Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
czwartek, 01 września 2011

Zawsze ciekawiło mnie, jak to jest, przez kilka tygodni dyrektor sportowy nie załatwił porządnego transferu, a w ostatnich godzinach przyklepuje dwa, trzy, w przypadku niektórych nawet pięć. Ot, tak, za jednym zamachem, hurtowo, a conto. To znaczy, co? Był niekompetentny i nagle dostał objawienia? Internet na nowo podłączyli? Kasę jakąś sprzątaczka znalazła? O co w tym chodzi?

Naturalnie, bywają wyjątki; zdarzają się prawdziwe hity, choć niekoniecznie w naszej lidze. Mimo wszystko pozostaje wrażenie działania po omacku; działania na zasadzie, aha, brakuje nam napastnik, kto tam jest wolny, czy do wyciągnięcia za grosze? A ilu jest lewych pomocników na rynku? Ktoś już zabrał tego obrońcę siedzącego na krawężniku na targowisku? Nie? To jedziemy po niego.

Jasna sprawa, że nie zawsze uda się ocenić należycie potencjał drużyny, nie zawsze da się przewidzieć wypadki losowe (kontuzje, dyskwalifikacje, czy rozwiązanie umowy z winy klubu), czasem ktoś zawodzi tak niemiłosiernie, że dla jego dobra należy sprowadzić innego gracza, ale najczęściej jest to jednak akt desperacji, załamka, stresik uciskający pompkę serducha. Wszyscy śmieją się z naszej defensywy, zróbcie coś, no zróbcie, do jasnej cholery!

U nas bywa to faktycznie karykatura ruchów transferowych; bez ładu i składu ładuje się na pakę kto tylko chwilę się zawahał i nie zdążył spieprzyć (muszę jednak wrzucić kamyczek i do ogródka piłkarzobiboków, którzy czekają tego ostatniego dnia, jak bożonarodzeniowego obdarowywania się prezentami. Większość z tych piłkarzobiboków za cholerę nie znalazłoby klubu na tym poziomie rozgrywek, ale że jest ciśnienie to piłkarzobibok może kontynuować wędrówkę do następnego wodopoju); to trochę, jak zatykanie cieknącej rury lnianą szmatą. Nic nie daje na dłuższą metę.

W Niemczech to przynajmniej starają się nie rżnąć głupa, tylko stawiają na zawodników zadaniowych. Ktoś nadaje się do zrobienia awansu, albo walki o utrzymanie i nic poza tym nie potrafi. Takie wzorce Przemysława Łudzińskiego, na przykład Rob Friend. Zadanie zostanie wykonane, a ma się jakieś nowe, inne ambicje, to klub pozbywa się takiego gagatka. U nas zostają z wieloletnimi kontraktami;] Chociaż i tam, w Niemczech, zaczyna się całkowita improwizacja; no chyba że mają aż tak dobrych skautów…

Wspomniany Friend przeszedł do Eintrachtu, więc kilka słów o tym klubie. Dobry, poczciwy Eintracht i jego stary dziad, Oka Nikolov (tak na poważnie, to sądziłem, że facet zakończył karierę kilka lat temu…). Ok., skończone 37 lat to może znowu nie tak wiele; ok., doświadczony bramkarz na zapleczu Bundesligi jest jak znalazł; ale dlaczego u diabła nie daje się szans Kesslerowi? Thomas ma w ogóle pecha; w Kolonii go nie chcieli, chociaż to niemal ich wychowanek i fajnie się prezentował. Trafił do St. Pauli, robił swoje, cmokano nad nim, kpiono z „Kozłów”, że lekką ręką puszczono takiego fachowca, aż… wylądował na ławce Wiadomo, jak nie idzie to co robi trener? Oczywiście, zmienia bramkarza. Nie ważne, że cała linia obrony daje dupy, że co drugi ma trudności z bieganiem, o grze w piłce nie mówiąc, ale przecież stara zasada mówi: „Nie idzie? Zmień bramkarza”. Oczywiście nic to nie dało, a na pożegnanie dostali tyle klapsów, co Arsenal…

 

Eintracht przeżywa ciężkie chwile, niby jest w czołówce, ale jednak coś nie sztymuje, gdzieś cały mechanizm dostał czkawki i zamiast miażdżenia rywali przychodzi zapoznawać się z pojęciem „huśtawka nastrojów”. Zwłaszcza u siebie, przed tą histeryczną i fanatyczną widownią regularnie dają ciała (trzy mecze i trzy remisy!). poza tym z funduszami nie jest za dobrze. Kasa się kończy. Było fajnie, gdy w Bundeslidze biło wiele źródełek ze szmalem, degradacja to jednak niezła próba dla księgowego. Budżet z 67 milionów euro skurczył się do 40, z czego pierwsza drużyna otrzymuje nieco ponad 70% kwoty. Długi roczne z 3,8 mln wzrosną do 5 baniek. Na ten moment jeszcze jest luz, spoko-oko, ale nikt w klubie nie ukrywa, że jeśli nie awansują przy pierwszym podejściu to trzeba będzie zakręcić kurek, naprawdę zakręcić (poszukajcie gdzie jest dziś taka Arminia Bielefeld).

Nie napisałem nic o weekendowych zmaganiach. Już się tłumaczę.

W piątek byłem pod wielkim wrażeniem Wielkiego Górnika. Jeśli ktoś śmieje się z tego określenia, to niech zobaczy ten mecz z wielkopolskim gigantem. Zresztą, guzik mnie obchodzi odmienne zdanie, tego dnia Górnik był Wielki i już (okazało się, że zasada „pressing, pressing, pressing” wystarcz, by nawet takie ligowe asy pozbywały się piłki byle szybciej i byle gdzie).

Pomyślałem zatem, jasny gwint, jeśli dziś mamy piętek, to co przyniesie sobota?! Nie przyniosła niczego wybitnego, raczej znużyła. Ileż można patrzeć na tego nieudacznika Jaroslava Drobny’ego i „popisy” Mario Gomeza (gdyby miał choć pięćdziesięcioprocentową skuteczność waliłby na sezon po 40 goli). Ok., mecz w Leverkusen był niezły. Nieco zniechęcony musiałem pogodzić się z przerąbanym jednym dniem. Niedziela taka sobie; przyzwoicie w Chorzowie i smutno w Gelsenkirchen (choć może to i dobrze, że sprowadzono Borussię na ziemię). Za to w poniedziałek!… W poniedziałek wielki mecz w czeskiej lidze, Viktoría Pilzno Sparta Praga i… Sparta była bezdyskusyjnie lepsza, stłamsiła rywala, zniszczyła, wyrwała wszystkie zęby. Kuriozalny Leonard „Tank” Kweuke wbił dwa gole, kilka razy ładnie rozprowadził akcje po czym kilkanaście razy potykał się o własne nogi i to tak skutecznie, że pod koniec meczy skurcze łapały go częściej niż ja łapię się za kieszeń z portfelem w autobusie. Inaczej należy powiedzieć o Matejovskym; wreszcie zagrał świetny mecz. Podobnie powracający do Pragi, ale innego już klubu, Peter Grajcar, który zupełnie wyłączył z gry Pavla Horvatha. Skrzydła gospodarzom też obcięto. Trzy punkty pojechały do Pragi, a mi odechciało się pisania…

Na osłodę mały ranking.

Dupa wołowa tygodnia.
Bezapelacyjnie wygrywa Philip Tschauner. Widząc, co ten facet wyczynił z miejsca przypomniał mi się mój stary kumpel. Chłopak zupełnie w porządku, czasem tylko stający się niestrawny, wtedy, wiecie, gdy zaczynał paplać o swojej ideologii bez ideologii. Nie ważne zresztą. Całkiem w porządku, do dobre określenie. Ale na Boga! Jeśli tylko przychodziło nam zagrać w gałę, a on był w pobliżu bo brakowało nam kogoś do składu, modliłem się, by wylądował w przeciwnej drużynie. To że nie potrafił prosto kopnąć w piłkę, to jeszcze nie problem, duży był, więc wstawiało się go do bramki. Ale tam to dopiero potrafił dać popis akrobacji. Sposób w jaki łapał, próbował łapać piłkę był komiczny, jedną ręką starał się przyblokować ją od spodu, drugą nakryć z góry – rzecz niemal niewykonalna... I właśnie takim sposobikiem zamierzył się na futbolówkę Tschauner; naturalnie, nie udało mu się i FC St. Pauli przegrało w hicie 2.Bundesligi.



Fuksiarz tygodnia
Napastnik FSV Frankfurt Karim Benyamina. Jego klub po blamażu w derbach Frankfurtu udanie odgryzł się w Karlsruhe a Benyamina był jednym z bohaterów. Ale co to u licha za bohater? No po kolei – pierwszy gol, facet mija się z piłką i to tak solidnie, że ląduje na zadku pięć metrów od świątyniOrlishausena, a po chwili… ma piłkę przy nodze przed pustą bramką; drugi gol, kolega ładuje z wolnego, bramkarz cudem wyciąga na słupek i… piłka spada mu na nogę, przed pustą bramką oczywiście; czwarty gol – facet robi pusty przelot na wślizgu, a to piąty metr, przed nim tylko bramkarz! I co? No jasne, piłka spada pod nogami kolegi, który pakuje ją do pustej bramki. Ta nieudolna próba trafienia w piłkę tylko zmyliła bramkarza… W ogóle spotkanie obfitowało w różnorakie, cudaczne figle.



poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Należy bić pokłony przed Slomką, Mirkiem Slomką. Z przeciętnej drużyny zrobił zespół europejskiego formatu, zespół grający bez kompleksu, pomysłową, kombinacyjną piłkę, pełną oddania i pasji. Wyeliminowanie słynnej FC Sevilla to wisienka na torcie jego ponad dwuipółletniej pracy. Zaczął katastrofalnie; gdy przejął zagrożony spadkiem Hannover 96 w połowie stycznia 2010 roku przegrał sześć meczy z rzędu, a drużyna „Czerwonych” spadła do strefy zagrożonej degradacją! Tylko cudem, rzutem na taśmę uda mu się uratować ligę (jeszcze na dwie kolejki przed końcem zajmowali przedostatnie miejsce, a o wszystkim tak naprawdę zadecydował kończący sezon mecz w Bochum). Sternicy klubu z Dolnej Saksonii wytrzymali tę próbę nerwów (96 był najgorszym zespołem rundy rewanżowej, w której Slomka prowadził drużynę, za wyjątkiem otwierającego tę część sezonu meczu z Herthą), a dzisiaj zapewne biją sobie brawo. Wyeliminowanie Sevilli dokonało się bardzo pewnie i bez poważniejszych perturbacji, choć Gumienny sędzia starał się wszystko zdramatyzować (patrzcie na filmik ze spotkania rewanżowego, gdzieś po drugiej minucie; jak można było nie odgwizdać karnego w tej sytuacji? Dawno nie widziałem już tak ewidentnej jedenastki, „puszczonej” przez sędziego...)

 

To drugi udział Hannoveru 96 w europejskich rozgrywkach, udział znacznie bardziej udany. Choć tak po prawdzie dopiero pierwsze wojaże po Europie. Ot, paradoks. Ale po kolei, bo fantastyczna historia wiąże się z ich pierwszym awansem na salony gier międzynarodowych.

 

Był rok 1991. Niemcy. Reorganizacja rozgrywek po zjednoczeniu. Niemałe zamieszanie (wspominałem już kiedyś, że kluby z byłego NRD mogły czuć się setnie wykiwane). Hannover, klub z tradycjami (dwukrotny Mistrz Niemiec) od spadku z hukiem z Bundesligi w roku 1989 nie potrafi się pozbierać dryfując w zupełnie bezpłciowych miejscach drugiej ligi. Akurat w tym konkretnym sezonie rozgrywki podzielono na dwie grupy (północną i południową), na zapleczu grało łącznie aż 24 drużyn, a awans mieli wywalczyć tylko mistrzowie każdej z nich. Wszystko było mocno pomieszane, skomplikowane, natężenie gier znaczne, a przecież jeszcze były rozgrywki pucharowe. Właśnie! Puchar krajowy to fantastyczny wynalazek. Zespoły z niższych lig, outsiderzy, biedacy, wieśniacy, klubiki, każdy ma szansę osiągnąć w nich sukces. I to właśnie stało się udziałem drugoligowca z Hannoveru.

 

Piękna przygoda rozpoczęła się 27 lipca. Dziewięćdziesiątki szótski puknęły bez problemu podberliński, amatorski NSC Marathon 02. W siedmiobramkowej strzelaninie swój udział miał Roman Wójcicki, ważna postać w drużynie*. Ale taki mecz naturalnie nie wzbudzał większych emocji. No, oczywiście w ekipie trenera Lorkowskiego. Dla małego klubu NSC do dziś sam udział na szczeblu centralnym traktowany jest jako jeden z największych sukcesów w historii.

 

Pierwsze poważne wyzwanie czekało już w drugiej rundzie – VfL Bochum. Ekipa z Bundesligi, ponadto mecz na rewirpowerSTADION. Ok, że akurat na wyjeździe to nie był aż taki problem, skoro ledwie 5,000 widzów pofatygowało się na to spotkanie. Drużyna z Bochum pałętała się w ogonie Bundesligi (zajmowała wówczas piętnaste miejsce), Hannover z kolei trzymał się czuba tabeli, co było tyleż ważne, co i niezbyt trudne (ważne, bo drugą rundę rozgrywano dzieląc grupę na podgrupy, walczącą o awans i o utrzymanie, a że szybko stawka podzieliła się na właśnie takie proporcje to inna zupełnie sprawa). Mecz był bardzo dziwny, bo wszystkie pięć goli padło w pierwszej połowie i to w odstępie zaledwie dwudziestu kilku minut. Wprawdzie to gospodarze objęli prowadzenie, ale najpierw błyskawicznie wyrównał Steubing, a następnie Weiland i Surmann podwyższyli rezultat; ponownie przypomniał o sobie i pan Roman, tym razem jednak ładując swojaka.

 

Co chyba równie ważne już na tym etapie odpadł jeden z największych faworytów. Bo Bayern Monachium, jakie by nie były to rozgrywki, zawsze uchodzi za faworyta. Tym razem jednak został upokorzony na własnym stadionie przez innego drugoligowca, FC 08 Homburg, ówczesnego lidera grupy południowej.

 

Wspomniałem już o tym, że tempo rozgrywek było całkiem powalone; już dwa tygodnie później, na początku września, rozegrano trzecią rundę Pucharu Niemiec. Ciekawe, trzy mecze w pucharze, a zaledwie siedem w lidze... Kolejny raz los zamierzył się na “Czerwonych”; kolejny raz wyznaczył im rywala z Bundesligi; kolejny raz musieli rozgrywać spotkanie na obcym boisku; i kolejny raz widownia jakby nie doceniła wartości Hannoveru. Na Westfalenstadion, ten sam, który od jakiegoś czasu pęka w szwach, znalazło drogę zaledwie nieco ponad czternaście tysięcy kibiców. Klub z Dortmundu pałętał się wówczas w środku ligowej stawki (dopiero doskonała runda rewanżowa przyniesie sukces w postaci drugiego miejsca), moi bohaterowie jechali więc z pewnymi nadziejami. Szybko jednak otrzymali nokautujący cios, dwa ciosy. Przynajmniej rozsądek podpowiadał, że to już k.o. Najpierw Schmidt, chwilę później Chapuisat i wydawało się, że pierwsza połowa rozstrzygnęła losy spotkania. Nawet gol Grüna z 71 minuty aż tak wiele nie zmienił. Jednak sama końcówka przyniosła niespodziewaną, szokującą wręcz, zmianę nastrojów. W przeciągu siedmiu minut, po bramkach Breitenreitera i Klütza, skazywany na pożarcie Hannover wyszedł na prowadzenie i utrzymał je przez tych kilkadziesiąt sekund, jakie pozostały do końca meczu. Kolejny zespół z elity pokonany!

 

Minęły zalewie trzy tygodnie, a już trzeba było rozegrać spotkanie w 1/8 finału. Tym razem los przydzielił nieco bardziej przyjaznego rywala. Wreszcie na własnym stadionie Hannover podejmował rywala występującego w tej samej klasie rozgrywkowej, w tej samej grupie zresztą, Bayer Uerdingen**. Zwycięstwo gospodarzom dał jeszcze w pierwszej połowie Grün; jeden gol zadecydował o awansie do ćwierćfinału. I jeszcze ciekawostka, w lidze obie drużyny mierzyły siły aż czterokrotnie i... Hannover nie zdołał wygrać żadnego z nich! Zresztą to właśnie Bayer 05 świętował na koniec sezonu awans do Bundesligi...

 

Będąc już tak blisko upragnionego finału człowiek daje z siebie wszystko. Kibice niekoniecznie. Niedersachsenstadion świecił pustkami, gdy Hannover rozgrywał mecz z Karlsruher Sportclub. Kolejny rywal z Bundesligi, 1/4 finału a trybuny wypełnione zaledwie w połowie. Po jednej stronie Oliver Kahn, po drugiej Jörg Sievers, który pewnie jeszcze nie przypuszcza, że zostanie bohaterem całej edycji DFB-Pokal. I ponownie świetnie linią obrony dyryguje Wójcicki; i ponownie o wszystkim decyduje jeden, jedyny gol. Ostateczny cios zadaje obrońca Matthias Kuhlmey w 70 minucie. Gościom nie pomógł nawet utalentowany Mehmet Scholl... Sensacja, drugoligowiec dociera do półfinału. Ale te rozegrane zostają dopiero za sześć miesięcy.

 

Stopniowanie trudności. Na ósmego kwietnia przygotowano dla nich tę najtrudniejszą próbę. Do drugoligowca zjechał słynny Werder Bremen, obrońca Pucharu Niemiec, półfinalista trwającej właśnie edycji Pucharu Zdobywców Pucharów; w lidze może nie szło Bremeńczykom aż tak dobrze, ale i tam doskok do ścisłej czołówki był wciąż możliwy. Jeszcze bardziej możliwy wydawał się awans do elity Hannoveru, który właśnie ograł Herthę Berlin i wskoczył na pozycję wicelidera tracąc do Bayeru 05 zaledwie cztery punkty. Spotkanie półfinałowe miało jeszcze jeden smaczek – były to Nordderby, a jak wiadomo, takie mecze mają swoją specyfikę, inną semantykę, zaangażowanie, inne emocje i napięcie. Nic więc dziwnego, że tym razem pustych miejsc na trybunach nie było. Zawody trzymały w napięciu, jednak kibice nie doczekali się goli. Po dziewięćdziesięciu minutach na tablicy wyświetlały się dwa zera. Dogrywkę znakomicie rozpoczęli miejscowi. Po świetnym zagraniu Djemalsa oko w oko z Rollmannem stanął Michael Koch i pewnym uderzeniem dał niespodziewane prowadzenie ekipie Hannoveru. Radość trwała jednak bardzo krótko, bo chwilę później nieuwagę w szeregach obronnych „Czerwonych” wykorzystał norweski internacjonał, znakomity stoper Rune Bratseth. Wynik remisowy utrzymał się już do końca i o awansie do wielkiego finału zadecydować miały rzuty karne. Już w drugiej serii pomylił się Karsten Surmann i to faworyt był w uprzywilejowanej sytuacji. W trzeciej nastąpił kolejny zwrot; najpierw Roman Wójcicki po profesorsku przymierzył w okienko, a chwilę później jego vis-a-vis, wspomniany już Bratseth przestrzelił. Każda kolejna jedenastka, pomimo zmęczenia i towarzyszącemu zdenerwowaniu całkiem pewnie kończyła się bramką. Pięciu wyznaczonych strzelców wykonało swoją robotę, a rozstrzygnięcia wciąż brak! Trener Hannoveru, Michael Lorkowski, chyba nie do końca był przygotowany na taki scenariusz, bo... kolejnego strzelca wyznaczył improwizując. Ej, Jörg, masz najbliżej do piłki, strzelaj! Tak mniej więcej brzmiało polecenie szkoleniowca. Serio! Sievers wziął więc piłką, zamknął oczy i huknął w sam środek. Gol! Teraz łydki niech się trzęsą rywalom. Ale piłkę na punkcie oznaczającym rzut karny ustawił reprezentant Niemiec, Marco Bode. Godzina 22.53, Bode bierze rozbieg i... Sievers odbija piłkę! Po raz dwunasty w historii niemieckiej piłki w finale pucharu krajowego zagra zespół spoza pierwszej ligi! Istne szaleństwo!

 

I wiecie co? Słynne Berlin, Berlin, wir fahren nach Berlin! rozpowszechnione na Mundialu w Niemczech tak naprawdę wymyślone zostało spontanicznie przez fanów Hannoveru właśnie w euforii po meczu półfinałowym. Nawet zrobiono z tego przebój muzyczny:)

 

Nie wiem, czy to faktycznie spadek formy, czy może jednak celowe odpuszczanie, skoro i tak ligi nie zawojowali, ale Hannover przed meczem finałowym zakończył rozgrywki dopiero na piątym miejscu nie potrafiąc zwyciężyć w żadnej z ostatnich pięciu gier. Piątym w swojej grupie, bo, przypominam, były dwie! Trzeci sezon z rzędu na zapleczu Bundesligi w zupełnej szarzyźnie, bez postępu. Za rywala mają utytułowaną Borussię Mönchengladbach, która w lidze też nieco daje ciała i w ostatniej kolejce pozwala uniknąć degradacji bezbarwnej drużynie SG Wattenscheid 09.

 

Finał na Olimpiastadion w Berlinie. 23 maja. Przeciwnikiem Borussia Mönchengladbach. Wszystkie te fakty miały wbrew pozorom znaczenie. Nieco magiczne, nieco symboliczne, ale czyż nie szuka się różnych przedziwnych powiązań, by wzmocnić ducha? Drużyna z Gladbach zalazła za skórę bohaterowi półfinału, Sieversowi. Dokładnie nie sama drużyna, co chłopaczek ze wsi, w której wychowywał się bramkarz Hannoveru. A że za jego młodości liczyły się w Niemczech tylko Bayern i Borussia właśnie, to z powodu tak prozaicznego, jak wstrętny gość, Jörg rozlokował swoje sympatie i antypatie. Miejsce, berliński stadion olimpijski to z kolei ołtarz pierwszego ogromnego sukcesu klubu z Dolnej Saksonii. To właśnie tam, po szalonym boju trwającym dwa mecze kończone dogrywkami H96 zdobył pierwszy tytuł mistrzowski***. I jeszcze ta data... Dokładnie 23 maja 1954 roku sięgnęli po swój drugi, jak dotąd ostatni, tytuł mistrzowski gromiąc w Hamburgu w decydującym meczu 1.FC Kaiserslautern z legendarnym Fritzem Walterem aż 5:1. Jedyne, co nie przemawiało za nimi to fakt, że do tego momentu zaledwie jednej drużynie spoza najwyższej klasy rozgrywkowej udało się zwyciężyć w finale. Tym bardziej znamienny, że Kickers Offenbach tego samego roku awans do Bundesligi wywalczył...

 

Dawid kontra Goliat. Nikt nie dawał szans drugoligowcom. Nikt też nie wyciągnął wniosków, że przecież puknęli sobie po drodze aż cztery ekipy z elity. A co tam, zawsze w takiej sytuacji spogląda się na rywala z niższej klasy, jak na ubogiego krewnego. Widownia, bagatela, 76 200, to jednak nie odebrało odwagi H96. Ich los leżał w ich rękach, bez skamlenia, bez robienia pod siebie (co Pan na to, Panie Grodzicki?), nadarzyła się okazja, trzeba ją złapać i nie wypuścić. Outisider zawsze ma wszystko do wygrania i nic do przegrania. I faktycznie, mecz był absolutnie wyrównany. Świetnie radził sobie żółtodziób, Mlioš Djemels. Serb, który w lidze zagrał ledwo pięć gier ponownie w potyczce pucharowej wyróżniał się swą postawą. To on stworzył najgroźniejszą okazję dla Hannoveru. W 67 minucie przedryblował defensorów Borussii, przed nim był już tylko niesamowity Uwe Kamps. Młodzieniaszek przegrał pojedynek jeden na jednego, ale piłka tak fortunnie odbiła się od golkipera BMG, że ponownie trafiła pod nogi Djemelsa; Serb przytomnie odegrał do lepiej ustawionego Heemsotha, ten uderzył z lewej nogi lecz w jakiś nadludzki sposób, refleksyjnie, Kamps wyszedł obronną ręką i z tej sytuacji. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej nacierał zespół z Bundesligi, Sievers i Wójcicki musieli się tęgo napracować, by utrzymać szczęśliwe 0:0 do końca spotkania. Zatem dogrywka. O dziwo w niej obie drużyny postawiły na frontalny atak chcąc uniknąć kolejnej nerwówki w serii rzutów karnych. Kolejnej, bo nie tylko Hannover kończył półfinał w ten sposób. Leszpe sytuacje ponownie ma Borussia, ale Sievers nie daje się zaskoczyć; inna sprawa, że ma nieco szczęścia. Wreszcie sędzia kończy i doliczony czas gry. Rzuty karne! Gola za golem. Piłkę do siatki ładuje również Wójcicki, choć z odrobiną szczęścia. Który z bohaterów zdobędzie sławę? Sievers, czy Kamps?**** W trzeciej serii mlodziutki, utalentowany Karlheinz Pflipsen, nadzieja niemieckiej piłki (niespełniona, niestety) przegrywa pojedynek z bramkarzem Hannoveru. Ale chwilę później myli się również Oliver Freund i wciąż obie drużyny idą łeb w łeb! Czwartą serię rozpoczyna doświadczony, nieco niedoceniany, a przecież znakomity fachowiec w liniach obronnych, ponadto świetny egzekutor (łącznie 67 bramek w Bundeslidze!), a swego czasu i reprezentant Niemiec, Holger Fach. Ale Sievers ponownie broni jedenastkę; drugą z rzędu! Kretzschmar się nie myli i to Hannover ma jednbramkową przewagę. Ostatnia seria. Po stronie Borussii Jörg Neun, kolejny niezwykle doświadczony gracz; tym razem uderzenie jest pewne, celne i ponownie widnieje remis. Ostatni strzał; czy aby na pewno ostatni? Godzina 20.37. Piłkę ustawia Michael Schjönberg, facet za parę lat zacznie regularnie grywać w reprezentacji Danii, póki co jest jednak dość mało doświadczonym graczem. Wójcicki nie może na to patrzeć. Strzał piłka leci w lewą stronę, Kamps rzuca się w prawo i sensacja stała się faktem. Hannover jako drugi klub w historii niemieckiej piłki zdobywa laur Pucharu Niemiec nie należąc do elity!

 

Tak relacjonowano w Polsce to szokujące rozstrzygnięcie:

Szaleństwo, prawdziwe szaleństwo. Puchar odbiera kapitan, Karsten Surmann, ale szybko ląduje w dłoniach prawdziwego herosa, Jörg Sieversa. Okrzyknięto go mianem „Pokalheld”, pucharowego bohatera. W Hannoverze spontanicznie wychodzi na ulicę 50 tysięcy osób; kto może zbiera się pod Ratuszem w oczekiwaniu na swych bohaterów. Podobno w drodze z Berlina Sievers zatrzymał na autostradzie autobus z kibicami Hannoveru i... poszedł do fanów z pucharem cieszyć się wspólnie:)

 

O tych wspaniałych dla Hannoveru 96 momentach traktuje poniższy filmik; tam też wspólne śpiewy Berlin, Berlin wir fahren nach Berlin! (nieco zabawnie to wyszło:), ponadto są tam sceny z drogi do finału drużyny H96)

 

Ale wbrew pozorom historia nie miała happy endu, takiego, wiecie, z przytupem. Losowanie europejskich pucharów było dla Hannoveru wyjątkowo złośliwe i bezlitosne. Wszyscy spodziewali się jakiegoś atrakcyjnego rywala, kolejnego rozdziału pięknej przygody, nawet gdyby miała trwać ledwie dwa tygodnie. Marzyło im się zagrać z Liverpoolem, czy chociaż Atletico Madryt (o Miedzi Legnica pewnie nie myśleli;), tymczasem złośliwy, podły los wybrał im na przeciwnika... Werder Bremen. Zamiast zagrać gdzieś w Europie czekała ich podróż 120 kilometrów na kolejne Nordderby. Wielkie, wielkie rozczarowanie. Tym większe, że Werder to był wówczas świetny zespół. Właśnie wygrał Puchar Zdobywców Pucharów, do ligi startował z ogromnymi, jak później się okaże, słusznymi nadziejami. Pomimo ofiarnej gry, poświęcenia, klub z Dolnej Saksonii nie zwiedził Europy. Po porażce 1:3 w Bremie (honorowe trafienie z karnego zanotował Wójcicki), w rewanżu udało się tylko częściowo odrobić straty. Wygrana 2:1 okazała się niewystarczająca. Werder zresztą odpadnie już w następnej rundzie po wspaniałym dwumeczu ze Spartą Praga (oglądałem, przysięgam, to jeden z tych momentów, które zadecydowały o rozkochaniu się w czeskiej piłce; Jezu! Petr Vrabec, ciekawe czy ktoś z Was go kojarzy?;>)

 

Ale to był dopiero początek kłopotów. W lidze znowu był tylko środek tabeli, ale już za kilka lat, w setną rocznicę założenia klubu, Hannover niespodziewanie spadnie do Regionalliga, gdzie przemęczy się dwa lata, by wreszcie wejść na ścieżkę sukcesu.

 

Również tamci bohaterowie nie specjalne odniosą sukcesy. Trener Michael Lorkowski jeszcze przed finałowym meczem zapowiedział odejście z klubu. Dziś pracuje jako asystent nauczyciela w szkole podstawowej.

 

Jörg Sievers nie opuścił klubu nawet w najtrudniejszym momencie. Paradoksalnie więc równie wysoko, co potyczkę półfinałową i finałową, ceni w swojej karierze rewanżowe spotkanie barażowe o... awans do drugiej ligi z Tennis Borussia Berlin z 1998 roku. Hannover przed własną publicznością odrobił straty wygrywając 2:0, a w serii rzutów karnych ponownie błysnął Sievers i 96 wygrało w nich 3:1.

 

Sam Sievers wszedł niejako w popukulturowe życie, naturalnie nie osobiście (obecnie szkoli bramkarzy w swoim ukochanym Hannoverze; to on miał wpływ na rozwój nieżyjącego już dziś Roberta Enkego, czy obecnie strzegącego świątyni “Czerwonych” świetnego młodzieńca Ron-Roberta Zielera), kapela o oryginalnej nazwie Fury in the Slaughterhouse nagrała bowiem utwór „ Jörg Sievers Blues”. I jeszcze jedna pokrętna ciekawostka. Na boisku Sieversa koledzy nazywali „Colt”, a to na cześć bohatera popularnego w latach osiemdziesiątych serialu telewizyjnego Fall Gay, którego nazwisko brzmiało podobnie, Colta Seaversa.

 

Sievers wspominając finał, i w ogóle rzuty karne, które przeciwko niemu strzelano przyznał, że nie miał żadnego sposobu na radzenie sobie z nimi. Żadnego poza jednym – intuicją. To ona podpowiadała mu, w który róg ma się rzucić. To ona również podszeptywał mu po obronieniu jedenastki Holgera Facha, że to już koniec, że już zdobyli to upragnione trofeum...

 

A tak o tym wspomina osobiście...

 


 

* Wójcicki zagrał wszystkie mecze w 2 lidze, chociaż występowała na pozycji stopera został najlepszym strzelcem klubu z pięcioma bramkami! Przy okazji został też największym brutalem zespołu, złapał aż osiem żółtych kartek (a jednak nie pauzował, tak porąbane były w tym przejściowym sezonie przepisy). Żeby było zabawniej owe pięć goli wbił dwóm drużynom w pięciu meczach. Szczęśliwy los uśmiechnął się do faworyzowanego Bayeru Uerdingen (dzisiejszy KFC) oraz SV Meppen:) Wszystkie te spotkania zakończyły się remisami 1:1:)

** Bayer, po wielu przejściach występuje obecnie pod nazwą KFC Uerdingen w NRW-Liga, czyli piątej lidze regionu Nordrhein-Westfalen. O problemach sympatycznego klubu z Krefeld wspominałem w czwartej części nizwykłej opowieści o najlepszym meczu w historii klubowej piłki nożnej.

*** Dwoma meczami z dogrywką, bo w latach trzydziestych o wyniku nie rozstrzygały rzuty karne. Dwudziestego szóstego czerwca, właśnie w Berlnie Hannover zremisował z Schalke 04 3:3. Mecz powtórzono tydzień później; ponownie niezwykle wyrównane, dramatyczne spotkanie znalazło swe rozstrzygnięcie dopiero w dogrywce. Jeszcze na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry Schalke prowadziło 3:2, ale wtedy skrzydłowy o swojsko brzmiącym nazwisku Edmund Malecki wywalczył rzut karny, którego na gola zamienił Hannes Jacobs. Dogrywka prowadzona w ślamazarnym tempie, przy doskwierającym upale długo nie przyniosła decydującego gola. Dopiero na, a jakże, trzy minuty przed końcem akcja Maleckiego, strzał, piłkę wypluwa bramkarz Klodt, doskakuje do niej Eric Meng i zapewnia sensacyjny triumf Hannoveru. Pamiętacie, jak pisałem o przyśpiewce kibiców Kaiserslautern po tęgim laniu, jakie otrzymał Bayern? Dokładnie tak samo śpiewali kibice Hannoveru, “Hi, ha, ho, Schalke ist k.o.”.

**** O wyczynie Uwe Kampsa z półfinału jeszcze kiedyś napiszę. N I E S A M O W I T E ! ! !

wtorek, 23 sierpnia 2011

Obiecałem onegdaj relację z pewnego wyjątkowego meczu piłkarskiego. Wreszcie mogę ją wrzucić;] Zawody odbyły się w czasie trwania katowickiego Off Festivalu. Wszyscy zapewne wiecie, co zacz OFF Festival, a jeśli nie to jak najszybciej powinniście się dowiedzieć...

 

Kiedy zamroczony lanym piwem o smaku „nicspecjalnego-wodnego” babrając się w błocie próbowałem znaleźć punkt podparcia Archimedesa natrafiłem przypadkowo na relację z niezwykłego meczu piłkarskiego. Relacja, nie w każdym miejscu wyraźna, podpisana była, na ile udało mi się odczytać, Konniak, czy jakoś tak... Brzmiała ona następująco:

 

„W Załęskim Parku, gdzie nie docierają spory partyjnych cairn terrierów, informacje o przewartościowaniu franka, a także sygnały z Marsa, doszło do spotkania piłkarskiego dwóch gigantów rodem z cyberpunkowej Gibsonowej rzeczywistości. Godzille powychodziły na brzegi zasiadając przed radioodbiornikami, palmtopami oraz urządzeniami do rozszyfrowania alfabetu Morse'a; Hogzille wraz z wieśniakami z Alapha przyrządzały drinki w oczekiwaniu na to wydarzenie. Premier w stroju Kaszubskim zajadał nerwowo truskawki, których 3 tony nazwożono do jego posesji z Parlamentu Europejskiego. Z niezwykłego stanu hipnozy futbolowej, w którą popadają mężczyźni w wieku 0-125 lat, nie były w stanie przebudzić go nawet odgłosy piwniczego podkopu tajemniczego kota. Na Załęskim Parku od samego rana gęstniało; wszyscy, butelki, papierki, liście i okoliczni żule oraz zakamuflowana opcja niemiecka oczekiwali na heroiczną batalię dwóch ośrodków społecznej manipulacji. Pierwszy raz w dziejach świata Achilles mierzył siły z Salomonem. Nikt nie wie dlaczego wybrano właśnie Załęże. Prawdopodobnie to właśnie tam, na Gliwickiej 214, przecinały się idee, spory oraz paragony zakupionych płyt muzycznych tych dwóch zwaśnionych stron.

 

Dziewczyny powychodziły ze swych alków poprawiając spódniczki i spiesznie dołączyły do rzężących wuwuzelami młodzieńców, rozsiadając się wzdłuż linii w niespokojnym oczekiwaniu. Libido rosło i rosło. Wreszcie są, oni, bohaterowie. Parkują swoje maszyny niezgrabnie tłocząc się na przednich siedzeniach, przebierając, ukrywając swoje majtasy. To już za chwilę! - zakomunikowały zgromadzonym toczące się kule. Spotykany jednie w przypadku złamania otwartego tłum ciekawskich zacierał ręce. To już za chwilę! - trzeba tylko skoczyć po wyekspediowaną w inną galaktykę piłkę. To już za chwilę!

Screenagers Porcys

 

 

 

 

 

 

 

 

Screenagers. Kadra:

1. Mateusz Błaszczyk
2. Maciej Lisiecki
5. Tomasz Łuczak
6. Piotr Wojdat
7. Dariusz Depczyński
8. Sebastian Niemczyk
9. Łukasz Błaszczyk
10. Kuba Ambrożewski
11. Jakub Radkowski
12. Bartosz Iwański
13. Przemysław Nowak
20. Mateusz Krawczyk
25. Paweł Sajewicz


 

Porcys. Kadra anonsowana:

1 - Jędrzej MICHALAK
2 - Jan BŁASZCZAK
3 - Jacek KINOWSKI
4 - Piotr KOWALCZYK
5 - Michał HANTKE
6 - Tomasz WAŚKO
7 - Kacper BARTOSIAK
8 - Michał ZAGROBA
10 - Borys DEJNAROWICZ
11 - Marek FALL
12 - Krzysztof MICHALAK
13 - Ryszard GAWROŃSKI
18 - Piotr PIECHOTA
20 - Wojciech TERPIŁOWSKI
22 - Paweł NOWOTARSKI


 

Pierwszy gwizdek i pierwszy ryk wuwuzeli. Nieznośny, kaszlący; larum fracas acidus, prawie jak na mistrzostwach. Na szczęście kac płucny zniewolił ten wrzask umożliwiając kontemplację ascetycznej sztuki futbolowej. Porzys kontra Skrinejdżers; Screenagers versus Porcys. Kałamarze, Łucznik i Consul, wieczne pióra i rozpalone fora nie wystarczyły ombudsmanom porządku alternatywnego do rozstrzygnięcia praw wyższości, poszły więc precz na ten czas, ustępując ballomachii.

 

Trener Smuda zamaskowany jako porzucony sandał poszukiwał wśród anonimowych zawodników nadziei na zwodzenie rywali. Zdemaskowały go niekontrolowane okrzyki „Schneller, schneller!”, „Scheiße!', a także pojękiwanie „Was wird mit Pischzek?”. Zapytany w przerwie, czy dostrzega nadzieje wśród ganiających odpowiedział, że po sprawdzeniu sicut fur in nocte ich dokumentów rezygnuje – wszyscy mają polskie obywatelstwo. Po czym zmienił się w ślimaka i odpełznął zaklinając, że szczelam focha i dalej prrrowadze głodówka taktyczna.

 

Ale dość o tem, co obok.

 

Zawody zainicjowało wzajemne przebijanie gały na drugą stronę. Ale to nie dwa ognie. Jako pierwsi pojęli ten szokujący fakt grający na niebiesko zawodnicy porcysowej machiny ugniatającej opinie realizując beznamiętny plan uzyskania prowadzenia, tak, że nawet brewka nie tykła, ani gacie nie opadły. Początkowa destabilizacja w szeregach czerwonych szybko ustąpiła zdroworozsądkowej taktyce ty do mnie, ja do ciebie, rozwijając się przyrostem geometrycznym w składne i niebezpieczne konstruowanie akcji zaczepnych. Porcysowcy nie dali rady bronić się, jak bohaterowie Westerplatte; zamiast siedmiu dni, było siedem minut, a i tak chyba nieco naciągam fakty. Po trwającym bez mała kwadrans wyrównanym i toczonym w żywym, pełnym adrenaliny i kąsania meczu, inicjatywę przejęli śmiali, przystojni, umięśnienie, opaleni, wyedukowani intelektualiści z drużyny Screenagers. Nie, nie będę ukrywał – jako wzór sprzedajnej świni, którego odlew niemoralności znajduje się w paryskim muzeum wzornictwa, za piwo, kiełbę i możliwość spędzenia wakacji z zespołem Kombi, trzymałem kciuki za drużynę czerwonych. Zdecydowana dominacja taktyczno-techniczna oblubieńców britpopowej młodzieży zamieniała się w konkretną przewagę na wirtualnej Omedze. Newtonowsko zracjonalizowana konsekwencja obronna, sterowana dżojstikiem przez Dariusza „Etana” powstrzymywała niemal wszelkie zapędy rywali; dwóch stukniętych biegaczy w osobach „Emu” oraz „Anzelmo” dekapitowało rozgrywanie piłki u przeciwników, a doskonała dwójka N-K obciążała smrodem ich linie obronne. To musiało tak się skończyć, i na nic pojękiwania lidera niebieskich, niejakiego Borysa „Brzytwy” i jego heroiczne rzucanie się rejtanowskie w kierunku arbitra.

 

A propos sędziego. Ten nielatający mutant bez wątpienia był kosmitą kolaborującym z NASA. Z pewnością też nie wiedział na czym polega dmuchanie. Mam uzasadnione podstawy zatem, by stwierdzić kategorycznie, że był to sam Marcin Borski. Świadczą o tym dobitnie zebrane przeze mnie fakty. Znikoma ilość odgwizdanych ewidentnych przewinień; znacząca ilość odgwizdanych nie-przewinień; powtarzane pod nosem „Jestem zajebisty! Jestem zajebisty!”; wreszcie, brak obserwatora PZPN'u na meczu.

 

Jeśli zaś zamknąć rozprawę o pierwszej połowie, to bezapelacyjnie, bo dwubramkowo wyszli z niej zwycięsko gracze Screenagers i nie zmieniły tego dwa uderzenia w metalową konstrukcję Borysa „Brzytwy”. Jak wiadomo, każdy głupek strzela w słupek.

 

Rozemocjonowany adrenaliną, potem i licznymi ślicznotkami postanowiłem w przerwie przekonać się, czy jeszcze potrafię trafić w piłkę. Potrafię. Biję sam sobie brawo; ani razu się nie wygrzmociłem, nie zaryłem pyskiem o piankę polipropylenową, granulat, włókna monofilowe, czy z czego tam właściwie murawa jest wykonana; puściłem za to dwa pawie i ogólnie czułem się jak panie lekkich obyczajów po intensywnej robocie, tak gdzieś w godzinach porannych; mogę być zatem całkiem zadowolony z utrzymywanej, równej formy.

 

Druga połowa rozpoczęła się w porze obiadowej. Kiszki grały marsza, którego nie były w stanie zaspokoić papieros, ani guma do żucia. Grały chyba nie tylko mi. W końcu trzeba znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla dysfunkcji czerwonych; zadziwiające, jak szybko kolor ich koszulek przedostawał się na mordy. Dominujące fizycznie oddziały Wermachtu stosując taktyczną zagrywkę oraz łokcie okopały się na wschodnich ziemiach intensywnie dziurawiąc spróchniałe fortyfikacje. Imaginacje czerwonych okazały się tak bardzo niezależne, że udały się w rejs Titaniciem w kwadrans oddając przodownictwo oraz wpisując się monthypythonowską, filozoficzną pantomimę piłkarską. Obserwowała zatem widownia z jednej strony dzinkai-sendziutsu, a z drugiej całkowitą ataksję; ja obserwowałem podskakujące ku mojej radości panienki. Alegoryczna przypowieść o śmierci giganta od ciosu między oczy nie zmaterializowała się jednak w zupełności. Potworne ruchy tektoniczne pomiędzy gardzielami a zwieraczami zmobilizowały strachem, wstydem i oczekiwanymi nagrodami rozpraszających się w popłochu czerwonych.

 

Za kluczowe dla dalszych losów zawodów należy bezapelacyjnie uznać przykręcenie śruby oraz wprowadzenie duetu N-K. Brutalne zagrania „Etana” traktuję jedynie w kategorii żartu. Dopiero Kaliban grający z numerem 5 na czerwonym trykocie pokazał wszystkim, jakim mięczakiem był Vinnie Jones. Przeciwnik stracił po jednym ze starć cztery zęby, obie nogi, kluczyki samochodowe, a cały zespół siłę woli i wolę mocy; zawodnik Ł. powinien stracić na wsze czasy możliwość korzystania z pełnego nazwiska, ale z tego co zasłyszałem, jedyną konsekwencją jego zagrania była czkawka Platiniego oraz całkowita abstynencja Pana Kręciny. Od tego momentu chyżonodzy Lionel K. oraz Cristiano N. w kosmokatalizowy sposób rozprawili się z niebieskimi. Ich dynamiczne galopy wywoływały meksykańską falę wśród publiczności; kołyszące rytmicznie biodrami ślicznotki zmusiły z kolei bramkarza czerwonych do zmiany rękawic, co zaowocowało zwiększeniem skuteczności wykonywania pewnej czynności. Tego było już za wiele! Niebiescy zdruzgotani próbowali przebrać się w koszulki zwycięzców i cieszyć razem z nimi lub wymierzyć policzek sędziemu. Ostatnie minuty to już popisowa partia skrinejdżersów kolaborujących z przepychem efektownych zagrań oraz nieco niedołężnym samolubstwem. 10-7! Dziesięć do siedmiu! Porcys dał sobie wbić dziesięć goli; Porcys przegrał różnicą trzech bramek. Angélisme, jednym słowem. Podobno niektórzy nie byli w stanie pozbierać się z tej jadowitej porażki, zrezygnowali z dalszej części festiwalu offowego, zrezygnowali z wszystkich ziemskich uciech i udali się na duchowe wygnanie śladami jerodiwych. Był to prawdziwy Destroyer.

Emocje i wysoki poziom 

Triumf Screenagers nie podlegał dyskusji. I rzeczywiście, tylko oni mieli ochotę o tym dyskutować. Od pamiętnej sobotniej bitwy na załężańskim orlim gnieździe roku pańskiego 2011 rozpoczęło się panowanie recenzentów Screenagers. Dzwony biły na Anioł Pański tego popołudnia wbrew wszystkim zegarom; ekstatyczne, sensualne dziewczyny rzuciły się w..., po prostu zapragnęły ogrzać się w wiktorii czerwonoskórych. Jeszcze w niedzielę niosły się po Dolinie Trzech Stawów słowa „Uwielbiam Cię, Najłaskawszy ze wszystkich [istot] Boże, że złamałeś moich przeciwników i że wczorajszego dnia wsławiłeś mnie i na moim ludzie Twoją prawicę”, i tak to właśnie było...

Katowice, 06.08.2011.
Screenagers - Porcys 10-7 (5-3)

Radość zwycięzców 

 

Wszystkie epitety to tylko autorska kreacja – jak najbardziej zamierzona! Jeśli ktoś poczuł się urażony to... niech wykona dziesięć kroków w tył i przeczyta tekst ponownie, powinien wtedy nabierać nieco dystansu do siebie;]



piątek, 19 sierpnia 2011

Obejrzałem dzisiaj dwa mecze. Równolegle obejrzałem. Obejrzałem dwa bardzo podobne mecze. Właściwie, gdyby nie odmienne kolory koszulek można było sądzić, że to transmisje tych samych zawodów.

 

Wymienię podobieństwa:

  1. Niezły początek gości;

  2. Brak dwóch stoperów w drużynie miejscowej;

  3. Wyraźna dominacja gospodarzy po strzeleniu pierwszego gola;

  4. Bardzo wyraźna dominacja gospodarzy po strzeleniu drugiego gola;

  5. Mnóstwo klarownych okazji do podwyższenia wyniku;

  6. Jeden gol po przerwie, naturalnie dla gospodarzy;

  7. Obijanie konstrukcji bramki (słupek lub poprzeczka);

  8. Bezradność gości;

  9. Gra siada ok 65 minuty.

 

Różnice też były. Na przykład Wolfsburg był w stanie strzelić bramkę; ba! Uczynił to jako pierwszy. Potem jednak dał się całkowicie zdominować. Różnica była też taka, że Ruch miał bardziej klarowne sytuacje, za to Wolfsburg lepiej, płynniej operował piłką i był w stanie utrzymać ją na połowie przeciwnika nieco dłużej.

 

Wnioski odnośnie postawy Ruchu nie są optymistyczne; słabo to wyglądało i nie przyjmuję tłumaczenie „A, bo to Lech był...”. I co z tego? Należało zmierzyć się z problemem, a nie od niego uciec. Wypowiedzi piłkarzy typu, Wyszliśmy na mecz przestraszeni są dla mnie skandaliczne. Lepiej już żeby taki gagatek w ogóle się nie odzywał. Wystraszeni? To po co w ogóle wychodzili na boisko? Po co w ogóle jechali taki kawał drogi? I w końcu, niby na czym wsparte są niespodzianki, jak nie na wierze w możliwość takową? Kpina i brak profesjonalizmu. Niektórzy pewnie ucieszyliby się na wieść o zniesieniu zasady trzy walkowery = relegacja...

 

Zresztą, faktycznie, mogli zostać w domu. Po pierwsze nie stosowaliby udawanego pressingu (nie ma to jak pressing jednego, dwóch graczy, gdy reszta stoi i to olewa;]), po drugie nie zbłaźniliby się, a po trzecie mieliby okazję zobaczyć w telewizorni na czym polega gra w piłkę.

 

Borussia Mönchengladbach rozegrała fantastyczne zawody. Gdyby nie szczęśliwe interwencje Benaglio i nieco farta mogło skończyć się znacznie wyższym wynikiem. Zaczęło się nieciekawie, ale od koszmarnej wpadki obrońcy Kjæra i golu niesamowitego Reusa poszło już z górki. Ok, było jeszcze nieco szarpaniny, ale zakończył ją faul w polu karnym Schulza. Deams na dwa jeden i golimy frajerów. Momentami świetnie się to oglądało. Szybkie zagrania z klepki na małej przestrzeni, nagła zmiana stron, strzały z dystansu, kombinacyjne wariacje, indywidualne popisy. Ech, gdyby tak co tydzień, Panie Favre (a mecz ze Stuttgartem pokazał, że nie da się tak, co tydzień).

 


 

W ten oto sposób Borussia po raz pierwszy od 15 sierpnia 1998 roku zasiadła na fotelu lidera; pewnie nie na długo; raczej na pewno krócej niż tamtego dnia (była to pierwsza kolejka, BMG wytrwało... tydzień;]), no i oby nie skończyło się, jak wtedy – kompromitująca degradacja. Aż trudno w to uwierzyć mając w składzie takich grajków, jak Andersson, Wynhoff, Witeczek, Pflipsen, Enke, Polster, Petersson, Deisler (tak, tak, to ten młodzieniaszek, który potem via Berlin trafił za ogromne pieniądze do Bayernu i... połamał się), Paßlack, Frontzeck... Ale ich wtedy wszyscy lali, zapytajcie tylko Juskowiaka, czy Matyska. Sądzę jednak, jestem pewien!, że u Favre'a to się nie powtórzy. Nie, Borussia nie jest zespołem na czołówkę, obstawiam tak miejsca 7-11, wyżej nie podskoczą, ale miła to odmiana po zeszłorocznym Frontzeckowaniu, czyż nie;] Zresztą, rok temu też mieli przed trzecią kolejką cztery punkty; wtedy jednak to ich pogoniono na Borussia-Park (dokładnie zrobił to Gekas i spółka), tym razem to oni byli w roli łowcy.

PS Ładnie pokazała się również Fortuna Düsseldorf. W takim niby to meczu na szczycie z TSV 1860, niby, bo jakoś nie miałem przekonania co do siły "Lwów" wynikającej z ich miejsca w tabeli byli zdecydowanie lepsi i zwyciężyli zasłużenie. A młodziutki Beister? Widzieliście go w akcji? Nie? W takim razie koniecznie przyjrzyjcie mu się, taki rozpalony, dziki Robben;)

I po pucharach. Były niespodzianki (Slovan!!!), były wyrównane zawzięte mecze (brawa dla Legii, szczerze, bardzo fajnie zagrali; brawa również dla Hannoveru 96, który dopiero drugi raz w historii zagrał na europejskich salonach i plamy nie dał

 


 

obie bramki autorstwa Jana Schlaudraffa, faceta, który, jak na napastnik, baaardzo rzadko strzela gole. Właściwie gdyby nie dwuletnie one man show w Alemannia Aachen jego bilans byłby kompromitujący. Przy okazji przypomniałem sobie dość niezwykłe okoliczności ich pierwszego awansu do rozgrywek międzynarodowych. Postaram się go opisać, za jakiś czas, cholera wie jaki... Będzie polski ślad, paradoks, dziwne zakończenie...), no i była wpadka. Sparta dała ciała w Rumunii. Z pewnością nie jest to jakaś wielka niespodzianka, futbol w ojczyźnie Draculi ma się całkiem nieźle. Mam raczej na myśli „wyczyn” szalonego Jaromira Blažka. Weteran wśród czeskich bramkarzy przy pierwszym golu zastosował efektowny rzut na plecy napastnika gospodarzy (mając żywot piłki w głębokim poważaniu, w przeciwieństwie do dwóch wariatów goniących za nią), a przy drugim udowodnił, że żaden z niego Ignaczak i nie uratował setbola, a kto wie, może i meczbola praskiej drużynie

 


 

Z piłką nie miało to wiele wspólnego; przykre to, choćby z powodu tego skądinąd całkiem sympatycznego jegomościa. I jakkolwiek nie przepadam za Spartą wierzę, że jeszcze powalczą w rewanżu o awans...

wtorek, 16 sierpnia 2011

Szok. Szok w jakiej formie jest Barcelona. To, co dzisiaj wyprawiali było n i e s a m o w i t e, ogłoście tę nowinę światu, na komunikatorach, forach, czatach, sms'ami, pukając od drzwi do drzwi, drąc się pod oknami, balkonami, na autostradach, mostach, tunelach, dzwońcie na otwarte linie telefoniczne nadających na żywo stacji telewizyjnych i radiowych, publikujcie na blogach, stronach internetowych, w komentarzach, portalach społecznościowych, piszcie patykiem na piasku, kredą na chodnikach i sprayem na... ok, troch się zagalopowałem. Tak, czy siak forma Barcelony zachwyciła. Cały czas rzecz jasna pisze o tej czeskiej Barcelonie, czyli Viktorii Plzeň.

 

Pamiętacie, jak wszyscy życzliwi krakowskiej Wisły trzymali palce u rąk i nóg, żeby tylko los nie rzucił ich na kopenhaskiego lwa? Czesi nie płakali po losowaniu; nie płakali nad tym, że stracili dwóch czołowych graczy; w ogóle nie płakali. Wzięli się ostro do roboty od pierwszych minut. Matko Bosko Częstochowsko! Szesnaście strzałów! Z uczestnikiem poprzedniej edycji LM! W Kopenhadze! Bez najlepszego strzelca! S z e s n a ś c i e !!!

 

Jeszcze raz napiszę, rewelacyjne zawody. Podobał mi się Václav Pilař. Żółtodziób znowu wbił gola, radził sobie bez kompleksów z o głowę większymi obrońcami, a ponadto świetnie pracował w obronie. Podobał mi się Daniel Kolář zasuwający, jak to mawiają Czesi, nahoru a dolů, a mówiąc po naszymu, tam i nazot (jego dwa sprinty przez pół boiska po dziewięćdziesiątej minucie – imponujące!). Podobał mi się duet stoperów Čišovský-Bystroň, który wytrzymał napór fizycznie znakomicie przygotowanych olbrzymów w przednich duńskich formacjach. Podobał mi się František Rajtoral grając dojrzale, pewnie, a od czasu do czasu robiąc kuku rywalom jakimś rajdem. Podobał mi się Marek Čech. Nazwisko zobowiązuje. Facet pozwiedzał sobie parę ładnych lat Rosję, ale jakaś klątwa wisząca nad bramkarzami w Pilznie zmusiła działaczy do sięgnięcia po niego dosłownie w ostatnim momencie; ledwo zdążył zagrać jeden mecz w lidze, a już musiał stawić czoła tak silnej drużynie, jak Kopenhaga. Przy golu bez szans, ale wybronienie główki strzelanej z 5 metrów przez Kristensena najwyższych lotów. Podobał mi się Pavel Horváth – Jezu, co on wyprawiał! Krosowe podanie na 30, 40, 50 metrów do nóżki? Proszę bardzo (Beckham jest dobry dla turystów;]). Wyjście spod pressingu błyskawicznym przeniesieniem gry na drugą stronę? Już serwuję. Kiwka na metrze jednego, dwóch rozwścieczonych buldogów? Nie ma problemu. Odebranie piłki i wyprowadzenie szybkiej kontry? Robi się! Pavel rozegrał fantastyczny mecz. Gdyby jeszcze przymierzył lepiej z tego wolnego w ostatniej akcji meczu... no tak, ale w tedy pomimo skończonych 36 lat pewnie grałby wciąż na Zachodzie. Podobało mi się z jaką pasją stosowali pressing, nawet w ostatnich sekundach robiąc w sumie w całym meczu 200 kilometrów (choć był moment, gdzieś między 65 a 75 minutą, gdy sprawiali wrażenie konających). Podobało mi się w jaki sposób pokazywali figę z makiem zdeterminowanym gospodarzom i na długie fragmenty przejmowali inicjatywę grając w dziada na połowie rywala. Podobało mi się, że pomimo zmęczenia, korzystnego wyniku i niepełnego składu uparcie stosowali ofensywną taktykę. Podobał mi się gol Martina Fillo. Rany Boskie, co za akcja, co za strzał! (wiecie już kto mu rzucił taką piłkę)

 

 

Nie napiszę jednak, że już jest po zabawie; nie pogratuluję jeszcze Viktorce awansu. Chciałbym, a jednak tego nie zrobię. Duńczycy udowodnili, że są piekielnie silni – dosłownie i w przenośni. Wszystko może się jeszcze zdarzyć. W końcu, sami oddali o dwa strzały więcej, czyli tyle, ile kilometrów zabrakło im do wyniku mistrza Czech.

sobota, 13 sierpnia 2011

Do ciekawego wydarzenia sportowego doszło wczoraj o godzinie 17.00 w Bratysławie. Piłkarz Miloš Lačný pobiegł kilometr Rynkiem miasta z flagą Slovanu Bratislava. To żaden happening, ani akcja promocyjna, czy przegrany zakład, Lačný nie jest też członkiem ultrasów klubu Belasí. Trasę od Starého mosta (Starego mostu) do Hviezdoslavovo námestie (placu Gwiazdosława) wyznaczyli mu kibice Slovanu. Nie bez powodu. Nie żebym pochwalał takie postępowanie, ale je rozumiem. Tak kończy się opowiadanie w mediach głupot przez żółtodzioba nic jeszcze nie wartego. Ok, jak jesteś Grokreutz i przywalisz nieprzemyślanym aforyzmem, może ci się upiec (choć, jak pokazuje przykład Neuera niczego nie można być pewnym); jeśli jednak nazywasz się Lačný i gówno jeszcze światu udowodniłeś, lepiej trzymaj pysk zamknięty.

A było to tak.

Gdy na początku 2010 roku przeszedł z MFK Ružomberok do praskiej Sparty, wydawało mu się, że złapał Pana Boga za nogi i teraz może wreszcie wyrzucić z siebie, co tak mocno uwierało; no i pojechał po bandzie:

Nigdy bym nie przeszedł do Slovanu [Bratysława – MK]. Od małego dorastałem w przekonaniu, że koszulki Belasích [pseudonim Slovanu – MK] nigdy nie założę. To nie tak, że czuję do nich obrzydzenie, ale nigdy nie lubiłem Slovanu. Nie chcę dłużej się nad tym rozwodzić, ale po prostu wiem, że Slovan by mi nie pasował.

Jak to zwykle bywa zrobić z siebie idiotę przyszło łatwo, tylko, że życie wypłaciło mu liścia i po nieudanych kilkunastu miesiącach na Letnej los rzucił go, a jakże, do Slovanu:) Naturalnie nie zapomniano jego słów. Oto reakcja kibiców po spotkaniu z oskarżonym:

Lačný ma świadomość tego, co przeskrobał, jak i tego, że albo będzie żył z nami w zgodzie i przyjmie karę wymierzoną przez fanów, albo pójdzie w ślady Jána Kozáka, czy Marka Ujlakyho i długo tu z nami nie pobędzie. Jako karę za jego zarozumiałe i haniebne sądy wymierzyliśmy mu symboliczny karny kilometr biegu w stroju Belasej Šlachty [Błękitno-niebieskiej Szlachty – MK] oraz flagą Slovanu w ręce przez centrum miasta.

Oczyszczający bieg

Ablucja made in Slovakia. Źródło:
http://sport.cas.sk/clanok/204331/nova-posila-v-slovane-lacny-za-trest-musel-bezat-mestom.html

Podobno wyciągnął wnioski i nie będzie już taką gadułą.

Inna sprawa, że rozwiązano spór w miarę cywilizacyjny sposób, nie zniszczono mu samochodu...

poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Historyczne, bo dopiero drugie!!!, zwycięstwo Borussii w Monachium w czterdziestoczteroletnich dziejach wzajemnej rywalizacji! Tak utytułowany klub, jeden z najbardziej w całych Niemczech, a zaledwie po raz drugi zdołali zwyciężyć w Bawarii z Bayernem! Futbolowy bożek chyba upił się winem i stał się cud!

 

Bez wątpienia bohaterem meczu był bramkarz. Tego zresztą się spodziewano. Wszyscy niemal liczyli jednak, że zostanie nim Manuel Neuer – będzie miał niewiele roboty i użyje sobie debiutu ligowego. Faktycznie, miał niewiele roboty, ale w jednej sytuacji zachował się jak idiota (po co wychodził z bramki?), a że współzidiociał z Boatengiem (dlaczego uniknął pojedynku?), sprytny i zdeterminowany, trochę też stuknięty idąc na pojedynek głowa-pięść, Igor de Camargo splunął na święto Neuera. I bardzo dobrze zresztą:)

 

A jednak bramkarz został bohaterem, jak już wspomniałem. Herosa należało szukać po przeciwległej stronie. Dzieciak Marc-André ter Stegen, dzieciak urodzony w Gladbach, dzieciak związany z Borussią sercem, duszą, całym sobą, sztuczkami prestidigitatorskimi schował do kieszeni trzy punkty. Gdy ostatni raz, co ja piszę...; gdy jedyny raz Borussia wygrywała na Olimpia-Stadion miał zaledwie trzy latka i pewnie guzik pamięta z tamtego triumfu. Był to jednak zupełnie inny mecz; owszem, fundamentem sukcesu była doskonale zorganizowana gra obronna wspaniale kierowana przez genialne dziecko szwedzkiej piłki, Patrika Anderssona*, poparta pewnymi i skutecznymi interwencjami doświadczonego Uwe Kampsa, ale miała również swe ważne i uczynne działania w środkowej i przedniej formacji. Tam najpierwszy był inny geniusz kochający „Źrebięta”, Steffan Effenberg**. I jeszcze dwie ciekawostki z tamtej potyczki. W Bayernie w drugiej połowie pojawił się na boisku pewien Francuz onieśmielający umiejętnościami pół Europy. Pomimo gola nie odwrócił losów meczu. I tym razem pewien Francuz, naturalnie inny już, onieśmielający pół Europy swymi umiejętnościami, pojawił się na murawie w drugiej połowie. Gola nie strzelił. Ani on, ani żaden z kolegów. Do tamtego pamiętnego spotkania Borussia przystępowała baaardzo mocno osłabiona. Nieobecność lidera drugiej linii, Christiana Hochstättera była bolesna, co dopiero powiedzieć jednak o absencji „Czarnej perły” ze Szwecji, super-bombardierze, którego zmogła kontuzja? Borussia właściwie zagrała bez napastnika, a przecież wbiła dwa gole! (właściwie wbiła jednego, decydujący cios Bawarczycy zadali sobie sami:)). Sytuacji było jednak wiele po stronie Borussii; nieco mniej niż gospodarzy, ale jednak wiele; w końcu mierzyły się dwie czołowe siły Bundesligi...***. Tym razem przewaga Bayernu była zdecydowana i tylko poświęcenie, dyscyplina, świetna organizacja gry, odpowiednio dobrana taktyka i nieco szczęścia pozwoliły heroicznie broniącej się przed spadkiem w poprzednich rozgrywkach drużynie z Borussia-Park na zgarnięcie pełnej puli. To wszystko plus niewiarygodne interwencje ter Stegena. Wydawało się, że postawienie na młodzieniaszka w minionym sezonie to przemyślane budowanie drużyny na walkę o powrót do elity. Dziś, napiszę to bez zawahania ręki, a więc dziś ter Stegen to numer trzy między słupkami niemieckiej bramki. Nationaltrainer Löw będzie cymbałem, jeśli nie powoła go jak najszybciej do kadry; go, drugiego obok Draxlera, objawienia roku sezonu 2010/11.

 

44 miliony nowych nadziei przegrało z niezmienionym kopciuszkiem. Trochę dziwi i niepokoi, że nowi chłopcy w talii Fevre'a nie łapią się do składu, bo jednak potencjał „starej” kadry jest dość ograniczony... Zobaczymy, jak to się dalej potoczy; rok temu Borussia również zaczęła od wygranej, efektownej i na trudnym terenie, a potem leciał w dół, dół, dół...

 

Kochajcie filmiki na Youtube, tak szybko bywają usuwane...


 

 

* Andersson i Effenberg parę lat później trafili właśnie do Bayernu (w przypadku „Tigera” należy dodać, ponownie). A Patrik swym golem w doliczonym czasie gry, gdy na innych stadionach nasłuchiwano już wyników, rozstrzygnie losy tytułu mistrzowskiego.

** Całkiem niedawno zmartwiony sytuacją i pozycją w niemieckiej piłce ukochanej Borussii VfL zainicjował akcję mającą na celu zmiany organizacyjne i kadrowe w klubie. Ostatecznie nie udało się ich przeforsować, szkoda myślę... Przede wszystkim wymierzył swe razy w Maxa Eberla, dyrektora sportowego, człowieka odpowiedzialnego za transfery. „Effe” twierdził, nie bez podstaw, że Eberl działa zbyt asekuracyjnie, krótkofalowo, a każde kolejne euro oznacza stagnację, miast rozowoju. Eberl się nie zmienił. Trener Fevre już siwieje nie mogąc spełniać, przecież niezbyt wygórowanych, zachcianek kadrowych...

*** Na koniec sezonu Bayern był drugi, a Borussia tuż za pudłem, ostatni raz tak wysoko...

 

PS Tymczasem w weekend na Górnym Śląsku rozegrano niezwykle interesujące zawody piłkarskie; zawody które przyćmiły wszystkie pozostałe mecze w różnych klasach rozgrywkowych. Wkrótce dodam o nim notkę; czekam jeszcze na zdjęcia. Zdjęcia będą super. Sam je robiłem więc muszą być super;]

piątek, 05 sierpnia 2011

Jakie to szczęście Wisły, że nie wylosowała Barcelony. Nie mogła wylosować. Nie mogła bo Barcelona znalazła się w tym samym koszyku drużyn mistrzowskich lecz nierozstawionych. Fuksiarze.

Gra Barcelony budzi we mnie coraz większy respekt, z każdym kolejnym weekendem przekonuję się, że nie był to jednorazowy wystrzał, kometa, która pojawiła się na niebie i zniknęła równie szybko. Barcelona utrzymuje kurs, być może zdominuje krajowe rozgrywki na lata, a i w Europie da posmakować innym swe pieprzne dania.

Oczywiście piszę o Barcelonie czeskiej, z miasta mającego w herbie... wielbłąda;] Stukanie w klawiaturę na cześć i chwałę hiszpańskiego giganta nie ma najmniejszego sensu przecież...

Tak więc Viktoria Plzeň wciąż zadziwia. Szybkość wymiany piłki, dynamika skrzydłowych, z których Petržela bazuje na znakomitym przyspieszeniu, a Václav Pilař na technice i inteligencji. Bezczelny František Rajtoral, znakomicie kontrolujący piłkę, waleczne serce Jiráčka, dojrzałość i poświęcenie Daniela Kolářa, skuteczność Bakoša, siła bloku defensywnego, choć im akurat zdarza się raz na jakiś czas poślizgnąć na skórce od banana (głupie bramki to ich znak wodny), a wszystkim kontroluje, pobudza lub uspakaja, mierzy puls , analizuje i posyła bombę w samo okno lub dokładne co do centymetra podanie, mistrz Pavel Horváth.

Pavel to wyjątkowo interesująca postać. Kiedyś grający typowego Spielmachera raził ociężałością, swego rodzaju niedbalstwem; było to spowodowane niezbyt imponującymi możliwościami szybkościowymi. Prawdopodobnie, gdyby posiadał i tę cechę mógłbym skutecznie rywalizować z pomocnikami ówczesnej reprezentacji Czech, Bergerem, Nedvedem, czy, czasem cofanym do drugiej linii, Šmicerem; tak, jego bilans w kadrze nie jest zbyt imponujący. Rzucany w różne zakątki świata, wrócił do wreszcie do Gambrinus Ligi, gdzie stał się osobowością, mentorem, miarą jakości, do której inni równają.

Różne zdarzenia wplątywały się w jego karierę. Mniej lub bardziej chlubne. Dziś, nieco podstarzały, z brzuszkiem jak u Murawskiego (Rafała), operuje na boisku z głębi, regulując grę obronną i znakomitymi passami budując fundamenty groźnych ataków. Niewielu już dziś pozostało takich arystokratów futbolu, których z miejsca odróżnić można o rzemieślników...

Viktoria Plzeň w deszczowym meczu, po katastrofalnej pierwszej połowie, i znakomitej drugiej, uporała się w wielokrotnym mistrzem Norwegii, Rosenborgiem Trondheim. Zrobiła to, pomimo owych 45 minut, z klasą, elegancją, pasją i bezkompromisowością. Dwa wnioski można wyciągnąć po tym dwumeczu. Przede wszystkim Viktoria nie potrafi grać w zmienionym stylu, defensywnie, na wynik bezbramkowy. Duszą się wtedy, przepadają, łamią sobie gnaty, mentalnie wyją nad swym nędznym losem. Piłka; piłka ich napędza; dotykać ją, pieścić, gładzić, ślinić się nad nią, robić jej dobrze i ładować do siatki rywala. Bezkompromisowość. Ale ważne również, że potwierdzili swoją wartość na naprawdę silnym rywalu. To cenne doświadczenie zapewne wzmocni ich, pomnoży pewność siebie, okaleczy wątpliwości...

Zerknijcie łaskawym okiem na fragmenty rewanżowej batalii z Norwegami. Na cudowne zagranie Pilařa przed trzecim golem, bezczelne solo Rajtorala, wygibasy Horvátha...

A teraz trzymajcie kciuki za mistrzowską Viktorkę, gradacja trudności; czeka ich wyprawa do Kopenhagi. Za nią czeka wieczność...

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Dawno mnie tu nie było. W przypływie szaleństwa, jak dzwonnik ze znakiem jakości Q, zasadziłem się na intymne precjoza w lochu, to znaczy w Bibliotece Śląskiej. Trzy tygodnie ostrej harówki, kilka tysięcy pstryknięć, kilka klaśnięć w dłonie, baton za cały posiłek i pełne kieszenie zadowolenia - ile się dało, przed zamknięciem tego niezwykłego skarbca, tylem uczynił; „Der Oberschlesische Wanderer”, „Kattowitzer Zeitung”, „Sportowiec”, „Polska Zachodnia”, „Gazeta Robotnicza” i wielkie, monstrualne nienasycenie, bo chciałoby się jeszcze.

W każdym razie lata 1939-45 już tak kuszą tłustym, że chciałoby się z tym coś zrobić. Jeszcze tylko rok 1940 i ostatni kwartał roku wcześniejszego katowickiego dziennika i jakieś, cholera wie jakie, źródło bytomskie i można z tego stworzyć alchemiczny roztwór, z którego byłbym zachwycony;]

Na razie cieszę się sam, i usprawiedliwiam - po kilku godzinach dziennie przeglądania mikrofilmów nie miałem zwyczajnie ochoty na wykonywanie jakichkolwiek wpisów. A działo się, wiem, wiem...

Najpierw nasi pierwszoligowcy zafałszowali setnie, co gorsza druga nuta też nie zapobiegła grymasom. Katowiczanie muszą, jak najszybciej znaleźć rozwiązanie swoich problemów, nieudane starty zwyczajnie im nie służą. Można też zapytać, jak to u licha jest, że szkoleniowiec dokonuje tylu zmian, bo chyba ich chciał, albo przynajmniej je zaakceptował, a teraz dopiero uświadamia sobie, że potrzebują jego pitbulle zgrania, dotarcia i czego tam jeszcze. Liga to nie jest dobre miejsce na szukanie wymówek.

Co innego trener Fornalak (nie mylić mi tu do kroćset z Fornalikiem!). Biedak. Nie wiem kogo mi bardziej żal, kibiców Polonii, że muszą przetrzymać ten okres najwyższej próby, czy Pana Darka, który w przypadku niepowodzenia (już odpukałem) będzie musiał wyjechać za granicę, żeby znaleźć robotę. W każdym razie ja Polonii życzę powodzenia.

Piast to jeszcze inna moneta. Tak, moneta. Nie wiadomo, czy trafi się orzeł (jak na Arce), czy reszka (jak w Płocku). Wielka, wielka niewiadoma.

Podobnie zresztą, jak Ruch Radzionków. I tu zmiany sięgały tak głęboko, w rdzeń drużyny, że trzeba nieco czasu, by połapać się w co oni właściwie celują...

Wreszcie dołączyła i Ekstraklasa. Pięknie dołączyła. Na dzień dobry zrzedły miny wszystkim życzącym górnośląskiej piłce wyzerowania stanu posiadania. Panowie (bo Panie najfajniejszym klubom, synkom i klimatom z całą pewnością życzą frajdy, frajdy i samych zwycięstw;)), zmieńcie regulamin, tak do szóstego, siódmego miejsca przesuńcie granicę degradacji, to może wtedy:P (tylko uważajcie, żeby wasi pupile nie znaleźli się pod kreską:D). Swoją drogą mecze w Bielsku (darujmy sobie na razie terytorialne spory) mogą być niezwykle atrakcyjne. Deszcz zapewni atrakcji, co nie miara. Piłkarska menda nie poszwenda się, gdy leje jej się za kołnierz, a zdeterminowany przeciwnik przyciśnie jej pysk w kałuże. Mecze, gdy leje się z nieba mają w sobie coś wyjątkowego - dużo walki, dużo agresji, fontanny deszczu, dużo sytuacji, nieprzewidywalność, fontanny deszczu i wiele goli.

Wystartowała także Gambrinus Liga. Od razu z grubej rury wystartowała. Bohemians 1905 taktyką „Blitzkrieg” zamordowało nadzieje Slavii, choć trzeba przyznać, że i „Zszywani”, gdzieś między 60 a 80 minutą swe ambicje całkiem przyjemnie dla oka realizowali. Czeska Barcelona zawiodła. Remis jednak rok temu zwiastował ostatecznie tytuł mistrzowski, więc Viktorka, ta z Pilzna, nie jest tym wynikiem specjalnie zdruzgotana; zwłaszcza, że świetnie spisują się w walce o Ligę Mistrzów. Pokonanie Rosenborga nie było przypadkowe, było stanowczo za niskie! A ja mam osobistą satysfakcję, że kiedyś oblizywałem palce nad grą Vaclava Pilařa, a ten dopiero na wypożyczeniu u mistrza zadziwia. Gol z Pyunikiem Yerewań zmusił mnie do osunięcia na kolona...

Obaj beniaminkowie z kolei zagrali antyfutbol, co zresztą było do przewidzenia. Dukla momentami nie potrafiła na własnym boisku sforsować zasieków Sigmy na linii środkowej boiska, choć i tak w końcówce mogła sensacyjnie zwyciężyć; aha, no i o jakim własnym boisku ja piszę, skoro miejscowi reagują dość, hm, oryginalnie (ale jest OK, frekwencja mnie zaskoczyła). I jeszcze muszę wspomnieć o jednym wydarzeniu z tego spotkania - trzeba się nazywać Varadi, żeby spartolić taką setkę (najwidoczniej uznał, że to nie fair strzelać do pustej bramki, więc celowo nie trafił w piłkę, ale tak, by ta została pod jego nogami, a bramkarz i obrońca zdążyli się ustawić;]). O sympatycznej drużynie Viktorii Žižkov nawet nie chce mi się pisać; nie dało się tego oglądać; po tym, jak sprzedali Markoviča nie mam bladego pojęcia, kto tam będzie strzelał bramki, o ile jakiekolwiek bramki z ich strony padną...

Jeszcze pociągnę temat czeski. Wprawdzie to Hiszpanie zgarnęli kolejne trofeum, ale młodziki pod ręką Jaroslava Hřebíka zaprezentowali się wyśmienicie i nawet prowadzili z faworytem w dogrywce! Hřebík to jest gość! Uwielbiam go za cięte riposty, niezwykle precyzyjne analizy, przyjemną twarz (czasami można odnieść wrażenie, że wiecznie jest uśmiechnięty, wystarczy, że zmruży oczy; ale wierzcie mi, albo co tam mi, wierzcie mikrofonom ustawianym przy płycie boiska, nie chcielibyście być w jego pobliżu, jak coś idzie nie tak!). Świetny trener. Tam, gdzie Magath mówi pas, od dokłada pierścienie do sztangi, tam gdzie Mourinho kończy się notes, Jarek dopiero uruchamia wyobraźnię. Żelazna kondycja i Übertaktiku.

Czesi zagrali w składzie: Koubek - Hála, Kalas, Brabec, Jeleček - Kadeřábek, Jánoš, Polom (36. Sladký), Krejčí - Skalák (79. Lácha), Přikryl (102. Fantiš), ciekawe ilu z nich wybije się ponad przeciętność...

Aha, wracając do GL, naturalnie grała też Sparta, wygrała, Kweuke znowu wbił gola, a Řepka wybiegł w pierwszym składzie. Tyle.

Wreszcie słówko lub dwa o niemieckiej piłce, bo i ta rozgrywa się w najlepsze. Na zapleczu Bundesligi sensacyjne dwie wygrane Eintrachtu, ale tego z Brunszwiku, doskonały mecz pomiędzy spadkowiczami, wreszcie kapitalne pudło Hellera z Dynama Dresden. Udusiłbym kolesie, przysięgam, gdybym był trenerem, udusiłbym go:

Ale to właśnie Dynamo sprawiło jedną z większy sensacji w DFB-Pokal. Rozprawienie się z Bayerem Leverskusen i to w takich okolicznościach? Chapeau bas!

A już w przyszły weekend rusza Bundesliga. Najsmaczniejszy kąsek na niedzielne popołudnie. Dwa wielkie kluby, wspaniałe historie, wieczna rywalizacja i klątwa boiska rywala - Borussia Mönchengladbach vs Bayern München, jedno z najważniejszych spotkań całego sezonu na dobry początek;]

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16