Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
poniedziałek, 18 lipca 2011

Właśnie dobiegła końca pierwsza kolejka nowego sezonu drugiej Bundesligi. Jezu, jak ten czas szybko płynie...; jeszcze wczoraj obgryzałem paznokcie, by cud Favre'a się dokonał i pokonali ostatnią marę, te z Bochum, a już VfL szarpie się o kolejną szansę!

Faworyt jest jeden. Wiadomo, Eintracht Frankfurt. Wszyscy, dosłownie wszyscy stawiają na ich suwerenne zwycięstwo. Pierwszy mecz to potwierdził, ale i wlał nieco wątpliwości. W spotkaniu z zawsze groźnym Greuther Fürth równie dobrze mogli zostać ogoleni. Stało się inaczej lecz gra Eintrachtu jeszcze nie zaadoptowała się do fizycznej, ciężkiej orki drugoligowej.

Tuż za nimi skończyć powinno wspomniane VfL Bochum („nowym” jest Daniel Ginczek). Właściwie na tym powinienem zakończyć osobniczą analizę tego, co może się wydarzyć. Na szczęście to futbol. Najpiękniejsza z dyscyplin, trudny orzech do zgryzienia dla każdego znawcy, sympatyka, czy nawet weekendowego kibica. W końcu jest bez liku drużyn, które mają swoje ambicje. Chociażby wspomniany SpVgg Greuther Fürth; to prawda, stracili swoją gwiazdę (Nicolai Müller odmeldował się i zaktwoiczył w FSV Mainz), ale mają i swoje atuty (szaleni skrzydłowi;) Tyrała przesiedział całe zawody na ławce). MSV Dusiburg pewnie tym razem wolałby awans, czy chociażby baraże od finału DFB. Tu troszkę gorzej to wygląda. Duże straty; bardzo duże. Czy Emile Jula i Jiayi Shao z Energie Cottbus oraz rozbrykana ale zupełnie naga w doświadczenie młodzież dadzą radę? Pozostaje niewiadomą, przynajmniej jakiś czas jeszcze. Bez wątpienia warto przyglądać się Fortunie Düsseldorf ze znakomitym Lambertzem; ten klub zbyt tęskni za Bundesligą, by nie próbować poszerzyć grono drużyn z Nadrenii Północnej-Westfalii na najwyższym szczeblu. Napomknąłem przy okazji o Energie Cottbus. To wciąż solidna firma i choć nigdy nie pałałem do nich sympatią trzeba ich brać zupełnie serio (właśnie włączyli do kadry Kobylanskiego). Jest jeszcze spadkowicz z Hamburga. St. Pauli jest okaleczone, ale, co pokazał pierwszy mecz, duch w nich nie zaginął, będą kąsać; ciekawe, jak w drużynie odnajdzie się Sobiech... Również Union Berlin poczynił starania, by podciągnąć się w odniesieniu do poprzednich rozgrywek. Zupełnie nic nie jestem w stanie powiedzieć o SC Padebron 07 – tam zaszły tak szalone zmiany w kadrze, że jeszcze jakiś czas można się spodziewać karuzeli, kociokwiku, całkowitej nieprzewidywalności.

No i na koniec słów kilka o najprawdziwszych Vereinach, klubach nad klubami, które niegodziwie pałętają się w tak nieprzystającym do nich miejscu. Pierwszym liderem został Eintrach Braunschweig. Byłoby miło, gdyby już tak pozostało; wiadomo jednak, beniaminek trochę pohasa i zostanie brutalnie sprowadzony do poziomu do zlania. Karlsruher SC, ku mojej uciesze, oddało dwóch mega utalentowanych młodzików do BMG (Rupp i Zimmermann), więc też nie bardzo ma kima straszyć. Ale ich straty to jeszcze nic przy osłabieniu Alemannii Aechen (niemal cała linia pomocy wylądowała w Bundeslidze). I wreszcie, last but not least, Dynamo Dresden. Nowy stadion, fanatyczna publika (Jezu, ich mecz z St. Pauli musi zobaczyć każdy wariat piłkarski, musi!) i jednak dość słaby skład. Tym bardziej, że stracili swój mózg, Dani Schahin wrócił do Greuther Fürth, znowu robią mu się odciski na tyłku... (jest za to dwóch Czechów, Filip Trojan, pamięta go ktoś jeszcze?, i Pavel Fořt; od razu zrobiło się też głośno o tym klubie u naszych południowych sąsiadów; w końcu wybrać się na ich mecz z takich Teplic czy Dĕčína to jak z Katowic do Krakowa). TSV 1860 też będzie miało raczej zmartwienia z tym, co za nimi, jeśli za nimi cokolwiek będzie, niż przed...

Warto. Warto oglądać tę młóckę pozbawioną finezji, twardą, jak pięść Tysona, żelazną, a przy tym szybką. Przykładając jakąś miarę, to nieco wyższy poziom niż nasza ekstraskopana. I szalona. O! Tak! Bywa całkiem zwariowana, rzekłbym, kopnięta! No bo jak inaczej wytłumaczyć tego gola? Trzeba być trochę szurniętym, by zdecydować się na taką ekwilibrystykę. Gol roku w dzisiejszy poniedziałek? Kto wie. Spójrzcie. W akcji Sascha Rösler...

PS Znamienne tak dla pierwszej jak i drugiej Bundesligi – stawiają na młodzież, hurtowo, całymi tabunami! I do diabła, jeden ciekawszy piłkarsko od drugiego!

niedziela, 10 lipca 2011

Decyzja Manuela Neuera o przeprowadzce do Monachium wciąż wzbudza wiele emocji. Fani Schalke czują się zdradzeni, fani Bayernu nie mają zamiaru zaakceptować go i to bez względu na jego niezaprzeczalną pozycję jednego z najlepszych bramkarzy na świecie. Neuer nie był ani pierwszym, ani zapewne ostatnim, któremu oberwie się za przywdzianie barw znienawidzonego klubu. W Niemczech już przerabiano podobny przypadek. Bardzo podobno. Oto jak przyjęto w Dortmundzie Eike Immela, top ten bundesligowych bramkarzy w historii. W 1986 roku za rekordową na owe czasy (za golkipera) sumę 2 milionów marek przeszedł do VfB Stuttgart. Na trybunach było gorąco...



W życiu prywatnym Immel okazał się znacznie mniej sprawny. Choroba biodra, nieudane inwestycje, luksus, pożyczki, oszustwa finansowe... W 2007 roku oficjalnie, sądowo, ogłosił bankructwo! Skończyło się na udziale w idiotycznym programie wojując z australijską dżunglą i popową piosenką, co jest równie żenujące. Ale podobno wychodzi na prostą...

sobota, 09 lipca 2011

„W meczu finałowym o mistrzostwo świata niestety nasza drużyna uległa wyśmienitej reprezentacji Brazylii 0-9. Pech tak chciał i pozbawiona ducha fair play postawa rywali, którzy wystawili aż trzech graczy Gremio Porto Alegre i pary z Fluminense oraz Sao Paulo. U nas z duchem integracji każdy zawodnik w reprezentacji naszej wspaniałej wspólnoty pochodził z innego regionu [dawniej kraju – MK], był innego wyznania i miał inny kolor skóry, rozmiar buta i fryzurę. Na dodatek nie grały w drużynie Brazylii kobiety, geje, dzieci i starcy, emigranci, osły, konie, urzędnicy i niepełnosprawni, dopłaty i polska prezydencja. Karygodne!”.

To w co przepotwarza się Unia Europejska zaczyna coraz bardziej przyprawiać mnie o mdłości. Pomysł zrezygnowania z emblematów narodowych na rzecz tej przeklętej flagi w gwiazdki zakrawa na kpinę i intelektualne ubóstwo. Co to u diabła za integracja, w której odbiera się prawo do stanowienia o sobie? Integracja jako identyczność? Pfu, wysiadam i za przejazd nie zapłacę!

Do tej pory futbol był piękny bo polegał na rywalizacji. Bo my kontra oni, bo ci przeciwko im. Zawsze było się za kimś lub przeciwko komuś. To odwoływanie się do najprostszych, atawistycznych instynktów, dokładnie tych samych, które kiedyś decydowały o przetrwaniu jakiejś społeczności. Jest zogniskowana, mała, w formie pigułki; nie jest, nie powinna być, to sprawa życia i śmierci. Namiastka. Surogat. Oglądanie meczu dla samego oglądania meczu nigdy nie sprawiało mi przyjemności. A teraz wszyscy mają upodabniać się do siebie i cyrkować w śmiesznych strojach. Potem unifikacja barw, a resztę dopisałem powyżej. Integracja, według mnie, to jednoczenie ludzi nie idei! Jednoczenie czyli poznawanie, zbliżanie do siebie, pokazywanie w krzywym zwierciadle wszystkich uprzedzeń i stereotypów. Czy kiedykolwiek na spotkaniu integracyjnym musieliście miłować wszystko i wszystkich w imię jednej bezapelacyjnie bezbłędnej idei – nakazowi szefa? Nie! Poznajecie się, poznajecie swoje wady, zalety, zainteresowania, słabostki, cechy, charaktery... Kogoś polubicie bardziej, kogoś mniej, kogoś wcale, a do kogoś będziecie odnosić się z niechęcią (o tak, euroosły, takie uczucie istnieje!). Czy to takie dziwne i nienaturalne?

Żeby było jasne. Nacjonalizowanie tego tekstu jest głupotą. Właściwie to powinni zaprotestować mocno przede wszystkim ci, którzy kochają indywidualizm i wolność. Wybitny rosyjski filozof, Nikołaj Bieradiejew wyjaśnił chyba najtrafniej na czym polega wolność:

Wolność jest przede wszystkim prawem do nierówności. Równość jest przede wszystkim zamachem na wolność, jej ograniczeniem.

Nierówność oznacza tutaj prawo do być różnym, innym, odmiennym od drugiego człowieka. Ja chcę być inny od Angola, Francuza czy Rosjanina! Chcę się z nimi spotkać i dać się oczarować ich innością! Chcę się identyfikować ze swoimi koszulką klubową, regionu, reprezentacyjną, dostawać kolki z wydzierania gęby, podskakiwać jak dzieciak i robić się czerwony na gębie z emocji, a nie równomiernie machać flagą-miniaturką ubrany w jednolity strój z bandą innych głupków!

To zamach na wolność!

 

PS Wyniosłość tego absurdu przypomina mi sprawę Lauranta Blaca i jego postulat o przedyskutowanie kwestii migracji wychowanych we francuskich szkołach piłkarzy pochodzenia arabskiego i afrykańskiego do swych rdzennych federacji piłkarskich. Również potraktowano problem skretyniale. Sprowadzono go do koloru skóry i schowano w piwnicy. Przecież każdy, każdy!, kto miał odmienne zdanie mógł zrozumieć problem szkoleniowo, a nie rasowo. I mógł, chyba nawet skutecznie, próbować z nim polemizować. Ale nie, po co, skoro można obciąż głowę hydrze i udawać, że jest po sprawie; że nigdy jej nie było. A mogło wyglądać to tak (wszystkie dane zmyślone na potrzeby wpisu):

  • Panie Blanc, prawda, aż 40% piłkarzy z grup, jakie Pan wymienił deklaruje grę w reprezentacjach innych niż Francja. Ale! Zaledwie 12% tych zawodników prezentuje poziom minimalnie wymagany do gry w reprezentacji Francji. A zatem, zamiast całkowitej segregacji szkolenia chłopców odmiennego kulturowego pochodzenia postuluję modyfikację systemu tak, by położyć większy nacisk na integrację i wpajanie wychowania patriotycznego. Można to osiągnąć poprzez koszarowanie grup młodzieżowych na dłuższe okresy czasu, filmy szkoleniowe akcentujące przywiązanie do państwa francuskiego, emanujących symbolikę, historią i wartościami naszego kraju, wreszcie zastosowaniem technik motywacyjnych i manipulacyjnych, naturalnie na poziomie akceptowalnym społecznie.

 I dyskusja mogła rozwinąć się, wreszcie przyjąć jakiś konsensus.

Podobne zagadnienie, wcale mnie to nie zdziwi, może np. Pojawić się w Niemczech, jeśli tylko piłkarze pochodzenia tureckiego i polskiego nagle masowo świadomie rezygnować będą z gry dla naszych zachodnich sąsiadów...

Tagi: inne
18:37, marll80
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 lipca 2011

Czasami pragnienie osiągnięcia sukcesu bywa tak wielka, że odwołujemy się do najpierwszych, czasem wręcz śmiesznych, instynktów. Tak, jak sukcesem może być uniknięcie porażki, również pierwotna natura może oznaczać coś innego niż waleczność, zawziętość, upór…

Piątego listopada 1920 roku graczom Polonii Karb tak bardzo zależało na korzystnym wyniku w Radzionkowie z miejscowym Ruchem, że po stracie drugiego gola sami postanowili go unieważnić, a gdy sędzia Paweł Szijer nie chciał odstąpić gracze z Karbu grożąc zejściem z boiska dopięli wreszcie swego przekonując i rywali i arbitra, że przecież był spalony i wszyscy go widzieli;) Terror, tak dziennikarz określił „taktykę” Polonii Karb…

Inną metodę zastosowali piłkarze Walki Makoszowy. Przegrywając do przerwy na własnym boisku z Jednością Bielszowice, jak zrelacjonował sędzia Jan Suchan, doszło do tego, że „Wolność” zaczęła wygrażać przeciwnikom, że jak im nie ustąpią to nie wrócą zdrowo do domów, wobec czego przestraszeni gracze „Jastrzębia” bali się bardzo sprzeciwiać i stracili aż 3 bramki. Nie odbyło się bez popychań z tyłu i wygrażań.

Folklor początków piłki nożnej na Górnym Śląsku. Dość częsty, choć zdarzało się, że rywal nie pękał, wtedy dochodziło do zwykłej bijatyki... Dziś z rzadka można takie oryginały zobaczyć w najniższych z możliwych klas rozgrywkowych, ale już w podwórkowych zawodach całkiem często. Obrażanie się to jedna z fajniejszych metod wywierania presji na przeciwniku; musi to być jednak kumpel z bloku obok, nie daj Boże goguś z innej dzielnicy. Gry dzielnicowe, takie szczeniackie, wiecie, to zdecydowanie to drugie rozwiązanie. Zastraszanie, kumple wokół boiska, jakieś rozpalone ognisko, jakieś wielkie psiska, wymachiwanie pięściami, popychanie, wiązanki, kosy, butelki, legitymowanie… spokojnie, jeszcze tylko kilka minut, wytrzymamy. Za tydzień oni przyjeżdżają do nas, wtedy się odegramy… Nic dziwnego, że wysokie porażki „u nich” i wysokie zwycięstwa „u nas” to w takich meczach norma ;)



poniedziałek, 04 lipca 2011

Trzydzieści tysięcy widzów na sparingu? Ze zbieraniną anonimowych ledwocograjków? W Moguncji było tak w niedzielne popołudnie. Z tej pokaźnej liczby aż 2/3 pielgrzymowało na stadion specjalną trasą, trasą z jednej areny, małej, zapyziałej, nieprzystającej do żadnej bundesligowej statystyki no nowiutki cacuszko, które tego dnia oddano do użytku.

Kto nie ma funkcjonalnego, w sam raz do potencjału kibicowskiego, obiektu nic nie znaczy w Niemczech i prędzej czy później wyląduje poza elitą. Wreszcie FSV Maisz przestanie być zakałą ligi o zdecydowanie najniższej frekwencji.

Popatrzcie na to zgrabne cudeńko. Pojemność na 31 905 widzów:

A teraz pora ponarzekać.

U nas, na Górnym Śląsku, realizuje/planuje się między innymi takie inwestycje stadionowe:

Piast: 10 tys., cena 55 mln

Górnik: 32 tys., 200-350 mln

Ruch: 15 tys., 70 mln (przebudowa)

GSK: 18 tys., 120 mln (przebudowa)

Same areny, najczęściej proste w konstrukcji, małe, brzydkie i tylko po to, by pozamykać gęby. Oczywiście, można powiedzieć, że jednak szklanka jest w połowie pełna; faktycznie, porównując wymienione wyżej projekty z gruzowiskami, na których rozgrywane są mecze, odciska się w umyśle wrażenie wrażenia. I tyle.

A jak to zrobiono w Moguncji i za ile? Zacznijmy od podmiotów zaangażowanych w budowę tego przeuroczego obiektu. Na dzień dobry pada mit, kto rozsiewa takie głupoty?, że stadion finansuje klub. Guzik prawda! W całej tej misternej i rzetelnie przygotowanej inwestycji uczestniczyło państwo niemieckie, miasto Moguncja, prywatny kapitał i wreszcie klub FSV 05. Poprawiłem się. Zamiast mówić o stadionie bezpieczniej używać określenia inwestycja. Jest ono bardziej prawdziwe, bo tylko durnie budują samą arenę piłkarską. Zatem pociągnę dalej o tej inwestycji. Całkowity koszt wyniósł 70 milionów euro. To przecież nie jest znowu aż tak dużo! Przy dzisiejszym kursie mowa o sumce rzędu 276,500,000. To mniej więcej tyle, ile planuje się wydać na stadion w Zabrzu. Pojemność też podobna, więc gdzie haczyk? Bo ta okrągła sumka obejmuje całą infrastrukturę, nie tylko trybuny, ale również sklepiki, kioski, kawiarenki i co tam, kto sobie jeszcze zażyczył. A, no i drogi dojazdowe. I trzeba było kupić działkę pod stadion. Sama arena kosztowała tylko 40 milionów (ok. 160 milionów złotych). Państwo dało 12,5 mln (fundusz infrastrukturalny, dotacje kapitałowe), miasto 7,5 mln (grunty i infrastruktura); 32,5 mln wyniosła pożyczka ze spółki zarządzania nieruchomościami (Grundstücksverwaltungsgesellschaft, w skrócie GVG); kapitał własny klubu FSV Mainz 05 wyniósł 7,5 mln… Czy naprawdę podobnego modelu nie można stworzyć u nas? 7,5 miliona wydane przez klub? Jezu, nawet pomijając różnice w kosztach, tylko przecież nie za jednym zamachem, można by uzbierać i w Katowicach, i w Zabrzu, i w Chorzowie, Bytomiu… „Przecież to bankruci!”… bla, bla, bla; kosztorys, plan, projekt, gwarancje publiczne i sponsorzy wyłożyliby odpowiednie sumki. Sprzedaż nazwy areny, powierzchnie reklamowych, gwarancje odpowiednich obiektów marketingowych, sklepów/usług, nadruków na biletach, informacji na telebimach, to i owo, a również prywatny kapitał zainteresowałby się całym projektem. Jak widać można. W Moguncji można, w dwa lata; niemal równo w dwa. Można, ale chyba nie u nas…

Klub z Moguncji będzie utrzymywał obiekt samodzielnie. Rocznie wyniesie ich to 3,3 mln euro. Przy zyskach nie będzie to żaden problem. Tylko na tym sparingu, gdy wejściówki, upraszczająco-uśredniająć, kosztowały około 7 euro (ceny od 15 do 5 euro) zysk wyniósł przeszło 200 tysięcy! Aha, jeśli chcieliby mimo wszystko przyoszczędzić, wystarczy spaść do drugiej ligi; tam koszty będą o ponad milion euro mniejsze…

I jeszcze jeden mit muszę obalić. Podobno miejsca stojące są passe i nigdzie ich już nie ma. To kolejna bzdura. Są. Na Coface-Arena całkiem sporo, blisko 14 tysięcy…

sobota, 02 lipca 2011

Trzeba mieć niezły tupet i całkiem sporo odwagi, żeby wykręcić taki numer. Jest rok 1940. połowa roku 1940. Dokładnie przełom czerwca i lipca. Mimo wojennej zawieruchy na Górnym Śląsku kopano piłkę w najlepsze, a okupant próbuje zreorganizować rozgrywki tak, by drużyny ze wschodnich kresów naszego regionu mogły włączyć się aktywnie w system piłkarskiej machiny. Towarzyszy temu ogromne zamieszanie; jedne rozgrywki mieszają się z drugimi, eliminacje do eliminacji i eliminacje do Gauligi trwają równolegle, w Gliwicach czekano na sygnał, czy już się utrzymali, czy jeszcze muszą rozegrać jakieś mecze; a jeśli muszą, to z kim?

Na pytanie z kim miały odpowiedzieć zawody w ramach Bezirkmeisterschaft. Ostoberschlesien (Bezirk 13). Startowało w nich wiele uznanych marek, tylko pod zniemczonymi nazwami. Ruch był SV Bismarkhütte, AKS Germanią, TuS Swientochlowitz to Śląsk Świętochłowice, wreszcie Naprzód Lipiny przemianowano na TuS Lipine. Tylko 1.FC Katowice pozostało przy swojej nazwie... Ruch, to znaczy BSV wcale nie był faworytem, przede wszystkim stracili Wilimowskiego, ale i Broma i jeszcze innych graczy. Najsolidniej prezentowała się druga chorzowska drużyna, Germania. No i legendarny 1.FC, który jeszcze w sierpniu 1939 roku grał w śląskiej B Klasie.

Chrapkę na awans miały i inne drużyny, z których dość niespodziewanie najpoważniejszy zamęt wywołała drużyna SV Czerwionka (funkcjonuje również pod nazwą TuS Bergknappen 1908 Czerwionka)*. Na dzień dobry ogrywa DSV Sturm Bielitz, TuS Janowa przede wszystkim sensacyjnie Germanię Königshütte! Remisuje w Cieszynie. Znajdują się w ścisłej ligowej czołówce. Wreszcie jedzie do Świętochłowic. Dostaje niezłe lanie (1-4), ale dopiero za pięć dni wybucha prawdziwa bomba (o ile można użyć takiego określenia w omawianym tu momencie historycznym). Okazuje się w tym całym wojennym zgiełku, hitlerowskiej okupacji, niepewności i takiego zwykłego, ludzkiego nie rzucania się w oczy, ktoś tam, w Czerwionce, postanowił wykręcić wszystkim niezły numer! Głupota, szaleństwo, chłodna kalkulacja, pazerność czy krętactwo? Motyw jest mniej istotny. W każdym razie w drużynie SV pogrywał sobie w najlepsze Edward Motyka! Właśnie takiej reakcji z Waszej strony się spodziewałem... I co z tego do jasnej cholery? - zapytacie. Nic, zupełnie nic, poza tym, że Edek był wtedy członkiem drużyny Reichsbahn Orzesche, ale na meczach zespołu z Czerwionki przeistaczał się w Aloisa Motykę i był członkiem drużyny SV! I miał na to papiery! Lewe papiery! Taki numer, i to w czasie wojny! Cyrk na kółkach. Jakby tego było mało, w Czerwionce lubili ostrą jazdę, więc w meczu z Bielskiem wystawili do składu jeszcze gracza Zimmera, który ledwo co został zdyskwalifikowany!

Naturalnie zespół z Czerwionki pozbawiono wszystkich punktów. Z trzeciego miejsca spadli na dwunaste, ostatnie. Już do końca rozgrywek nie wygrzebią się z dołów. A mógł być awans... Niestety nie wiem, jak cało to zdarzenie zakończyło się dla samych zainteresowanych.

 

* Mam pewne wątpliwości który, o ile w ogóle, był to zespół przedwojenny z Czerwionki. Być może chodzi o drużynę Strzelca Czerwionka, grającej w II lidze śląskiej.