Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
sobota, 31 lipca 2010

Bardzo przykra informacja pojawiła się w dzisiejszych mediach. W wieku 37 lat zmarł nagle Mariusz Jendryczko, jeden z bohaterów sensacyjnego awansu rezerw Ruchu do finału Pucharu Polski 1993, stając się drugim po ROW'ie II Rybnik, i ostatnim, jak do tej pory, takim zespołem w historii. W tamtej pamiętnej edycji od 1991 roku do finału (tak, tak! droga na Stadion Śląski trwała aż dwa lata!) rozegrał 11 meczy, strzelając 1 gola (paradoksalnie trafił w meczu z rezerwami GKS Katowice wygranym 4:3, paradoksalnie, bo finałową rozgrywkę przegrał później z... pierwszą drużyną GKS!).

Zawsze uważałem Mariusz za niezwykle utalentowanego i bardzo mnie dziwiło, że nie potrafił zaistnieć na dłużej w ekstraklasie. Zagrał w niej zaledwie 20 meczy, z czego trzy to epizod z 2004 roku, gdy przetrzebiony kontuzjami i kartkami (słynne derby z Górnikiem) zespół Ruchu wypożyczył na szybko właśnie Jendryczkę oraz Moskałę z BBTS Bielsko-Biała.

W jednym z archiwalnych wydań "Tempa" wspominając tamtą drużynę, tak go scharakteryzowano:

„Mariusz Jendryczko - Zdaniem Bibrzyckiego (szkoleniowiec drugiej drużyny Ruchu ze wspomnianego finału - przyp. MK), żywy przykład katorżniczej pracy na treningach. Praktycznie jako pierwszy się na nich meldował, jako ostatni odmeldowywał. Niestety, nigdy nie dane mu było dostąpić wielkich piłkarskich zaszczytów. Generalnie zawiódł. Teraz jego umiejętności futbolowe mogą podziwiać kibice IV-ligowej już Stali Bielsko. W Ruchu bardzo na niego liczono. Często dostawał szansę gry. Niestety, trafił w bardzo dobry okres Ruchu. Jego pech polegał na tym, że chorzowianie mieli wówczas wielu piłkarzy z papierami na granie...”

PS W drużynie Ruchu dostał jeszcze jedną szansę. Trafił do kadry przed sezonem 2004/05, zdążył rozegrać jeszcze 9 spotkań na zapleczu ekstraklasy...

piątek, 30 lipca 2010

Już jutro rusza 2. Liga w Czechach. Trudno jednoznacznie wskazać faworytów, zwyczajowo stawia się na spadkowiczów, ale nie tym razem. Kladno wyraźnie osłabiło się kadrowo a drużynie ze Střížkova nie wydano licencji i rozpoczną nowy sezon jeszcze stopień niżej (tu dwie ważne uwagi; a) sąd zakazał im używania nazwy "Bohemians"; b) cofnięto im karę ujemnych punktów z poprzedniego sezonu, będą mogli zatem rozpocząć z zerowym kontem). W tej sytuacji do awansu typuje się przede wszystkim wiecznie nie spełnionych Vysočinę Jihlava oraz Viktorię Žižkov (mocno za nich trzymam kciuki). Do tej dwójki dopasowuje się najczęściej Baník Sokolov oraz Duklę Praga. Tescoma Zlín, która miniony sezon zakończyła na trzecim miejscu podobno nie chce awansować z powodów finansowych. A być może ktoś zaskoczy wszystkich, jak ostatnio FK Ústí nad Labem?

Póki co, jedyne czego możemy być pewni to fakt, że "kto dotrze na Juliską z wuwuzelą, wejdzie za darmo"! W ten osobliwy i, po wciąż dudniącym w uszach doświadczeniu południowoafrykańskich mistrzostw, zaskakujący sposób włodarze Dukli próbują podnieść żałosną frekwencję na swoim stadionie. Gdy cały europejski futbolowy świat w przerażeniu oczekuje inauguracji ligowych zmagań w kolejnych krajach, pragnąc z zaciśniętymi kciukami odetchnąć wreszcie z ulgą, że ta plaga, szyderstwo z kibicowania, obrzydliwość i hałaśliwość nie przeniknie na nasze stadiony nawet argumentacja o jakimś tam pokrewieństwie dźwięku trąbek z wojskową tradycją klubu Dukli wydaje się całym obwodem na aucie.

Wuwuzela

Źródło: http://www.vuvuzely.cz/produkt/vuvuzela-fotbal-dukla/

Drugi pomysł jest znacznie ciekawszy. Otóż jeśli mecz na własnym boisku zakończy się wynikiem bezbramkowym, na kolejne spotkanie w roli gospodarzy pierwszych pięćdziesiąt osób, które okażą bilet z tego pozbawionego goli meczu zostanie wpuszczonych za darmo. Tylko, co klub przewiduje, jeśli poza biletem kibic będzie miał ze sobą wuwuzelę?

PS Być może nieco desperackie kroki działaczy 11-krotnego mistrza Czechosłowacji przestaną dziwić, jeśli przypomnę, że frekwencja z poprzedniego sezonu wahała się między 300 a 500 kibiców, a rekordowa widownia na derbach z Viktorią Žižkov wyniosła zaledwie 895 osób.
PS
1 Ciekawie wygląda sztab szkoleniowy Dukli: Luboš Kozel i Jan Suchopárek stanowili kiedyś o sile defensywy praskiej Slavii.

 

czwartek, 29 lipca 2010

Goście byli wyraźnie dojrzalszą drużyną, nawet gdy się bronili było to tylko pozorne oddanie inicjatywy, tak na prawdę wciąż kontrolowali przebieg wydarzeń. Ale Ruch zaprezentował się przyzwoicie, rzetelnie, na tyle na ile pozwoliło mu wyszkolenie zawodników w Polsce.

Dostrzegam jednak pewne plusy tej porażki. W drużynie „Niebieskich” jest kilku młodych zawodników, którzy, jak myślę, marzą wciąż o karierze, czyli o wyjeździe do dobrego zespołu zagranicznego (bo „kariera” w „najlepszej czwórce w Polsce” to może być tylko finansowa) przekonali się zatem, że profesjonalna piłka nożna polega na:
- konstruowaniu akcji w szybkim tempie. Ba! I to w ruchu jednostajnie przyspieszonym dla wszystkich ciał uczestniczących w ofensywie. Brakowało w Ruchu, ale to diagnoza dla całej ligi, aktywności każdego gracza zaangażowanego w atak.
- siła fizyczna to ważny element pojedynków indywidualnych. Nie wystarczy stoczyć pojedynek i upaść, dać się przepchnąć, fizycznie znieważyć – należy go dograć do końca z całą stanowczością. Tutaj polecam zasady dynamiki Newtona.
- współpraca w odpowiedzialnym ustawianiu się. Zgodnie z zasadą najmniejszego działania zachowanie się układu zależy od już wykonanych zachowań i jeszcze nie dokonanych. Często po zdecydowanie nieciekawym zagraniu jedni się zmagają, inni jedynie przypatrują.
- ciągłe pokazywanie się partnerom do gry. Przemieszczanie, czyli zmiana położenia ciała bardzo ułatwia piłkarskie życie, to truizm bardzo bolesny dla polskiego piłkarza i jego wytrzymałości ale przecież konieczny.
- odporność psychiczna – po trzecim golu zeszło z piłkarzy Ruchu powietrze, zjawisko niedopuszczalne w zachodnich rozgrywkach. Relaksacja, czyli pamięć materiału, musi umożliwić powrót do pierwotnego kształtu; oczywiście o ile materiał ma odpowiednie właściwości...
- pressing powinien być naturalnym odruchem po utracie piłki lub, wyjątek dla drużyn o niższym potencjale, po wkroczeniu rywala na bronioną połowę. Opór ruchu pomaga uniknąć kłopotów, jego brak – łechta przyjemnie nędzę i nieszczęście.
- kontratak najlepiej rozprowadzić do boku, a nie górną piłką na stoperów, czy indywidualną akcją. W emisji wymuszonej foton inicjuje proces, a nie jest pochłaniany.
- swoboda w kontaktach z piłką, wolna głowa, beznamiętne wykonywanie każdego zagrania. Ciśnienie względne bardzo przeszkadza w grze.
- dodajmy do tego efektywność – podania trafiają do nogi, nie w dwumetrowe pole, mierzone promieniem, od partnera.
- wygrywanie indywidualnych pojedynków, tak jak czynił to Juzunović. Ale akurat mechaniczny stopień swobodny w polskiej lidze zdarza się rzadko.

Większość z tych cech piłkarza przyzwoitego można doskonalić samemu (odbijając piłkę od  ściany, pracując na siłowni, ćwicząc spostrzegawczość); inne wymagają poważnego podejścia do codzienności zawodu. Tylko od nich zależy, czy z tej lekcji skorzystają...

Bywa czasami tak, że człowiek musi, musi sobie przypomnieć, co jeszcze bezimiennie krąży mu między uszami inaczej nie zaśnie. Znacie zresztą ten stan...

Od kilku godzin w głowie miałem jedno nazwisko: Heyne.
Heyne? Dirk Heyne? czy to nie ten, co...eee, na pewno?

Wreszcie znalazłem odpowiedzi na swe wątpliwości. Dość przekomarzania się z reminescencjami.
Tak, to był on, ale najlepsze jest kiedy i gdzie!

W normalnych okolicznościach nie pamiętałbym nazwiska gracza, który rozegrał zaledwie 24 mecze w Bundeslidze. Owszem, Heyne to legenda piłki wschodnio-niemieckiej, na wieczność wpisana w historię 1.FC Magdeburg, ale akurat od tej strony rzadko przyglądałem się niemieckiej kopanej.

W Borussii Mönchengladbach zadebiutował na tydzień przed swoimi 35 urodzinami, był to zarazem jego debiut w Bundeslidze! Mało tego, ponad rok przesiedział w rezerwach, żeby wreszcie się doczekać.

Oktoberfest 1992, leje się chłodne piwo. W obecności 64.000 ludzi Heyne wybiega w podstawowym składzie. Niemiecki klasyk, niewiele jest takich spotkań. Zaczyna się sensacyjnie, oto przedostatnia do tej kolejki Borussia wychodzi na prowadzenie w spotkaniu z liderem! Trafia niezawodny Criens i tak już zostaje do przerwy. Ale Bayern dysponował wtedy świetnym składem, za to goście jeszcze przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę musieli obmyślać plan ratowania się w "10" po drugiej żółtej karte dla Johnny'ego Mölby. Ożywienie wnosi młodziutki Mehmet Scholl, grą sprawnie kieruje Matthäus i już po 7 minutach od wznowienia Olaf Thon wyrównuje z rzutu karnego. Co jeszcze gorszego może spotkać Borussię? Grają w osłabieniu, tracą gola z wapna... Ale dzielnie się trzymają, walczą, szarpią; wytrzymują do 89 minuty, gdy reprezentant, Thomas Helmer, pakuje piłkę po raz drugi do bramki Heynego.

"Norma wypełniona. Co mecz to dwie w plecy. Zmiana bramkarza widać niewiele dała". Pewnie podobne myśli musiały krażyć po głowie Jürgena Gelsdorfa. I wtedy nastał wielki moment siwiejącego już nieco debiutanta...

Rzut rożny; kończy się 90 minuta, Heyne desperacko wbiega w pole karne gospodarzy. Niespodziewanie piłka spada mu pod nogi, szybki wolej w sam gąszcz zlepionych ze sobą ciał.

"O`zoapft is" zdało się słyszeć z Schottenhamela.

Strzał przebił się aż pod samą bramkę, Martin Max butem tylko zetarł kurz z piłki i rozpaczliwie interweniujący Aumann zaległ na murawie.

Jeszcze tylko kilkadziesiąt sekund. Jeszcze taktyczna zmiana i, nareszcie, koniec!
Dirk Heyne rozpoczął dziki taniec radości, ekwilibrystykę godną gimnastyka bądż cyrkowca, wokół milczącego stadionu.

Tak niezwykła okazała się Bundesligowa premiera Heynego. Warto było sobie ją przypomnieć, choćby dla pomarszczonej nostalgii...

Heyne w szalonej radości

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Heyne w szalonym uniesieniu po ostatnim gwizdku. Zszokowani gospodarze nie zdążyli jeszcze zmienić rezultatu na tabilicy wyników!
Źródło:
http://www.torhuetendefeldspieler.de/

Heyne w objęciach

Heyne w objęciach Martina Schneidera i Petera Nielsena.
Źródło: http://www.rp-online.de/niederrheinsued
/moenchengladbach/sport/borussia/
Aussergewoehnliches-muss-her_aid_702861.html


PS Na koniec sezonu Bayern przegrał tytuł z Werderem o jeden jedyny punkt, dokładnie ten, który zabrał mu Dirk Heyne!

wtorek, 27 lipca 2010

Jego syn wprawdzie tytułu dla ukochanego Hradca nie wywalczył, ale osiągnięciami iprezentowaną formą wyrósł na jedną z największych legend klubu. Pavel Černý bardzo późnozadebiutował w ekstraklasie, bo dopiero w wieku 25 lat, ot, specyfika klubów balansującychmiędzy rozpaczliwą walką o utrzymanie a heroicznym bojem o awans. I jaka to była premiera!Strzałem z rzutu wolnego pokonał Petra Kostelníka, solidnego bramkarza (trzy mecze w  kadrze), zawsze solidnej w epoce komunizmu Dukli Praga. Po zaledwie dwóch latach przeniósł się, nie bez problemów, do praskiej Sparty („Oferta przyszła jeszcze w czasach starego reżimu, w 1989. Musiałem czekać pół roku, by dostać pozwolenie na odejście” - wspominał po latach). To był chyba najlepszy jego okresy w karierze; Glasgow Rangers, Olimpique Marsylia, FC Barcelona, Dynamo Kijów, Benfica Lizbona, takich meczy się nie zapomina. Rewelacyjna Sparta bardzo pechowo przegrywa rywalizację grupową Ligii Mistrzów z Katalończykami i odpada; ale odpada dumnie, jako jedna z czterech najlepszych drużyn Europy. W tym samym czasie trafia do reprezentacji, rozgrywając swoje jedyne cztery spotkania. Po dwóch i pół roku niezwykle udanej przygody w najbardziej utytułowanym klubie Republiki Czeskiej (zdobywa dwa tytuły mistrzowskie oraz puchar kraju) wyjeżdża do Japonii, grając dla Sanfreece Hiroshima. Do ukochanego Hradca Králové wraca w 1994 roku, pozostając tam już do końca kariery. Żywa ikona klubu, najlepszy strzelec w historii drużyny ostatni raz wybiegł na boisko pierwszoligowe 10 maja 2002 roku. I znowu było to niezwykłe wydarzenie! Zaledwie po raz drugi w dziejach futbolu na tym poziomie ojciec spotkał się na boisku z synem! O ile jednak pierwszy taki przypadek miał formę symbolicznej zmiany pokoleniowej, gdy 17-letni wtedy Eidur Smári Gudjonsson (tak to ten sam, który później będzie godnie reprezentować takie kluby, jak Chelsea, czy FC Barcelona) ustąpił miejsca swemu ojcu, Arnorowi ( 24.04.1996 r, Estonia-Islandia 0-3), to w tym przypadku w linii ataku u boku Pavela Černého zagrał od pierwszej minuty jego syn, Pavel Černý junior. Wprawdzie wytrzymał z ostro, bo o ligowe życie, grającymi obrońcami drużyny z Blšan tylko 20 minut, ale wydarzenie było godne rozłąki z legendarnym zawodnikiem (swoją drogą to 39-letni senior był bliższy ustrzelenia czegoś w tym meczu, jedno z uderzeń wylądowało na słupku). Koniec kariery oznaczał właściwie definitywne zerwanie z piłką. Poza graniem dla przyjemności w niższych ligach (np. w Lázní Bohdaneč) nie zamierza przyjmować żadnych funkcji; jak sam opowiada, w futbol chciał grać, a nie zajmować się nim. Dziś pracuje w dziale dostawczym hradeckiej piekarni. Nie narzeka, chociaż ze względów zawodowych musiał opuścić zeszłoroczne tradycyjne sylwestrowe derby Sparta-Slavia, zmianę kończył dopiero o 3 w nocy...

Ojciec i syn

Pavel Černý - 11.10.1962
1987/88-1988/89, 1994/95-2001/02 SK Hradec Králové
1989/90-1991/92 Sparta Praga
Mistrzostwo Czechosłowacji 1990, 1991
Puchar Czechosłowacji 1992
Puchar Czech 1995
1.Liga 287/83
2.Liga 114/71
Liga japońska 67/25
Puchar Cesarza 7/5
Luchar Ligi 10/4
Liga Mistrzów 10/-
PMEK 2/0
PZP 6/2
Reprezentacja „A” 4/-
Reprezentacja „B” 2/-
Igrzyska Olimpijskie „Seul 1988” 1/-
Najlepszy strzelec ligowy w historii FC Hradec Králové (53 br.)
Najlepszy strzelec w historii pucharu krajowego FC Hradec Králové (21 br.)
W drużynie „Votroků” od 1979 roku (z dwuletnią przerwą na służbę wojskową 1981-83)
Puchar Czechosłowacji juniorów 1981
Ostatni ligowy gol: 25.11.2001, Blšany. FK Chmel-SK Hradec Králové 0:2, 90 minuta)

Pavel Černý ml. - 28.01.1985
2002-2009, 2010- FC Hradec Králové 1.Liga 3/1, 2.Liga 95/24, Puchar ČMFS 8/5
2009-2010 FK Jablonec 1.Liga 12/1

Na zdjęciu Pavel Černý z synem, przed swymostatnim meczem ligowym
Źródło:
http://ahaonline.cz/cz/sport/49603/comment?module=phorum&action=all

Jak zatem sobie poradzi i z mitem o ojcu i z twardymi łokciami obrońców Pavel Černý mladší? Do ligi tak naprawdę trafił dopiero teraz (nie liczą epizodu na wypożyczeniu w FK Jablonec oraz wspomnianego debiutu), w wieku... 25 lat, jak ojciec! Imię ma po ojcu. Jak ojciec też gra z numerem „9”. Jak ojciec strzela piękne, niezwykle efektowne bramki. Jak na ojca, tak i na niego wołają „Rum” (choć ojciec poprawia: „Ale mały rum”). Senior tak opisuje możliwości syna: „Będzie mu ciężko, by mnie dogonić. Musiałby pograć kilka lat w lidze. Najważniejsze, aby cała drużyna zaskoczyła. W chłopaku naturalnie coś tam drzemie, z tym że pierwsza liga to już coś zupełnie innego. Przebić się będzie znacznie trudniej”. I pierwsze dwie kolejki zdają się to potwierdzać. Podobne leniwe ruchy, niezła technika, wydaje się jednak, że gorsza skuteczność i mniejsza dynamika oraz umiejętności antycypacji wydarzeń, ale może to tylko takie nijakie początki. Ja mu życzę jak najlepiej.


PS To nie koniec opowieści o rodzinie Černých. W drużynie rezerw w formacji defensywnej grajeszcze młodszy brat Pavla, Jiří Černý.
PS1 Pavel Černý senior wspomina z duma, że gdy przyjeżdżał do Hradca Králové z zespołemSparty nikt go nie wyzywał, nikt nie zagwizdał. Niby rzecz całkiem zwyczajna, a jednak milezaskakuje. Sam jednak od razu dodaje: „To były inne czasy, myślę nawet, że mi kibicowali”.

Czterdziesta dziewiąta minuta meczu FC Hradec Králové – Bohemians 1905 Praga przeszedł do historii czeskiego futbolu, a i w światowych annałach rozpycha się zasadnie. Co właściwie wtedy się wydarzyło? Niby nic wielkiego, napastnik gospodarzy skutecznie wykonuje,rzut karny dość wątpliwy zresztą, ustalając ostatecznie stan rywalizacji na 1:1. Wprawdzie gospodarze wrócili do 1. Ligi po długich siedmiu latach, ale i swój debiut, i swe pierwsze zwycięstwo zanotowali tydzień temu (i to nie byle jakie, bo sensacyjne 2:1 z mistrzowską Spartą, które na dodatek zakończyło jej wyborną serię 33 spotkań bez porażki!). Tylko, że nie był to zwyczajny strzelec; gola zdobył Černý, Pavel Černý...

Słysząc to nazwisko każdemu kibicowi „Votroků” łezka się w oku zakręci, co najmniej 53 razy. Jeżeli traficie na człeka starszej daty możecie się spodziewać 1960 westchnień. Być może właśnie najmłodsza generacja fanów tego klubu przygląda się powstawania nowej legendy. Pierwszym z rodziny Černých, który ubierał charakterystyczny czarno-biały strój drużyny z Hradca Králové (wówczas Spartaka Hradec Králové) był Jiří Černý; początkowo napastnik, dość przypadkowo przekwalifikowany został na obrońce (jeden z podstawowych defensorów doznał kontuzji i właśnie on wskoczył na jego miejsce). To właśnie jego dwa gole w decydującym spotkania ze Slovanem Bratysława przypieczętowało zdumiewające mistrzostwo klubu ze stolicy kraju hradeckiego..

Jiri Cerny

Jiří Černý - 08.08.1932
1959/60-1963/64 Spartak Hradec Králové
1.Liga 128/9
PEMK 4/-
Mistrzostwo Czechosłowacji 1960

Tu cieszący się ze zwycięskiej bramki w sławatnym meczu ze Slovanem Bratysława, 1960 r. (2:1).
Źródło:
http://www.fchk.cz/photos/Gol%2013%20Caslav_nahled.pdf

 

poniedziałek, 26 lipca 2010

Wyrwa 1: i to dosłownie. 14 lutego 1945 r. w trakcie bombardowania Pragi jedna z bomb spada na stadion tworząc pokaźny krater w jednym z narożników boiska (i tak mogą mówić o szczęściu, stadion Slavii na Letné esesmani wysadzają w powietrze w trakcie walk praskiego powstania; SK Židenice Brno nie tylko miało zniszczony stadion ale i wszystkie obiekty klubowe!).

Wyrwa 2: w czasach komunistycznej hucpy do rangi folkloru urastało zmienianie nazw klubom sportowym (skąd my to znamy). Z Bohemians stali się więc Železničáři (1948), ale co gorsza w imię walki z kapitalistycznym wyzyskiem nakazano usunięcie napisu zdobiącego trybunę główną. Paradoksalnie spowodowało to (bardziej lub mniej pośrednio), że o boisku w Vršovicach ludzie znów zaczęli mówić Ďolíček!

Ale zdarzały się i milsze momenty. Na przykład rok 1951, w którym, aż trudno w to uwierzyć, zainstalowano wreszcie murawę z prawdziwego zdarzenia! Wcześniej futboliści musieli zmagać się na żwirowisku. Ten wyjątkowy debiut miał miejsce 18 marca 1951 r. w spotkaniu ze słowacką Žiliną (3:0). Dokładnie 15 lat później kolejny przełom – prawdziwe, sztuczne oświetlenie (istniała wcześnie prowizoryczna instalacja, nie potrafiąca jednak dostatecznie oświetlić boiska, zatem całkowicie bezużyteczna).

Wyrwa 3: 1968 r. - drewniana trybuna jest już w tak opłakanym stanie, że zabrania się korzystania z niej ze względów bezpieczeństwa! W dwa lata w miejsce starej, drewnianej konstrukcji powstaje nowoczesna, żelbetonowa trybuna na 3028 miejsc; w przeciwieństwie do poprzedniczki zajmuje całą długość boiska. Wraz z dalszymi renowacjami stadion odzyskuje blask.

Wyrwa 4: 2002 r. – zawaliła się trybuna stadionu.

Wyrwa 5: 2005 r. – klub bankrutuje; pojawiają się pierwsze pomysły o wyburzeniu Ďolíčka i wykorzystania terenów pod inne inwestycje. Usunięto słupy oświetleniowe, które groziły zawaleniem (aż do 2008 roku nie można tam było rozgrywać spotkań po zmierzchu).

Wyrwa 6: 2007 r. – kolejny raz uszkodzona jest trybuna! Tym razem w efekcie wichury.

Wyrwa 7: 2010 r. – większościowi udziałowcy klubu postanawiają przenieść drużynę z legendarnego miejsca do Synot Tip Areny. Właścicielem obiektu jest firma E-Side; z obiektu dotychczas korzystała Slavia Praga, zresztą specjalnie pod tę drużynę został on zaprojektowany (barwy, slogany, sklepy, szatnie etc). Najsmutniejsze, że po tych wszystkich zawirowaniach, większych lub mniejszych zagrożeniach dla funkcjonowania Ďolíčka, tak naprawdę nikt nie uzyskał jednoznacznej informacji o powodach tak bestialskiego unicestwiania sławnego boiska. Sprzeczności i labirynty stawiane są przez pana Oravca oraz prezesa klubu Lukáša Přibyla. Aby stadion spełniał nie tylko wymogi licencyjne, ale nawet standardy programu czeskiej federacji piłkarskiej „Stadion 2012”, zdaniem przewodniczącego Komisji ds stadionów i trawników, Petra Voženílka, wystarczy zainstalować podgrzewaną murawę, niezbędną do dopuszczenia obiektu do rozgrywek (koszty w granicach 10-16 milionów koron, dlatego żenująco brzmią wykręty o niemożności realizacji inwestycji z powodu... niewłaściwego przepływu dokumentów; podobny warunek spełnił już stadion Baniku Ostrava). Ale zarządcy wskazują na koszty utrzymania; pomimo, że firmy współpracują, klub musi płacić, a właściwie powinien. Zadłużenia sięgać mają kilku milionów; wynajęcie stadionu w Edenie ma być tańsze o ok. 40% (trudno ustalić o jakie sumy chodzi; nieoficjalnie mówi się o kwotach 500.000 koron za miesięczne użytkowanie lub 100.000 za wynajem tylko w dniu meczu, z kolei Ďolíček ma pochłaniać ok. 12 mln rocznie). Problem w tym, że radni Pragi 10 chcieli odkupić obiekt i odpowiednio wyremontować, ale właściciele, przecież powiązania z Bohemką, a zatem winni działać na jej korzyść, odrzucili ok. 55 milionową propozycję! Tajemnicą poliszynela jest, że niezwykle atrakcyjne tereny stanowią łakomy kąsek dla firm deweloperskich.

I tak oto jedni z najlepszych kibiców po drugiej strony Olszy zostali wyeksmitowani. Niby umowa opiewa na pięć lat, ale można bez większego ryzyka postawić tezę, że Ďolíček został już uśmiercony. Teoretycznie sytuację mogłaby uratować pokaźna kwota 70 milionów koron, jaką za Jana Morávka zobowiązane jest zapłacić Schlake 04; problem w tym, że nie wie na czyje konto przelać pieniądze! (to efekt trwającego sporu o prawa do posługiwania się nazwą „Bohemians”. Po ogłoszeniu upadłości i licytacji dóbr istnieją trzy podmioty tytułujące się imieniem „klokanů”! Sam Morávek grał dla tej jedynej właściwej Bohemky, ale klub musi oczekiwać wyroku sądowego...). Fanom pozostają więc desperackie akcje protestacyjne. Jedną z form jest dwustronny bojkot Synot Tip Areny. Dwustronny, bo i zwolennikom Slavii nie jest w smak dzielenie się stadionem, zwłaszcza z lokalnym rywalem (w końcu to vršovické derby!).

A na koniec oddajmy jeszcze słowo panu Oravcowi: „Kiedyś wszystko im (kibicom – przyp. MK) przejdzie”.

Czy zatem definitywnie jest już przesądzone, że Ďolíček podzieli los takich stadionów jak Letna, przedwojenny stadion Slavii, który został zburzony, by mógł tam powstać pomnik Stalina, boisko ČAFC Praha na Královských Vinohradech, czy niedawno zlikwidowany stadion SK Smíchov (późniejsza Tatra) przy moście kolejowym? Oby nie...

PS Jak bolesny może okazać się zjednoczony bojkot oba kluby już zdążyły odczuć. Przede wszystkim sprzedano zdecydowanie mniej, bo aż o 2/3, karnetów. Również sama frekwencja na słynnych praskich derbach, które zawsze należały do najatrakcyjniejszych spotkań, była wyraźnie niezadowalająca. Na inaugurację ligi stawiło się zaledwie 5 623 widzów; dla porównania statystyki zeszłorocznych bojów: w Edenie 13 441 osób (tj. 65% pojemności obiektu), w Ďolíčku komplet, 7 500!

PS1 Kibice Bohemky walczą jeszcze w inny sposób. Gromadzą dzielnie pieniądze na ewentualny remont stadionu, jeśli miastu jednak uda się go odkupić. Do akcji włączył się między innymi Ivan Trojan, aktor i założyciel „Drużyny kibiców Bohemians”.

PS2 Te wszystkie perypetie niech stanowią przestrogę dla polskich klubów. Powstające, imponujące obiekty nie będą własnością ligowych drużyn, ale firm, które zechcą na nich zarabiać; mam spore wątpliwości, czy bilans wynajmu będzie szczególnie dla nich korzystny...

Zawsze trafia mnie szlag, gdy futbolową tradycję traktuje się jak piąte koło u wozu wyczyniając przy tym lingwistyczne „salto mortale”. Słyszeliście bezczelność Ondreja Oravca, prezesa firmy mającej większościowy udział w Bohemians Praga? Problem utraty legendarnego Ďolíčku przyrównał do przenosin Arsenalu z Highbury na Emirate Studium! Sardoniczność polega na tym, że „Kanonierzy” mają nowoczesny, wspaniały obiekt, a „Kangury” stały się bezdomne...

Ďolíček, wyjątkowy obiekt ze względu na panującą na nim atmosferę oraz zachowaną praktycznie do dziś pierwotną, przedwojenną architekturę to prawdziwy symbol klubu z Vršovic. Był świadkiem ich sukcesów (ze wspaniałym sezonem 1982/83), ale i bolesnych upadków (aż dziewięciokrotnie Bohemka spadała z ligi). Ale zawsze przy tym był... No prawie zawsze. Mało kto wie, że to nie jest ten najpierwszy Ďolíček!

Klub, prowincjonalny i biedny u zarania (tramwaje kończyły tam trasę), początkowo błąkał się po innych obiektach; dopiero z czasem Jaroslav Waldes, właściciel popularnej firmy Koh-i-noor wykupił, wraz z kasą kredytową Občanská záložna, tereny pod stadion dla AFK Vršovice, bo tak wówczas brzmiała nazwa zespołu. Obiekt powstał rękami członków klubu w pobliżu firmy Tesla Vršovice na ulicy Kopenhaskiej (Kodaňské ulici) w tak zwanym dołeczku; Dołeczek to właśnie ďolíček, i tak oto z prozaicznej przecież przyczyny powstała jedna z najbardziej rozpoznawalnych czeskich, piłkarskich nazw! Stadion, otwarty 19 sierpnia 1914, nie mógł imponwać, poza miejscem dla widowni, skromną trybuną główną, niewymiarowym boiskiem oraz barakiem dla obu drużyn, było tam wprawdzie ogrodzenie, uważane wówczas za rarytas, ale jako całość prezentował się ubogo (co ciekawe, kilka metrów dalej i kilkadziesiąt lat później w Edenie powstał stadion Slavii Praga); tuż za płotem znajdowały się koszary vozatajské, żołnierze ćwiczyli na boisku równie ochoczo, co piłkarze (wtedy „oficjalnie” wciąż o statusie amatorów).

Trybuna VIP'owska w starym Ďolíčku

Trybuna VIP'owska w starym Ďolíčku podczas premierowego międzynarodowego meczu, AFK Vršovice - Simmeringer SC, 30.9.1917 (1-3). Źródło:
http://www.rvibohemkapage.wz.cz/dolicek_historie.htm


Przełomowy dla klubu okazał się rok 1927 i słynny wyjazd do Australii. Bohemka zyskuje nie tylko nazwę ale również nieprawdopodobną popularność. Ludzie tak bardzo zapragnęli oglądać ich mecze, że podczas spotkania derbowego z praską Spartą (1930 r.) pod naporem kompletu, 6 tysięcy widzów, zaczyna się walić ogrodzenie! Był to decydujący czynnik wpływający na powstanie nowego stadionu. Tym razem darczyńcą okazał się tuz finansjery i prezes Vršovické záložny, Zdeněk Danner. Lokalizacja znowu okazuje się dość oryginalna (w przyszłości sprawi to niemało kłopotów) – z jednej strony ulica i budynki, z drugiej potok Botič (podobno istniały plany by... zmienić koryto potoku dla dobra stadionu!).

Projekt stadionu autorstwa A. Wojevody. Źródło: http://www.rvibohemkapage.wz.cz/dolicek_historie. htm

Projekt stadionu autorstwa A. Wojevody.
Źródło:
http://www.rvibohemkapage.wz.cz/dolicek_historie.htm

Ostatnie prace przed bramą wejściową. Źródło: http://www.rvibohemkapage.wz.cz/dolicek_historie. htm

Ostatnie prace przed bramą wejściową.
Źródło:
http://www.rvibohemkapage.wz.cz/dolicek_historie.htm

Nowy obiekt z wielką pompą zadebiutował 27 marca 1932 roku dwumeczem Bohemians-Slavia (1:3) i Viktoria Žižkov-Teplitzer FK. Strzelcem pierwszej bramki był Franci Svoboda za co został nagrodzony złotym zegarkiem. Mecz oglądał komplet, 18 tysięcy widzów, a dziesiątki tysięcy (tak, tak!) musiało zadowolić się relacją radiową.

Okolicznościowa pocztówka z okazji otwarcia nowego Ďolíčku. Źródło: http://www.rvibohemkapage.wz.cz/dolicek_historie. htm

Okolicznościowa pocztówka z okazji otwarcia nowego Ďolíčku.
Źródło:
http://www.rvibohemkapage.wz.cz/dolicek_historie.htm

Inauguracyjny mecz Bohemians-Slavia. Źródło: http://www.rvibohemkapage.wz.cz/dolicek_historie. htm

Inauguracyjny mecz Bohemians-Slavia.
Źródło:
http://www.rvibohemkapage.wz.cz/dolicek_historie.htm

Spostrzegawcze oko pewnie już wychwyciło. Stadion naturalnie nie nazywał się Ďolíček, nikt tej potocznej nazwy nie używał. Oficjalnie, i takie hasło widniało na trybunie głównej, mianowano obiekt jako „Dannerův stadion Bohemians“ na cześć osoby bez której by nie powstał; zdrobniale zaś mówiono Dannerák.