć sobie Daniego Schahina; jeszcze pół roku temu zachwycał w trzecioligowym wówczas Dynamie Drezno teraz wreszcie dostaje szansę pokazania się w macierzystym klubie, myślę, że jego wejście miało dość znaczący wpływ na wyraźną dominację w drugiej połowie legendarnych „Listków koniczynek”.

Ufff, po takiej dawce emocji można wreszcie odpocząć, chociaż nie na długo, jak się okazuje. O spotkaniu Borussii Mönchengladbach z liderem z Dortmundu już pisałem, ale ciekawie powinno być również w Monachium, gdzie chwiejący się po dwóch ostatnich ligowych ciosach Bayern zmierzy się z wyjątkowo im nie leżącym Werderem Brema. Gdyby tak spojrzeć od początku lat ’80, to ich wzajemny bilans jest niemal idealny (zdaje się, że Bayern ma o jedną wygraną więcej), ale prawdą jest również, że ostatnio Werder z Bayernem najczęściej remisuje i to w… Monachium;) Na zapleczu Bundesligi ciekawie powinno być w Padeborn, gdzie zawita St. Pauli i w Duisburgu, gdzie zawsze groźne „Zebry” spróbują powstrzymać rozpędzonego, niepokonanego lidera z Düsseldorfu.

 

PS Warto jednak mentalnie przekroczyć granice i zajrzeć do Czech. Tam też hicior się szykje. Efektownie grający FK Jablonec z supersnajperem, Davidem Lafatou, zagra z szalenie efektywną w tym sezonie Spartą Praga. Drugie wielkie „S”, Slavia, niepokonana pod wodzą wielkiego fana Sparty, Františka Straki, zagra z wiceliderem z Liberca. Napisałbym jeszcze, że fajny meczyk może być w Pilźnie, ale to, co wyprawia ostatnio Bohemka nie daje ku temu żadnych podstaw. A propos Mistrza Czech – wiele zamieszania wywołuje sprawa młodego Vaclava Pilařa, który wypiął się na Viktorię i podobno już podpisał umowę z Wolfsburgiem. Z tym, że w Pilźnie są na niego wściekli i może być z tego niezła draka, jeśli działacze nie zdecydują się go jednak puścić. Robi się z tego typowy „czeski film”, on chce, ona (Viktorka) nie chce, oni chcę (Pilař jest zawodnikiem FC Hradec Králové, tylko wypożyczonym do Pilzna), on chce (agent Stejskal), oni chcą (to znaczy Wolfsburg, podobno), a może się okazać, że będzie w rezerwie Viktorii lub w ogóle sobie nie pogra. Myślałem, że chłopak jest rozsądny, ale jednak nie zostanie drugim Poborským; wplątał się w straszne gówno i już się z tego nie wygrzebie. Po pierwsze swoją naiwnością udowodnił nielojalność, po drugie, Euro 2012, gdzie Czesi zagrają m.in. dzięki jego bramce w meczu barażowym mogłoby go wypromować bardziej, po trzecie, Wolfsburg, a zwłaszcza Magath, to dla tego chucherka jak futbolowy Charles Henri Sanson! Inna sprawa to łapczywość klubu z Hradce, za śmieszne pieniądze chcą się pozbyć swego asa, bo mieszek jest pusty…

Aha, i jeszcze będzie ciekawie w Zabrzu. Mimo marsjańskich krajobrazów warto zobaczyć, jak Śląsk traci fotel lidera;)

PS1 Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

 Milan Pacanda

Milan Pacanda. Źródło: http://isport.blesk.cz/clanek/fotbal/26160/pacandovy-kotrmelce.html

Jeśli zobaczycie tego gościa, nie pożyczajcie mu pieniędzy! Najlepiej zawróćcie go do Czech, może da się faceta jeszcze uratować. Jeden z największych talentów w czeskiej piłce lat ’90, a pewnie dla większości zupełnie niepodobny do nikogo. Wszystko przez pewnego idiotę z Viktorii Žižkov, który postanowił przejść do historii piłki łamiąc kości młodziutkiemu wtedy napastnikowi. Zakopal, jak gorzko brzmi nazwisko tego gnoja… Wprawdzie była potem jeszcze Sparta, ale znowu problemy zdrowotne się pojawiły, no i te gorsze – podobno nudząc się na rehabilitacji po tym potwornym faulu, trwało to zdaje się ok. jednego roku zaczął chadzać do kasyna. Hazard dodać depresja i było już po nim. Długi rosły i rosły; talent rozmieniał się na drobne a nimi tych cholernych długów zapłacić nie był w stanie. Zdaje się, że nawet pracował fizycznie, bo piłka przestała go interesować. Ale wrócił; zaufano mu w Znojmie… Wytrzymał trzy miesiące. Przestał pojawiać się na treningach. Podobno znowu wpadł w kłopoty; podobno w ogóle wyjechał z Republiki Czeskiej… W świecie znany jest jego imiennik, również Czech, Milan Baroš; możecie wierzyć lub nie, ale przy Pacandzie to frajer a nie piłkarz.

 

* Jak bardzo nieudolnie pokazał mecz z Bayerem Leverkusen – prowadząc i grając w przewadze jednego zawodnika, zamiast przypieczętować zwycięstwo dostali całkiem idiotyczną bramkę i musieli zadowolić się jednym punktem.



piątek, 18 listopada 2011

Powrót z Czech. Praga w kieszeniach, na sznurowadłach i pasku. Czeski film, žižkovskie knajpki i Franz Kafka. Czas jakoś zleciał i aż dziw bierze ile w tym krótkim momencie wyjątkowych, interesujących, ekscytujących newsów przywieźć można właśnie od naszych południowych sąsiadów. Futbolowych newsów, rzecz jasna.

Dziwne również, że praktycznie nikt nie podejmuje tych tematów u nas, a są one modelowe, premierowe lub w jakiś tam sposób powiązane z wydarzeniami w naszym kraju. Dziś pisać o czeskiej piłce to wręcz obowiązek!

No, bo jakie to niby tematy przeoczyli nasi dziennikarze?

Zacznijmy od kibiców. To temat w sam raz, sprawdza się zawsze i wszędzie można go upchnąć. Wszyscy oglądający spotkanie Czechy - Czarnogóra, czy chociaż skróty z niego, wszyscy dysponujący minimalnym skupieniem i odrobinę bystrzejszym okiem zauważyli gościa w szaliku cieszącego się z gola Czechów. Tym razem nie był to Rémi Gaillard, tylko jakiś naśladowca. Nie ważne, czy zrobił to w euforii, czy chodziło o grubszy zakład, najważniejsze, jak z nim postąpiono. Otóż nie zrobiono nic lub prawie nic. Sam fakt, że dostał się na płytę boiska, to oczywiście obciach dla organizatorów, ale gdy już zorientowano się, że facet w skórzanej kurtce nie jest ani jednym z zawodników, ani nie należy do sztabu szkoleniowego, wreszcie nie jest sędzią, czy choćby fotoreporterem został zaprowadzony z powrotem na trybuny przez... służby medyczne:) Być może czekają go jakieś kary, jednak; być może Czechom oberwie się od fifouefy, jednak; w każdym razie chłopak mecz zobaczył do końca i nikt nie nazwał go kibolem. Naturalnie, gdyby takie zjawiska przekroczyły ramy incydentalności, należałoby podjąć zdecydowane kroki, w tym momencie postąpiono właściwie, według mnie...

Dwunasty zawodnik:)

Potem wybuchła afera koszulkowa, dokładnie taka jak u nas. Godło narodowe tak dumnie paradujące na na strojach piłkarskich, a jeszcze bardziej tych hokejowych, zastąpiono białym lwem, jako żywo przypominającym znaczek ČMFS, czyli ichniejszy PeZetPełojeNy. Tylko to M, jak Morawski właściwie traci rację bytu, bo choć odwołanie do historycznego emblematu z okresu przedwojennego jest kuszące, to sam w sobie nie ma żadnych związków z liczną przecież grupą Morawiaków i Ślązaków. Zrobił się więc niezły harmider, choć nieco mniejszy niż u nas (flaga narodowa pozostała; z tyłu, na karku, ale pozostała); i oczywiście, jak i u nas, chodziło o kasę. „Kasa, Misiu, kasa!”, to coraz bardziej aktualne motto współczesnego futbolu, znacznie bardziej niż fair play, niestety...

Czechy-nie-Morawy

A propos fair play. Przypomniał o sobie Petr Mikolanda, onegdaj niemały talent, który ze świetnym bilansem ligowym trafił z Viktorii Žižkov do słynnego West Ham United. Na Wyspach kariery nie zrobił, wrócił do Czech (Mlada Boleslav), ale i tak mógł w futbolu co nieco osiągnąć. Miał zaledwie 23 lata i zdiagnozowane zapalenie nerki. Karierę szlag trafił, ale najważniejsze, że transplantacja zakończyła się sukcesem. Dzisiaj chłopak, a właściwie już dorosły facet wraca do piłki; wiadomo, z poziomu czysto amatorskiego, ale miło, że mu się chce; trzy lata przerwy to jednak dostatecznie długo, by chcieć się przestało... A więc Mikolanda kopie sobie piłeczkę w czwartoligowym SK Zápy, zresztą całkiem ambicjonalnym klubie (wicelider Dywizji B) i udowadnia, że futbol może być jednak pięknym, czystym sportem. W spotkaniu domowym z legendarnym klubem SK Meteor Praha VIII przy stanie 0:1 sędzia odgwizdał rzut karny dla miejscowych za rzekome zagranie ręką obrońcy zespołu z dzielnicy Libeň. Powstało całkiem spore zamieszanie, a głupiejący już z tego wszystkiego arbiter postanowił zapytać wielkoluda, jak to właściwie było w tym polu karnym. Mikolanda przyznał, że to jednak on dotknął piłkę ręką i mowy o „jedenastce” wcale być nie może. Zápy przegrały 1:3 i tracą do lidera, SK Viktorie Jirny, już pięć punktów. Oberwało mu się po meczu, a jakże, i od kolegów z boiska, i od szefostwa, ale z całą pewnością nie od sumienia. Ja biję mu brawo i niech go do diabła zaczną naśladować nasi (z)łamańcy.

Dalej...

Ciągnie się sprawa Martina Fenina, tego wiecie, nocnego skoczka, który już drugi raz nabałaganił pod wpływem. Wrócił do domu. Leczy się z depresji. Jest na dobrej drodze. Poznał swoje słabości, nie wstydzi się ich, walczy z nimi. Liczę, że mu się uda, cholernie utalentowany gość z niego. Ale ta cała historia powinna być przestrogą dla młodych. Fenin też złapał Pana Boga za nogi, gdy władował bramkę w finałowym meczu z Argentyną drużyn do lat 19. Potem okazało się, że to nie były boskie nogi, nie były to nogi w ogóle, a jedynie gówno na patyku. Bądźcie więc czujni;)

Czesie mają wreszcie prezesa związku. Tymczasowego, bo wybory tuż, tuż, ale jednak. Miroslav Pelta to barwna postać. Ten, który zasłynął telefonowaniem wiosną (jeśli dobrze łapię nieco slangowe „cinkel o jaru”), czyli załatwianie wyników w sposób nie wymagający kopania piłki (choć trzeba przyznać, że sam występował jedynie w roli świadka) i innymi mniejszymi grzeszkami, to jednak dzisiaj wzorcowa postać szefa klubu. Jego Jablonec, jeszcze niedawno kompletnie nic nie znaczący klub, którego legendami byli Kotrba, czy Weber, to dzisiaj nie tylko trzecia siła Gambrinus Ligi, ale jeden z najważniejszych sponsorów... Slavii Praga (robili bilateralne interesiki, które ratowały tyłek „Zszywanym” przed bankructwem). Finansowo wszystko jest tam tip-top. I gdyby nie to, że od czasów pracy w Sparcie jest zaszufladkowany jako Beton Punk, yyy, to znaczy Beton Działacz, mieliby się w Czechach z czego cieszyć. Ale zobaczymy, może jest wart zaufania, pełnego zaufania. Sam postawił sobie pierwszy cel, który powie „Sprawdzam” i przekonamy się, jakie ma karty w rękach – chce załatwić raz na zawszę casus Bohemians Praga i jej mutacji. Czekamy Panie Pelta, czekamy...

W Czechach odbierają polskie media, albo telepatycznie polskie szajby; tak, czy siak i tam ktoś wpadł na pomysł, by zabronić reklamowania się firmom bukmacherskim, ktoś to podchwycił, ktoś przelał na papier, ktoś podniósł rękę i nacisnął przycisk i w ten sposób Dukla Praga jest w niezłych tarapatach, bo może od nowego roku stracić sponsora strategicznego. Podobnie hokejowy klub z Pilzna. To by było na tyle, jeśli ustawa dotyczyć ma firm zagranicznych; bo jeśli przylepi się do tych czeskich, dotknie to interesu aż 13 klubów pierwszoligowych piłkarskich i 9 hokejowych...

Przegląd prasy zacząłem barażami na Euro 2012 i nimi zakończę. Po pięknym golu Petra Jiráčka (nieco na wyrost przyrównywanego do Pavla Nedvĕda, bo dokładność, strzał, podanie, chłodna głowa jednak nie ta, ale przecież i legenda Juventusu zaczynała głównie na motoryce, wytrzymałości i... motoryce oraz wytrzymałości), już transferowanego do Wolfsburga, czy jeszcze zacniejszych marek, oraz po solidnej porcji fuksa wymieszanego ze szczęściem i Petrem Čechem, nomen omen, Czesi awansowali hip hip hurra! Ale nie tak świętowano sukces. Po ostrych, wręcz obraźliwych słowach pod adresem trenera i piłkarzy internacjonała i byłego reprezentanta, Radka Drulaka (srebro na Euro '96), odśpiewali mu dzisiejsi kadrowicze ripostę o jego przyrodzeniu na znaną melodię, a leciało to tak...

Przynajmniej widać po tych scenkach, że ekipa trzyma się razem; u nas to nie do pomyślenia, bo niby w jakim języku miano by śpiewać?

 

Zdjęcia pochodzą ze stron dziennika Mlada Fronta Dnes

czwartek, 10 listopada 2011

Właśnie pakuję manatki, zaraz wyjeżdżam do Pragi na długi weekend. Nie muszę się spieszyć; mój plecak bardziej nadaje się dla przedszkolaka, niż na wojaże; ale zasada nieposiadania ma i swoje dobre strony – nie mam za bardzo co do niego włożyć; zatem, nie muszę się spieszyć i dlatego piszę ten tekst.

Miała być wspaniała zabawa, raczej będzie po prostu wyjazd do Pragi na długi weekend. Cholera! Czesi zajęli drugie miejsce w swojej grupie eliminacyjnej, ok, można się było tego spodziewać; ale, żeby ta przeklęta UEFA mając 34 (słownie: trzydzieści cztery) wolne weekendy do Euro 2012 musiała ustalić mecze barażowe akurat na TE dni?! Nie wspominając o tych wszystkich wtorkach, środach, czwartkach... Psia ich mać! Zrobili mi to na złość, jestem pewien!

Drugi raz to mi się przytrafia. Drugi raz jadę do Pragi na derbowe spotkanie ligowe i drugi raz przez sakramencki los go nie zobaczę. Za pierwszym razem zamknięto stadion Slavii i pozostało oglądać mecz na telebimie (przynajmniej teraz wiem o co kaman z Ďolíčkiem), a teraz, gdy chciałem z sektorów Boehmki pokrzyczeć sobie, jak zasmarkany małolat, na taką-to-a-taką Spartę trafił mi się mecz reprezentacji Czech. Jak tak dalej pójdzie to nigdy nie zobaczę praskich derbów;)

W każdym razie upatrzyłem sobie jeszcze jeden mecz, ale, co łatwo wywnioskować po dotychczasowych doświadczeniach, zobaczenie go będzie, jak wygranie na loterii. Tym bardziej po poniedziałkowej wtopie Viktorii w meczu o przysłowiowe sześć punktów z Banikiem Ostrawa. Zobaczyć mecz Viktorii Žižkov z „Kangurami”: na tym małym, wciśniętym w osiedlowe ścieżki stadioniku... Po telewizyjnej transmisji jestem pełen entuzjazmu. No chyba, że pasy spadną z ligi, co przy ich potencjale kadrowym i skuteczności jest wielce prawdopodobne...

Dużo ostatnio się dzieje w piłce i aż korci by skrobnąć słówko lub dwa; ale też dużo pracuję nad pewnym tematem (jak najbardziej futbolowym i bynajmniej nie chodzi o wpis na bloga), więc czuję się usprawiedliwiony. Wiem, atrakcyjność, o ile kiedykolwiek była jakakolwiek, osiadła jak stary frachtowiec na mieliźnie i nawet nieco oberwało mi się za to, ale gwiżdżę na to – całkiem dałem się wciągnąć badaniu dziejów piłki na Górnym Śląsku w latach 1939-45. wręcz pali mnie, by to i owo wrzucić, ale muszę być twardy, zebrać ile się da, opracować, poddać liftingowi i zobaczymy, może uda się to wcisnąć pod prasę drukarską, choćby i niepostrzeżenie;)

Nie ma to, jak zajmować się rzeczą zbędną, obojętną i nikomu niepotrzebną; no, poza grupą całkowitych wariatów, których niniejszym pozdrawiam;)

19:20, marll80
Link Komentarze (3) »
piątek, 28 października 2011

Nie wszystkim udało się uniknąć kompromitacji w kolejnej rundzie DFB-Pokal. Najbardziej oberwało się „Zebrom”. MSV Duisburg poległo z czwartoligowym Holsten Keil i tak po prawdzie była to jedyna poważna niespodzianka wtorkowo-środowych gier. W ostatniej chwili ze stryczka urwała się Borussia Mönchengladbach, która straszliwie wycierpiała się w meczu z trzecioligowym 1.FC Heidenheim. Skórę „Źrebakom” uratował bodaj największy talent wśród niemieckich młodych bramkarzy, André ter Stegen. Jeszcze w normalnym czasie gry wybronił setkę, ale przede wszystkim jego dwie świetne interwencje w serii rzutów karnych pozwoliły uniknąć blamażu słynnej Borussii.

 

Dziewiętnastolatek w bramce utytułowanego klubu z Nadrenii radzi sobie coraz lepiej. Już przed rokiem okrzyknięto go odkryciem ligi, wraz z Draxlerem z Schalke. Znamienity wpływ na jego karierę ma legenda Borussii, Uwe Kamps, który opiekuje się młokosem już od pięciu, sześciu lat. Jak widać ze znakomitym skutkiem.

 

Ale do Kampsa ter Stegenowi wiele jeszcze brakuje. Jeszcze nie ma oferty z Realu Madryt*, jeszcze nie stał się historią klubu, a nawet te dwie jedenastki nie są niczym wyjątkowym przy dokonaniu jego trenera.

 

Uwe Kamps – legenda. Jeden z najlepszych golkiperów Bundesligi przełomu lat '80 i '90, chociaż nigdy nie było mu dane zagrać w barwach narodowych. Blisko czterysta gier w najwyższej klasie rozgrywkowej, blisko sto meczy bez puszczonego gola, a jednak to najpiękniejsze wydarzyło się poza ligą. Był kwiecień roku 1992, półfinał DFB-Pokal, mityczny Bökelberg-Stadion. Uwe Kamps siedział już w klubie dziesiąty sezon, czyli zbliża się do połowy kariery w Borussii. On, gość z Nadrenii, emocjonalnie związany z regionem, klubem, kibicami, a zarazem już wystarczająco stary facet, by wygrać coś więcej niż jedynie brązowy medal Igrzysk Olimpisjkich w Seulu**. Przeciwnikiem Borussii świetna ekipa z Leverkusen; naprawdę mieli wtedy mocną pakę, z Kirstenem, Thomem, Lupescu, Jorginho, ale też Leśniakiem*** i Buncolem. Do przerwy faworyt, czyli „Aptekarze”, prowadził 1-0, a powinien wyżej (zmarnowana okazja Thoma), wprawdzie po zmianie stron posiadający wyrzutnię rakietową w nodze Thomas Kastenmaier wyrównał, ale szanse tak naprawdę wyrównały się dopiero kilka minut później, gdy wściekły Franco Foda, poszkodowany przez Martina Maxa, nie wytrzymał drwin Franka Schulza, i odepchnął go na tyle wyraziście, że długowłosy pomocnik BMG mógł nieco przyaktorzyć. Dopiero po czerwonej kartce mecz toczony był na równych zasadach, ale gole padły dopiero w dogrywce. Najpierw niezawodny Hans-Jörg Criens dał prowadzenie Borussii i gdy, już, już otwierano szampany, Andreas Thom zrewanżował się za klopsa z pierwszej części gry i w 119 minucie doprowadził do remisu. A więc rzuty karne. Właściwie trudno o nich cokolwiek napisać. Sądzę, że obraz odda najlepiej, co tam właściwie się wydarzyło:

 

Kamps został bohaterem, jasna sprawa, został wpisany na karty historii futbolu, też jasna sprawa, został niemal zaduszony przez kolegów z drużyny (dopiero przytomny Schulz zaczął ściągać z niego te ludzkie masy umożliwiając oddychanie), a redaktor Rolf Töpperwien został bez portfela****. Nie może też dziwić, że do dzisiaj uważa to spotkanie za swoje najlepsze w karierze, najbardziej spektakularne. Cholera, jak już napisałem, dzięki niemu przeszedł do historii, bo na takim poziomie tylko Helmuth Duckadam dokonał takiej sztuki, zresztą w jeszcze bardziej prestiżowej potyczce. Kamps był tak nakręcony, że żałował, autentycznie żałował tego, że gracze z Leverkusen nie wykonywali jeszcze jednej, tej piątej jedenastki; był pewien, że i z nią by sobie poradził, a najlepiej, gdyby jeszcze mógł wszystko zakończyć wbiciem gola decydującego.

 

Intuicja, instynkt, szczęście. To był mój zajebisty dzień.

 

Pewność siebie dała mu pierwsza interwencja. Strzał Jorginho nie dość, że słaby to całkiem przewidywalny, dokładnie tak, jak powiedział Kampsowi Jürgen Gelsdorf, który niewiele wcześniej trenował Brazylijczyka w Bayerze właśnie. Wszystko wykonał, jak z zaprogramowanego mechanizmu, Uwe na tym skorzystał i potem już poszło z górki; no, może nie tak zupełnie, bo co jak co, ale uderzenia Herrlicha i Lupescu były jednak solidne. Wyczekać do końca, skoncentrować się na strzelającym, uwzględnić nogę dominującą u niego i liczyć na fuks. Proste i działa. Fuks to na przykład popis ostatniego ze strzelających. Martin Kree zawsze walił na pałę, prawie zawsze, a tym razem spartolił to setnie.

Nie było happy endu jednak. Pisałem już zresztą o tym. I tym razem to ktoś inny został bohaterem rzutów karnych. Właściwie to trudno też stwierdzić jednoznacznie, czy z Kampsa był taki fachowiec od jedenastek, czy nie za bardzo. Bilansik dwanaście na czterdzieści jeden może i nie imponujący i dziewczyny na to nie polecą, ale przecież nie tylko najlepiej w historii klubu, ale po prostu dobra średnia w historii całej ligi.

 

A puchar? Facet z tytanowo uzupełnionym kolanem zdobędzie go cztery lata później...

 

* Uwe Kamps miał ofertę przejścia do „Królewskich”, niestety nie wiem dokładnie w którym roku. W każdym razie nie skorzystał. Oficjalnie, dlatego, że miał ważny kontrakt, a taka okazja trafiła się całkiem w środku sezonu, bardziej romantycznie żeby było, to dodam, iż Uwe sam zrezygnował – Borussia to jego klub, kocha go, kocha te miejsca, i chociaż kocha pewnie tez pieniądze, to jednak na tyle mniej, by nie zawracać sobie głowy nawet taką propozycją.

** Zagrał we wszystkich meczach reprezentacji Niemiec, w półfinale z Brazylią musiał jednak pochylić czoła przed Cláudio Taffarelem; nic to, że wybronił jedenastkę André Cruza, fachowiec z kraju kawy załatwić potrafił w ten sposób czterech kolegów Kampsa, w tym Funkela tuż przed końcem meczu. W ogóle patrząc na te składy, i Niemiec, i Brazylii, i innych uczestników tamtej imprezy, muszę stwierdzić, do diabła, solidna, smaczna futbolowa potrawa to była...

*** Zdaje się, że to wtedy Marek Leśniak ustanowił rekord Bundesligi. Zagrał w aż 25 meczach ligowych i tylko raz, jeden jedyny raz przebywał na boisku pełnych 90 minut. Poza tym czterokrotnie schodził do szatni przed czasem, a aż dwudziestokrotnie wstawał z ławki i meldował się na murawie. Naturalnie gola żadnego nie strzelił...

**** Tak mu było spieszno do wywiadów, że stał się łakomym kąskiem dla jakiegoś złodziejaszka z tłumu entuzjastów.

 

PS Było o MSV Dusiburg, rewelacji poprzedniej edycji DFB-Pokal, swoją drogą warto zobaczyć, jak dał ciała bramkarz „Zebr” przy pierwszym golu, klasse:)




poniedziałek, 24 października 2011

Był kiedyś wspaniały kabaret, kabaret łączący intelektualne peregrynacje oraz ukryte znaczenia z wyjątkowym poczuciem humoru. Duet Laskowik-Smoleń wyjątkowo pielęgnował każdy tekst, dbał o klarowność przekazu, subtelność; to wszystko sprawia, że dziś, pomimo czasów słusznie minionych, ich skecze pozostają świeże, przynajmniej w warstwie ich konstrukcji, formy, ale jak się okazuje, również treści...

 

Jednym z bardziej rozpoznawalnych tematów były słynne wywiady przeprowadzane z Pelagią, swego rodzaju anybody społeczeństwa. W czasie którejs z tych inscenizowanych rozmów Pani Pelagia, zgrabnie odgrywana przez Bohdana Smolenia, informuje nas o ilości produkowanych „bombek” (cały czas mowa o bombkach choinkowych), gdy jednak zostaje przyciśnięta nieco przez reportera, zwielokrotnia tę wielkość, w końcu przekaz prezentowany przez „Dziennik Telewizyjny” musi być bardziej doniosły, prawda jest przy tym całkowicie zbędna.

 

Skąd taki wstęp? Otóż Pan Adam Marciniak, z zawodu piłkarz, postanowił, świadomie lub nie, podchwycić interlokutorskie hokus-pokus Pani Pelagii i palnął coś tak głupiego, przeczytajcie:

 

Będziemy trenować jeszcze ciężej, jeszcze mocniej.

 

Wypowiedź po nieudanym meczu derbowym. Niby zwykła wypowiedź; być może wlewająca nawet nieco otuchy w serca, hm, nazwijmy to, nierozpieszczanych ostatnio kibiców Górnika Zabrze. Gdy jednak poobracamy to zdanie w dłoni, przyjrzymy się, zajrzymy do środka, zaczyna nabierać całkiem innego znaczenia...

 

Otóż Pan Marciniak, przypominam, z zawodu piłkarz, daje wszelkie podstawy do interpretowania zachowania jego, a poprzez użycie liczby mnogiej, również kolegów.

 

Dostrzegam tu trzy możliwe ścieżki semantyczne. Pan Marciniak, z zawodu piłkarz, ogłasza wszem i wobec, jak gdyby nigdy nic (zapewne wypowiedź podświadomie ujawnia, to co miało pozostać ukryte), że on i jego współgrajkowie absolutnie nie przykładają się do treningów. Mając wyznaczone zadania i obowiązki, wykonują je bez pełnego zaangażowania, staranności, sumienności oraz przekonania o ich celowości. Innemi słowy, wszystko za co zabierają się w trakcie treningów nie jest czynione na 100%. Gdyby bowiem Pan Marciniak, z zawodu piłkarz, trenował właśnie na sto procent nie mógłby dać z siebie niczego więcej, żadnej dodatkowej kropli potu. 100%, dalej się nie da...

 

Być może jednak Pan Marciniak, piłkarz z zawodu, sugeruje (znowu ta podświadomość), że kompetencje trenera są niewystarczające i należy zwiększyć obciążenia treningowe. Zintensyfikować, znaczy się, trener jest głupi, bo wcześniej tego nie zarządził. W tej sytuacji Pan Marciniak, z zawodu piłkarz, czem prędzej powinien zrobić odpowiednie papiery i zgłosić akces na kołcza Górnika. Jeśli jednak się myli, to dodatkowe zajęcia spowodują jedynie, że, o zgrozo!, fizycznie przeciążeni zawodnicy Górnika będą prezentować się jeszcze gorzej!

 

I wreszcie ostatnia z proponowanych interpretacji. Pan Marciniak, piłkarz z zawodu, palnął to całkiem świadomie, a wymiar tej wypowiedzi można sprowadzić do lapidarnego dobra, dobra, powiem, że wyrobimy na boiskach treningowych 150% normy to się od nas może odczepią. To oczywiście jest naiwne i głupie, takie myślenie. Bo propagandowy sukcesik z tego nijaki, a kolejna wpadka ligowa będzie oznaczać, że co, jednak nie trenowali bardziej i mocniej? A może wtedy należy wylicytować dodatkowe 50% obciążenia?

sobota, 22 października 2011

Dziwny to był mecz. Przez dwie trzecie toczony na równych warunkach, z tą drobną uwagą, że większość przebitek, pojedynków indywidualnych i starć wygrywał Górnik, że z chaosu, zamieszania, ciągu nieporozumień i nieporządku zwyciężał Górnik, tylko troszeczkę, w sam raz by narobić nieco stracha, ale jednak. To, co działo się od 60 minuty całkiem mnie zdumiało – dawno nie widziałem tak szalonej odmiany. Niby to Ruch zaczął grać kombinacyjnie, z pierwszej piłki, żwawiej biegając, rozciągając grę, z domieszką polotu i pewności siebie, ale czy to aby nie Górnik zaintonował marsza żałobnego na własne życzenie?

Imponująco prezentuje się statystyka Chorzowian, którzy oddali aż 22 strzały! Jeśli weźmiemy pod uwagę, że w pierwszej odsłonie było ich zaledwie pięć, to wychodzi nie mniej ni więcej, tylko jedna latara w stronę Skorupskiego co 2,5 minuty. I nie ma też co udawać, że okazje Górnika z tej zwycięskiej połowy przypominały choć trochę sytuacje, które miał Piech, Abbott, czy Jankowski… Paradoksalnie to 1-2 jest wyjątkowo szczęśliwym i honorowym rozstrzygnięciem dla gospodarzy.

Czasami mam wrażenie, że gdyby bracia Fornalikowie wygrali jakąś pokaźną sumkę na loterii* i postanowili zainwestować w kapitału ludzki własnej drużyny, to przy udanych transferach stopera, bocznego obrońcy i rozgrywającego ulepiliby zespół walczący o Mistrzostwo Polski. Szacunek dla ich pracy.

Co do Górnika, to za cały komentarz do ich gry, obecnej postawy i duchowych oraz mentalnych siniaków niech posłuży paragon po dzisiejszych zakupach trenera „trójkolorowych”…

Paragon

* Trenerzy Fornalikowie nie byli na zakupach, nie stać ich, nie wygrali na loterii, a tylko w taki sposób (chyba) klub mógłby znaleźć jakiekolwiek fundusze transferowe…

poniedziałek, 17 października 2011

Miał być dłuuuuuuugi wpis, ale jak zwykle nie zdążyłem. Trzymam temat w kieszeni, bo warto opisać go dokładnie.

Dziś František Straka zadebiutował na ławce trenerskiej Slavii Praga. To trochę tak, jakby Mariusz Śrutwa został szkoleniowcem Górnika Zabrze, albo Łukasz Mazur prezesem Ruchu Chorzów. Emocje podobne, chyba nie trzeba tłumaczyć.

Przez całe spotkanie kibice Slavii dawali do zrozumienia, co sądzą o zatrudnieniu gościa oddanego sercem największemu rywalowi, Sparcie Praga. Dawali wcześniej, będą zapewne wyrażać to tak długo, jak Straka utrzyma posadę. Zaczął kiepsko, więc być może nie potrwa to znowu zbyt wiele...

Początkowo kibice Slavii mieli protestować tylko ubiorem, przynajmniej takie były zapowiedzi. Jednak już zmierzając na mecz, czarny korowód żałobny prezentował barwne hasła wymierzone w nowego trenera i dwulicowy zarząd. Cały płot w sektorze gości obwieszony był jednoznacznymi transparentami. Dlatego zamiast dalszego rozpisywania się, mała fotogaleria.

Straka - protest Straka - protest

Straka - protestStraka - protest

Straka - protest Straka - protest

Straka - protestStraka - protest

Straka - protestStraka - protest

Dwie ciekawostki. Zauważyliście takich dwóch byczków kręcących się przy ławce trenerskiej Slavii? Ochraniali Strakę! Ba! Facet, który słynie z impulsywnego reagowania na wydarzenia boiskowe dostał zakaz zbędnego wychylania się ze swej kryjówki. Absurd. To po co on właściwie został zatrudniony?

A żeby było zabawniej, patrzcie, jak wyglądało pomeczowe podziękowanie kibiców „Zszywanych”. Tak, nie mylicie się, ten siedzący na zadku piłkarz ma koszulkę Viktorii Žižkov. Powiem więcej, ten piłkarz strzelił jedynego gola, i bynajmniej nie był to gol samobójczy. David Kalivoda sprawił, że Slavia przegrała małe derby Pragi, ale tylko jego chcieli przy swojej trybunie fani Czerwono-Białych. Kalivoda w klubie był od 14 roku życia, ale za wiele się nie nagrał. Ciągle gdzieś go odsyłano, przywoływano, wypożyczano, sprowadzano, wypychano, zapraszano, odsuwano, przyciągano, degradowano, awansowano...; istny kocioł. W ciągu dziewięciu lat aż pięciokrotnie wysyłano go na mniejsze lub większe zadupie, rzadziej do jakiegoś niezłego klubu, nie żałując sobie ponadto nakazu zwiedzania szatni rezerw Slavii. Rekordowe było wypożyczenie do Teplic, trwało aż dwanaście dni!

W każdym razie facet wbił ładnego gol, podbiegł do sektora Slavii i... zaczął przepraszać kibiców. Ci, najpierwej bucząc, tupiąc, gwiżdżąc, klnąc, stękając, wznosząc jeremiady i wyjąc, widząc reakcję Kalivody zaczęli skandować jego nazwisko. A potem zaprosili do wspólnych chorałów po ostatnim gwizdku sędziego...

 

Zdjęcia 1-6 pochodzą ze strony Fotbal.iDnes.cz

Zdjęcia 7-10 pochodzą ze strony Sport.cz

piątek, 07 października 2011

Oglądanie meczu Czechy – Hiszpania było prawdziwą katorgą, wytrzymywałem kwadrans i musiałem robić przerwę: na papierosa, na zbieranie materiałów o czymś zupełnie innym, na herbatę, na porządkowanie dokumentacji, na drapanie się po brzuchu, znowu na papierosa, i tak w kółko...

Spotkanie całkowicie pozbawione historii; momenty w których gracze naszych południowych sąsiadów przepraszali gwiazdorów, że starli się z nimi bark w brak, czy że pozwolili sobie, by ich powalić na ziemię, dość upokarzające; jasne, szacunek dla rywala jak najbardziej, ale nie zapatrzenie i lęk; z takim nastawieniem byli skazani na pożarcie, nawet jeśli goście nie zagrali w kompletnym zestawieniu dream-teamu, nawet jeśli zawodnicy z dobrych klubów zachodnich zagranicznych grali z zawodnikami z nieco lepszych klubów zachodnich...

Tylko dwa momenty zwróciły moją uwagę – ziewanie kibiców (i miejscowych, i gości), widocznie mieli podobne zdanie do mojego, oraz często powtarzane w drugiej połowie „Bílek ven”. Od początku ten jegomość na ławce trenerskiej reprezentacji Czech mi nie pasował; gra Czechów też mi nie pasowała, a i wyniki wielokrotnie nie były takie, jakie być powinny. Kolejny raz kibice dali do zrozumienia, że mają gościa dość, ale pewnie przed wyborem nowego prezesa ČMFS (zostanie nim Pelta?) nie ma na to szans. Kandydatów może i jest wielu, ale sensowny chyba tylko jeden – Jaroslav Hřebík, co akurat będzie wspaniałą wiadomością dla wszystkich poza piłkarzami;]

Aha, i jeszcze słówkiem o bezmyślnym faulu Hunschmana. Cud, że Xabi Alonso nie wylądowała na chirurgii. Mózg Hubschmanowi się zagotował, proszę państwa, zagotował się i urodził straszliwego potworka, atak niemal wyprostowaną nogą na piszczel, to mogło nawet zakończyć karierę gracza Realu. Facet szybko zorientował się, jakie popełnił piłkarskie przestępstwo, zaczął przepraszać nie tylko Alonso, ale i wszystkich dookoła, a na widok czerwonej kartki nawet się nie skrzywił. Był to zapewne impuls, ten faul; czasami ciągnie nas za nos jakaś głupota, robimy to, bo wydaje się fajna, a z nią same korzyści; wtedy następuje otrzęsienie i okazuje się, że zrobiliśmy z siebie idiotę. Najlepszym przykładem był pewien japoński hokeista; gość już nawet podniósł triumfalnie ręce radując się z decydującego gola i wtedy... :)



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16