Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
niedziela, 29 sierpnia 2010

Ma się jednak tego nosa. Typowałem minimalną przewagę Górnika i jak w mordę strzelił wszystko się sprawdziło. Niestety, sam mecz rozczarował setnie. Chociaż nie tak, jak gra Wojciecha Grzyba, dla mnie bezapelacyjnie dziś najsłabszego na boisku. Mnóstwo strat, żadnego zagrożenia pod bramką Zabrzan, żadnego wsparcia dla Nykiela, za to niespodziewanie 90 minut na placu gry.

W grze dominowała walka, choć niezbyt zażarta, jakby rodziła się w wystygłych organach zawodników. Zresztą sam powód małych bitew był dość przytłaczający - absurdalna momentami niedokładność i ballofobia...

Pierwsza połowa konsumowała się ciężko, poza świetną okazją Bonina i niezgorszą Bronowickiego, piekło nieco po wtłaczaniu Chorzowian na ich przedpole serią strzałów z dystansu. Górnik sprawiał wrażenie rozpędzającej się maszynki, ale akurat wtedy zabrzmiał gwizdek.

Druga początkowo ładnie falowała akcjami, jak to mówią Czesi nahoru a dolů. Szkoda tylko, że polotu wystarczyło na 15 minut, bo potem znowu futbolowe hycle miały sporo roboty w wyłapywaniu bezpańskich piłek.

O wszystkim zadecydował cudowny gol Magiery (a la Arango, patrz niżej). Dla tej bramki warto było zdzierżyć 85 minut gonienia za gałą z apelem o jej łaskawość. Końcówka nie była dramatyczna, bo Górnicy fantastycznie wykorzystali możliwość utrzymywania się na połowie "Niebieskich", możliwość daną łokciami, stopami, kolanami i czym tam jeszcze faulowali goście.

Podsumowanie: Ocena formacji w poprzednim wpisie wyszła zgrabnie, środek Górnika stłamsił dość poważnie zapędy Straki i... nie no, Malinowski się nie włączał, a Pulkowskiego nie włączono; skrzydła także bardziej okazałe te Górnika. Bonin potrafił przytrzymać, ograć, zmienić stronę, dał się podobać. Wodecki bezbarwnie, ale i tak był pełen rumieńców przy Grzybie. Co zaskoczyło, to bardzo dobra postawa bocznych obrońców Górnika. Magiera nie tylko zdobył bramkę, ale ładnie potrafił się podłączyć; również Bemben spełnił oczekiwania i był widoczny. Po przeciwnej stronie tylko o Bronowickim można coś fajnego napisać (tylko po co?). Napastnicy obu drużyn... po prostu byli.

Profetyzm: Napisałem wcześniej, że zwycięzca może dogonić czołówkę, hm, chyba do dodreptać; ale kto wie? Układ gier pozwala mieć nadzieję, że Górnik zdobędzie w najbliższych trzech meczach 7 punktów, a wtedy sukces będzie ich holował za czołówką do końca rundy.
Gorzej wygląda przyszłość Ruchu (i Polonii). Właściwie ich spotkanie z szóstej kolejki może dać odpowiedź kto na Boże Narodzenie, Sylwestra, Trzech Króli, Wielkanoc etc. życzyć będzie sobie utrzymania. Jedyny ich pozytywny akcent w meczu z Górnikiem to gra Jankowskiego (no i jeszcze Sadloka, ale on już właściwie nie jest graczem Chorzowian).

 

Słodka zemsta

Trzeba było widzieć minę Heynckesa. Mieszanina złości, niedowierzania, bezradności, zszokowania, rezygnacji i kokluszu - i jeszcze ten koktajl na tle skaczących z radości i świetnie dopingujących kibiców gości! Alleluja! Niech żyją wszystkie rzuty wolne, diagonalne strzały, karate, głupota obrońców i dziurawe ręce!

Minęło 11 lat i 10 miesięcy od największego upokorzenia Borussii Mönchengladbach w meczach u siebie. Nigdy wcześniej, ani później, nie stracili tylu goli na Bökelbergu. Na wyjeździe zresztą też nie! Kirsten, Kirsten, Zé Roberto, Kirsten, Nowotny, Reichenberger, Reichenberger i Nico Kovac. I to w zaledwie 64 minuty! na trzynaście okazji, aż osiem trafień! Dwa gole "Źrebiąt" nawet nie miały posmaku honorowych. I komu przyszło wycierpieć takie upokorzenie: Enke, Polster, Pflipsen, czy Patrik Andresson (choć ten akurat grał zaledwie 17 minut)...

Co za mecz! Wspaniałe gole (Arango z wolnego przygwoździł jeszcze efektowniej niż Magiera! Hermann z kroku w wygrzewające się pająki, podobnie Reus), wspaniałe akcje i ich efektywność (w kilku fragmentach gry każda akcja oznaczała bramkę! Dwa pierwsze w meczu 20 i 24 minuta, kolejne dwa 40 i 44 minuta, wreszcie między 56 a 70 min. aż pięć trafień!). No i wspaniały Idrissou. To jest wzmocnienie, a nie jakiś tam Lewandowski. Tytanowy Mohammed, czołg "Idrissou", Kameruńczyk gra Bruce'a Lee, Idrissou asystuje, Idrissou strzela... Genialna technika, niewiarygodna siła, dobra szybkość, świetny przegląd, ech, jednym słowem International Level. Rozruszał bezzębny atak Borussii aż miło się patrzy na ich harce. Oby tak dalej, oby tak dalej...

Mecz miał dodatkowy smaczek. Michael Frontzeck debiutował w Bundeslidze jako piłkarz 13 sierpnia 1983 roku. Żółtodzioba do boju w derbach z Fortuną Düsseldorf posłał... Jupp Heynckes. Pod jego opieką rozegrał cztery fantastyczne sezony (jako lewy obrońca/pomocnik 126 meczy i 13 goli; zadebiutował też w reprezentacji, w której w sumie rozegrał 19 spotkań). I dzisiaj ten sam Frontzeck zrobił kuku swemu mistrzowi! Ale jak to mawiał Nietzsche, Zła to odpłata nauczycielowi, gdy się zawsze jeno uczniem pozostaje. Umarł król, niech żyje król! (ale mnie poniosło:))

Co warte podkreślenia efektowne 6:3 to pierwszy skalp "Aptekarzy" z ich stadionu od 5 marca 1994 roku, a M'gladbach nigdy nie wbił w Leverkusen 6 goli!


Już za cztery godziny najbardziej niezwykły mecz w ligowej rzeczywistości. Tylko krakowska :Święta Wojna" może się z nim równać. Niezwykłość podgrzewa tym razem jeszcze jedna znamienność - patrząc w ligową tabelę mam nieodparte wrażenie, że kto zatriumfuje dzisiaj zapewni sobie stały i dość stabilny pobyt w ligowej Top-8, pokonany dołączy do dołujących Polonii Bytom oraz Cracovii, a ich suplikacje o punkty i jeremiady nad losem słuchać będziemy do ostatniej ligowej batalii... Remis może pogrążyć obie w ścisku degradacyjnego gardła.

Trudno wskazać faworyta. Statystyki i ciekawy trójkąt Bonin-Gierczak-Kwiek podnoszą ręce za Górnikiem, z kolei doświadczenie i twarde barki Grodzickiego, Straki i Olszara tupią nóżkami o inne rozstrzygnięcie. Porównując formacje widzę to tak:
Górnik - Ruch
Bramka:
6,5 - 7,5
Stoperzy:
6,5 - 6,5
Boczni obrońcy:
6 - 6,5
Środkowi pomocnicy:
7 - 6
Skrzydłowi:
6,5 - 5,5
Napastnicy:
6 - 6
Czyli jednak minimalni (0,5!) dla Zabrzan. No, ale gdyby skrajni pomocni "Niebieskich" byli w formie z zeszłego sezonu...

W każdym razie jeszcze tylko pięć i pół godziny i dowiem się, czy w szarzyźnie ślaskiej ligowej piłki komuś słoneczko zaświeci.

 

sobota, 28 sierpnia 2010

Wszystko idzie, wszystko powraca; wiecznie toczy się koło bytu

F.Nietzsche

Kolejny piłkarski weekend zaczął się ekscytująco i wyjątkowo. Czyżby reminiscencje, wieczne powroty, refleks i recydywa? Po wspaniałym golu Ilicevica i Batsubergafie ożywiają w Kaiserslautern wspomnienia z 1998 roku. Wtedy jedyny raz w historii Bundesligi beniaminek uprzedził wszystkie wypiętym po ordery piersi i psikusem pełnym entuzjazmu zdobył mistrzostwo. Teraz też widziałem ten entuzjazm ciekawej drużyny. Walkę, marzenia, szeptanie do ucha o czymś wyjątkowym. Jest jednak zasadnicza różnica - tamci bohaterowie spadli w szokujących okolicznościach; jakiś chochlik przytrafił się w ostatniej kolejce. W meczu, który miał wyłonić spadkowicza! Cały sezon zresztą był niezwykle pechowy. Ale to historia warta dłuższej chwili, kiedyś nad nią się pochylę...

Zaledwie po roku "Czerwone Diabły" wróciły na należne im miejsce i podobnie jak obecnie wygrały dwa pierwsze mecze (w tym również z Bayernem!). Pierwszej porażki doznali dopiero w 8 kolejce. Nie zachwiało to nimi i rundę jesienną zakończyli z imponującym bilansem 12 zwycięstw, 3 remisów i zaledwie 2 porażek. Drugi Bayern ledwo dostrzegał ich plecy (4 punkty straty), trzeci Stuttgart szukał po lesie 10 brakujących oczek... Gdy po 26 kolejkach przewaga nad Monachijczykami wynosiła już 9 punktów wydawało się, że w Kotle Betzenberga Sabat można rozpoczynać. Jednak pięć kolejnych meczy bez zwycięstwa pijaną radość zamieniły w drżenie każdego mięśnia. Przełamanie nastąpiło w ostatniej chwili! Niesamowity mecz z Borussią M'gladbach w 32 kolejce pozwolił utrzymać dwa punkty przewagi nad Bayernem i to tylko dzięki znakomitemu Olafowi Marshallowi, który trzema bramki odwrócił losy spotkania (po 43 minutach goście prowadzili 2:0), ba! Decydujący cios zadał w ostatniej minucie! Ale żadnej przesadnej dramaturgii na finiszu nie było. Już tydzień później Bawarczycy zgubili punkty w Duisburgu, a K'lautern rozbił w pył beniaminka z Wolfsburga. Przed ostatnim meczem sezonu wszystko było klarowne. Beniaminek zasiadł na tronie!

W tym roku raczej trudno będzie to powtórzyć; nie ma jednak w ich składzie piłkarzy pokroju Kuki, Kadleca, Sforzy, Ballacka, mającego świetny sezon Adreasa Bucka, czy Marschalla właśnie; no i kogoś takiego, jak Rehagell na ławce. Ale kto wie? Może jednak odpieczętują jakąś tajną regułę, w końcu są to wszystko diable sprawy...

Diabeł

Diabeł upodobał sobie drużynę 1.FC Kaiserslautern, a z takim wsparciem wszystko jest możliwe...
Źródło: http://www.thebesteleven.com/2008_09_01_archive.html
wtorek, 24 sierpnia 2010

Tabele lat 1900-1945

Tabela1

Tabela2

Tabela3

Tabela4

Tabela5

Tabela6

Tabela7

Tabela8

 

Przypisy

1 Klub powstaje po fuzji TV Vorwärts z RV 09 Gleiwitz i jest kontynuatorem pierwszej z nich.

2 W sezonie 1928/29 dochodzi do dziwacznej fuzji ESV Gleiwitz z SpVgg 1921 Gleiwitz-Nord przed samą grą w 2.Lidze Okręgowej (która decydowała jaki zespół z Klasy B awansuje do Gauligi)! Powstaje Reichsbahn SpVgg 21 Gleiwitz-Nord. Fuzja trwa... na czas rozgrywek dodatkowych (ostatecznie zajmują dopiero 5 miejsce). SpVgg 1921 wraca do swojej nazwy i kontynuuje grę. ESV znika z mapy futbolowej, ale w jej miejsce gra Reichsbahn SpVgg, przyjąłem więc, że jest jej kontynuatorem.

3 RV 09 w 1926 roku wszedł w fuzję z TV Vorwärts tworząc klub SVgg Vorwärts-Rasensport Gleiwitz.

4 Klub powstały po fuzji V. Gleiwitzer i MTV 1878. Przejmuje tradycję pierwszego z nich.

5 W 1926 roku dochodzi do fuzji SC Schlesien 1922 Gleiwitz z SuSV Gleiwitz-Nord. Powstały klub jest kontynuatorem pierwszej z wymienionych drużyn.

6 Jak już wspomniałem SuSV Gleiwitz współtworzył w 1926 nowy zespół SpVgg 1921 Gleiwitz-Nord; pod swoją nazwą wystąpił jednak w następnym sezonie w Klasie A!

7 W 1923 roku przestaje istnieć wchodząc w fuzję z V. Gleiwitzer i tworząc klub Vgt. Gleiwitzer Sportfreunde.

 

Wyjaśnienia:

Kolumny w tabelach:
Lp. - Liczba porządkowa
Klub - Nazwa zespołu
M - Mecze
Z-R-P - Zwycięstwa-Remisy-Porażki
BR - Bilnas bramkowy
PKT - Punkty
+:0 - Mecze wygrane, w których nie jest znany dokładny rezultat
0:+ - Mecze przegrane, w których nie jest znany dokładny rezultat

Przyjąłem nazwy klubów obowiązujące w ostatnich posiadanych tabelach statystycznych.

Dane statystyczne dla lig niższych niż Gauliga dotyczą okresu do 1933 roku.

Przyjąłem uproszczone nazewnictwo poszczególnych klas rozgrywkowych na potrzeby zestawienia. Częstotliwość zmian i nieczytelne nieraz ich reguły mogą powodować pewną niedokładność, np. Gauliga Schlesien i Oberschlesien miały podobny status w pewnym momencie; jednak ze względu na obejmowanie szerszego kręgu drużyn (Dolny Śląsk) rodzieliłem je. Klasa A (nazywana również Klasą I) niewiele różni się w zasadach od 2.Gauligi. Teoretycznie jednak, gdyż samo zestawianie klubów różnych powiatów (obwodów) w pierwszym przypadku dotyczyło tylko sąsiadujących miast (Gliwice-Zabrze, czasem dokooptowano Rudę), z kolei 2.Gauliga miała mieć prestiż wyższy, w której rozgrywały mecze drużyny z całego Górnego Śląska. Podobnie można mieć wątpliwości, czy nie łączyć Klasy A z Klasą B (zwaną w pewnym momencie... A Klasą, później C klasą), ale właśnie owo kojarzenie w pojedynkach drużyn spoza Gliwic zdeterminowało rozdzielenie obu. Kolejną kłopotliwą sytuację sprawiały baraże, dodatkowe mecze etc. Raz rozgrywano je jakby w ramach jednej ligi (np. dwumecz rozstrzygający o miejscu w lidze lub całkowitym triumfie w przypadku podziału tej samej klasy rozgrywkowej na grupy) innym razem tworzono dodatkowe rozgrywki (Endrunde). Dlatego w pierwszym przypadku wliczałem je do bilansu danej ligi, w drugim uwzględniłem dopiero przy zsumowaniu wszystkich gier, by nie tworzyć nowych bytów (wyjątek dla FC Askania).

Słowniczek:

Gleiwitz – Gliwice
Sosnizta – Sośnica (dzielnica Gliwic)
Laband – Łabędy (dzielnica Gliwic)
Peiskretscham – Pyskowice
Zernik – Żerniki (dzielnica Gliwic)

TV Vorwärts

sobota, 21 sierpnia 2010

No i po kłopocie; przynajmniej taką mam nadzieję. I wszystko byłoby gościnne, gdyby nie dwie niedogodności: sześciomiesięczna rehabilitacja (cała runda, psia krew!) oraz silne środki przeciwbólowe lub silny ból po środku;) wybrałem pierwsze, ale ciekawa to igraszka z możliwościami mego organizmu. Dlatego blogować będę skromnie i głównie w sprawach bieżących.

Gdyby poskładać pierwszą połowę meczu Górnika i drugą Ruchu, hm, napisanie, że czekam z niecierpliwością na dwie najładniej grające drużyny w polskiej lidze nie byłoby pretekstem do sporów. Niestety, widziałem popisy z tych pozostałych 45 minut i trochę się nacierpiałem...

Z pozytywów należne miejsce zajmuje prawe skrzydło B-B oraz debiutant, który nie wiedział, czy wypada mu się cieszyć z premierowego gola. Na naganę zasługuje niemoralna propozycja obrony „Niebieskich”, która nie sformowała się po wyrównaniu tylko dosłownie z repetowała bubla z tego samego stadionu z tego samego miejsca z poprzedniego roku oraz pacyfizm Banasia, który w myśl wschodnich prawd postanowił nawet palcem nie kiwnąć, wcale nie ingerować w bieg zdarzeń. Inna sprawa to karny dla Arki, ale może to paracetamol w takiej dawce powoduje u mnie problemy z percepcją...

Na usprawiedliwienie zobaczyłem drugą połówkę meczu Borussia M'gladbach-1.FC Nürnberg; wynudziłem się strasznie do momentu wejścia na boisko mojego faworyta, Raula „Co ja  wszystko umię, co ja wszystko potrafiem” Bobadilli. Gra lepsza nie była, ale zabawniejsza z miejsca – moja jama brzuszna zachichotała ze mną kila razy.

W Bundeslidze na szczególną uwagę zwracają wyjazdowe wygrane beniaminków, całkiem sensacyjne. Zwłaszcza zadziwiło St. Pauli, o której mówiono głośno przed sezonem właściwie tylko w dwóch kontekstach: że mają najładniejsze stroje i że są murowanym kandydatem do spadku. A tu taki figiel! Choć ze skrótów fart aż przykleił się do biurka (co jeden gol to „ciekawszy”). A że w tym roku jest tylko dwóch beniaminków to mamy historyczne wydarzenie – nigdy jeszcze wszyscy nowicjusze nie wygrali swych pierwszych ligowych meczy! Zapowiada się więc bardzo ciekawie.

O lidze czeskiej na razie wypada napisać dwa słowa: Victoria Plzeň; iście „frankensteinski” zespół (odrzucone organy z różnych czołowych klubów oraz świeże z nieznanych rewirów) zadziwia, jeszcze chwila a zacznie się o nich pisać, jako o faworytach ligi!

Ciekawy ten piłkarski świat, doprawdy, i tylko ta Barcelona wygrywa, jak zwykle;)

Tagi: inne
22:45, marll80
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 sierpnia 2010

Niestety, znowu przychodzi mi czasowo zawiesić pisanie. Tym razem festiwal urządzają chirurdzy zabrzańskiej kliniki. Będę miał najlepsze miejsca, pod samym skalpelem;) Ustawienie przepukliny na właściwe miejsce będzie chyba łatwiejsze niż w przypadku trzymania pozycji przez stoperów Zagłębia Lubin, tylko, co ja na wszystkie pomysły świata będę robił w szpitalu prze 4-5 dni? Aaaagrh! No nic, będę losował książki z półek;)

A podsumowując ostatnią kolejkę ligową, chyba Canal+ dał się w kanał wpuścić jeśli dalej będzie się upierał przy odpuszczeniu najlepszych derbów w polskiej lidze i najważniejszego meczu naszej ekstraklasy.

Bohaterami weekendu bez wapienia szelmowski Bonin, waleczny Olszar i niestrudzony Sawala. Do bisów nawołuję Kwieka, Zająca i Matawu. Do ulicy Sezamkowej zapraszam Pawełka, Stasiaka i parę Surma-Pietrowski:)

Ruch wygrał bo był bardziej zdeterminowany i nie bał się pobrudzić; Górnik puknął Zagłębie z miłosierdzia – mogło być znacznie wyżej (ach ta taktyka, Panie Nawałka! Palec w górę). Polonia wygrała z Lechią.... ups, niestety zabrakło koncentracji do końca, ale walecznością od razu podpowiadali: My som ze Ślunska!

Jeśli tak ta trójka zagra za tydzień może zrobić się pełno naszych na szpicy, co znów wzbudzi frustrację u tych i owych, że aż papier toaletowy będzie im się kończył:)

Tagi: inne
23:15, marll80
Link Dodaj komentarz »

Dlaczego mam tak wielką słabość do Bundesligi? A jak można się nią nie zachwycać, gdy jej naturalne cechy, jak waleczność, wiara do końca, poświęcenie i niezwykłe tempo zamieniają rzeczy oczywiste w nieprzewidywalne, pełne napięcia rozstrzygnięcia. Nie ma drugiej takiej ligi, po prostu nie ma! Dzisiaj o jednym z takich zdarzeń.

Sezon 1985/86, na trzy kolejki przed końcem sytuacja w tabeli dość napięta. Po porażce w Leverkusen właściwie odpada z walki o tytuł Borussia Mönchengladbach (przegrana zresztą dość niespodziewana po fatalnej grze w bramce internacjonała Erika Thorstvedt; jego postawa w bramce to duże rozczarowanie, grając dziewięciokrotnie w ostatnich dwunastu spotkaniach sezonu Borussia wygrywa tylko dwukrotnie; to stanowczo za mało by zagarnąć dla siebie trofeum). Werder właśnie poległa w Krefeld z rewelacyjnie spisującą się ostatnimi miesiącami drużyną Uerdingen niesioną entuzjazmem najbardziej niezwykłej wiktorii w historii piłki nożnej. Skrzętnie z tego korzysta Bayern i po rozstrzelaniu drużyny z Dortmundu zbliża się na dwa punkty do lidera.

Tabela po 31 kolejkach

Tabela po 31 kolejkach

W 32 partii rozgrywek Werder znowu traci punkty! Tym razem zaledwie remisuje u siebie z Borussią M'gladnach po fantastycznych zawodach wspomnianego Thorstvedta – właśnie zagrał swoje najlepsze zawody w krótkiej, ledwo dwunastomeczowej karierze z Bundeslidze. Ba! Trafia do jedenastki kolejki, jedyny raz! Ale Bayern marnuje swoją wielką szansę zaledwie remisując u siebie z... Leverkusen (jak widać drużyna ta miała wyjątkową słabość do doprowadzania do szału faworytów).

Tabela po 32 kolejkach

Tabela po 32 kolejkach

W przedostatniej kolejce dochodzi do superszlagieru. Na Weserstadion lider gra z wiceliderem! Od pierwszego gwizdka sędziego Volkera Rotha, który rozbrzmiał o 20:00 Werder rusza do zdecydowanych ataków. Szturmują bezlitośnie bramkę Bayernu i tylko niewiarygodne interwencje legendarnego Jean-Marie Pfaffa utrzymują Bawarczyków na powierzchni marzeń o mistrzostwie. Desperacja gości w grze na czas przerasta nawet determinację i zaangażowanie gospodarzy (sposób w jaki Pfaff z Augenthalerem zabierali się za wykonywanie kolejnej „piątki”, i to od pierwszych minut spotkania, powinno przejść do historii futbolu!). W pierwszej połowie Bayern przeprowadza jedną (!) kontrę, ale jakże groźną (Wohlfrath trafia w słupek!). Belgijski bramkarz świetnie broni bombę Ottena, czy szansę Meiera. Swoje okazje ma super-strzelec Neubarth. Po rogu Bruno Pezzey ładuje bombę pod poprzeczkę i znowu Pfaff! Druga połowa zaczyna się od kolejnych, pełnych pasji ataków Werderu. Neubarth z pięciu metrów nie potrafi pokonać doskonałego Pfaffa! Chwilę później ten sam zawodnik uderza głową, znowu z pięciu metrów i znowu górą Belg. Gorączkę pod bramką gości kończy okazja Meiera. Sytuacja doskonała, ale w pozycji sam na sam przegrywa rywalizację. Pfaff bronił swej bramki, jak lwica małych. Po około godzinie gry Bayern odważniej przechodzi do ataku. Ma nawet okazje, ponownie Wohlfarth bliski szczęścia i to dwukrotnie. Na swoją szansę doczekał się również M. Rummenige ale trafił tylko w głowę Pezzeya. Teraz to Werder w odwrocie. Matthäus nie jest wstanie pokonać Burdenskiego z wolnego gdzieś z 17 metrów. W 77 minucie świetnie grającego Meiera zmienia wracający po kontuzji Rudi Völler. I znowu to gospodarze przejmują inicjatywę! 87 minuta, Völler w starciu w polu karnym z Lerbym; próbuje przerzucić piłkę nad nim, ta trafia Duńczyka gdzieś między ramię a głowę, ale sędzia bez wahania wskazuje na wapno. Jedenastka dla Werderu! 128 sekund trwają kłótnie, dyskusje przepychanki; asystent trenera Bayernu Udo Lattka, Egon Cordes wykopuje piłkę w trybuny. Czeka już na nią specjalista od karnych, Michael Kutzop. Wcześniej w sezonie trafił siedem na siedem, a wliczając grę w Offenbacher Kickers nie pomylił się od 22 karnych! Zawodnicy gości próbują go wyprowadzić z równowagi. Wreszcie może rozstrzygnąć losy mistrzostwa. Jeśli trafi, a Werder utrzyma prowadzenie, przypieczętuje tytuł.

Dopiero chyba, po 15 minutach karny mógł zostać wykonany, ale już nie pamiętam, czy to prawda. W każdym razie zdawało się to trwać całą wieczność. Być może miałem zbyt wiele czasu do myślenia. Piłkarze Bayernu użyli chyba wszystkich typowych dla takich sytuacji zachowań, powiedzieli mi wiele „ciepłych” słów, deptali po nodze, ale tak bywa. Nareszcie piłka była na punkcie „11”. Podbiegłem powoli, opóźniając wykonanie i posłałem bramkarza Bayernu Jean-Marie Pfaffa w przeciwny róg. Właściwie wszystko zrobiłem dobrze, ale niestety tylko prawie: ta bramka... Nie pamiętam dokładnie, co się potem działo. Jakby mi się film urwał. Pamiętam tylko, że Bruno Pezzey wysłał mnie na środek pola do krycia Dietera Hoennesa. Prawdopodobnie Bruno sądził, że tam spieprzę mniej, drepcząc jak ktoś nieobecny.

Mecz kończy się remisem*.

Tabela po 33 kolejkach

Tabela po 33 kolejkach

Przed ostatnią serią meczy Werder wciąż miał dwa punkty przewagi, ale już wtedy gorszy bilans bramkowy. Rozstrzygnięcie miało zapaś w Stuttgarcie, ale tam zdemoralizowana, pozbawiona wiary i sił drużyna Rehhagela poległa 1:2. Tym razem Bayern bezwzględnie skonsumował potknięcie rywala. 6:0 z Borussią M'gladbach załatwiło sprawę. Bayern ponownie zdobył tytuł! Drugi raz z rzędu i 9 w historii.

Tabela końcowa sezonu 1985/86

Tabela końcowa sezonu 1985/86

I tak kilka lat profesjonalnej kariery, tytuł mistrzowski z 1988 roku zredukowano do tej jednej nieszczęsnej sytuacji. Nikt by pewnie dzisiaj nie wspominał Kutzopa**; w ten nieszczęśliwy sposób zapisał się jednak w historii. Ale w drużynie nikt nie miał do niego pretensji, przynajmniej otwarcie tego nie wygłaszał. Początkowo miewał nawet koszmary! Wspomina, że miotał się po łóżku, pocił, majaczył. W pokoju mieszkał z Bruno Pezzeyem, który budził go słowami To tylko sen. Otto Rehhagel odegrał ważną rolę w cementowaniu zespołu. Nie tylko zadeklarował pełne zaufanie dla zawodnika zapewniając, że dalej będzie wykonywał rzuty karne, ale w trakcie posezonowego turnee luźną atmosferą pozwolił zapomnieć o całym zdarzeniu (miał np. w formie żartu podrzeć kontrakt Kutzopa;)). Zapomnieć nie pozwolili fani obu drużyn; ironiczne gratulacje ze strony kibiców Bayernu i groźby sympatyków Werderu zmusiły Kutzopa do zmiany numeru telefonu...

Po latach temat tej jedenastki stał się ulubionym bon motem Rudiego Völlera. Gdy tylko w pobliżu znajduje się Kutzop łapie pierwszą z brzegu osobę i mówi na głos: Wygrałem w futbolu wszystko, co tylko możliwe, za wyjątkiem mistrzostwa Niemiec. I to przez tego człowieka!***

Pfaff tylko bezsilnie obserwował piłkę

Pfaff tylko bezsilnie obserwował piłkę.
Źródło: http://www.11freunde.de.geschichtsstunde/118221


* W jedenastce kolejki naturalnie się nie znalazł; warto jednak zwrócić uwagę, że aż czterech bohaterów tego spotkania zostało wyróżnionych przez dziennikarzy. Naturalnie Pfaff, a ponadto Eder z Bayernu, Wolter i rozgrywający świetny sezon Norbert Meier z Werderu. Po szlagierach z polskiej ligi piłkarze trafiają, ale do jedenastek nieudaczników...
** Kutzop jako jedyny gracz Werderu zagrał w tamtym sezonie we wszystkich 34 spotkaniach; to był naprawdę doskonały moment jego kariery. Należał do najlepszych w lidze defensorów, kończąc sezon ze świetną średnią notą 2,76 na mecz. Był trzecim najlepszym strzelcem zespołu z 10 golami...
*** Gdy Werder będzie triumfować w sezonie 1987/88, Völler będzie już zawodnikiem AS Roma.


PS Według „the Guardian” ten mecz to trzeci najsłynniejszy bezbramkowy remis. Według rozgłośni Zehn.de to ósmy najsłynniejszy rzut karny.
PS1 Podobno sędzia Roth, gdyby pika trafiła do siatki, nakazałby powtórzenie jedenastki. A to z powodu zatrzymania się strzelca tuż przed piłką; zresztą, sam przyznał później, że karny był
podyktowany niesłusznie, bo zagrania ręką nie było... (ale to zobaczył dopiero na powtórkach).

czwartek, 12 sierpnia 2010

Krótka komedia w trzech aktach.

Akt I:
Ciepłe majowe popołudnie. Typowa czeska gospoda. Gwar i dym papierosowy, słychać uderzanie kufla o kufel.
Antonín: Jeszcze jedno piweczko!
Braman: Już się niesie!
(do gospody wpadają zdyszani mężczyźni, chwilę się rozglądają po czym żywym, pewnym krokiem podchodzą do stolika Antonína)

Oficjel: O rzesz Ty, Toník!
Antonín (odwracając głowę w kierunku głosu): Mówiłem, że chcę piwo! A, to wy...
Oficjel: Toník, ratuj! Štapla nie ma, nie wiem, gdzie cholerę wcięło, a za chwilę gramy mecz! Chyżo na boisko, prosimy!
Antonín: Jaki mecz? Łeeee, Makarony przyjechały! No dobra, przewalcujemy ich! Aha, barman, pilnuj żeby było schłodzone, jak wrócę!
(szybko wychyla resztki ze szklanicy i wychodzi z przybyłymi)

Akt II:
Obóz włoski. Piłkarze po rozgrzewce w ostatniej dyskusji taktycznej przed spotkaniem.
Brezzi: Śrubujemy rekord panowie; Czechosłowacja to już nie to, co kiedyś, po raz kolejny nie stracimy gola.
Perin: Zlejemy ich; tuzin goli nastrzelamy, sam wbije z sześć, tylko podawać mi, podawać...
Migliavacca: Chiudi il becco, młody...
Baloncieri: Figlio di puttana!
Migliavacca: Do mnie to było?
Baloncieri: Patrz, tam, na nich!
Migliavacca: A to cazzo di merda...
Pozzi: Ale coś stało się?
Moscardini: (You are) ugly motherfucker!
Pozzi: He?
Trivellini: Widzisz tego łysego bastardo? To Očko! Nikt nie wie ile ma lat, pewnie już ze sześćdziesiąt. On jako ostatni z Bohemiaków wbił nam gola. Jest jak czołg, nie da się go zatrzymać!
Burlado: Schifezza, w jakiej musi być formie, że po prawie roku wraca do kadry?!
De Vecchi: Trzeba coś wymyślić, szybko!
Perin: Spoko oko, ja go powstrzymam, to nie problem; o ile sam nie padnie, stary asino, hehe.
Caligaris: Non mi rompere il cazzo, młody. Non mi rompere il cazzo! Zostawcie to mnie, mam plan!

Akt III:
Stadion pustoszeje. W oddali Włosi umykający w płaszczach i ciemnych okularach, niczym cienie chowający się przed ludzkim okiem. Dwóch mężczyzn w piłkarskich strojach rozmawia.
Antonín: No, wreszcie mogę wypić to zamówione piwo!
Josef Sedláček I: Ha! Idę z tobą, nie co dzień wbija się trzy gole tym cholernym Włochom!
Antonín: O tak, ich obrona przeklęta, w jakim kierunku ich futbol zmierza? Tylko obrona i obrona, widziałeś to co wyprawiali dzisiaj? Stary tetryk ze mnie, a oni mi dwóch na lewy łącznik rzucili do biegania za mną!
Josef Sedláček I: My mamy Železnú Spartu, oni chyba chcą mieć Železnú obranu. Ale jeszcze muszą trochę poczekać. Tobie na grzbiet skakało dwóch, u mnie po prawej nie było nikogo i jeszcze Dvořáček dzięki mnie sobie strzelił.
(uśmiechnął się szczerze, gdy do tej dwójki dobiegł ostatnim tchem mężczyzna)
Štapl: Czekajcie... ale się zdyszałem... ło jeny! I co, jak wam poszło?
Antonín: Nieźle, wygraliśmy 5:1. a ty właściwie, czemu się nie stawiłeś, że musieli mnie z knajpy wyciągać?
Štapl: Nie uwierzycie! Wiecie, niedziela, żoneczka ugotowała pyszny obiad i mi się przysnęło na kanapie!

KONIEC

To naturalnie luźna inscenizacja wydarzeń, ale całkiem prawdopodobna:)
Wszystko odbyło się 27 maja 1923 roku. Włosi niepokonani od 12 spotkań, nie tracący gola w dwóch kolejnych grach, polegli w Pradze 1:5. Tajemnicza postać Antonína alias Očko to wspaniały gracz legendarnej „Żelaznej Sparty”* Antonín Janda-Očko. Człowiek instytucja bez której, być może Sparta nie odbudowałaby swej wielkości po pierwszej wojnie światowej. To właśnie Antonín, wraz z bratem Františkiem, załatwiali piłkarzy, stroje, ba! pożyczali buty od przeciwników, żeby tylko drużyna mogła zagrać. W Sparcie pojawił się w roku 1916, wcześniej grając w SK Praha VII. Początkowo ustawiany w obronie, jak to często bywało wówczas, przypadkiem trafił do ataku. Był rok 1919. Przed rozstrzygającym o triumfie w kraju (czy tam w Pradze, wtedy znaczyło to to samo) derbowym meczem ze Slavią rozsypał się atak Sparty. Ktoś rzucił Niech Janda idzie na łącznika, w obronie może grać przecież rezerwowy Hojer i mimo stanowczy protestów gwiazdy, Piláta (Z tym Jandą to chyba żartujecie, he? Przecież jest drewniany! Z tyłu niech zajmuje się forwardami, ale do ataku mi go nie dawajcie!) jednak postanowiono tak zagrać. No i Janda dał prawdziwy popis strzelając obie, zwycięski bramki! I tak już zostało... Ale w reprezentacji wciąż grał na stoperze. Przełomowy był finał z Francją Igrzysk Państw Sprzymierzonych (?)**. Na nowo otwartym stadionie im. Pershinga, przy wyniku 1:2 na kwadrans przed końcem, przesunięto Jandę za Červenego do ataku, a tan załatwił sprawę znowu dwoma golami!

Antonin Janda

Antonín Janda-Očko

Źródło: http://books.google.com/books?id=4ErKtwjzyv8C&pg=PA75&lpg=PA75&dq=#v=onepage&q&f=false

Ciekawostki:
Pseudonim I „Očko” - wziął się z nieudanego zrośnięcia powieki prawego oka; wyglądało ono, jakby ciągle było przymknięte. To efekt kopnięcia w twarz w meczu z Kladnem.
Pseudonim II „Tank” - to z powodu stylu gry. Nieustępliwość, walka, zaangażowanie, walka, wytrzymałość, walka, ciąg na bramkę, walka, siła, walka... O tym jak działa spartański czołg przekonali się najlepsi. Legendarny bramkarz Celticu Shaw chcąc wybić podanie od obrońcy (znakomity czeski zwrot mala domů, uwielbiam to określenie:)) nadział się na rozpędzonego Jandę. Nim zorientował się, co i jak, piłka była już w siatce! Janda rzucił mu się pod nogi! Bronię od dwudziestu pięciu lat, i jeszcze nikt mnie nigdy tak nie przestraszył, jak ten facet z łysiną miał powiedzieć po meczu Shaw. Jeszcze większy ubaw mam czytając o przygodzie szwedzkiego golkipera Jakobsona. Po bombie Jandy złapał piłkę przed linią i nakrył cielskiem. Sytuacja była jednak dość kontrowersyjna, dlatego sędzia podbiegł, by przekonać się, czy aby futbolówka jednak nie jest już w bramce. Jakobson ochoczo podniósł się znad piłki; zbiegowisko ciekawskich piłkarzy musiało uznać, że jednak gola nie ma; sędzia był podobnego zdania. I wtedy w to zbiorowisko na pełnym gazie wbiegł Janda i wpakował leżącą piłkę do pustej bramki! Nie fair wyjęczał Jakobson, ale sam już wiedział, że arbiter jest teraz bez wyjścia, bo nie przerwał wcześniej gry!
FC Barcelona – Sparta była wtedy najlepsza, nie miała sobie równych. W nieoficjalnych mistrzostwach klubowych w roku 1921 potwierdziła swoją dominację. Zwycięstwa 2:1 z 1.FC Nürnberg oraz 3:2 FC Barceloną. Drugi z nich reklamowano w Katalonii afiszami „Dziś gra Janda...”. Był oklaskiwany i uwielbiany. Barcelona za wszelką cenę chciała mieć go u siebie. Mieli spotkać się z nim w hotelu. Janda na odczepnego miał zażądać 100.000 peset (wówczas ponad milion koron). Zaskoczony usłyszał, że To się rozumie samo przez się, Panie Janda. Z mniejszą sumą nawet się nie liczyliśmy. Możemy zatem to przyklepać. Ale Janda jednak odmówił. Na koniec kariery wrócił jeszcze tylko do klubu Praga VII.
Wiek – łysina, oko, postura, wieczny zarost... Wielu myślało, że jest znacznie starszy niż faktycznie był! W latach dwudziestych po całej Europie krążyły plotki, że jest już po pięćdziesiątce! Urodził się 21 września 1892, ale plotki nigdy nie rozwiewał, a co tam...
Bramki – Reprezentacja: 10/12; Sparta Praga: 330/284, w lidze (powstała w 1925 r.): 35/41; był
ostatnim strzelcem Sparty wojennej (z Meteorem Vinohrady) i pierwszym powojennej (z ČAFC).
Triumfy: Mistrz ČSSF 1919, 1922, Finał Pucharu Dobroczynności 1916.
Mawiał: Kto nie jest dzielny, nie będzie dobrym strzelcem.
Popularność - Na chwilę wrócił do Sparty w 1926 na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, bo jego obecność w kadrze była warunkiem umowy! (a w Sparcie nie grał już od dwóch lat).
Śpioch – na mecz zaspał Rudolf Sloup „Štapl”, wówczas napastnik Slavii (później grał jeszcze w ČAFC Vinohrady).
Moscardini – dlaczego zaklął po angielsku? Bo z pochodzenia był Szkotem. To drugi z 35 obcokrajowców w historii Squadra Azzurra.

Janda w akcji

Janda w akcji
Źródło: http://www.spartaforever.cz/ukaz_clanek.php?clanek=753


*Atak najlepszej drużyny kontynentalnej Europy był następujący: na szpicy Václav Pilát, po prawej Josef „Šmrdlous” Sedláček i Janda-Očko, po lewej Josef „Boban“ Šroubek i Otto „Mazajn” Škvajn.
Bilans Sparty w latach 1919-23: 59 meczy, 58 zwycięstw, jedna porażka (1:2 z Union Žižkov w drugiej rundzie sezonu 1919), bramki 235:46!
** Przyznam, że nie wiem jaki jest polski odpowiednik Inter-Allied Games.

http://www.spartaforever.cz/ukaz_clanek.php?clanek=753

środa, 11 sierpnia 2010

PoOFFowy come back, ale w głowie wciąż pobrzmiewa muzyka (zachęcam każdego, kto jeszcze nie był na tym festiwalu, by jednak go zakosztował;)). Pink Freud zagrał lepiej niż FC Barcelona, a zespół Zu wykazał więcej zaangażowania od śląskich klubów ligowych...


Ale powróćmy do naszych baranów.
Pierwotny wpis miał być o pewnym gagatku, który prosto z knajpy poszedł zagrać mecz reprezentacyjny; potem pomyślałem, że może zacznę od chyba pierwszej próby wykiwania kilku drużyn z ligi w imię własnych interesów, ale ostatecznie wpis Pana Pawła Czado skłonił mnie do wspomnienia o najsławniejszym chyba tego typu zdarzeniu.

Spotkanie miało właściwie zadecydować o mistrzostwie Polski. Tak też było reklamowane. Gospodarze, mający świetną serię gier u siebie i nie znający kompromisów z chwiejną formą rywala mieli sobie poradzić taktycznym przygotowaniem – zawodnicy (!) jeździli obserwować przeciwnika na jego mecze, na jego stadionie i to w innym województwie! Wprawdzie podkreślano, że drużyna gości w dniu tym reprezentuje polski sport piłkarski ale to miejscowi byli faworytami. Między innymi ze względu na panującą na stadionie atmosferę; atmosferę określaną mianem skandalicznej, uniemożliwiających normalną grę drużynom przyjezdnym. Tak pisano o ówczesnych „szalikowcach” wicelidera: organizują prawdziwą bojówkę, która podczas meczu ryczy, wrzeszczy, przeszkadza, obstawia bramki przeciwnika, najbardziej wypróbowanymi bojownikami, którzy mają za zadanie niecierpliwić, denerwować i możliwie przeszkadzać bramkarzowi - „swoją” zaś „murują” w ten sam sposób i wogóle starają się wytworzyć wśród publiczności nastrój niekulturalny, wrogi dla „obcych”. Stąd apele i do publiczności o rozsądek, i do odpowiednich służb, aby zabezpieczyły zawody.

Mecz z 26 września wzbudzał ogromne zainteresowanie, równe zapewne towarzyszącym mu emocjom. Szokująca na ówczesne czasy widownia (ilość niewidziana oddawna w Polsce podczas spotkania dwu drużyn krajowych) oczekuję zwycięstwa swoich ulubieńców. Są też fani przyjezdnych. Z Krakowa, Bielska, Sosnowca, Tarnowa, miast śląskich i z niemieckiego Śląska przybyło wiele osób tak, iż w chwili rozpoczęcia gry boisko okalało przeszło 12.000 widzów*. Sędziować będzie arbiter Hanke z Łodzi, jeden z najlepszych ówczesnych specjalistów.

Już w 25 minucie dwóch czołowych graczy gospodarzy musi opuścić boisko z powodu kontuzji. Goerlitz I (zapewne chodzi o napastnika) i Jonczyk osłabili swój zespół bardzo poważnie, bo, pamiętajmy, w tamtych czasach zmiany nie były dozwolone! A jednak heroiczna postawa, ofiarność i koncentracja pozwalają dotrwać miejscowym z wynikiem 0:0 do przerwy. Ba, to oni dominują grając w dziewiątkę, chociaż nie są w stanie wypracować bramkowych okazji.

Po zmianie stron obaj kontuzjowani piłkarze wracają na boisko, ale właściwie jedynie w roli statystów. Goście opanowują grę, do stwierdzenia jednak, że przeważają, wciąż daleko. Wtedy następuje 5 minut, które wstrząsa lokalnym faworytem; uderzenia Czulaka trafia w lewy róg po podaniu Adamka, Reyman I, po zespołowej akcji, strzela niemal do pustej bramki.

Zdziesiątkowani ale wciąż waleczni miejscowi wreszcie odpowiadają golem kontaktowym z rzutu rożnego. Jego okoliczności też nie są precyzyjnie opisane. Z jednych relacji wynika, że piłkę do bramki wpakował Geisler; inne relacjonują zdarzenie nieco odmiennie: Jonczyk nachodzi brutalnie bramkarza Wisły, niedość, że przeszkadza mu w obronie, lecz rękami trzyma za korpus i głowę i głową chciał wpchnąć piłkę do bramki i to z czystej pozycji ofsetowej (sic!). Sędzia uważał wypadek za niesportowy i przyznał wolny dla Wisły. Na dodatek piłka miała nie przekroczyć linii bramkowej. Zaczynają się targi, kłótnie. Publiczność aż chciała wkroczyć na boisko, jednak dwie kompanie policji i wojska, pilnujące porządku, udaremniły zamiar.

Również dalszy przebieg gry różnie bywa przedstawiany. Według jednych opinii właśnie sytuacja z nieuznaną bramką spowodowała, że Drużyna (gospodarzy - MK) ostatecznie opuszcza boisko wśród nieopisanego alarmu publiczności („Przegląd Sportowy”, „Dziennik Poznański”, „Goniec Nadwiślański”). Alternatywnie podawane jest jednak sprawozdanie o jeszcze jednej, zdaje się, kuriozalnej decyzji arbitra, tym razem o podyktowaniu jedenastki dla przyjezdnych za rzekome zagranie ręką lewego obrońcy Pohla. Reyman I wykonuje rzut karny już do pustej bramki. Miejscowi, między innymi za namową działaczy, schodzą z boiska. Mecz kończy się skandalem. Dwie kompanie policji przy wydatnej pomocy wojska oraz sportowej i kulturalnej publiczności polskiej, uchroniło drużynę Wisły oraz sędziego przed pobiciem ze strony zacietrzewionych Niemców.

W takich dziwnych okolicznościach 1.F.C. Katowice stracił jedyną jak się później okaże szansę na mistrzostwo kraju... Górny Śląski poczeka na pierwszy tytuł jeszcze sześć lat.

"Przegląd Sportowy" 08.10.1927

Źródło: "Przegląd Sportowy" 08.10.1927

Składy: 1.F.C.: Gerlitz II – Joszke, Jonczyk, Gerlitz – Geisler, Kozok – Wyleżol, Wieczorek, Bischoff – Pohl, Heidenreich; Wisła: Folga – Pychowski, Skrzynkowicz – Makowski, Kotlarczyk I, Kotlarczyk II – Adamek, Czulak, Reyman I, Reyman II, Balcer.

Tabela przed meczem 1.F.C.-Wisła

Tabela przed meczem 1.F.C.-Wisła

Tabela końcowa sezonu 1927

Tabela końcowa sezonu 1927

Ktoś mógłby w tym miejscu zarzucić śląskie zacietrzewienie, małość i połajanki, ale wystarczy przeczytać fragmenty ówczesnej prasy, by zrozumieć, jak istotna była klęska 1.F.C. w tym meczu: Powiedzmy sobie głośno to, co mówiono sobie na ucho: zwycięstwo jedynej poważnej w kraju drużyny niemieckiej, zdobycie moralnego prymatu przez klub nie polski, lecz przez zespół uchodzący za wrogi – drażniło ambicję narodową sportowców i spotkaniu rywalów nadało charakter „wojny świętej”. O polityczności zawodów niech świadczy ich puenta: Tuż poodgwizdnięciu zawodów przez sędziego odegrała orkiestra 73 pp. „Pierwszą Brygadę” i pod osłoną policji z orkiestrą na czele ruszył pochód Krakowian na dworzec. Wspomina się wręcz o narodowej manifestacji.

* Według różnych danych frekwencja szacowana była na 12.000 do nawet 17.000!

PS 1.FC nie potrafił już się pozbierać po tej groteskowej porażce; przegrywa z Legią (0:5), pokonuje wprawdzie nieznacznie Polonię (4:3), ale potem dostaje tęgie baty z Wartą (1:5); ligę wieńczy walkower z Pogonią Lwów oraz triumf nad Ruchem 2:0. Starano się również obniżyć nieco rangę tego wydarzenia przyklejając zespołowi ze stolicy Górnego Śląska łatkę bylejakości, zwłaszcza w meczach wyjazdowych, co może o tyle dziwić, że ich bilans z obcych boisk był całkiem łakomy dla niejednej drużyny (ostatecznie: 13: 8-0-5 20:20). Zresztą Wisła też nie zachwyca już do końca...
PS1 „Kattowitzer Zeitung” już wcześniej sygnalizował stronniczość sędziowską w zawodach 1.F.C., w tym, m.in. rozstrzyganie ich meczy przez arbitrów należących do związku największego ligowego rywala! (przykładem miał być sędzia Ziemiański, rzekomo członek Wisły). „PZ” pozwala sobie na taki żart: Każdy, kto orientuje się w polskich stosunkach sportowych wie, iż jedne są prawa i obowiązki dla wszystkich klubów ligowych, że nie ma dla nikogo przywilejów, a o zdobyciu sobie miejsca odpowiedniego w tabeli, decyduje wyłącznie forma danej drużyny, jasne, to zupełnie jak dzisiaj:) Oczywiście w relacjach decyzje pana Hankego określano przymiotnikami starannie, dobrze, właściwie, oskarżając za to miejscowych o wyjątkową ostrość w grze i wręcz chamstwo, łacno pomijając wyeliminowanie z gry dwóch czołowych zawodników właśnie katowickiej jedenastki! Podobno zresztą po latach sędzia Hanke przyznał się do "pilnowania" wyniku tego spotkania.
PS2 „Polska Zachodnia” wspomina o pierwszych fan clubach, które miały zjawić się na tym meczu: zasiliło się ich (zwolenników 1.F.C. - MK) wydatnie”sportowym materiałem” z tamtej strony granicy. Do poważnych awantur miało dojść tuż po meczu, gdy Na niemiecką modłę urobiona sportowo młodzież, po wrogich okrzykach rzuciła się z laskami na zwolenników Wisły przybyłych z Krakowa i Zagłębia Dąbrowskiego. Kres awanturze położyła policja, pod której ochroną gracze udali się do miasta. Kolejne gorszące sceny miały miejsce na ul. Kochanowskiego gdzie „sportowa” niemiecka młodzież usiłowała sprowokować do bójki studentów polskich wracających do miasta na rowerach. Również na ul. Jagiellońskiej musiała interweniować policja aresztując trojkę największych awanturników. W okrzykach niezadowolenia dominowały „pfuj” oraz „schweine” i gwizdy. Według „Kurjera Poznańskiego” do starć jednak doszło: Rozgoryczeni Niemcy bili na ulicach Polaków. Musiano zarządzić ostre pogotowie.
PS3 O „obiektywizmie” w relacjach kolejny dowód, tym razem wygłoszony przez anonimowe „Grono sportowców” 28 września na łamach „PZ”: Okazuje się, że wszędzie i zawsze Niemcy są niepoprawnymi gburami i szowinistami, którzy nawet rozgrywki sportowe chcą uczynić narzędziem walki politycznej. Dalej w tekście domaga się ukarania kluby tak, by nie było konieczne zbojkotowanie arogantów przez polskie drużyny piłki nożnej oraz wręcz groźby! (mogą narazić się na przykrą nauczkę) jeśli piłkarze niemieccy nie zmienią postępowania (przypomnę tylko, że w drużynie katowickiej grało dwóch reprezentantów... Polski!). Również „Kurjer Poznański” wzywał, i to otwarcie, do bojkotu drużyny katowickiej. „Przegląd Sportowy” stanowczo potępił decyzję zespołu 1.F.C. o zejściu z boiska, decyzję, którą należy uznać za czyn niesportowy, dyskwalifikujący ją przede wszystkim moralnie.

piątek, 06 sierpnia 2010

Na kilka dni zawieszam bloga – największe muzyczne wydarzenie lata na Śląsku zamierzam przeżywać osobiście. Faworytów łatwo wskazać, liczę też na niespodzianki. Jak widać futbol i festiwal muzyczny potrafią być do siebie podobne;)

Mało tego, zdarza się, że piłkarz próbuje swych sił na estradzie (odwrotnej sytuacji nie potrafię sobie przypomnieć;)). Bodaj najsłynniejszym niespełnionym futbolistą, który swą przyszłość znalazł w pop-biznesie jest Julio Iglesias, w latach 1961-62 bramkarz Realu Madryt; tuż za nim Rod Stewart, dalej Robbie Williams... Tutaj propozycja całej jedynastki.

Lista przebojów:

1. Alexi Lalas - jako piłkarz wyróżniał się tylko... brodą:)

2. Ruud Gullit - Not The Dancing Kind

3. Djibril Cisse - "Shake"

4. Gareth Ainsworth („Dog Chewed the Handle”) - We've got to get out of this place (cover The Animals). Swoją drogą byli piłkarze Wimbledonu to niezłe okazy...

5. Alvaro Benito (Pignoise), były piłkarz Realu Madryt

6. Enfant terrible angielskiej piłki wiedział, co to zabawa;) Paul Gascoigne w utworze „Fog On the Tyne”

7. A tak rapuje jeden z pierwszych czarnoskórych piłkarzy reprezentacji Anglii, legendarny John Barnes

8. Slaven Bilić, trener Chorwacji, z zespołem Rawbau. Utwór „Vetrano ludilo” nagrany został przed Mistrzostwami Europy 2008

9. Raperskie popisy znakomitego napastnika Manchesteru United, jednego z „bliźniaków”, Andy'ego Cole'a

10. Król Pele

Bottom

1. Clint Dempsey ("Deuce") - ja bym tak nie potrafił;)

2. Prawdziwy piłkarski boysband z Norwegii (Freddy Dos Santos,Morten Gamst Pedersen, Kristofer Hæstad, Raymond Kvisvik i Øyvind Svenning); ach, NKOTB mają szczęście, że już dawno się rozwiązali:)

3. Wszyscy bujamy się na boczki do popisów Kevina Keegana „Head Over Heels In Love”, la-la-lalala

4. Emmanuel Babayaro - „My Party Ft. B Rank”:)

5. „Diamond lights” przenosi nas do lat '80 (trochę kiczowatych, co nie?). Na scenie Glenn i Chris, czyli wielkie gwiazdy angielskiej piki, Hoddle i Waddle:)

6. Ryan Babbel rapuje, jakim jest kiepskim piłkarzem, może nie do końca jest to prawda, choć potencjału swojego wykorzystać nie potrafi

7. A pamiętacie znakomitego pomocnika Olimpique Marsille, Basile Boli? Też dał się wciągnąć Waddlowi w muzykowanie

8. Royston Drenthe też muzykuje; tu w duecie z Babbelem

9. Latynoskie klimaty można poczuć z Carlosem Tevezem

10. Iian Wright nagrał singiel „Do The Right Thing"; utwór napisał dla niego Chriw Lowe z „Pet Shop Boys”

Jak to wygląda z polskimi piłkarzami-muzykami? Przyznam, że żaden przykład nie przychodzi mi do głowy... W każdym razie bracia Kiepurowie należeli do sekcji futbolowe klubu „Świt” Sosnowiec. „Ladis” należał potem nawet do podstawowej jedenastki KS Sosnowiec.


PS Wracając do futbolu. Ciekawy tekst Pawła Czado skłania mnie do pewnej refleksji, czy słusznej? To się okaże. Otóż mam nieodparte wrażenie, że Tomasz Wałdoch przywiózł w walizce z Niemiec bundesligowe „Wechselbörse”, jak czasem określa się tam zmiany kadrowe. Okazało się, że Górnik był za słaby na ekstraklasę, ale ci sami zawodnicy zdali egzamin na zapleczu elity. Jakie wnioski wyniósł z tego Wałdoch. A no takie, jakie są typowe dla zachodnich lig – są piłkarze zadaniowi, tacy, którzy np. potrafią skutecznie pomóc w awansie, ale już w najwyższej klasie z pewnością sobie nie poradzą (charakterystyka ligi). Sprawdziłem ostatnie trzy lata w Bundeslidze pod kątem beniaminków:
2009/10:
1.FC Nürnberg – przyszło 10, odeszło 7 – miejsce 16 (baraże)
1.FSV Mainz 05 – przyszło 15, odeszło 13 – miejsce 9
2008/09:
1899 Hoffenheim – przyszło 7, odeszło 13 – miejsce 7
Borussia Mönchengladbach – przyszło 9, odeszło 10 – miejsce 15
2007/08:
MSV Duisburg – przyszło 19, odeszło 12 – miejsce 18 (spadek)
Hansa Rostock – przyszło 11, odeszło 10 – miejsce 17
Karlsruhe SC – przyszło 8, odeszło 7 – miejsce 11
A Górnik? - przyszło 12, odeszło 14 – miejsce? Sądzę, że realnie 5-8 jest w ich zasięgu. Największe nadzieje wiążę z Jonczykiem, szkoda, że ma kontuzję. Ciekawym jestem Sikorskiego, przecież jeszcze niedawno polskie media płakały, że nie zagra dla Polski, a teraz jakoś bez echa przeszedł ten transfery; dziwne to nieco, więc niech im (mediom) odTschibambi, odVrodljaczy i odSobieszy umiejętność oceny transferów.

 
1 , 2