Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
piątek, 28 października 2011

Nie wszystkim udało się uniknąć kompromitacji w kolejnej rundzie DFB-Pokal. Najbardziej oberwało się „Zebrom”. MSV Duisburg poległo z czwartoligowym Holsten Keil i tak po prawdzie była to jedyna poważna niespodzianka wtorkowo-środowych gier. W ostatniej chwili ze stryczka urwała się Borussia Mönchengladbach, która straszliwie wycierpiała się w meczu z trzecioligowym 1.FC Heidenheim. Skórę „Źrebakom” uratował bodaj największy talent wśród niemieckich młodych bramkarzy, André ter Stegen. Jeszcze w normalnym czasie gry wybronił setkę, ale przede wszystkim jego dwie świetne interwencje w serii rzutów karnych pozwoliły uniknąć blamażu słynnej Borussii.

 

Dziewiętnastolatek w bramce utytułowanego klubu z Nadrenii radzi sobie coraz lepiej. Już przed rokiem okrzyknięto go odkryciem ligi, wraz z Draxlerem z Schalke. Znamienity wpływ na jego karierę ma legenda Borussii, Uwe Kamps, który opiekuje się młokosem już od pięciu, sześciu lat. Jak widać ze znakomitym skutkiem.

 

Ale do Kampsa ter Stegenowi wiele jeszcze brakuje. Jeszcze nie ma oferty z Realu Madryt*, jeszcze nie stał się historią klubu, a nawet te dwie jedenastki nie są niczym wyjątkowym przy dokonaniu jego trenera.

 

Uwe Kamps – legenda. Jeden z najlepszych golkiperów Bundesligi przełomu lat '80 i '90, chociaż nigdy nie było mu dane zagrać w barwach narodowych. Blisko czterysta gier w najwyższej klasie rozgrywkowej, blisko sto meczy bez puszczonego gola, a jednak to najpiękniejsze wydarzyło się poza ligą. Był kwiecień roku 1992, półfinał DFB-Pokal, mityczny Bökelberg-Stadion. Uwe Kamps siedział już w klubie dziesiąty sezon, czyli zbliża się do połowy kariery w Borussii. On, gość z Nadrenii, emocjonalnie związany z regionem, klubem, kibicami, a zarazem już wystarczająco stary facet, by wygrać coś więcej niż jedynie brązowy medal Igrzysk Olimpisjkich w Seulu**. Przeciwnikiem Borussii świetna ekipa z Leverkusen; naprawdę mieli wtedy mocną pakę, z Kirstenem, Thomem, Lupescu, Jorginho, ale też Leśniakiem*** i Buncolem. Do przerwy faworyt, czyli „Aptekarze”, prowadził 1-0, a powinien wyżej (zmarnowana okazja Thoma), wprawdzie po zmianie stron posiadający wyrzutnię rakietową w nodze Thomas Kastenmaier wyrównał, ale szanse tak naprawdę wyrównały się dopiero kilka minut później, gdy wściekły Franco Foda, poszkodowany przez Martina Maxa, nie wytrzymał drwin Franka Schulza, i odepchnął go na tyle wyraziście, że długowłosy pomocnik BMG mógł nieco przyaktorzyć. Dopiero po czerwonej kartce mecz toczony był na równych zasadach, ale gole padły dopiero w dogrywce. Najpierw niezawodny Hans-Jörg Criens dał prowadzenie Borussii i gdy, już, już otwierano szampany, Andreas Thom zrewanżował się za klopsa z pierwszej części gry i w 119 minucie doprowadził do remisu. A więc rzuty karne. Właściwie trudno o nich cokolwiek napisać. Sądzę, że obraz odda najlepiej, co tam właściwie się wydarzyło:

 

Kamps został bohaterem, jasna sprawa, został wpisany na karty historii futbolu, też jasna sprawa, został niemal zaduszony przez kolegów z drużyny (dopiero przytomny Schulz zaczął ściągać z niego te ludzkie masy umożliwiając oddychanie), a redaktor Rolf Töpperwien został bez portfela****. Nie może też dziwić, że do dzisiaj uważa to spotkanie za swoje najlepsze w karierze, najbardziej spektakularne. Cholera, jak już napisałem, dzięki niemu przeszedł do historii, bo na takim poziomie tylko Helmuth Duckadam dokonał takiej sztuki, zresztą w jeszcze bardziej prestiżowej potyczce. Kamps był tak nakręcony, że żałował, autentycznie żałował tego, że gracze z Leverkusen nie wykonywali jeszcze jednej, tej piątej jedenastki; był pewien, że i z nią by sobie poradził, a najlepiej, gdyby jeszcze mógł wszystko zakończyć wbiciem gola decydującego.

 

Intuicja, instynkt, szczęście. To był mój zajebisty dzień.

 

Pewność siebie dała mu pierwsza interwencja. Strzał Jorginho nie dość, że słaby to całkiem przewidywalny, dokładnie tak, jak powiedział Kampsowi Jürgen Gelsdorf, który niewiele wcześniej trenował Brazylijczyka w Bayerze właśnie. Wszystko wykonał, jak z zaprogramowanego mechanizmu, Uwe na tym skorzystał i potem już poszło z górki; no, może nie tak zupełnie, bo co jak co, ale uderzenia Herrlicha i Lupescu były jednak solidne. Wyczekać do końca, skoncentrować się na strzelającym, uwzględnić nogę dominującą u niego i liczyć na fuks. Proste i działa. Fuks to na przykład popis ostatniego ze strzelających. Martin Kree zawsze walił na pałę, prawie zawsze, a tym razem spartolił to setnie.

Nie było happy endu jednak. Pisałem już zresztą o tym. I tym razem to ktoś inny został bohaterem rzutów karnych. Właściwie to trudno też stwierdzić jednoznacznie, czy z Kampsa był taki fachowiec od jedenastek, czy nie za bardzo. Bilansik dwanaście na czterdzieści jeden może i nie imponujący i dziewczyny na to nie polecą, ale przecież nie tylko najlepiej w historii klubu, ale po prostu dobra średnia w historii całej ligi.

 

A puchar? Facet z tytanowo uzupełnionym kolanem zdobędzie go cztery lata później...

 

* Uwe Kamps miał ofertę przejścia do „Królewskich”, niestety nie wiem dokładnie w którym roku. W każdym razie nie skorzystał. Oficjalnie, dlatego, że miał ważny kontrakt, a taka okazja trafiła się całkiem w środku sezonu, bardziej romantycznie żeby było, to dodam, iż Uwe sam zrezygnował – Borussia to jego klub, kocha go, kocha te miejsca, i chociaż kocha pewnie tez pieniądze, to jednak na tyle mniej, by nie zawracać sobie głowy nawet taką propozycją.

** Zagrał we wszystkich meczach reprezentacji Niemiec, w półfinale z Brazylią musiał jednak pochylić czoła przed Cláudio Taffarelem; nic to, że wybronił jedenastkę André Cruza, fachowiec z kraju kawy załatwić potrafił w ten sposób czterech kolegów Kampsa, w tym Funkela tuż przed końcem meczu. W ogóle patrząc na te składy, i Niemiec, i Brazylii, i innych uczestników tamtej imprezy, muszę stwierdzić, do diabła, solidna, smaczna futbolowa potrawa to była...

*** Zdaje się, że to wtedy Marek Leśniak ustanowił rekord Bundesligi. Zagrał w aż 25 meczach ligowych i tylko raz, jeden jedyny raz przebywał na boisku pełnych 90 minut. Poza tym czterokrotnie schodził do szatni przed czasem, a aż dwudziestokrotnie wstawał z ławki i meldował się na murawie. Naturalnie gola żadnego nie strzelił...

**** Tak mu było spieszno do wywiadów, że stał się łakomym kąskiem dla jakiegoś złodziejaszka z tłumu entuzjastów.

 

PS Było o MSV Dusiburg, rewelacji poprzedniej edycji DFB-Pokal, swoją drogą warto zobaczyć, jak dał ciała bramkarz „Zebr” przy pierwszym golu, klasse:)




poniedziałek, 24 października 2011

Był kiedyś wspaniały kabaret, kabaret łączący intelektualne peregrynacje oraz ukryte znaczenia z wyjątkowym poczuciem humoru. Duet Laskowik-Smoleń wyjątkowo pielęgnował każdy tekst, dbał o klarowność przekazu, subtelność; to wszystko sprawia, że dziś, pomimo czasów słusznie minionych, ich skecze pozostają świeże, przynajmniej w warstwie ich konstrukcji, formy, ale jak się okazuje, również treści...

 

Jednym z bardziej rozpoznawalnych tematów były słynne wywiady przeprowadzane z Pelagią, swego rodzaju anybody społeczeństwa. W czasie którejs z tych inscenizowanych rozmów Pani Pelagia, zgrabnie odgrywana przez Bohdana Smolenia, informuje nas o ilości produkowanych „bombek” (cały czas mowa o bombkach choinkowych), gdy jednak zostaje przyciśnięta nieco przez reportera, zwielokrotnia tę wielkość, w końcu przekaz prezentowany przez „Dziennik Telewizyjny” musi być bardziej doniosły, prawda jest przy tym całkowicie zbędna.

 

Skąd taki wstęp? Otóż Pan Adam Marciniak, z zawodu piłkarz, postanowił, świadomie lub nie, podchwycić interlokutorskie hokus-pokus Pani Pelagii i palnął coś tak głupiego, przeczytajcie:

 

Będziemy trenować jeszcze ciężej, jeszcze mocniej.

 

Wypowiedź po nieudanym meczu derbowym. Niby zwykła wypowiedź; być może wlewająca nawet nieco otuchy w serca, hm, nazwijmy to, nierozpieszczanych ostatnio kibiców Górnika Zabrze. Gdy jednak poobracamy to zdanie w dłoni, przyjrzymy się, zajrzymy do środka, zaczyna nabierać całkiem innego znaczenia...

 

Otóż Pan Marciniak, przypominam, z zawodu piłkarz, daje wszelkie podstawy do interpretowania zachowania jego, a poprzez użycie liczby mnogiej, również kolegów.

 

Dostrzegam tu trzy możliwe ścieżki semantyczne. Pan Marciniak, z zawodu piłkarz, ogłasza wszem i wobec, jak gdyby nigdy nic (zapewne wypowiedź podświadomie ujawnia, to co miało pozostać ukryte), że on i jego współgrajkowie absolutnie nie przykładają się do treningów. Mając wyznaczone zadania i obowiązki, wykonują je bez pełnego zaangażowania, staranności, sumienności oraz przekonania o ich celowości. Innemi słowy, wszystko za co zabierają się w trakcie treningów nie jest czynione na 100%. Gdyby bowiem Pan Marciniak, z zawodu piłkarz, trenował właśnie na sto procent nie mógłby dać z siebie niczego więcej, żadnej dodatkowej kropli potu. 100%, dalej się nie da...

 

Być może jednak Pan Marciniak, piłkarz z zawodu, sugeruje (znowu ta podświadomość), że kompetencje trenera są niewystarczające i należy zwiększyć obciążenia treningowe. Zintensyfikować, znaczy się, trener jest głupi, bo wcześniej tego nie zarządził. W tej sytuacji Pan Marciniak, z zawodu piłkarz, czem prędzej powinien zrobić odpowiednie papiery i zgłosić akces na kołcza Górnika. Jeśli jednak się myli, to dodatkowe zajęcia spowodują jedynie, że, o zgrozo!, fizycznie przeciążeni zawodnicy Górnika będą prezentować się jeszcze gorzej!

 

I wreszcie ostatnia z proponowanych interpretacji. Pan Marciniak, piłkarz z zawodu, palnął to całkiem świadomie, a wymiar tej wypowiedzi można sprowadzić do lapidarnego dobra, dobra, powiem, że wyrobimy na boiskach treningowych 150% normy to się od nas może odczepią. To oczywiście jest naiwne i głupie, takie myślenie. Bo propagandowy sukcesik z tego nijaki, a kolejna wpadka ligowa będzie oznaczać, że co, jednak nie trenowali bardziej i mocniej? A może wtedy należy wylicytować dodatkowe 50% obciążenia?

sobota, 22 października 2011

Dziwny to był mecz. Przez dwie trzecie toczony na równych warunkach, z tą drobną uwagą, że większość przebitek, pojedynków indywidualnych i starć wygrywał Górnik, że z chaosu, zamieszania, ciągu nieporozumień i nieporządku zwyciężał Górnik, tylko troszeczkę, w sam raz by narobić nieco stracha, ale jednak. To, co działo się od 60 minuty całkiem mnie zdumiało – dawno nie widziałem tak szalonej odmiany. Niby to Ruch zaczął grać kombinacyjnie, z pierwszej piłki, żwawiej biegając, rozciągając grę, z domieszką polotu i pewności siebie, ale czy to aby nie Górnik zaintonował marsza żałobnego na własne życzenie?

Imponująco prezentuje się statystyka Chorzowian, którzy oddali aż 22 strzały! Jeśli weźmiemy pod uwagę, że w pierwszej odsłonie było ich zaledwie pięć, to wychodzi nie mniej ni więcej, tylko jedna latara w stronę Skorupskiego co 2,5 minuty. I nie ma też co udawać, że okazje Górnika z tej zwycięskiej połowy przypominały choć trochę sytuacje, które miał Piech, Abbott, czy Jankowski… Paradoksalnie to 1-2 jest wyjątkowo szczęśliwym i honorowym rozstrzygnięciem dla gospodarzy.

Czasami mam wrażenie, że gdyby bracia Fornalikowie wygrali jakąś pokaźną sumkę na loterii* i postanowili zainwestować w kapitału ludzki własnej drużyny, to przy udanych transferach stopera, bocznego obrońcy i rozgrywającego ulepiliby zespół walczący o Mistrzostwo Polski. Szacunek dla ich pracy.

Co do Górnika, to za cały komentarz do ich gry, obecnej postawy i duchowych oraz mentalnych siniaków niech posłuży paragon po dzisiejszych zakupach trenera „trójkolorowych”…

Paragon

* Trenerzy Fornalikowie nie byli na zakupach, nie stać ich, nie wygrali na loterii, a tylko w taki sposób (chyba) klub mógłby znaleźć jakiekolwiek fundusze transferowe…

poniedziałek, 17 października 2011

Miał być dłuuuuuuugi wpis, ale jak zwykle nie zdążyłem. Trzymam temat w kieszeni, bo warto opisać go dokładnie.

Dziś František Straka zadebiutował na ławce trenerskiej Slavii Praga. To trochę tak, jakby Mariusz Śrutwa został szkoleniowcem Górnika Zabrze, albo Łukasz Mazur prezesem Ruchu Chorzów. Emocje podobne, chyba nie trzeba tłumaczyć.

Przez całe spotkanie kibice Slavii dawali do zrozumienia, co sądzą o zatrudnieniu gościa oddanego sercem największemu rywalowi, Sparcie Praga. Dawali wcześniej, będą zapewne wyrażać to tak długo, jak Straka utrzyma posadę. Zaczął kiepsko, więc być może nie potrwa to znowu zbyt wiele...

Początkowo kibice Slavii mieli protestować tylko ubiorem, przynajmniej takie były zapowiedzi. Jednak już zmierzając na mecz, czarny korowód żałobny prezentował barwne hasła wymierzone w nowego trenera i dwulicowy zarząd. Cały płot w sektorze gości obwieszony był jednoznacznymi transparentami. Dlatego zamiast dalszego rozpisywania się, mała fotogaleria.

Straka - protest Straka - protest

Straka - protestStraka - protest

Straka - protest Straka - protest

Straka - protestStraka - protest

Straka - protestStraka - protest

Dwie ciekawostki. Zauważyliście takich dwóch byczków kręcących się przy ławce trenerskiej Slavii? Ochraniali Strakę! Ba! Facet, który słynie z impulsywnego reagowania na wydarzenia boiskowe dostał zakaz zbędnego wychylania się ze swej kryjówki. Absurd. To po co on właściwie został zatrudniony?

A żeby było zabawniej, patrzcie, jak wyglądało pomeczowe podziękowanie kibiców „Zszywanych”. Tak, nie mylicie się, ten siedzący na zadku piłkarz ma koszulkę Viktorii Žižkov. Powiem więcej, ten piłkarz strzelił jedynego gola, i bynajmniej nie był to gol samobójczy. David Kalivoda sprawił, że Slavia przegrała małe derby Pragi, ale tylko jego chcieli przy swojej trybunie fani Czerwono-Białych. Kalivoda w klubie był od 14 roku życia, ale za wiele się nie nagrał. Ciągle gdzieś go odsyłano, przywoływano, wypożyczano, sprowadzano, wypychano, zapraszano, odsuwano, przyciągano, degradowano, awansowano...; istny kocioł. W ciągu dziewięciu lat aż pięciokrotnie wysyłano go na mniejsze lub większe zadupie, rzadziej do jakiegoś niezłego klubu, nie żałując sobie ponadto nakazu zwiedzania szatni rezerw Slavii. Rekordowe było wypożyczenie do Teplic, trwało aż dwanaście dni!

W każdym razie facet wbił ładnego gol, podbiegł do sektora Slavii i... zaczął przepraszać kibiców. Ci, najpierwej bucząc, tupiąc, gwiżdżąc, klnąc, stękając, wznosząc jeremiady i wyjąc, widząc reakcję Kalivody zaczęli skandować jego nazwisko. A potem zaprosili do wspólnych chorałów po ostatnim gwizdku sędziego...

 

Zdjęcia 1-6 pochodzą ze strony Fotbal.iDnes.cz

Zdjęcia 7-10 pochodzą ze strony Sport.cz

piątek, 07 października 2011

Oglądanie meczu Czechy – Hiszpania było prawdziwą katorgą, wytrzymywałem kwadrans i musiałem robić przerwę: na papierosa, na zbieranie materiałów o czymś zupełnie innym, na herbatę, na porządkowanie dokumentacji, na drapanie się po brzuchu, znowu na papierosa, i tak w kółko...

Spotkanie całkowicie pozbawione historii; momenty w których gracze naszych południowych sąsiadów przepraszali gwiazdorów, że starli się z nimi bark w brak, czy że pozwolili sobie, by ich powalić na ziemię, dość upokarzające; jasne, szacunek dla rywala jak najbardziej, ale nie zapatrzenie i lęk; z takim nastawieniem byli skazani na pożarcie, nawet jeśli goście nie zagrali w kompletnym zestawieniu dream-teamu, nawet jeśli zawodnicy z dobrych klubów zachodnich zagranicznych grali z zawodnikami z nieco lepszych klubów zachodnich...

Tylko dwa momenty zwróciły moją uwagę – ziewanie kibiców (i miejscowych, i gości), widocznie mieli podobne zdanie do mojego, oraz często powtarzane w drugiej połowie „Bílek ven”. Od początku ten jegomość na ławce trenerskiej reprezentacji Czech mi nie pasował; gra Czechów też mi nie pasowała, a i wyniki wielokrotnie nie były takie, jakie być powinny. Kolejny raz kibice dali do zrozumienia, że mają gościa dość, ale pewnie przed wyborem nowego prezesa ČMFS (zostanie nim Pelta?) nie ma na to szans. Kandydatów może i jest wielu, ale sensowny chyba tylko jeden – Jaroslav Hřebík, co akurat będzie wspaniałą wiadomością dla wszystkich poza piłkarzami;]

Aha, i jeszcze słówkiem o bezmyślnym faulu Hunschmana. Cud, że Xabi Alonso nie wylądowała na chirurgii. Mózg Hubschmanowi się zagotował, proszę państwa, zagotował się i urodził straszliwego potworka, atak niemal wyprostowaną nogą na piszczel, to mogło nawet zakończyć karierę gracza Realu. Facet szybko zorientował się, jakie popełnił piłkarskie przestępstwo, zaczął przepraszać nie tylko Alonso, ale i wszystkich dookoła, a na widok czerwonej kartki nawet się nie skrzywił. Był to zapewne impuls, ten faul; czasami ciągnie nas za nos jakaś głupota, robimy to, bo wydaje się fajna, a z nią same korzyści; wtedy następuje otrzęsienie i okazuje się, że zrobiliśmy z siebie idiotę. Najlepszym przykładem był pewien japoński hokeista; gość już nawet podniósł triumfalnie ręce radując się z decydującego gola i wtedy... :)



wtorek, 04 października 2011

Mentalność, charakterystyczny sposób myślenia i odnoszenia się do rzeczywistości, wynik przyjęcia określonych zasad i wartości, które wyznaczają sposób zachowania jednostki lub grupy społecznej.

(źródło: http://portalwiedzy.onet.pl/88388,,,,mentalnosc,haslo.html)

 

Niezmiernie, szalenie wk…, tzn. denerwuje mnie mentalność polskich piłkarzy. Już chciałem cmokać z zachwytu nad grą Ruchu Chorzów, który w trudnym meczu z trudnym rywalem tak pięknie pokazał się, zdominował przeciwnika, przykręcił śrubę, a jednak, nawet w takim meczu musiało wyleźć to ligowe monstrum, które nie pozwala dobrym piłkarzom stać się bardzo dobrymi, a drużynom, zostać liderami. Brak mentalności zwycięzcy. Paradoks, wiem. Pukacie się w głowę, jak można po deklasacji napisać o braku takiego elementu, więc powtórzę, a jednak…

Jest 3-0, Widzew gra w „10”, Ruch atakuje, wszystko dobrze się układa, aż do gola Grzelczaka. Od tego momentu, zauważyliście?, piłkarze najchętniej włożyliby ręce do kieszeni, gdyby spodenki piłkarskie posiadały kieszenie. Żadnego zaangażowania, determinacji, większość umawia się na wieczorne „balety” lub obojętnie macha na wszystko ręką; pozostali, którzy chcieliby jeszcze pograć, są w mniejszości. Najbardziej wymowna była scenka gdzieś w ostatnich dziesięciu minutach meczu. Bramkarz Peskovič wyłapuje jakieś niegroźne dośrodkowanie, pada na murawę, a po stadionie niesie się donośna dobra rada dla niego, Leż! Leż, k…a!!! Ludzie! Kilka minut do końca, wynik bezpieczny, mecz u siebie, rywal osłabiony, zamiast powalczyć o kolejne gole, to gramy na czas? Jezu, jak ci zawodnicy maja oduczyć się symulki, jeśli nawet w takim momencie mają ściemniać?

A teraz sytuacja analogiczna. Monachium, ale nie o Bayernie to będzie. Do Bawarii zjeżdża ciągnące się w ogonie ligowej stawki Dynamo Drezno. Punktów potrzebują, jak powietrza. Jest, udaje się do przerwy wbić dwa gole. Uff, to teraz zamykamy się na własnej połowie i gramy na utrzymanie wyniku, jak nam pokazał dzień wcześniej Ruch Chorzów. Otóż nie… Po przerwie atakują dalej, przeciwnik traci jednego zawodnika, strzelają gola numer 3, atakują dalej, strzelają gola numer 4, atakują dalej, tracą gola numer jeden, atakują dalej, tracą gola numer dwa, atakują dalej.

Po zobaczeniu tych dwóch spotkań, na mecz Dynama poszedłbym bez zastanowienia; nad wyborem meczu „Niebieskich” musiałbym podumać w samotności…

sobota, 01 października 2011

Do podsumowania ligowej młócki jeszcze daleko, dokładnie na dwa dni daleko. Ale tej delicji nie mogłem sobie odmówić; w akcji Eren Derdiyok, slowem WUNDERBAR!