Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
piątek, 29 października 2010

2 grudnia 1967 roku na Städtisches Stadion w Norymberdze zmierzyły się ze sobą lider i wicelider tabeli. Bayern, któremu po piętach deptały drużyny z Mönchengladbach, Duiburga, Brunszwiku oraz miejski rywal jechał na niezwykle prestiżowe derby* do sensacyjnie przodującego 1.FC Nürnberg. Przedostatnia seria gier w rundzie jesiennej. Bawarczycy tracą trzy punkty do pierwszego miejsca – dla obu drużyn to bardzo istotny moment w rozgrywkach, na stadionie zjawia się komplet publiczności 65,000 widzów!** Niespodziewanie liderujący zespół FCN*** charakteryzowała skuteczność, tak w obronie (wówczas najlepsza w lidze), jak i w ataku (ustępująca jedynie BMG), Bayern z kolei czekał na decydujący krok dla swojej dominacji, już mając w składzie późniejszych mistrzów świata, wielkie legendy klubu, Beckenbauera, Schwarzenbecka, „Bombera” Müllera, czy świetnego Sepia Maiera.

Skład 1.FC Nürnberg nie był niespodzianką, bo nie mógł być. Bardzo szybko austriacki trener Merkel wytypował żelazną jedenastkę, którą zmieniał tylko w przypadku kontuzji (co było rzadkością) lub kartek; jedynie Heinza Müllera zastąpił rodak trenera, August Starek, jeden z trójki, którą wykorzystywał szkoleniowiec na łatanie dziur w podstawowym składzie (Starek był pierwszym zmiennikiem, jest to o tyle istotne, że sezon 1967/68 był pierwszym, w którym można było dokonywać zmiany, na razie tylko jednej)****. Mecz miał zadziwiający przebieg, jak gdyby zawodowcy mierzyli się z amatorami. Walce z Norymbergi zmasakrował monachijski Bayern! Godzina gry na Städtisches Stadion to kosmiczna dominacja gospodarzy. Na domiar złego już w ósmej minucie kontuzji nabawił się Sepp Maier (w starciu z Strehlem), postanowił jednak wytrwać na posterunku*****. Bayern nie grał źle, to miejscowi rozgrywali fantastyczne zawody. Strehl zdominował całkowicie Rotha, z kolei „Gustl” Starek był nie do zatrzymania przez Koulmann. Ale najgorzej prezentowała się defensywa Bawarczyków, w której zwłaszcza Schwarzenbeck pozostawała kompletnie obok formy. Wyjątkowym szczęściem Bayern przetrwał pierwsze 25 minut, ale właśnie wtedy otrzymał dwa piekielne ciosy wyprowadzone w mgielne popołudnie przez Strehla i Volkerta. Pierwszy gol to konsekwencja totalnego bałaganu w szykach obronnych gości. Beckenbauer nie utrzymał właściwej pozycji i na środku pola karnego został niepilnowany kanonier FCN; po dokładnym zagraniu z boku Cebinaca pozostało mu tylko wpakować piłkę do siatki. Również w przedniej formacji Bayernu panował bałagan, zwłaszcza po przestawieniu Gerda Müllera do środkowej linii; korzystał na tym Ludwig „Luggi”, z pozycji stopera włączając się odważnie do akcji ofensywnych. Kulała prawa strona FCB, gdzie kompletnie zagubiony był Nefziger, niegroźny w ataku, słaby w obronie. Tyle luk w grze wystarczyło, żeby po kolejnej minucie stracić drugiego gola. Pięknie obrazuje zagubienie Bayernu. Wrzutka prawego obrońcy Poppa z lewej strony (!), właściwie niegroźne, Brungs mógł co najwyżej powalczyć o piłkę; ta spadła spokojnie w okolicach szóstego metra od bramki Maiera, lecz żaden z piłkarzy Bayernu do niej nie ruszył! Błyskawiczna reakcja Volker, piłka uderzona jeszcze z powietrza i golkiper z Monachium nawet nie drgnął. Wtedy jedną z dwóch świetnych okazji Bayernu – wcześniejsze uderzenie „Bombera” można zobaczyć w materiale wideo – miał wspomniany Nefziger, lecz pozostawiony sam w szesnastce fatalnie przestrzelił. Bohaterem meczu został za to Franz Brungs******, jakby specjalnie szykując się na te zawody, dla niego, poza sportowymi emocjami (lider z wiceliderem, derby) mające jeszcze dodatkowy element motywacyjny – dwa dni później obchodzić będzie 31 urodziny. Dziennikarz radiowy miał jeszcze przed bramkowym festiwalem powiedzieć na antenie: „Słońce świeci, a gwiazda, Franz Brungs, zaczyna działać”. Sam wbił aż pięć bramek, jedną wypracował. Jego błyskawiczny hattrick, w zaledwie jedenaście minut, do dzisiaj mocno się trzyma w historycznych zestawieniach*******. Niezwykłe było to, że „Złota główka” Brungs pomimo pięciu goli, żadnej nie strzeli z „kepy”! Pierwsze jego trafienie dość szczęśliwe. Po pięknej kombinacji z bliska uderzył Volkert, lecz trafił wprost w Maiera. Ku zaskoczeniu stoperów z Monachium, już odwracających głowę, legendarny bramkarz wypluł futbolówkę przed siebie, choć właściwie już ją kontrolował! Najwłaściwiej zareagował właśnie Brungs i dosłownie wepchnął ją do siatki. Do przerwy 3:0, lecz to nie było najgorsze, co mogło tego dnia spotkać gości. Pierwszy kwadrans po przerwie to egzekucja Bawarczyków. Agresywny odbiór piłki i szybkie kombinacje złamały ostatecznie kark rywalom. Kolejna wrzutka z boku Cebinaca, Brungs uprzedza Maiera i różnica wynosiła już cztery gole. Chwilę później rewelacyjna akcja Starka, zagranie wzdłuż linii piątego metra i Maier po raz kolejny zmuszony do kapitulacji. Gdy po kolejnych pięciu minutach Brungs wykorzystał świetny kros znowu Starka, ekstaza całkowicie ogarnęła szeregi FCN. Tylko to tłumaczy honorowe trafienie „Bombera”. Odpowiedź była jednak błyskawiczna, bo po zaledwie trzech minutach znowu Brungs celnie uderza, tym razem niezwykle efektownie, przewrotką, finalizuje dośrodkowanie Cebinaca.to niewiarygodne, ale w ciągu kolejnych 180 sekund gospodarze mogli strzelić aż trzy bramki! Dwukrotnie brawurowo zachował się Maier, raz Strehl nie trafił do pustej już bramki. Od tego momentu ewidentnie miejscowi zwolnili tempo gry, stracili na koncentracji. Umozliwiło to Bayernowi skorygować wynik. Gdyby nie dwie bramki Brenningera w końcówce********, klęska Bayernu byłaby jeszcze bardziej dotkliwa, choć właściwie nie, nie Brenningera to zasługa ale... Seppa Maiera bez którego kilku wyjątkowych interwencji bez dwu-cyfrówki, by się nie skończyło!

Po meczu „Kicker” napisał: „To był majstersztyk!”. 1.FC Nürnberg w cuglach wygrało całe rozgrywki. Zwłaszcza ofensywa była ich bronią masowego rażenie – dwa działa, Brungs i Heine Strehl, wespół w zespół zapewnili 43 z 71 goli w całym sezonie (jeden z najskuteczniejszych duetów w całej historii niemieckiej piłki ligowej)! Goniące bawarską jedenastkę przez cały sezon „Kozły” same do końca nie wierzyły w skuteczność tych prób. Trener zespołu z Kolonii stwierdził nawet, że prawdopodobieństwo wyprzedzenia FCN jest takie, jak „Prawdopodobieństwo, że małpa wypadnie z gniazda”. Jakby mało było upokorzeń Bayernu, FCN przypieczętował tytuł na stadionie w Monachium, wygrywając dwa do zera, po golach Strehla i, a jakże, Brungsa! Był to ostatni tytuł mistrzowski legendarnej drużyny 1.FC Nürnberg…

Wspominając tamten mecz na swych siedemdziesiątych urodzinach, Franz Brungs powiedział: „Było to spotkanie, w którym wszystko wychodziło nam doskonale. Taka wisienka na torcie mojej kariery”. Tuż po spotkaniu zaznaczył rolę zespołu: „Decydującymi czynnikami byli koledzy, którzy obsługiwali mnie świetnymi piłkami”. Trener Bayernu postarał się nawet o żart: „No proszę, nawet w takim wieku można nauczyć się grać w piłkę...”.

Mecz z trybun oglądał trener reprezentacji, Helmut Schön. Widząc beznadziejność przyjezdnych nie powołał nikogo z wielkiej trójki Maier, Müller, Beckenbauer na mecz eliminacji Mistrzostw Europy z Albanią. W Tiranie padł remis 0:0, a Schön musiał wysłuchać zdecydowanej krytyki niemieckich mediów za nie włączenie nawet o kadry meczowej piłkarzy Bayernu – Niemcy odpadły z Euro '68 nim te na dobre się zaczęły... Był to ostatni raz, gdy zabrakło powołania dla „Kaisera”. Do ogłoszenia końca reprezentacyjnej kariery, w 1977 roku, zawsze znajdzie się dla niego miejsce w drużynie!

Rok później FCN sensacyjnie spada z ligi! To jedyny taki przypadek w całej historii Bundesligi!

I jeszcze słówko o FCN – niechętnie podchodziło do stworzenia jednej ligi (wcześniej były cztery, a mistrza wyłaniano systemem pucharowym), uważając dotychczasowe rozwiązania za sprawdzone; pierwszy zwolniony trener w historii Bundesligi, zasiadał na ławce właśnie w Norymberdze, był to Herbert Widmayer.

1.FC Nürnberg - FC Bayern München 7:3 (3:0)
Sobota, 02.12.1967, 16.00. Städtisches Stadion: 65,000
Sędzia: Johannes Malka
Bramki: 1:0 Heinz Strehl 26. (Cebinac), 2:0 Georg Volkert 27. (Brungs), 3:0 Franz Brungs 37., 4:0 Franz Brungs 50. (Cebinac), 5:0 Franz Brungs 57. (Starek), 6:0 Franz Brungs 62. (Starek), 6:1 Gerd Müller 72. (głową, Brenninger), 7:1 Franz Brungs 75. (Cebinac), 7:2 Dieter Brenninger 79., 7:3 Dieter Brenninger 89. (Beckenbauer).
Kicker
1.FC Nürnberg: Wabra (2) - Leupold (1), Wenauer (2), Müller (1), Popp (2) - Ferschl (2), Starek (1) - Z. Cebinac (1), Brungs (1), Strehl (1), Volkert (1). Trener: Merkel
FC Bayern: Maier (2) - Kupferschmidt (3), Beckenbauer (3), Olk (3), Schwarzenbeck (4) - Roth (2), Koulmann (3) - Nafziger (3), Ohlhauser (3), Müller (2), Brenninger (2). Trener: Cajkovski
Fussballdaten.de
1. FC Nürnberg (2,3): Roland Wabra (3,0) - Horst Leupold (2,0), Fritz Popp (3,0) - Ludwig Müller (2,0), Ferdinand Wenauer (3,0), Karl-Heinz Ferschl (3,0) - Zvezdan Cebinac (2,0), Heinz Strehl (2,0), Franz Brungs (1,0), August Starek (2,0), Georg Volkert (2,0)
FC Bayern München (3,7): Sepp Maier (3,0) - Peter Kupferschmidt (4,0), Georg Schwarzenbeck (5,0) - Franz Roth (3,0), Franz Beckenbauer (4,0), Werner Olk (4,0) - Rudolf Nafziger (4,0), Rainer Ohlhauser (4,0), Gerd Müller (3,0), Dieter Koulmann (4,0), Dieter Brenninger (3,0)

1.FC Nurnberg

1.FC Nürnberg - Mistrzowska drużyna 1967/68. Źródło: http://bundesliga.de/de/

 

* Derby Bawarii zwłaszcza w ostatnich latach urosły do miana najważniejszych dla obu klubów, skoro ich naturalni najwięksi rywale błąkają się w ligach niższych. Derby Monachium na poziomie Bundesligi ostatni raz grane były sześć lat temu (w pucharach tylko lat dwa wstecz), z kolei ekscytujące przedwojenne boje FCN z SpVgg Greuther Fürth mają swą kontynuację jedynie po relegacji drużyny z Norymbergii do drugiej ligi, ewentualnie, gdy ślepy los wskaże je jako jedną z par w pucharowych zmaganiach…
** Ciekawostka, komplet widzów nie oznacza rekordowej frekwencji! Tą zanotowano 30 maja 1971 roku w spotkaniu z Fortuną Düsseldorf. Mecz rundy finałowej o awans do Bundesligi zgromadził aż 75,000 kibiców! Jak to możliwe? Zwyczajnie, fanów piłki nożnej wpuszczono również na bieżnię okalającą murawę. A wracając do baraży, grano w dwóch grupach po pięć drużyn. W rozgrywkach uczestniczyły dwa pierwsze zespoły pięciu lig regionalnych. FCN ostatecznie zajęło w Grupie II dopiero czwarte miejsce i na awans musiało jeszcze trochę poczekać. Nowicjuszem (no, nie takim znowu zupełnym) z ich grupy została Fortuna właśnie. Upragniony powrót do elity nastąpi dopiero siedem lat później, też zresztą po barażach…
*** W całym sezonie trener Merkel skorzystał z usług zaledwie 21 zawodników, w tym trzech bramkarzy. Żaden inny klub w całej późniejszej historii ligi nie grał tak wąską grupą piłkarzy.
**** Niespodziewanie, bo jeszcze w lutym tego roku znajdowali się w strefie spadkowej. Dwa miesiące wcześniej trenerem mianowano znakomitego Austriaka, Maxa Merkela (dwa lata wcześniej wygrał ligę z TV 1860, gdzie zwolniono go w następnym sezonie po… wygranym meczu!) i od tego czasu, pomimo chwilowego kryzysu, zespół nabiera własnej tożsamości. Ciekawostkę stanowi termin, jakim Merkel ochrzcił swych podopiecznych: „Wieśniacka drużyna”:) Za faworytów ligi uważano wszystkich, tylko nie ich, Braunschweig i Frankfurt, Bayern Monachium i „Lwy”, Dortmund i Köln, a nawet Hannover 96! (Jak pokazuje ta lista, również druga sensacja ligowa, Borussia Mönchengladbach, nie została wskazana). Jako jedyny na potencjalne zagrożenie ze strony FCN zwracał uwagę trener… Bayernu, Klatko „Tschik” Cajkovski, który stwierdził przed sezonem: „Mój przyjaciel Max [Merkel – MK] jest zdolny do wszystkiego”. I rzeczywiście potrafił zaskakiwać – niemal na dzień dobry pozbył się aż jedenastu graczy (w tym trzech mistrzów z 1961 roku), a sprowadził sześciu nowych. Szarlatan, czy geniusz? Profeta, czy blagier? W każdym razie słowa „Szczególnie w ataku spodziewam się sporych zmian. Liczę, że nie tylko będziemy stwarzać wiele okazji, ale również sprawnie je wykorzystywać”, okazały się prorocze. Stosował ostre metody szkoleniowe – góry tyrolskie i trzy treningi dziennie, niektórzy słaniali się po nich na nogach … Ale ostatecznie wszyscy przyznawali mu rację – intensywne treningi, ale w sam raz na ich możliwości, tak, że wcale nie wyjątkowy zespół potrafił zajechać każdego. Zmienił się również system gry na 4-2-4, przy czym Strehl był ustawiany za grającymi w linii, od lewej, „Cebi” Cebinacem, Brungsem i „Schorschem” Volkertem.

Max Merkel

Max Merkel. Źródło: http://www.stickerfreak.de/Bergmann%20Seiten/Bundesliga%201967-68/N%fcrnberg%201968.html

***** Po meczu dziennikarze zapytali Cajkovskiego dlaczego nie zmienił Maiera, na co trener Bayernu tylko wzruszył ramionami stwierdzając, że to, czy stałby w bramce Maier, czy rezerwowy Fritz Kosar nie uchroniłoby jego zespołu przed klęską.
****** Wydaje się wręcz nieprawdopodobne, ale pomimo olśniewającego sezonu (25 bramek i 7 asyst), pod względem not („Kicker”) szósty najlepszy zawodnik Norymbergii, wicekról strzelców Bundesligi zostaje sprzedany za 200,000 marek do Herthy BSC Berlin! I to z jakgieo powodu, bo był za stary! Trzydzieści jeden lat! (Sam Merkel twierdzi jednak, że to zawodniki chciał odejść z powodów finansowych). Tam jednak „Złota główka”, bo taki miał boiskowy pseudonim, podobnej furory nie zrobił i w 1971 roku wrócił na stare śmieci… To zresztą był drugi przypadek, gdy po sukcesie zmieniał barwy klubowe. Przed przyjściem do Norymbergi wygrał Puchar Niemiec z Dortmundem. Brungs wspominał system motywacyjny Merkla, który m.in. Polegał na osobistym wręczaniu premii meczowych w gabinecie trenera (1,000 marek w kopercie); po jednym ze spotkań Brungs, który zagrał wyjątkowo kiepsko, nie otrzymał dodatkowego wynagrodzenia, na pytanie dlaczego? Merkel odpowiedział „A ty w ogóle grałeś? Jakoś nie widziałem cię na boisku!”.

Franz Brungs

Franz Brungs. Źródło: http://www.glubberer.de/b/brungs__franz/ brungs__franz.html

******* Dokładnie zajmuje dziesiąte miejsce najszybszych trzech goli wbitych przez jednego zawodnika. Rekord Michaela Tönniesa pewnie jeszcze długo nie zostanie pobity…
******** W materiale filmowy nie ma ostatniego gola spotkania. Breninnger zdobył go po solowej akcji Beckenbauera, który wpadł w pole karne i upadając zdołał jeszcze odegrać piłkę do kolegi. Breninnger skorzystał z okazji i po raz drugi pokonał Wabra, choć są wątpliwości, czy nie było pozycji spalonej.

środa, 27 października 2010

Pierwsza kolejka sezonu 1974/75. W Niemczech euforia po zdobyciu Pucharu Świata. Liga zapowiadała się ciekawie, czy ktoś,, wreszcie przełamie hegemonię Bayernu (czytaj Borussia Mönchengladbach, bo wówczas nikt inny nie był w stanie konkurować z Monachijczykami)? W Offenbach rywalem malutkiego klubiku Kickers, chronicznie cierpiącego na brak finansów, był sześciokrotny mistrz, naszpikowany gwiazdami światowego formatu Bayern Monachium. Dla miejscowych przyjazd wielkiego konkurenta zawsze stanowiło święto, i chociaż w czterech poprzednich wizytach nie udało się zwyciężyć to i tak ostrzono sobie na ten mecz zęby; po prawdzie ludzie bardziej zamierzali oklaskiwać mistrzów świata, Beckenbauera, Meiera, Müllera, Hoeneßa, Kapellmanna i Schwarzenbecka niż dość anonimowych graczy gospodarzy*.

Spotkanie z 24 sierpnia 1974 roku wyznaczono jednak nie na nielubianym przez większość rywali Bieberer Berg (górski obiekt słynął z czasem huraganowych powiewów, na co uskarżało się wiele przyjezdnych drużyn) lecz na Weldstadion we Frankfurcie; stawiło się rekordowych 35,000 widzów**, przyjeżdżający z nawet odległych miejsc specjalnie podstawianymi pociągami, na stadion udawali się dumnie przywdziewając biało-czerwone barwy i ze śpiewem na ustach. Bayern prezentował się od początku dość mizernie. Faworyt ligi sprawiał wrażenie pątnika, którego każdy powinien natychmiast obdarować tym, co ma najlepszego, czyli kompletem punktów. Nastawienie „Żyj i pozwól żyć” pięknie pasowało do dość parnej pogody, mniej już jednak do nastawienia gospodarzy – ambitni gracze Kickers szybko podchwycili nutę na niespodziankę, i już w 19 minucie obiecujący pomocnik Winfried Schäfer***, po rykoszecie od Schwarzenbecka mylącym Maiera, zdobywa dla nich prowadzenie! Przez cały obiekt przetoczyło się typowe dla kibiców Offenbach „Kickers Roaarrrrr!”, pełne zachwytu i radości. Goście wciąż wyglądali, jakby byli nastawieni na tryb „meczu towarzyskiego”. Korzystali z tego gracze miejscowi nie chcąc kończyć swych popisów i jeszcze przed przerwą, po akcji Janzona, Schwemmle podwyższył na 2:0! Znamienne, że w decydującym momencie akcji potknął się wielki Franz, znamienne, jeśli spojrzymy na dorobek całego sezonu 1974/75 w wykonaniu Bayernu... Kibice szaleli ze szczęścia, a co niezwykle interesujące, każdy prowadził doping na swój własny, indywidualny sposób, żadnej porządnej organizacji! Kto spodziewał się radykalnej zmiany i huraganowych ataków Bayernu przecierał oczy ze zdumienia. Wprawdzie tuż po przerwie świetną okazję zmarnował Hansen, ale to gospodarze grali tak, jakby mieli kilka goli do odrobienia! Już w 49 minucie najlepszy na boisku Siegfried Held mijając na lewym skrzydle zarówno Hansena, jak i Schwarzenbecka wypracowuje bramkę Erwinowi Kostedde, a osiem minut później role się odwracają i to Siggi Held**** trafia do siatki Seppa Maiera z podania późniejszego reprezentanta Niemiec. 4:0! Koszmarne zawody rozgrywa debiutujący w barwach Monachijczyków Klaus Wunder, znacznie lepiej prezentuje się inny nowicjusz, Karl-Heinz Rummenigge, ale wobec bardzo źle współpracujących Müllera i Hoenessa również jego wysiłki niewiele wnosiły (zwłaszcza „Bomber” miał wyjątkowo kiepski dzień). Zespołowi z Offenbach wciąż było mało. Wykorzystując absolutną dominację w środku pola, gdzie wspomniany Schäffer górował nad Zobelem, któremu nikt nie pomagał (szybko „wyłączył” się z gry Hadewicz, śmiało mogli przeprowadzać jedną niebezpieczną akcję za drugą. W 70 minucie kolejnego swojego gola strzela Kostedde, tym razem głową z ostrego kąta. Szara myszka ligi masakruje mistrza! Młodziutki trener, Otto Rehhagel, daje satysfakcję strzelcowi, zmieniając go dziewięć minut przed końcem – aplauz widowni żegna lokalnego bohatera, którego zastępuje jeszcze niemal junior, Egon Bihn. Jeszcze przed końcem meczu fani Bayernu opuszczają stadion. Schowani gdzieś za drzewami stadionu leśnego nie widzą, jak ten właśnie żółtodziób, dwudziestoletni Bihn***** w swoim siódmym ligowym meczu strzela premierowego gola, ładnego z woleja po doskonałym zagraniu Janzona. 6:0, sensacja! Kibice w ekstazie zdzierali gardło: „Siedem! Siedem!”. Wreszcie końcowy gwizdek, ratujący od dalszego upokorzenia starego mistrza. Gracze gości zbiegają do szatni, jak poganiane kundel, miejscowi używają sobie na całego owacji na stojąco.

Co za upokarzająca klęska, czterdzieści-osiem dni po wywalczeniu złotego medalu sześciu mistrzów świata dostaje baty od niemalże prowincjonalnego klubu!****** Po latach pomocnik Franz Roth, który akurat w tym spotkaniu nie wystąpił, stwierdził jedynie, że „Zdarzają się takie dni, kiedy jest nagłe „bum, bum, bum” i robi się 0:6. Po prostu, tak bywa”.

Otto Rehagel triumfował, a jednak znalazł moment do niedosytu: „Niemal zupełne zwycięstwo, jedynym negatywnym aspektem jest fakt, że stadion nie był wypełniony po brzegi. Taka wiktora przed 60,000 widzów byłaby czymś doskonałym. Held udowodnił, że powinien znaleźć się w kadrze na Mistrzostwa Świata. Czas pokaże, czy Bayern był rzeczywiście tak słaby. Zobaczymy, co kolejne spotkania przyniosą...”. I faktycznie był słaby, bardzo słaby. Na koniec sezonu zajął dopiero 10 miejsce! Co ciekawe, przegra również rewanż z Offenbach u siebie i będą to jedyne wygrane drużyny z Hesji w całej historii wspólnych gier! Ale nie pytajcie się fanów OFC, jak zakończył się ostatni mecz obu drużyn w Bundeslidze, nie krzywdźcie ich tak okrutnie...*******

Sobota, 24.08.1974, 15.30. Waldstadion (Frankfurt): 35,000
Sędzia: Klaus Ohmsen
Bramki: 1:0 Winfried Schäfer 19.; 2:0 Dieter Schwemmle 31. (Janzon); 3:0 Erwin Kostedde 49. (Held); 4:0 Siegfried Held 57. (Kostedde); 5:0 Erwin Kostedde 70. (głową, Ritschel); 6:0 Egon Bihn 89. (Janzon).
Żółte kartki: Gerd Müller (FC Bayern, 1 w sezonie)
Kiecker
Kieckers Offenbach: Bockholt (2) - Ritschel (1), Schmidradner (2), Rausch (3), Faß (3) - Schäfer (2), Enders (2), Schwemmle (3) - Janzon (2), Kostedde (2), Held (1). Trener: Rehhagel
FC Bayern: Maier (2) - Kapellmann (4), Schwarzenbeck (3), Beckenbauer (2), Hansen (3) - Hadewicz (3), Zobel (2), U. Hoeneß (3) - Rummenigge (2), Müller (3), Wunder (4). Trener: Lattek
Zmiany: Offenbach - Bihn (81., Kostedde); FC Bayern – Dürnberger (51., Hadewicz)
Fussballdaten.de
Kickers Offenbach (2,5): Fred-Werner Bockholt (3,0) - Manfred Ritschel (2,0), Hans Schmidradner (2,0), Wolfgang Rausch (4,0), Volker Faß (4,0) - Winfried Schäfer (2,0), Peter Enders (3,0), Dieter Schwemmle (3,0) - Norbert Janzon (2,0), Erwin Kostedde (2,0), Siegfried Held (1,0)
FC Bayern München (3,6): Sepp Maier (3,0) - Jupp Kapellmann (5,0), Georg Schwarzenbeck (4,0), Franz Beckenbauer (2,0), Johnny Hansen (4,0) - Erwin Hadewicz (4,0), Rainer Zobel (2,0), Ulrich Hoeneß (4,0) - Karl-Heinz Rummenigge (2,0), Gerd Müller (4,0), Klaus Wunder (5,0)
Zmiany: Offenbach - Bihn (81., Kostedde); FC Bayern – Dürnberger (4,0) (51., Hadewicz)

Kickers Offenbach 1974/75

Kickers Offenbach 1974/75. Źródło: http://www.stickerfreak.de/Bergmann%20Seiten/Auswahl
%20Bergmann%201975.html

 

* Jedynym piłkarzem z przeszłością reprezentacyjną był Siegfried Held, a czterech innych jego kolegów miało ponad sto występów w Bundeslidze.
** W Offenbach, na wspomnianym Bierberer Berg rekordowa frekwencja z 1968 roku, w meczu z drugą wielką monachijską jedenastką, wyniosła 33,000 widzów.
*** Tak, to ten sam Schäfer, który później znany będzie szerzej, jako trener Karlsruher SC, a przede wszystkim Kamerunu. Dla fanów Bundesligi nie jest tajemnicą jego świetna ligowa kariera, która zatrzymała się na imponującej liczbie 403 spotkań!
**** Siggi Held miał wyjątkową motywację w tym spotkaniu – chciał udowodnić wszem i wobec, że jednak zasługiwał na włączenie do kadry narodowej na Mistrzostwa Świata. Wprawdzie w całym 1974 roku nie zagrał dla Niemiec choćby jednego meczu, jednak wcześniej występował w niej dość regularnie; zależało mu tym bardziej, że w dwóch poprzednich finałach międzykontynentalnych pomimo dobrej postawy tytułu nie wywalczył. W sumie zagrał dla naszych zachodnich sąsiadów aż 41 razy... W Bundeslidze występował jeszcze w wieku 38 lat (1981 r.) rozgrywając łącznie 422 mecze, zaliczając 72 gola i 54 asysty. We wspominanym meczu wyjątkowo skutecznie radził sobie w jednym ze złotych medalistów, Juppem Kapellmannem, strzelił gola, zaliczył dwa decydujące podania i został wybrany najlepszym zawodnikiem meczu (razem z Schäferem i Ritschelem trafił do jedenastki kolejki magazynu Kicker).
***** Akurat Bihn nie zrobił wielkiej kariery, ale i tak w Offenbach miano nosa do wielkich talentów; to właśnie tam pierwsze kroki w dorosłej piłce stawiali takie legendy Bundesligi, jak Dieter Müller, Rudi Bommer, Uwe Bein, czy Oliver Reck, no i najgłośniejsze nazwisko związane z OFC, Rudolf „Rudi” Völler! Co ciekawe wszystkich odkrył bodaj najlepszy piłkarz w historii klubu, Hermann Nuber, który w czerwono-białych barwach zagrał ponad 500 spotkań, a w 1968 roku został wybrany drugim najlepszym zawodnikiem Niemiec, zaraz po „Kaiserze”.
****** Przerwa dla zawodników trwała zresztą znacznie krócej. Od siódmego lipca, czyli meczu finałowego z Holandią, minęło zaledwie szesnaście dni do pierwszej gry kontrolnej Bawarczyków w nowym sezonie. W przeciągu nieco ponad półtora miesiąca Monachijczycy rozegrali aż dziewiętnaście spotkań towarzyskich! Bilans rewelacyjny 19:12-2-5 97:35; należy jednak od razu dodać, że w większość rywalami były drużyny podwórkowe, niemal dosłownie. Za to z sześciu meczów międzynarodowych zdołali wygrać tylko jedno, z Rapidem Wiedeń, przegrywając czterokrotnie, w tym druzgocąco w Sewilli z Realem Betis aż 0:5, a wcześniej w Brukseli z RWD Molenbeek 1:5! Taka katorżnicza dawka spowodowana była chęcią zarobienia na biletach i zakontraktowanych meczach na wysokie wynagrodzenia piłkarzy (ok. 600,000 marek miesięcznie). Przemęczenie to był ogromny problem piłkarzy Bayernu. Sam Franz Beckenbauer, mieszając razem mecze klubowe i reprezentacyjne, oficjalne i sparingowe, w całym sezonie 1973/74 rozegrał aż 105 meczy! (doszło nawet do tego, że zemdlał podczas jednego ze spotkań nowego sezonu). Brakowało również motywacji, wielu graczy Bayernu właśnie osiągnęło apogeum możliwych triumfów; dalej nie było już czego wygrywać...
******* Ale nie był to najgorszy dzień w historii klubu, chyba na to miano zasługują pewne 50 urodziny. Prezydent klubu, Horsta-Gregorio Canellasa, szóstego czerwca 1971 roku musiała całkiem udanie się bawić na imprezie skoro przed działaczami DFB i dziennikarzami ochoczo zaczął odtwarzać taśmę audio, na której różni piłkarze oferowali swoje „usługi” w meczach z jego Offenbach, by pomóc w utrzymaniu. OFC ostatecznie nie zostało ukarane, i tak spadło z ligi, innym już się nie upiekło...

poniedziałek, 25 października 2010

Bardzo interesująca była miniona kolejka najwyższej klasy rozgrywkowej na boiskach Niemiec, Czech. Należałoby właściwie użyć słowa „niezwykła”, bo ono poprawnie tłumaczy mające miejsce zdarzenia.

W Bundeslidze najsmakowiciej zapowiadał się pojedynek w Hamburgu, ale jak to zwykle bywa w takich przypadkach apetyt nie został zaspokojony. Jedyna okazja Pitroipy to nieco za mało, jak na potencjał obu drużyn; całkowicie zatracił się Guerrero, który wczoraj, no dobra, przedwczoraj, był wiodącą postacią ligi, dzisiaj ma problem, by prezentować się okazalej niż jego własny cień... Z kolei w Monachium powoli piszą epitafium na bieżącym sezonem, i aż dziw bierze, że jeden zawodnik może mieć tak kolosalne znaczenie dla postawy całego zespołu, chyba nie muszę pisać kogo w Bawarii wypatrują z utęsknieniem... (Bayern ma najsłabszy atak w całej lidze!). Wciąż trwa niemoc Schalke, dla mnie zadziwiająca, tym bardziej z podziwem należy podchodzić do cierpliwości włodarzy klubu wobec Magatha, bo przedłużenie serii gier bez porażek we Frankfurcie do sześciu nie specjalnie otwiera szampany. Co zatem mają powiedzieć w Mönchengladbach? Wspaniały klub staje się kandydatem nie tylko do spadku, ale i miana najzabawniej grającej drużyny, zwłaszcza w obronie. Z całym szacunkiem dla Levelsa, Deams, czy Bailly'ego, ale zmiany kadrowe akurat na ich pozycjach są konieczne, jeśli zespół chce mieć szanse na utrzymanie, gdzieś tak do kwietnia, może maja. Tracić średnio trzy gole na mecz to sztuka, wyjątkowa sztuka. I na nic zdadzą się statystyki z meczu z Werderem, kogo to obchodzi, że w „setkach” był to wyrównany bój, skoro żółtodziób Mielitz kpił sobie z umiejętności atakujących Borussii. W końcu kibice w Gladbach wskazali działaczom czego oczekują, i to nie od tego weekendu – odwrócenie się plecami do trenera Frontzecka przeczytać chyba nawet oni potrafią... (zamiast wydać 4 mln euro na Bobadille i tyle samo na de Camargo ze słabiutkich lig, szwajcarskiej i belgijskiej, trzeba było wydać, jak Werder 7,5 mln za Wesleya i cholernie ułatwiono by żywot kibiców Borussii).

[Przerwa w pisaniu – patrzę właśnie na zdjęcie Frontzecka i odwracam się plecami]

Po świetnym początku dołuje Kaiserslautern, co specjalnie nie dziwi; zadziwia za to forma Senegalczyka Cissé; dziewięć meczy i osiem goli, kto by się tego spodziewał? O tym, kto jest drugim najlepszym strzelcem niemieckiej ligi nawet nie wspominam, bo to nie może być prawda;) Zaplanowane na 12 kolejkę Rhein-Derby mogą być bardzo, bardzo smutne, skoro Köln w tabeli jest jeszcze niżej niż Borussia! Tym razem „Kozły” poległy w Hannoverze z rewelacyjnym 96, który śmieje się z reszty stawki patrząc na nich z wygodnego trzeciego miejsca. Wciąż równowagi nie potrafi złapać Wolfsburg, po dobrym meczu potrafią zbłaźnić się na całego, choć prawdą jest też, że akurat w Norymberdze zdołali triumfować zaledwie raz, najczęściej przegrywając. W Dortmundzie nie było niespodzianki; skromny dotychczasowy bilans gier w Westfalii został powiększony o już trzeci remis – między Dortmundem a Hoffenhaim inne rozstrzygnięcie na Signal Iduna Park nie padało. I tyle o tym meczu, żeby nie skrzywdzić któregoś z naszych chłopców... Stuttgart wygrzebał się ze strefy spadkowej, co nie było trudne skoro przyjeżdżał zespół St. Pauli; goście z Hamburga mają wyjątkową słabość do myślenia o wszystkim tylko nie o szansa w spotkaniach z VfB na Mercedes-Benz Arena – ósma wizyta i wciąż remis z 30 marca 1996 roku jest największym sukcesem (w tamtym spotkaniu grał obecny trener „Piratów” Holger Stanislawski). I na koniec o sensacyjnym liderze – FSV Mainz zasługuje na słowa uznania, bo wyniki przerastają potencjał. Mistrzem nie zostaną, wątpię, by załapali się nawet do europejskich pucharów, ale mają właśnie swoje pięć minut i niech sobie używają, nawet kosztem legendarnego Heynckesa.

W Czechach na plan pierwszy, ostemplowany i wytłuszczony, wysunął się mecz w Mladej Boleslavii, gdzie miejscowy FK przerwał fantastyczną serię Viktorii Plzen. Goście zanotowali najlepszy start w historii Gambrinus Ligi, wygrywając jedenaście spotkań i raz remisując, co nie zdarzyło się nawet Sparcie w niezwykłym sezonie 1999/2000, gdy zdobyli prawie 85% wszystkich możliwych punktów! Ciekawe, czy zespół, który w 1929 roku stracił stadion z powodów inwestycji miejskich poprawi swój dotychczas najlepszy wynik. Wydaje się, że osiągnięcie czwartego miejsca należałoby traktować w tym momencie, jako rozczarowanie, ja jednak namawiam do wstrzemięźliwości, wiele rozstrzygnie się zimą; to wtedy, gdy boiska pokryje gruba warstwa śniegu, w cieplutkich gabinetach i trenerskiej głowie rozstrzygną się losy Viktorii. Zespół z Pilzna to bardzo ciekawy konglomerat piłkarzy gdzie indziej niechcianych lub wyrzucanych. Rada, Limberský, Horváth, Petržela, Kolář, Rezek ze Sparty, nie, nie chcę wam podawać składu lidera czeskiej ligi; to niewiarygodne, ale ci wszyscy gracze wyjściowej jedenastki, a jest ich aż sześciu (sic!), grali wcześniej w Sparcie Praga! Z kolei Bystroň, Rajtoral, Žůrek to ludzie z Ostrawy; dodajmy do tego jeszcze niespełniony talent, Davida Střihavkę, który grał i w Baniku i w Sparcie, a nawet i we Slavii i Bohemians (jeszcze tylko Viktoria Žižkovi oraz Dukla i przejdzie do historii:)), a uzyskamy receptę na silną drużynę. Właściwie bez wzmocnień, za to ze stabilnością (z nowych jedynie bramkarz Pavlík dość regularnie występuje), oto niezwykły wodzirej ligi.

Jakiś czas temu zastanawiałem się, czy Zbrojovka Brno wygramoli się z dna tabeli, czy jednak będzie jej tam za trudno dreptać. Odpowiedzi wciąż brak, ale jednak diagnoza o podłożu psychologicznym wydaje się trafiona; dowodem sensacyjne 7:0 z ostatniej kolejki. Wstarczył szybki gol, wyjątkowo przyjazne okoliczności (dwa karne, czerwona kartka dla bramkarza gości), a okazało się, że jednak w piłkę grać potrafią. To trochę tak, jak dokładnie taki sam rezultat w meczu Ruch Chorzów – Stomil Olsztyn w 1995 roku, z tą różnicą, że „Niebiescy” zagrali wtedy na luzie, bo wszystko im już dyndało, i tak lecieli z ligi.

Po tym niezwykłym wydarzeniu na samo dno spadła... Slavia Praga! Jednak efektowna wygrana z Českimi Budějovicami trochę ich sytuację poprawiło, ale aż prują się stroje na myśl, co by z nimi było, gdyby nie Słowak Karol Kisel.

A u nas? Chciałoby się napisać, że było emocjonująco, dramatycznie, porywająco, ale właściwie nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Zwycięstwo Górnika? Po trzykroć cenniejszym jest obecnie ograć Wisłę, czy Koronę... Remis Ruchu do przewidzenia, a Polonia jednak zawiodła, bo choć bywało infarktowo, to jednak częściej niedokładnie.

czwartek, 21 października 2010

Eintracht latami całymi czuł się niezwykle pewnie w pojedynkach z Bayernem rozgrywanych na Waldstadionie. Legenda zespołu z Frankfurtu, odwieczny Karl-Heinz Körbel, wspomina, że „Gdy przychodził mecz z Bayernem było dla nas oczywiste, że nie przegramy i to bez znaczenia, jak źle staliśmy w ligowej tabeli”* dodając „Sapali na samą myśl, że muszą przyjechać do Frankfurtu, wiedzieli, że będzie to próżna podróż”, prowokując „Powiedzieć, że Bayern tu przegrywał, to nie do końca prawda. Braliśmy ich na stronę i porządnie łoiliśmy skórę!”, a i jego wysokość Beckenbauer lamentował swego czasu, że „właściwie to moglibyśmy w tym czasie pojechać sobie na wycieczkę do Londynu”. Dochodziło zresztą do kuriozalnych sytuacji, że tuż po sukcesie w meczu z Bawarczykami świętowanie nie tylko przeradzało się w upokarzające klęski w następnej kolejce, ale rozprężenie panowało i na trybunach, gdzie rekordowo mało ludzi się stawiało, nawet poniżej siedmiu tysięcy!** Zgodnie z zasadą, pokonać Bayern, a potem przegrać z całą resztą. Hölzenbein na słowo „Bayern” wspomina nie wielkie mecze, czy fantastyczne bramki, ale... Schwarzenbecka, Hansa-Georga "Katsche" Schwarzenbecka, którego zapamiętał jako „wyjątkowo paskudnego rywala”. Nie miał respektu przed Beckenbauerem, które umiejętności obronne poddawał w wątpliwość, co innego „Katsche”, jak z nim się uporał, to potem nie było już dla niego przeszkód („Kaiser” nie pozostawał dłużny nazywając flagowego gracza Eintrachtu kapryśną primadonną). Dla graczy z Frankfurtu było punktem honoru udowodnić tym z Monachium, że nie są gorsi; pojedynki niemal najlepszych z najlepszych miały swe ambicjonalne znaczenie, „Grabi”*** kontra Breitner, „Holz” kontra Schwarzenbeck i Beckenbauer, wreszcie Körbel przeciwko Gerdowi Müllerowi. W późniejszych latach bywało podobnie, nawet, gdy spadali z hukiem w 1996 roku potrafili złoić skórę Bawarczykom w stosunku 4:1!

Najwyższe zwycięstwo odnieśli 22 listopada 1975 roku. Eintracht miał wtedy problem, z dziewięciu ostatnich gier wygrał zaledwie jedno i spadł z czwartego miejsca na dziesiąte. W Bayernie też się źle działo; poza zwycięstwem w pierwszym wyjazdowym meczu w pozostałych sześciu udało mu się zaledwie dwukrotnie zremisować. Czwarte miejsce w tej sytuacji i tak znaczyło wiele zwłaszcza, gdy wspomnę, że ich dwaj wspaniali strzelcy, Gerd Müller i Uli Hoeness, pauzowali od dłuższego czasu z powodu ciężkich kontuzji. Ktoś musiał wpaść w tarapaty już po same uszy... Jakiś czas wcześniej trener gospodarzy, Dietrich Weise, usiadł wraz z zawodnikami i metodą burzy mózgów dotrzeć do przyczyn słabszej dyspozycji, oto do jakich doszli wniosków: 1) słabe nerwy, 2) brak waleczności, 3) brak dyscypliny. Coach i piłkarze postanowili poważnie zredukować te trzy choroby ich miernej postawy, z sukcesami****. I zaczął się lot do stratosfery. Już do przerwy było 5:0 dla Eintrachtu; w ósmej minucie Wenzel niepilnowany w narożniku „piątki” wykorzystał świetne dośrodkowanie z cornera Nickla. Niezwykła forma Grabowskiego, który całkowicie zdominował swego plastra, Weissa, pięknie rozkołysała grę miejscowych. Swoją drogą pozostaje pytanie, jak trener Bayernu wpadł na to, by właśnie amator Weiss krył supergwiazdę Eintrachtu, a nie któryś z doświadczonych zawodników... W 17 minucie Grabowski i Nickel spożytkowali rzut wolny pośredni i różnica wynosiła już dwie bramki. Bayern starał się odgryzać, przecież jeszcze nie polegli zupełnie, ale tego dnia mieli nie tylko słabą precyzję podań ale i wyjątkowego pecha. Trzeci gol na przykład padł z niezwykłego wprost kąta, efektownie ale dla przyjezdnych nieszczęśliwie. Rywal po takim ciosie oniemiał, stanął w miejscu, przypatrywał się; byli załamani, ich staraniom ciągle czegoś brakowało, gdy tymczasem rywalowi wychodziło wszystko. Pięć minut przed końcem pierwszej połowy Hölzenbein, po podaniu Grabowskiego, a jakże!, strzałem a la Müller wbił czwartego gola, a 60 sekund przed gwizdkiem na przerwę do furii gości doprowadził stoper Neuberger, który po dwójkowej akcji z Nicklem podwyższył na niewiarygodne 5:0! Po latach fantastyczny Bernd Nickel wspominał, że równie dobrze mogli po 45 minutach prowadzić 10:0. Anegdota z szatni w przerwie: Jürgen Grabowski żwawo podbiegł z zaczepką do Seppa Maiera słowami „Co tam się wyprawia przed tobą, Sepp? Ty w ogóle nie miałeś piłki w rękach... to znaczy, przed linią nie miałeś”, na co bramkarz Bayernu westchnął: „Ech, stary, czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem. Po prostu, durś mi to tam furgało”, pokręcił głową z niedowierzaniem. Przerwa była wyzwoleniem dla gości z piekła. Trener Cramer zmienił opiekuna dla Grabowskie, jednego amatora zastąpił w tej roli inny, Jürgen Marek. Efekt był podobny, Grabi wciąż pisał scenariusz meczu; zdesperowany Kapellmann, gracz Bayernu, postanowił zluzować w tej niewdzięcznej funkcji niedoświadczonego kolegi, ale Cramer stanowczą reakcją zakazał mu zbliżania się do Grabowskiego! Na szczęście dla Monachijczyków to, co miejscowym wychodziło w pierwszej połowie, w drugiej już zaczynało szwankować. Marnowali okazję za okazją, tymczasem Bayern całkowicie zrezygnowany, spisał już to spotkanie na straty. Dlatego w obecności 55,000 widzów Dr Hammer***** jako jedyny dołożył po przerwie gola bezpośrednio z rogu. Najlepszy piłkarz Niemiec 1975 roku praktycznie sam sobie wbił bramkę! Sensacyjne 6:0 stało się faktem! Ale mniej więcej od tego momentu kosmiczne ataki zastygły w samozadowoleniu; chyba tylko dlatego nie doszło do rekordowego wyniku w Bundeslidze.

Beckenbauer po spotkaniu czuł się jak powiernik bankrutującej firmy... „Musieliśmy stanąć z boku, skoro zostaliśmy zaszlachtowani”. Symbolicznie obwieszczało to rychły kres dominacji Bawarczyków, abdykacji Cesarza.

Na całego używała sobie prasa, oto niektóre tytuły: „Upojony Eintracht”, „Eintracht upokorzył Bayern”, „Stopoczarodziej Grabowski”, „Nieokiełznany Eintracht”, „Bayern zbyt grzeczny lub zbyt głupi”, „6:0, to było zniszczenie”


Eintracht Frankfurt - Bayern München 6:0 (5:0)
Sobota. 22.11.1975 15:30, Waldstadion: 55000
Sędzia: Walter Eschweiler
Bramki: 1:0 Wenzel (8. głową, Nickel), 2:0 Nickel (17. Grabowski), 3:0 Grabowski (28.), 4:0 Hölzenbein (40. Grabowski), 5:0 Neuberger (45. Nickel), 6:0 Nickel (61. rzut rożny)
Kicker
Eintracht: Wienhold (2) - Reichel (2), Neuberger (1), Körbel (2), Müller (2) - Weidle (3), Beverungen (3), Grabowski (1) - Hölzenbein (1), Wenzel (2), Nickel (1)
Trener: Weise
FC Bayern: Maier (3) - Horsmann (4), Schwarzenbeck (3), Beckenbauer (2), Dürnberger (3) - Roth (3), Marek (4), J. Weiß (3) - Torstensson (4), Rummenigge (2), Kapellmann (2)
Trener: Cramer
Zmiany Bayern: Wunder (3) (46., za J. Weißa), Zobel (3) (61., za Torstenssona)
Fussballdaten.de
Eintracht Frankfurt (1,9): Günther Wienhold (2,0) – Peter Reichel (2,0), Willi Neuberger (2,0), Charly Körbel (2,0), Helmut Müller (2,0), Roland Weidle (3,0), Klaus Beverungen (3,0), Jürgen Grabowski (1,0), Bernd Hölzenbein (1,0), Rüdiger Wenzel (2,0), Bernd Nickel (1,0)
FC Bayern München (3,9): Sepp Maier (4,0) – Udo Horsmann (4,0), Georg Schwarzenbeck (4,0), Franz Beckenbauer (3,0), Bernd Dürnberger (4,0), Franz Roth (4,0), Jürgen Marek (5,0), Josef Weiß (5,0), Conny Torstensson (5,0), Karl-Heinz Rummenigge (3,0), Jupp Kapellmann (4,0)
Zmiany Bayern: Klaus Wunder (3,0) za Josef Weiß (46.), Rainer Zobel (3,0) za Conny Torstensson (61.)

Eintracht Frankfurt 1975/76

Eintracht Frankfurt 1975/76. Źródło: http://www.eintracht-archiv.de/


* Faktycznie, od porażki 12 września 1970 roku przez kolejnych 19 (słownie: dziewiętnaście!) sezonów nie przegrali u siebie z Bayernem! Bilans z tego okresu: 10-8-0 37:18, Warto też wspomnieć, że przełamanie stało się faktem po niesamowitym golu Augenthalera z połowy boiska (!), że też świetny Uli Stein dał się tak załatwić... dopiero ostatnie lata zachwiały świetnymi statystykami przez co Monachijczycy osiągnęli w sumie dziewięć wygranych (połowy sukcesów gospodarzy) w czterdziestu meczach. Inna sprawa, że sami triumfowali w Bawarii zaledwie trzy razy, a w tym samym mniej więcej okresie czekali na komplet punktów długie dwadzieścia-cztery lata!
** Na przykład: 88/89, 20 kolejka na St. Pauli stawiło się we Frankfurcie ledwo nieco ponad 11 tys. (1:1). 1987/88, 26 kolejka i porażka u siebie z outsiderem FC 08 Homburg (1:2) w obecności 9 tys. (na Bayern przyszło... 51,000, 1:1). Rok wcześniej 13 tysięcy zobaczyło mecz z Waldhof Mannheim (12 kolejka, 2:1), gdy na Bayern stawiło się... 58,000. Na Darmstadt 98 w 1982 roku było zaledwie 10,000 (30 kolejka, 2:1), dwa tygodnie wcześniej 60 tys. na meczu z Bayernem (1:0)... i tak można się cofać rok w rok, na Fortunie Düsseldorf ledwo 8,000...; zresztą nie ważne, czy przyjeżdżała Borussia MG, VfB Stuttgart, czy Schalke, nierzadko 20 tysięcy pęknąć nie mogło... rekordowo niska frekwencja była 28.10.1972, gdy na mecz z Werderem sprzedano 6753 bilety (tydzień wcześniej przegrali ze słabiutkim Rot-Weiß Oberhausen 0:1, ale obejrzeć wygraną nad Bayernem chciało już 42,000)!
*** czyli Jürgen Grabowski, mistrz świata z 1974 roku, wtedy, właśnie w połowie lat '70 znajdował się w szczytowej formie, dzięki czemu przyrównywano go do samego Alfredo di Stefano. Po dziś dzień uważany jest za najlepszego piłkarza w historii Eintrachtu, w którym spędził całą seniorską karierę ze wspaniałym bilansem 441 gier, 109 bramek i 64 asyst. Do Eintrachtu trafił jako piętnastolatek z Wiesbaden-Biebrich i zarobkami 1,000 marek; początkowo ustawiany na pozycji ortodoksyjnego skrzydłowego z czasem przejął rolę w drużynie podobną do tej, jaką pełnili w swoich zespołach Netzer, czy Overath. Charakteryzowały go wyjątkowe możliwości techniczne, estetyka w grze. W 1968 roku odrzucił lukratywną ofertę Bayernu... Pomimo tak wspaniałej drużyny za jego rządów, wygrania, i to dwa razy, Pucharu Niemiec, a także Pucharu UEFA, nigdy nie zajęli w Bundeslidze wyższego miejsca niż trzecie. W reprezentacji wystąpił 44 razy, kończąc swą przygodę z kadrą najpiękniej, jak to tylko możliwe, dziewięćdziesięcioma minutami wygranego finałowego spotkania z Holandią na domowych Mistrzostwach Świata. Jego karierę piłkarską zakończyło, gdy miał już 36 lat, ostre wejście niejakiego żółtodzioba, Lothara Matthäusa.

Jurgen Grabowski

Źródło: http://www.eintracht-archiv.de/


**** Poskutkowało to wyeliminowaniem w pucharach europejskich Atletico Madryt, a także niezłą postawą w dwóch poprzedzających mecz z Bayernem kolejkach ligowych, zwycięstwem z VfL Bochum 6:0 oraz remisem w Kolonii.
***** Dr Hammer to przydomek właśnie Nickela, na który zasłużył okropnym ale i wyrafinowanym strzałem; bramkarze w strojach odmiennych od Eintrachtu przekonali się o tym w sumie 141 razy (czternasta pozycja z historii strzelców Bundesligi). A wyczyn z rogalem? Pfff, zrobił to na tym samym stadionie jeszcze trzy razy... żeby było zabawniej pozostałe wbijał rok po roku, jakby był to swoisty dodatek do karnetu:) I tak, w '80 z Kaiserslautern, w '81 w rekordowym meczu z Werderem i w kolejnym roku z Fortuną Düsseldorf.

poniedziałek, 18 października 2010

No, może nie do końca, bo jednak bytomska Polonia honorowo, ale przecież poległa na Wiśle 1:2. Zajmę się więc dwoma najbardziej utytułowanymi drużynami z naszego regionu i z grodu Kraka. Ostatni raz suma czterech wygranych Górnika i Ruchu nad Cracovią i Wisłą zdarzyła się dokładnie w 1970 roku! Na swój sposób jest to więc osiągnięcie okolicznościowe.

Obie niedzielne wygrane były jak najbardziej zasłużone.
Na Cracovii od stanu 0:1 wyraźnie dominowali goście, grając szybko, kombinacyjnie i dość swobodnie. Reakcja po golu kontaktowy najwyższej klasy. Właściwie dla gospodarzy wynik jest lepszy niż gra, bo to jedenastka Fornalika mogła raczej powtórzyć rezultat z poprzedniego sezony, niż „Pasy” osiągnąć wreszcie pełny zysk punktowy, pierwszy w potyczkach z Ruchem od 4 sierpnia 2007 roku. Spotkanie to po raz kolejny udowodniło, jak wielka jest rola Gabora Straki w porządkowaniu i przykładaniu myśli do gry środkowej strefy „Niebieskich”; od jego zejścia w pierwszej połowie meczu z Bytomianami klocki ciągle upadały na ziemię. Fornalik zbierał je, układał, a one siłą swej słabości i tak lądowały po stolikami, ławkami, tablicami...; ale tak naprawdę dopiero ciekawie może być wraz z przyjściem (?) Komaca.
Górnik nie ma wielkiej drużyny, ale ma poważny atut – trenera Nawałkę. To bodaj obok mistrza Lenczyka jedyny trener, który potrafi ustawić zespół pod przeciwnika, a nie kurczowo trzymać się jedynej słusznej drogi. Naturalnie, nie zawsze daje to spodziewane efekty, czasem trafi się poważny klops, ale jednak więcej z tego korzyści; no i jeszcze należy dodać, że możliwość takich manewrów daje odpowiedni poziom inteligencji podopiecznych, inaczej żadna taktyka nie będzie skuteczna;) Wisła była całkowicie bezradna, jakby uśpiona swoją pozorną przewagą, którą mogła jedynie straszyć procentowym posiadaniem piłki. A gdy pośpiech zaczął podszeptywać „Białej Gwieździe” złe rozwiązania Zabrzanie zaczęli kąsać, aż przegryźli się przez Pawełka. Potem było jeszcze spokojniej i jeszcze pewniej, Wisła umarła na brak pomyślunku.

Jak zaczęły się boje zabrzańsko/chorzowsko-krakowskie? Pierwszy raz cała czwórka zagrała w jednej lidze w roku 1958. Pierwszym daniem była potyczka Górnika w Krakowie z „Pasami” rozegrana trzydziestego marca. W trzeciej kolejce Zabrzanie potwierdzili swą dominację w lidze i rozprawili się imponująco z rywalem wygrywając na wyjeździe aż 5:1. W pierwszej połowie trafili Lentner i Kowal, a po zmianie stron ponownie Lentner i Pohl; chwilę po czwartym golu wynik skorygował dla miejscowych Opoka, ale na jedenaście minut przed końcem sprawę ostatecznie załatwił Fojcik. Mistrzów Polski przyszło oglądać aż 25 tysięcy kibiców! Wymowne było rozpoczęcie meczowej relacji w „Przeglądzie Sportowym”: Nawet w niedzielę palmową nie zdarzają się cuda. Efektowna, kombinacyjna, po prostu piękna gra Górnika została doceniona przez krwawiące serca fanów Cracovii, którzy klasę przeciwnika nagrodzili brawami! A gdyby nie Machno w bramce, Zabrzanie mogli wygrać nawet wyżej...
Górnik wystąpił w tym meczu w składzie: Machnik – Franosz, Floreński, Hajduk, Gawlik, Olejnik, Pohl, Jankowski, Fojcik, Kowal, Lentner.
Ciekawostka – po trzeciej kolejce tabelę zamykała... Wisła!
Również drugi pojedynek odbył się na Cracovii i zakończył się... jeszcze większym laniem „Pasów”! 26 kwietnia w szóstej kolejce Ruch wywiózł spod Wawelu efektowne zwycięstwo 5:0. Podobnie jak w meczu z Górnikami, już do przerwy miejscowi przegrywali dwoma golami (Lerch i Bochenek), a w ostatnich 20 minutach Chorzowianie dołożyli jeszcze trzy trafienia – Pala, ponownie Bochenek i dwie minuty przed końcem Bem. I podobnie jak poprzednio podkreślano wyraźną różnicę szybkościową na korzyść Górnoślązaków, co o tyle było ciekawe, że Suszczyk wygrywał pojedynki biegowe z Czarneckim, który urodził się wówczas, gdy Suszczyk był już kandydatem do reprezentacji. Inaczej jednak niż we wcześniejszym spotkaniu Cracovii zabrakło kompletnie ambicji i woli walki, czyli jedynych cech, które mogą niwelować braki taktycznotechniczne; dość powiedzieć, że „Pingol” w opałach znalazł się tylko raz, i to już przy rozstrzygniętym wyniku. Widzów ponownie imponująca liczba 25 tysięcy. Mecz rozegrano na stadionie Wisły, a sędziował go Pan Młynik z... Krakowa – nie wspomniano w relacji by przeoczył dwa zagranie ręką, które mogłyby wypaczyć wynik zawodów...
Skład Ruchu z tego meczu: Wyrobek – Pohl, Siekierka, Bomba, Suszczyk, Pieda, Bochenek, Bem, Lerch, Cieślik, Pala.
Obie nasze jedenastki w tym momencie przewodziły ligowej tabeli z 9 punktami.
Przyszła kolej na Wisłę i od razu z sensacyjnym rozstrzygnięciem. 8 czerwca, słabo grający Górnik, będący wyraźnie pod formą (m.in. 28 maja w sparingu uległ Piastowi Gliwice aż 0:3 nie mając w składzie tylko reprezentantów, Floreńskiego, Lentnera i Jankowskiego; Piast zajmował wówczas przedostatnie miejsce w II lidze Grupie Południowej) pozwolił, by „Biała Gwiazda” wywiozła z... Gliwic* dwa punkty po zwycięstwie 4:3 pomimo konieczności dwukrotnego odrabiania strat (najpierw wyciągnęli remis ze stanu 1:2, a od 69 minuty przegrywali 2:3!). Gole dla Górnika strzelali Jankowski dwie oraz niezawodny Pohl. Gra Zabrzan od jakiegoś czasu pikowała w dół; krakowianie wygrali zasłużenie, narzucając swój styl gry, defensywny, brzydki, tak, że mecz oglądało się dość niestrawnie. Na usprawiedliwienie miejscowych należy dodać, że z boiska po brutalnym faulu wyleciał Pohl, a inny napastnik, Fojcik, skręcił w tym spotkaniu nogę i Zabrzanie właściwie kończyli mecz w dziewiątkę! Inna sprawa, że i tak spuchli kondycyjnie, co było główną przyczyną porażki. Kibicowska ciekawostka: na spotkanie wybrała się aż 500 osobowa grupa fanów Wisły, która wysoko w górze powiewała flagami klubowymi, śpiewając swym chłopcom hymn klubu. Widzów 10 tysięcy.
Grónik: Kaczmarczyk – Franosz, Floreński, Hajduk, Olejnik, Czech, Pohl, Jankowski, Fojcik, Kowal, Lentner.
I wreszcie spotkanie z 15 czerwca; ostatnia ligowa kolejka pierwszej rundy. W Chorzowie Ruch pokonał krakowską Wisłę 2:0 (0:0), ale wymowny był już sam tytuł relacji: „Żałosne widowisko a nie mecz Ruchu z Wisłą”. Na krytykę mocno zapracowały obie drużyny, prezentując poziom urągający tej pięknej dyscyplinie sportu i właściwie gdyby nie Cieślik, trudno byłoby wskazać kogokolwiek, kto zasługiwałby na tytułowanie „Pan piłkarz”. Bramki w drugiej połowie zdobyli Lerch i Pala, a Wyrobek, ponownie, był całkowicie bezrobotny. Widzów 12 tysięcy.
Ruch: Wyrobek – Pohl, Siekierka, Bomba, Suszczyk, Pieda, Pala, Bem, Lerch, Cieślik, Piechaczek.

Na koniec rundy wiosennej Mistrz Polski, Górnik Zabrze, po bezlitośnie karygodnej końcówce zajmował dopiero szóste miejsce z zaledwie jedenastoma punktami i bilansem bramkowym 29:21. Jedno oczko wyżej byli „Niebiescy” mając punkt więcej i stosunek bramek 20:13. Liderem z 17 punktami była Polonia Bytom, która jednak tytułu nie zdobędzie. Cracovia z dziewięcioma punktami była ósma, a Wisła mająca do lokalnego rywala punkt straty dopiero dziesiąta, tylko lepszym bilansem bramkowym unikając strefy spadkowej. Późniejszy mistrz, ŁKS zajmował wygodne do ataku trzecie miejsce z dwoma punktami straty do lidera.

* przyznam, że na szybko nie udało mi się ustalić dlaczego Górnik zagrał mecz z Wisłą akurat w Gliwicach; jeszcze 7 czerwca w zapowiedziach było napisane o meczu w Zabrzu, o wyjeździe graczy Wisły do Zabrza, o atucie gospodarzy, jakim jest własne boisko w Zabrzu.


PS A mówi się, że teraz jest presja na piłkarzach; w komentarzach po kolejnych rundach ligowych, często przewijały się wyrazy niezadowolenia kibiców, którzy są wściekli za jakiś remis albo wręcz domagają się wygranej w meczu na szczycie! Każda porażka to wręcz żałobna atmosfera.
PS1 Na piłkarzy Górnika mówiono wtedy, za ich trenerem Zoltánem Opatą, rycerze biesiadnego stołu:)
PS2 Jeszcze przed sezonem dyskutowano o zmianie systemu rozgrywek na obowiązujący do dzisiaj podział jesień-wiosna. Oprotestowały pomysł m.in. śląskie kluby uchwałą na walnym zgromadzeniu Śląskiego OZPN (chociaż przy silnych podziałach, w których decydowały znikome ilości głosów), a jako, że był to najpotężniejszy związek okręgowy (339 klubów, 721 drużyn i 26,830 zawodników!) to musiano się z jego zdaniem liczyć i zmianę wprowadzono dopiero od sezonu 1962/63. Na tym samym walnym (19.01.1958) uchwalono wniosek do PZPN'u, by „powoływanie” do wojska odbywało się tylko po uzyskaniu zwolnienia w macierzystym klubie, jakoś PZPN'owi bliżej było jednak zawsze do interesów innych klubów...
PS3 Tymczasem w Bundeslidze najciekawszy pojedynek rozegrał się pomiędzy... Lukasem Podolskim (1.FC Köln) a Nurim Sahinem (Dortmund)

Niestety, nie znalazłem filmiku, który ukazywałby całość ich waśni, których kulminacją było bardzo ostre wejście Podolskiego w nogi Sahina już przy stanie 1:1...

czwartek, 14 października 2010

Przed rundą rewanżową za głównego faworyta, jednoznacznie, uchodziła Borussia Mönchengladbach. Za jej najgroźniejszego rywala uważano Eintracht Braunschweig, a dopiero w drugiej kolejności Bayern. Co do spadku fachowcy byli jeszcze bardziej pewni swych typów, dwaj beniaminkowie Tennis Borussia Berlin oraz 1.FC Saarbrücken, a także jedenastka Rot-Weiss Essen. Kto mógł ich zastąpić w strefie spadkowej? Bochum, może Kaiserslautern, nawet klub z tradycjami, Eintracht Frankfurt, był mocno zagrożony...

1.FC Saarbrücken to typowy „windziarski” zespół niemieckiej piłki; ekipa zakładająca Bundesligę przez wiele lat dryfowała między jednym a drugim szczeblem rozgrywek, to wchodząc do elity, to z niej spadając, czasami zawadzając jeszcze o ligę trzecią... Ale i oni mieli swoją chwilę chwały, 16 kwietnia 1977 roku. Właśnie byli na półmetku swojej niezwykłej, heroicznej walki o utrzymanie, jedynej skutecznej w historii! Cholera, środek kwietnia a on pisze o półmetku, chyba coś mu się porypało, o finisz chodzi, o finisz! Otóż nie! Drużyna spod granicy z Francją prezentowała się katastrofalnie do 26 kolejki, ale właśnie od remisu z ostatnim TB Berlin rozpoczęła się ich niezwykła przygoda ratowania skóry, prawdziwy piłkarski Indiana Jones! Pięć punktów straty do bezpiecznego miejsca i osiem gier (przypominam do znudzenia, wtedy za wygraną księgowano tylko dwa punkty!), a w perspektywie mecze z niemal całą ligową czołówką, Schalke, Kolonia, HSV, Bayern, mistrzowska Borussia M'gladbach, czy niezwykle silny wtedy MSV Duisburg! A jednak dokonali tego, wygrywając pięciokrotnie i tylko raz ulegając rywalowi, dokładnie... Karlsruher SC, czyli konkurentowi w walce o ligowy byt!

Bayern zawitał na Ludwigparkstadion mocno rozbity kondycją całego sezonu, dopiero szósta lokata i bardzo nieregularna forma. Wprawdzie tydzień wcześnie pokonali trzy do zera 1.FC K'lautern, ale z kolei poprzedni wyjazd to pięciogolowy pakunek od HSV, na czysto! Ich atutem był niewątpliwie powrót po trzymiesięcznej pauzie z powodu kontuzji genialnego łowcy bramek, Gerda Müllera. Zbierający kolejne skalpy gospodarze wietrzyli jednak szansę, by puknąć ekipę Beckenbauera, mocno skłóconego z trenerem (otwarcie sugerował zmianę na ławce wskazując na Friedela Rauscha z Schalke).

Z jednej strony zdesperowani, walczący o życie ale zarazem z każdym meczem coraz pewniejsi swojej wartości gospodarze, z drugiej nieco zniechęcone, ale przecież wciąż walczące o europejskie puchary gwiazdy z Maierem, Beckenbauerem, Schwarzenbeckiem, młodziutkim Rummenige, no i naturalnie „Bomberem” Müllerem.

Stadion wysprzedany, co do miejsca, komplet 39,000 widzów; oficjalnie, faktycznie było zapewne znacznie więcej (ludzie powłazili nawet na okoliczne drzewa, żeby tylko zobaczyć mecz!). Ścisk niesamowity, atmosfera z każdą minutą coraz gorętsza, pełna entuzjazmu i głośnego dopingu. I deszcz. Ciągły, nieznośny deszcz.

Trener Bayernu jeszcze przed meczem dał do zrozumienia, że punkt go zadowala; sadza na ławce trzeciego napastnika, Rainera Künkela; wzmacniając defensywę pomocnikiem o predyspozycjach obronnych, Weißem.

Pierwsza połowa to napór gospodarzy, kolejne strzały lądują albo w rękawicach reprezentacyjnego golkipera, albo tuż obok bramki. Bayern przyparty do ściany, bezradny! Jovan Acimovic jak Maradona (bez krzty przesady!), Stegmayer i L. Schuster z łatwością dryblujący doświadczoną defensywą gości. Na każdej pozycji zawodnik z kraju Saar był lepszy od swojego odpowiednika w czerwonej koszulce; i wreszcie stało się, w 21 minucie napór gospodarzy przynosi skutek. Rzut rożny Acimovica (już siódmy w tej połowie!), głową przedłuża Denz, a efektowną przewrotką fantastycznego gola zdobywa Stegmayer.
Po bombie Elbrachta z 35 minuty Maier przez kolejnych pięć leżał zamroczony, futbolowe KO miało jednak dopiero nadejść. Pięć minut przed zejściem do szatni świetne podanie w uliczkę Acimovica sprytnie wykorzystuje ponownie Stegmayer ładując nieuchronnie piłkę po poprzeczkę krótkiego rogu.
W szatni trener gości, Dettmer Cramer, zaordynował wspaniałą taktykę – ataki non-stop bez oglądania się na grę obronną; ale to gospodarze, nad wyraz ruchliwi i wybiegani, waleczni i uporczywi w swych działaniach (hokejowy forechecking), wciąż atakują. Maier uprzedza Elbrachta, Stegmayer trafia w słupek, a dokładnie kwadrans po wznowieniu gry pada trzeci gol dla gospodarzy; gapiostwo przy rzucie z autu. Sędzia liniowy przyznał wyrzut Bayernowi, ale główny zmienił stronę mającą wznowić grę; szybki wyrzut Bernda Förstera i Schuster wraz zeStegmayerem biegną sami na stopera Bayernu – hat-trick staje się faktem! Recepta Cramer „zremisuj lub polegnij” miała się coraz gorzej. Rozwiązaniem ma być wpuszczenie wreszcie na boisko Künkela. W siedemdziesiątej minucie, po świetnej kombinacji Beckenbauer-Roth-Müller, ożywiają na chwilę nadzieje Bawarczyków, ale ostatni kwadrans to prawdziwe szaleństwo miejscowych. Najpierw dość kuriozalna sytuacja – efektowne, długie podanie na dobieg Acimovica trafia Stegmayer w... plecy. Paradoksalnie to tylko pomogło mu ograć Björna Anderssona i w sytuacji sam na sam po raz czwarty pokonać Maiera! Ale Bayern wciąż stawia na furiacki lecz bezładny atak. „Kaiser” już rzadko zostaje w defensywie. Dziesięć minut przed końcem idiotyczna zabawa Monachijczyków na własnej połowie, Beckenbauer zagrywa niewygodną, mocną piłkę do będącego w tym momencie stoperem, Rotha, a „Bulle” próbuje elegancko jeszcze ją rozegrać. Piłka odbija się od Denza i spada pod nogi Acimovica; jugosłowiański internacjonał altruistycznie oddaje jeszcze piłkę Denzowi, który posyła ją do pustej bramki. Bayern na kolanach! Wprawdzie chwilę później gola strzela Rummenige, ale sędzia nie uznaje go dopatrując się faulu na bramkarzu. Kolejne ataki gospodarzy, Maier ratuje gości przed okazjami Schustera i Stegmayera. A jednak na finał pięknego meczu, tuż przed końcowym gwizdkiem, pada jeszcze jeden śliczny gol; Schuster zabawia się z całą niemal defensywą Bayernu i ostatecznie upokarza przyjezdnych, 6:1!

Wielu kibiców z 1FCS upiło się ze szczęścia tego późnego popołudnia, wcale im się nie dziwię;)
Po dziś dzień, a minęło przecież blisko 35 lat, jest to najlepszy mecz w historii zespołu z Ludwigsparkstadion (no dobra, czasami zestawia się z nim jeszcze pucharowy horror z VfB Stuttgert z 1985 roku rozstrzygnięty w rzutach karnych).

Wypowiedzi po upokorzeniu co najmniej lakoniczne: Beckenbauer „Piłka jest okrągła”, Maier „Mecz trwa dziewięćdziesiąt minut.”. Prawda jest jednak taka, że gospodarze świetnie wykorzystali słabość Bayernu, która w tym meczu zdecydowanie była po obu flankach. Totalnie też zawiódł środek, specjalnie przecież wzmocniony! Weiß nie radził sobie w Denzem, a Önal był kompletnie bezradny przeciwko doskonale grającemu Acimovicowi.

1. FC Saarbrücken - Bayern München 6:1 (2:0)

Bilet

Wejściówka na ten niezwykły mecz. Źródło: http://www.fc-sportfeld.de/aufstellungen.php?
spiel_nr=860&vereins_ID=1&saison=74

Sobota, 16.04.1977 ,15:30. Ludwigsparkstadion: 39,000
Sędzia: Wolf-Dieter Ahlenfelder
Bramki: 1:0 Roland Stegmayer 21. (Denz); 2:0 Roland Stegmayer 40. (Acimovic); 3:0 Roland Stegmayer 60. (Schuster); 3:1 Gerd Müller 70. (Roth); 4:1 Roland Stegmayer 75. (Acimovic); 5:1 Ludwig Denz 80. (Acimovic); 6:1 Ludwig Schuster 88. (Ellbracht)
Żółte kartki: Gruber (3. w sezonie), Schwarzenbeck (3. w sezonie)
Kicker
1. FC Saarbrücken: Ferner (2) - Semlitsch (2), Schmitt (1), Zech (2), Förster (2) – H. Traser (2), Denz (2), Acimovic (1), Schuster (2) - Ellbracht (2), Stegmayer (1)
Trener: Krafft
Zmiany: Bender (87., za Förstera)
FC Bayern: Maier (2) – B. Andersson (4), Beckenbauer (2), Schwarzenbeck (3), Gruber (4) - Roth (3), Önal (3), J. Weiß (4) - Rummenigge (4), Müller (4), Kapellmann (4)
Trener: Cramer
Zmiany: Torstensson (4) (56., za Önala), Künkel (4) (62., za Grubera)
Fussballdaten.de
1.FC Saarbrücken (1,8): Dieter Ferner (2,0) - Nikolaus Semlitsch (2,0), Egon Schmitt (2,0), Reinhold Zech (2,0), Bernd Förster (2,0) (87. Horst Bender - ), Heinz Traser (2,0), Ludwig Denz (2,0), Jovan Acimovic (1,0), Ludwig Schuster (2,0), Harry Ellbracht (2,0), Roland Stegmayer (1,0)
FC Bayern München (3,7): Sepp Maier (3,0) – Björn Andersson (4,0), Franz Beckenbauer (3,0), Georg Schwarzenbeck (3,0), Peter Gruber (4,0) (62. Rainer Künkel 4,0), Franz Roth (3,0), Erhan Önal (3,0) (56. Conny Torstensson 4,0), Josef Weiß (5,0), Karl-Heinz Rummenigge (4,0), Gerd Müller (4,0), Jupp Kapellmann (4,0)

1. FC Saarbrücken 1976/77

1. FC Saarbrücken 1976/77. Źródło: http://www.stickerfreak.de/Bergmann%20Seiten/Bundesliga%201976-77/Saarbr%FCcken
%201977.html

PS Na czym polegał fenomen uratowania ligi? Na ofensywie... transferowej! Zespół jeszcze przed końcem pierwszej rundy wzmocnili napastnik Harry Elbracht z VfL Bochum (800,000 marek) oraz lewoskrzydłowy Rolad Stegmayer z Hannover 96 (550,000 marek). Dało to razem 19 goli i utrzymanie!
PS1 Fenomen Stegamyera – facet zagrał w sezonie 18 meczy i strzelił 10 goli, rewelacyjny wynik, he? Tylko, że z tych 10 bramek 7 strzelił w zaledwie dwóch meczach! Poza opisanym supermeczem z Bayernem, zaliczył jeszcze hat-trick przeciwko 1.FC Köln, a tak prezentował się przeciętnie...
PS2 Zawsze lubiłem 1.FCS, nie wiem w sumie dlaczego, może z powodu piłkarzy, których dali światu? Andreas Brehme, Felix Magath, Bernd Förster to tylko trzy nazwiska... W zespole tym grał jeszcze jeden piłkarz o znanym nazwisku, który kariery nie zrobił, a i tak kamery za nim podążały, ciekawe, czy ktoś domyśla się o kogo chodzi...
PS3 Na stulecie klubu wybrano jedenastkę marzeń, tylko trzech bohaterów tego pamiętnego meczu znalazło w niej miejsce dla siebie! Uhonorowano w ten sposób bramkarza Fernera oraz obrońców Egona Schmitta i Ernsta Trasera; bohater z 16 kwietnia, Stegmayer zajął dopiero szóste miejsce wśród napastników...
PS4 W tekście wspominam Josefa Weißa. Był on bohaterem kuriozalnej transferowej figury; Bayern przed sezonem 1976/77 sprzedał go właśnie do 1.FC Saarbrücken, by momentalnie się rozmyślić i go odkupić!
PS5 Rok później Bayern wziął słodką zemstę; w Monachium rozniósł 1.FCS aż 7:1. W ogóle zespół Niebiesko-Czarnych świetnie sobie radził z Bayernem na Ludwigsparkstadion (nie przegrał żadnego spotkania), za to wyjazdy do Monachium regularnie kończyły się koszmarnym laniem. Dość powiedzieć, że przegrali wszystkie cztery mecze z bilansem bramkowym... 3:23!
PS6 Typ z możliwym spadkiem Eintrachtu wyjątkowo nie wypalił, zespół ten wygrał zdecydowanie rundę wiosenną nie przegrywając meczu! 28 na 34 możliwe punkty wywindowały ich na niewiarygodne czwarte miejsce!

środa, 13 października 2010

Sezon 1991/92 był od samego początku wyjątkowy. Pierwszy raz po wojnie rywalizowały ze sobą zespoły z podzielonych do niedawna murem Republik Niemieckich. Dziwne było to jednak pojednanie, skoro w Bundeslidze znalazło się miejsce zaledwie dla dwóch drużyn z byłego NRD (na dwadzieścia miejsc!), a na zapleczu pierwszej ligi, podzielonym na grupę północną i południową, dla raptem sześć (zatem prawie połowa uczestników DDR-Oberligi wylądowała nagle w trzeciej lidze!). Wyjątkowy był również finisz rozgrywek, sytuacja zarówno na szczycie, jak i na dole rozstrzygnęła się dopiero w ostatniej kolejce. A rozdział niezwykłości dopisał również pewien mecz w Monachium…

Bayern fatalnie wystartował. Po jedenastu kolejkach zajmował dopiero 8 miejsce bardziej zamartwiając się patrzeniem w dół tabeli, niż na jego szczyt. Trener Jupp Heynckes miał mnóstwo problemów; kadra nie zachwycała (spójrzcie na skład z tego meczu, już na pierwszy rzut oka można wywnioskować, że wielu z graczy, którzy wybiegli piątego października na boisko znalazło się tam całkiem przypadkowo, nie na swoim miejscu, bo nie sposób identyfikować ich z marką bawarskiego klubu!), a gdy nawet została wzmocniona to wciąż kogoś w niej brakowało. Piąty października 1991 roku wydawał się odpowiednią datą na zmianę kursu; na Olimpiastadion przyjeżdżał sensacyjny beniaminek ze Stuttgartu (potrzebowali aż trójmeczu z FC St. Pauli, by rozstrzygnąć baraże), główny kandydat do spadku z ligi.

Tymczasem przyjezdni, klub z długimi tradycjami, aczkolwiek rzadko objawiający się w elitarnym towarzystwie, znany był jedynie jako dostawca z Degerloch. To tam właśnie na zakupy przyjeżdżał sobie lokalny rywal z VfB wyjeżdżając z pełną siatką najwspanialszych wiktuałów (Guido Buchwald, Jürgen Klinsmann, Karl Allgöwer, czy Fredi Bobic). W tabeli znajdowali się sześć pozycji niżej niż Bawarczycy, notując trzy wygrane, ale za to spektakularne; zwłaszcza trzybramkowa wiktoria w Hamburgu (sam Furtok mógł zapewnić remis) oraz pokonanie u siebie Werderu robiły wrażenie.

Nikt jednak poważnie nie brał po uwagę możliwości straty punktów przez Bayern, zwłaszcza, że w drużynie ze Stuttgartu zabrakło w defensywie Wolfganga Wolfa, legendy 1.FC Kaiserslautern, kończącego bogatą karierę właśnie w drużynie Kickers.

Tymczasem mecz miał niesamowite otwarcie; w 8 minucie po faulu na Marin, perfekcyjnie rzut wolny sprzed pola karnego wykonał Kula i piłka, po uderzeniu w poprzeczkę, bezapelacyjnie wylądowała w bramce gospodarzy. Bayern się męczy, szarpie z własnymi słabościami, powracają z jeszcze większą siłą dotychczasowe grzechy, brak skuteczności i niesforność w defensywie. Wreszcie stało się, goście wyprowadzają kapitalną kontrę – Tattermusch przejmuje piłkę przy bocznej linii i wykorzystując kuriozalne ustawienie obrońców Bayernu (wideo!) zagrywa do będącego w pełnym biegu Marina; sytuacja sam na sam rozwiązana potężną bombą daje już dwugolowe prowadzenie Kickers! W Bayernie zawodzą niemal wszyscy, ale i tak gospodarze mają swoje sytuacje, jednak Claus Reitmaier rozgrywa świetne zwody między słupkami zespołu gości. Na 0:3 już po przerwie zmienia wynik Keim wykorzystując gapiostwo obrońców monachijskich oraz przytomność umysłu Vollmera, który w małym zamieszaniu podbramkowym fantastycznie odgrywa piłkę za plecy. Dopiero w 73 minucie po rzucie rożnym Wohlfarth, najlepszy strzelec sezonu u Bawarczyków, znajduje sposób na bramkarza gości. Ale na więcej tego dnia ich nie stać; jakby tego było mało w przedostatniej minucie Grek Moutas ustala rezultat na 1:4 po dwójkowej, nieco przypadkowej, akcji z Kulą.

Wściekli kibice Bayernu jednoznacznie dawali do zrozumienia, co sądzą o grze zespołu, szybko też znaleźli winowajcę: „Heynckes Raus! Heynckes Raus!” wrzeszczeli w stronę trybuny głównej oraz osobiście do legendy Bundesligi. Trzeba zobaczyć jego minę, by przekonać się, co wtedy czuł… Zaraz po meczu menadżer Bayernu, Uli Hoeness, zwolnił tego, skądinąd dobrego trenera, przyznając później, że „Był to mój największy błąd w menadżerskiej karierze”, uchylając rąbka tajemnicy z przebiegu rozmowy „Wyliśmy jak zamknięte na klucz psy” z powodu tej decyzji. Heynckes, który wcześniej i później odnosił niezłe sukcesy (na miarę prowadzonych drużyn; w Bayernie był od 1987 roku, zdobywając dwa tytuły mistrzowskie i dwukrotnie wygrywając Superpuchar), zostawił zespół z bilansem: 12:4-4-4 15:17 12 (średnia dokładnie punkt na mecz). Potem pięć miesięcy trenował drużynę Søren Lerby (16:4-6-6 23:23 14), a sezon zakończył Erich Ribbeck (11:5-1-5 21:21 11), jak więc widać, niewiele mógł, w danych okolicznościach i z danym potencjałem kadrowym, zwyczajnie niewiele mógł.

Wszyscy gracze Kickers stali się tego dnia bohaterami, ale na najwyższe uznanie zasłużyli Karel Kula, Andreas Keim, Reinhold Tattermusch, i przede wszystkim niesamowity Claus Reitmaier w bramce. Do dziś wierni kibice Niebieskich dostają rumieńców wspominając tego świetnego golkipera. Aż trzech piłkarzy Kickers trafiło po tym sensacyjny, spotkaniu do jedenastki kolejki prestiżowego magazynu „Kicker”. Byli to, Thomas Ritter (późniejszy reprezentant Niemiec), Karel Kula (były reprezentant Czechosłowacji) oraz oczywiście Claus Reitmaier, którego wybrano graczem kolejki. Zresztą, Reitmaier na okazał się najlepszym zawodnikiem Kickers całego sezonu, robiąc później przyzwoitą karierę (finał DFB Pokal z Karlsruher SC, wicemistrzostwo z FC K'lautern, kawał legendy Wolfsburga).

Było to najwyższe zwycięstwo w krótkiej, bo składającej się zaledwie z dwóch sezonów, historii gier w Bundeslidze drużyny z Degerloch. Mało tego, jest to jeden z niewielu klubów, które mają co najmniej neutralny bilans spotkań z Bayernem w najwyższej klasie rozgrywkowej! W sumie mierzyli siły czterokrotnie z doskonałym finalnym remisem: 4:2-0-2 8:8.

Co ciekawe, drużyna Kickers zanotowała zaraz potem wyjątkową serię: w 16 kolejnych grach (szesnastu!) zdołali wygrać zaledwie raz (z Borussią MGladbach), zdobywając w sumie tylko osiem punktów i lądując na przedostatnim miejscu! Jednak potem coraz bardziej podnosili głowę do góry. Przed ostatnią kolejką o utrzymanie walczyli z trzema innymi drużynami. W dramatycznych okolicznościach, pomimo wygranej, jednak spadli; ale to zupełnie inna historia...

Bayern – Stuttgarter Kickers 1:4
Sobota, 05.10.1991, godz. 15,30. Olimpiastadion: 35,000
Sędzia: Jürgen Aust
Bramki: 0:1 Kula (8., rzut wolny), 0:2 Marin (24., Tattermusch), 0:3 Keim (64., Vollmer), 1:3 Wohlfarth (73., Berthold), 1:4 Moutas (89., Kula)
Żółte Kartki: Ziege (Bayern, 3. w sezonie), Pflügler (Bayern, 2. w sezonie)
Kicker
Bayern: Hillringhaus (4) - Ziege (5) - Berthold (3), Grahammer (4), Pflügler (5) - Schwabl (5), Sternkopf (5), Effenberg (5), Bender (6) - Labbadia (5), Wohlfarth (5). Trainer: Heynckes
Zmiany: Kreuzer (80. za Sternkopfa), Babbel (80. za Bender)
Stuttgarter: Reitmaier (1) - Keim (3) - Ritter (2), Novodomsky (2) - Wörsdörfer (3), Tattermusch (2), Kula (1), Schwartz (3), Imhof (3) - Vollmer (2), Marin (2). Trainer: Zobel
Zmiany: Richter (75. za Marina), Moutas (88. za Vollmer)

Stuttgarter Kickers 91/92

PS W Bayernie w całym sezonie wystąpiło aż 28 zawodników, żaden nie zagrał wszystkich meczy, nawet specjalnie się nie zbliżył do tej ilości, z różnych zresztą powodów...; wierzycie, że zajęliby tak haniebne, 10 miejsce, gdyby stabilny skład wyglądał tak: Aumann – Berthold, Grahammer, Thon, Ziege – B. Laudrup Effenberg, Wouters, Schwabl - Labbadia, Wolhfarth.+Ławka: Schumacher, Babbel, Münch, A. Reinhardt, T. Strunz, Mezinho, McInally?
PS1 Stuttgarter Kickers zajmuje obecnie 10 miejsce w Regionalliga Süd (4 poziom rozgrywek), bez szans, by zagrozić suwerennie liderującej drużynie Hessen Kassel. Poza opisaną wyżej wiktorią nad Bayernem zespół z miejscowości słynnej z marki Porsche miał jeszcze jeden moment chwały. W 1987 roku wystąpili w finale Pucharu Niemiec przeciwko Hamburger SV(1:3), nawet w nim prowadząc.
PS2 Trenerem gości był Rainer Zobel, człowiek, który może poszczycić się fantastycznymi sukcesami jako piłkarz: trzykrotny triumf w Pucharze Mistrzów, tyle samo Mistrzostw Niemiec, raz Puchar Interkontynentalny i Puchar Niemiec! A wszystko w barwach... Bayernu Monachium! Grając dla Bawarczyków jako pomocnik wystąpił w lidze w 180 meczach, strzelając 19 goli i zaliczając 11 asyst.
PS3 Najlepiej w drużynie Kickers zapowiadał się Marcus Marin, ale tym razem historia nie ma happy-endu; sezon 1991/92 był dla niego doskonały, z 13 golami i tyloma asystami zajął drugie miejsce w „punktacji kanadyjskiej”, co zaowocowało transferem do 1.FC Kaiserslautern, ale w Niemczech już tak bywa, że jak jesteś za słaby na Bundesligę, a świetnie spisujesz się szczebel niżej, zostajesz zakwalifikowany, jako facet do robienia awansów. Dwa razy się udało...; wystarczy porównać jego bilans w obu ligach: 1BL 118/33, 2BL 168/75.
PS4 Jupp Heynckes jeszcze raz, na krótko, wrócił na ławkę trenerską Bayernu. Przejął Monachijczyków po katastrofalnych wynikach odnoszonych przez ekipę Klinsmanna. Czary goryczy przepełniła domowa porażka z Schalke z 25 kwietnia 2009 roku, po której Bawarczycy spadli na trzecie miejsce, ale zaledwie z trzypunktową stratą do lidera z Wolfsburga. Heynckes poprowadził zespół w pięciu ostatnich kolejkach wygrywając aż cztery z nich i remisując z Hoffenheim (bramki 12:5)! Nie wystarczyło to jednak do tytułu, gdyż „Wilki” zanotowały dokładnie taki sam bilans.

niedziela, 10 października 2010

Bayern ma w Niemczech tyle samo zwolenników, co i przeciwników; jedni ich uwielbiają, inni nie znoszą absolutnej dominacji Monachijczyków. Nic dziwnego, że mobilizują się wszyscy, gdy przyjeżdża zespół z nad Izary. Często jednak na niewiele się to zdawało, zwłaszcza gdy u Bawarczyków grały cztery megagwiazdy: Maier, Beckenbauer, Schwarzenbeck i Müller... Pewny siebie Bayern zawitał 20 października 1973 roku do maleńkiego Kaiserslautern z jednym tylko celem, załatwić szybko sprawę i zaoszczędzić nieco sił na środowy (24.10.) mecz Pucharu Europy Mistrzów Krajowych z Dynamem Drezno. Inna atmosfera panowała w szatni gospodarzy. Klaus Toppmöller, supersnajper z Betzenberga, specjalnie zakreślił na czerwono obie daty ligowych potyczek z Bayernem tuż po poznaniu układu gier, takie miały dla nich znaczenie! Drużyna Kaiserslautern nie była jakimś topowym teamem; ”bezimienna” ekipa Ribbecka, z powodu „czarnych owiec” w szatni, częściej spoglądała w dół tabeli niż stronę miejsc medalowych. Ponadto kompletnie nie radził sobie na wyjazdach, za to u siebie potrafił być groźny dla każdego, grając z wyjątkowym entuzjazmem. Po niezłym starcie (po jedenastu kolejkach zajmowali siódme miejsce) jeszcze bardziej ostrzono sobie zęby na mecz z naszpikowanym gwiazdami Bayernem, Bayernem, który wprawdzie był wysoko (3 miejsce), ale specjalnie nie zachwycał; inna sprawa, że z każdym spotkaniem Bawarczycy rozkręcali się na dobre.

Mecz rozpoczął się zgodnie z oczekiwaniami. Już w 5 minucie trafił Gersdorff; ten sam zawodnik podwyższył wynik siedem minut później kapitalnym, ekstrawaganckim lobem. Gdy po pewnym czasie niesamowity Gerd Müller zdobył trzecią bramkę wydawało się, że jest już po meczu. Iskierkę nadziei dla „Czerwonych Diabłów” wskrzesił jednak Pirrung, korzystając z fatalnego błędu obrońcy gości wbił gola tuż przed przerwą. W szatni gospodarzy wrzało; nie było jednak wytykania błędów a permanentne motywowanie: „Spróbujmy jeszcze raz od nowa, może nam się uda!”. Pełni pasji rzucili się na Monachijczyków i... szybko zostali skarceni. Ponownie znalazł się tam, gdzie powinien „Bomber” i pierwsi kibice zaczęli opuszczać stadion, Toppmöller: „W końcu rzędy widowni zaczęły szczupleć w oczach, ludzie rozchodzili się do domów. Nie ma się co dziwić, minęła prawie godzina gry. My na boisku rozważaliśmy nawet, czy nie cofnąć się głębiej, żeby uniknąć kolejnych strat”. Jednak jeszcze w tej samej minucie kapitalnego gola głową z blisko piętnastu metrów zdobył właśnie Toppmöller. Publiczność się ożywiła, piłkarze zaczęli biegać za każdą piką, próbować z całych sił. Bayern, niesłychane, stracił całkowicie pewność siebie! Zaledwie cztery minuty później zrobiło się naprawdę gorąco, gdy kontaktowego gola, i to jakiego! Maier, Sepp Maier, legenda, jeden z najlepszych na swej pozycji w historii fatalnie wprowadził piłkę do gry z „piątki”z czego skwapliwie skorzystał ponownie Pirrung! A za chwilę był już remis po wyjątkowym zagraniu stałego fragmentu gry. Wyrównanie padło po rzucie wolnym, którego wykonanie podpatrzono u Brazylijczyków – piłka została podbita po którym następuje strzał z wolej; niby trudna sprawa, ale daje niezły efekt. Można łatwo ominąć mur, a K'lautern często wtedy to stosowało; futbolówka wprawdzie nie wpadła od razu do siatki, ale trafiła do Pirrunga, który wpakował ją za linie z ostrego kąta. 4:4! ale to nie koniec dramatu Bayernu. Mijają trzy minuty i z boiska wylatuje bohater pierwszej połowy, Gersdorff, a zaraz potem ponownie głową gola strzela Toppmöller! W szaleństwie, ekstazie, euforii kibice wbiegają na boisko, by wyściskać szczęśliwego strzelca. Jeszcze jednak nie wszystko stracone, jeszcze podrygi szczęścia i łechtanie opatrzności dzwoni ostatni raz na alarm w ekipie monachijskiej – sędzia nie uznaje bramki za rzekomy faul (gdzie tam był faul u licha?). Co się odwlecze... W 84 minucie upragnione prowadzenie daje drużynie Kaiserslautern Diehl. Ale to nie koniec! Zdruzgotani goście dają sobie wbić jeszcze dwa gole, oba autorstwa Lamena. Bayern prowadząc do 57 minuty 4:1 przegrywa na Betzenbergu 4:7!

"Hi, ha, ho, Bavaria ko!" krzyczało z podniecenia 35,000 widzów. Istny festiwal nastrojów; na stadionie znowu byli i ci, którzy już ze zrezygnowaniem go opuścili, a których nakłoniły do powrotu radosne okrzyki i śpiewy pozostałych widzów po kolejnych golach. Po meczu oliwy do ognia dolał jeszcze Pirrung, który dopuścił się „obrazy majestatu” słowami: „To była wspaniała sprawa. Po meczu Franz Beckenbauer był tak oszołomiony, że nie wiedział nawet gdzie jest linia środkowa”.

1.FC Kaiserslautern – Bayern 7:4 (1:3)
Sobota, 20.10.1973 15:30, Stadion Betzenberg: 35,000.
Sędzia: Horst Bonacker
Kicker
K’Lautern: Elting (3) - Huber (2), Diehl (2), Schwager (2), Fuchs (3) - Toppmöller (1), Bitz (1), Laumen (2) - Pirrung (2), Sandberg (3), Ackermann (3). Trener: Ribbeck
Bayern: Maier (3) - Hansen (3), Schwarzenbeck (4), Beckenbauer (3), Dürnberger (4) - Zobel (4), Roth (5), U. Hoeneß (3), Gersdorff (3) - Hoffmann (3), Müller (3). Trener: Lattek
Fussballdaten.de
1. FC Kaiserslautern (2,8): Josef Elting (3,0) – Lothar Huber (3,0), Ernst Diehl (3,0), Dietmar Schwager (3,0), Fritz Fuchs (4,0) - Klaus Toppmöller (1,0), Hermann Bitz (1,0), Herbert Laumen (3,0), Josef Pirrung (2,0) – Roland Sandberg (4,0), Klaus Ackermann (4,0)
FC Bayern München (4,3): Sepp Maier (3,0) – Johnny Hansen (3,0), Georg Schwarzenbeck (5,0), Franz Beckenbauer (4,0), Bernd Dürnberger (5,0) – Rainer Zobel (5,0), Franz Roth (6,0), Ulrich Hoeneß (3,0), Bernd Gersdorff (4,0) – Wilhelm Hoffmann (6,0), Gerd Müller (3,0)
Bramki: 0:1 Gersdorff (5.), 0:2 Gersdorff (12.), 0:3 Müller (36.), 1:3 Pirrung (43.), 1:4 Müller (57.), 2:4 Toppmöller (57.), 3:4 Pirrung (61.), 4:4 Pirrung (73.), 5:4 Diehl (84.), 6:4 Laumen (87.), 7:4 Laumen (89.)
Żółte Kartki: Bitz
Czerwone Kartki: Gersdorff (76.)

 

PS Toppmöller po dziś dzień jest drugim najlepszym strzelcem przeciwko Bayernowi, zaraz za Manfredem Burgsmüllerem (13 goli); podobnie jak Klaus Fischer strzelił ich 12; tylko w trzech meczach wbił ich 8: 1975 łącznie pięć (2:1, obie i 4:3, hat-trick), kilka lat później 5:0 (i znowu hattrick). Przez te wszystkie lata nigdy nie przegrał z Bayernem na Betzenbergu! Bayern kusił Klausa przenosinami, być może z powodu tych wszystkich goli, których miał już dość, ale on, typ domownika, chcąc być blisko rodziców, przedłożył to nad wielkie pieniądze.
PS1 Cztery dni później Bayern wygrał mecz pucharowych z Dynamo Drezno 4:3. tym razem to Bawarczycy odrobili potężną stratę (1:3). W rewanżu padł remis, a pucharowa droga zakończyła się dla nich triumfem w finale nad Atletico Madryt.
PS2 Może ktoś pomoże rozwikłać zagadkę któremu obrońcy Bayernu przytrafiła się taka gafa w pierwszej połowie? Jak stawiam na kogoś z dwójki Schwarzenbeck-Dürnberger, ale nie ukrywam, że trudno uwierzyć, by mógł to być "bodyguard Kaisera", więc jednak drugi z wymienionych?

piątek, 08 października 2010

W związku z fatalną dyspozycją Bayernu Monachium przetacza się w mediach również polskich dyskusja nad postawą wielokrotnego mistrza Niemiec. To faktycznie najsłabszy start w Bundeslidze w historii Bayernu, ale tylko, gdy uczepimy się tej trzynastopunktowej straty do lidera; nic innego w tym sezonie nie jest wyjątkowego. Wystarczy sięgnąć do historii rozgrywek u naszych zachodnich sąsiadów:
- miejsce 12, tak samo niską lokatę po siedmiu kolejkach zajmowali Bawarczycy jeszcze dwukrotnie, w sezonie 1974/75 oraz w drugim roku gry w Bundeslidze. A przypominam, że dwa lata temu na tym samym etapie rozgrywek Bayern był zaledwie jedno oczko wyżej!
- punktów 8, w erze trzypunktowego nagradzania zwycięstwa tak źle nie było (we wspomnianym już roczniku 2008/09 zdobyli ich 9); stosując ten sam przelicznik we wcześniejszych sezonach dziewięciopunktową zdobycz miał Bayern w sezonie 1977/78, 1974/75, a dokładnie tyle, co obecnie zdołali wywalczyć w czwartym sezonie ligi niemieckiej w ogóle;
- reguła – właściwie brak; myślałem o wstawieniu wykresu zależności miejsca po 7 kolejkach i na koniec ligi, ale właśnie z powodu babrania się w tym bez pewności fajnego końcowego efektu (w końcu wymaga to 46 pozycji na osi poziomej), dałem sobie z tym spokój; w każdym razie najczęściej słaby początek nie powodował wielkiego problemu na miarę danego potencjału kadrowego. Rekordowy był sezon dwa lata temu, gdy z jedenastego miejsca zespół wywalczył srebrne medale (+9), piękny marsz po mistrzostwo zanotowali w tak miłym dla nas 1974 roku (+6), równie efektownie zakończyli sezon 1993/94, gdy wygrali ligę (+5) oraz kilkakrotnie wspominany drugi ich sezon w Bundeslidze, gdy awansowali z dwunastej pozycji na szóstą (+6); ale były i wpadki, z chyba najgorszym (?) sezonem w historii zaraz po połączeniu Niemiec; dopiero dziesiąte miejsce (-5) nie było wprawdzie najgorszym w historii (to było o dwa miejsca niższe), ale styl był wyjątkowo mizerny; właściwie można na upartego jedynie mówić o prawie dekady – poza latami ’80 zawsze zdarzy się Bawarczykom jeden, dwa sezony, gdy nie łapią się nawet do pucharów (przynajmniej nie z ligi); no to czekam na powtórzenie tego prawa w XXI wieku;)

Nie ma zatem póki co specjalnie drzeć szat o przyszłość Bayernu, ale to trąbienie o nich skutecznie namówiło mnie do przybliżenia najbardziej upokarzających ich klęsk w historii; wybrałem siedem takich spotkań ligowych, ale nie będą to każdorazowo najwyższe porażki. Pomijałem też klopsy pozostające świeżo w pamięci (Wolfsburg, St. Pauli, Alemannia, Unterhaching). Subiektywne zestawienie zacznę na Betzenbergu, no, a skoro zaczynam w piekle, to później będzie już tylko ciekawiej;)

wtorek, 05 października 2010

Tabele lat 1900-1945

Tabela01

Tabela02

Tabela03

Tabela04

Tabela05

¹ 1.FC Kattowitz → FC Preußen 05 Kattowitz (nazwę zmieniono na 1.FC Katowice po przyłączeniu Katowice do ziem polskich; po wybuchu II Wojny Światowej już nową nazwę zniemczono).
² Reichsbahn SG-Kattowitz → Reichsbahn-SG Schoppinitz (tak naprawdę to jedynie moje przypuszczenia; trudno jednak sobie wyobrazić by w odstępie dwóch lat dwie drużyny o tej samej nazwie i de facto z tego samego miasta biły się o lub w Gaulidze Oberschlesien).

Wyjaśnienia:
Kolumny w tabelach:
Lp. - Liczba porządkowa
Klub - Nazwa zespołu
M - Mecze
Z-R-P - Zwycięstwa-Remisy-Porażki
BR - Bilnas bramkowy
PKT - Punkty
+:0 - Mecze wygrane, w których nie jest znany dokładny rezultat
0:+ - Mecze przegrane, w których nie jest znany dokładny rezultat
Dane statystyczne dla lig niższych niż Gauliga dotyczą okresu do 1933 roku.

Przyjąłem uproszczone nazewnictwo poszczególnych klas rozgrywkowych na potrzeby zestawienia. Częstotliwość zmian i nieczytelne nieraz ich reguły mogą powodować pewną niedokładność, np. Gauliga Schlesien i Oberschlesien miały podobny status w pewnym momencie; jednak ze względu na obejmowanie szerszego kręgu drużyn (Dolny Śląsk) rozdzieliłem je.
Początkowo do zestawienia chciałem włączyć drużyny z innych ościennych (i nie tylko) miast, jak Chorzów, Świętochłowice etc. jednak ze względu na to, że częściej jednak występowały one w Gaulidze Beuthen przypisałem je właśnie do Bytomia. Dlatego brakuje w powyższym wykazie zespołu VfR Königshütte.
Niestety z kilku sezonów brak szczegółowych danych lub są one bardzo skąpe. I tak sezony 1909/10 oraz 1920/21 ograniczone są jedynie do kolejności w tabeli (dotyczy to także FC Hohenzollern 07 Laurahütte z jego pobytu w Gaulidze Beuthen, w której zajął 2 miejsce), w innych latach znane są tylko szczątkowe rozstrzygnięcia (np. 1911/12). zestawienie jest więc niekompletne z założenia.

Słowniczek:
Kattowitz – Katowice
Hohenlohehütte – Wełnowiec (dzielnica Katowic)
Laurahütte – Siemianowice Śląskie
Myslowitz – Mysłowice
Schoppinitz – Szopienice (dzielnica Katowic)
Zalenze – Załęże (dzielnica Katowic)

 
1 , 2