Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
piątek, 25 marca 2011

Pamiętacie tę słynną scenę?

Mniej więcej takie bywały nastroje społeczne odnośnie ludzi o ciemniejszej karnacji. Towarzyszyła temu ciekawość, która zawsze pojawia się tam, gdzie nowe, nieznane, egzotyczne, na swój sposób tajemnicze (czasem jednak zostaje przegoniona przez lęki).

Właśnie z tego założenia w sierpniu 1921 roku wyszedł niemiecki klub z czeskiego miasta Most. Most nazywał się wówczas Brüx; trudno dziś ustalić o który dokładnie klub chodzi. W mieście z północno-zachodnich Czech istniały co najmniej dwie drużyny – utytułowany DSK, założony już w 1905 roku oraz czerwono-niebiesko-biali z FK Schwalbe o znaczeniu bardziej prowincjonalnym. Być może funkcjonował już DFK Sportbrüder, ale głowy nie daję. Czescy kronikarze historii futbolu nie ustalili dokładnej daty założenia tychże*. Próbowałem wyjaśniać to z pewnym czeskim historykiem sportu, bezskutecznie...


A teraz najciekawsze. Pomysł na podreperowanie finansów był nadzwyczaj oryginalny. Otóż klub z Brüx postanowił pomalować swoją rezerwową drużynę na czarno i zaanonsować wszem i wobec, że zakontraktowali na sparing „Jedenastkę Murzynów”! Jak wiadomo w latach przedwojennych gry towarzyskie były jednym z głównych źródeł utrzymania klubu piłkarskiego a taka okazja działała przecież, jak lep na muchy. Na prawdę! Dzięki intensywnemu reklamowaniu zawodów na stadionie zjawił się wielotysięczny tłum, co zaskoczyło wszystkich. I byłoby pięknie, gdyby nie pewien szczegół – jak tylko piłkarze nieco pobiegali, zaczęli się intensywnie pocić,a z potem spływał cały misterny plan. Kibice byli wściekli. Za ten numer, który im wykręcono zawodnicy zostali porządnie pobici, a przeciwko klubowi wniesiono oskarżenie o oszustwo finansowe! Nie potępiano ich jednak zupełnie; jeden z austriackich tygodników sportowych był zachwycony ciekawym pomysłem żałując, że „Brüx miał ogromnego pecha”. Założenie było przecież proste i naturalne, skoro sami zawodnicy tego klubu nie są w stanie spowodować odpowiedniego zainteresowania, należy sprowadzać atrakcyjnych rywali. Trudno liczyć na to, że co niedzielę zawita w gości nowa drużyna z Wiednia, „dobry pomysł z Murzynami” (Negerideegut) był przede wszystkim tani! Takiego niezwykłego pomysłu nie wymyślono od dawna! - zachwycała się wiedeńska prasa.

 

* W herbie klubu w pewnym momencie pojawiła się data 1936, jednak nie jest ona przyjmowana za rok powstania DFK.

piątek, 18 marca 2011

Już tylko chwila dzieli nas od 94 ligowych Wielkich Derbów Śląska. Obie drużyny tej wiosny strasznie się zbabiały, że się tak wyrażę; stały się wyjątkowo chimeryczne, kapryśne prezentowaną formą, raz kuszące, innym razem przyprawiające o migrenę. W pierwszej kolejce nowego roku obie zagrały na zero i tak też się przedstawiły; nieco niewyspane po zimowym śnie, narzekające na zimno i zarzucające na siebie kołdrę po sam koniuszek nosa, że nic a nic, nie można było dostrzec, nawet kształtów okrągłych… Druga runda gier postarała się o kontrast, jak między filmem kolorowym, a czarno-białym. Efektowne zwycięstwo Górnika przy biernej postawie Chorzowian, tak biernej, że aż boki (obrony) można było zrywać, stawiało w roli faworyta dzisiejszego meczu właśnie Zabrzan; ale już po tygodniu nastąpiła weryfikacja. Górnicza jedenastka stała się uczestnikiem jednego z najsłabszych ligowych spotkań, przerażającego niedokładnością i brakiem podstawowej edukacji piłkarskiej; „Niebiescy” z kolei dość pewnie i jednoznacznie uporali się z Bełchatowem i właśnie dlatego, zarazem tylko dlatego, daję im dzisiaj większe szanse na prestiżową wiktorię.

Niestety, zamiast rozprawiać o taktycznych zawiłościach, atutach i niedostatkach, składach, terminach, statystykach, znakach na niebie i szczęśliwych monetach przez media przetoczyła się jakaś irracjonalna dyskusja, podszyta chichotem, o straszliwym niebezpieczeństwie. Zrobiło się niemal szekspirowsko (zwłaszcza, gdy wyjrzymy za okno, brakuje tylko grzmotów i niespokojnego rżenia koni); to trąbienie na alarm, bicie w dzwony, przestrogi, apele, nawoływania i majstrowanie przy wywoływaniu histerii bardzo mnie ubawiła. Skończona niedorzeczność; groteska, farsa, facecja, krotochwila... Szkoda jedynie, że skonstruowany na żabi kształt problem zawłaszcza przestrzeń publiczną, zupełnie bez sensu.

Gdybym miał się odnieść do tych przepychanek, pstryczków, ciosów, razów i kuksańców wzajemnych, zabrałbym się do tego z zupełnie innej strony. I guzik mnie obchodzi, czy są to wybryki smarkaczy niedorosłych do swych funkcji, czy wyrachowane zagrania, precyzyjne uderzenia, kontrujące sierpowe. To co najbardziej dało się zauważyć to… ciągle pojawiające się w mediach nazwy obu klubów! Paradoks tych zajść, bo jeszcze nie wydarzeń, polega na tym, że znakomicie promieniują odrębnością Górnika i Ruchu i bynajmniej nie mam na uwadze semantycznego, historycznego, osobowego, czy jakiegokolwiek innego znaczenia. Odrębność, tylko tyle. Zaczynam poważnie zastanawiać się, czy w ten sposób oba front nie byłby w stanie pokusić się o polaryzację, nazwijmy to, rynku kibicowskiego. Kibic to taki organizm, który żywi się emocjami. Pozorny lub rzeczywisty konflikt mógłby spowodować znaczący przypływ nowych fanów, jeśli nie na zasadzie całkowitej afirmacji, to przynajmniej jako realne przeciwieństwo, obstrukcja i przekora. Utożsamianie się oparte na poczuciu odmienności od nich nie jest ani czymś nowym, ani psychologicznie niewytłumaczalnym. Z ciekawości można przytoczyć przykład niemieckiego regionu Nadrenii Północnej-Westfalii, regionu nazbyt dużego, by zwykłą kalkę przyłożyć do Górnego Śląska; pamiętajmy, zamieszkuje go ponad osiemnaście milionów mieszkańców, a jedynie Kolonia, jako miasto, zbliża się zaludnieniem do choćby jednego z nich. Jeśli jednak przyjrzymy się uważniej i zaczniemy analizować sympatie klubowe, a wcale nie potrzeba do tego szkła powiększającego, podział jest aż nadto widoczny. W Westfalii znaczenie mają tylko dwa kluby, Borussia Dortmund oraz Schalke 04 Gelsenkirchen, i nikt mi nie powie, że ta rywalizacja sprowadza się jedynie do wielkości widowni. Tam wręcz wrze, kto jest lepszy! Pod względem frekwencji są jeszcze dwa inne kluby, tym razem z Nadrenii Północnej, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że waśnie, wzajemna niechęć i imidżowskie utożsamianie jest jeszcze znaczniejsze; chodzi naturalnie o zespoły 1.FC Köln i Borussii Mönchengladbach. Charakterystyczne, że chociaż w całym regionie są i większe miasta (poza Kolonią) i inne kluby, które występują/-owały w Bundeslidze, żadnych innych porównywalnych w emocjach par nie da się złożyć; od biedy można do drużyn nadreńskich dokooptować Fortunę Düsseldorf, można jeszcze wzmiankować o nieustającej potrzebie (słusznej wg mnie;)) przypominania innym, że Es gibt nur Eine Borussia ale jakieś Bochum, Bielefeld, Dusiburg, Essen, Wuppertal, Oberhausen, czy, na Boga!, Leverkusen? Bez jaj... Zwłaszcza ci ostatni to swoisty fenomen. Od lat osiągają większe sukcesy niż np. „Kozły” i „Źrebięta”, ale gdy rozbudowywano im stadion tylko odrobinkę przekroczono pojemność 30 tys. Czy zatem Górnik i Ruch mogą spróbować tymi wojenkami podjazdowymi zawłaszczyć sobie aż tak zdecydowanie przychylność miłośników piłki nożnej? Nie jestem w stanie odpowiedzieć; tylko nimi zapewne nie, ale łącząc to z dodatkowymi elementami, uzupełniając o różne eventy, kto wie... jakby nie patrzyć, to wzajemne bekjendy, forthendy i smashe całkowicie w cień odsunęły problemy Polonii Bytom, czy derbowe spotkanie GKS Katowice z Piastem Gliwice!

Najwyższy czas, by powrócić do samego wydarzenia. Nie wiem, czy ktoś się zorientował, ale mija równo 55 lat od pierwszego ligowego spotkania Górnika z Ruchem! Dokładnie 18 marca 1956 roku obie flagowe ekipy śląskiej piłki zmierzyły się w dziewiczym dla Zabrzan spotkaniu ekstraklasowym! Górnik wygrał 3:1 (2:1) po dwóch bramkach Jankowskiego oraz trafieniu Fojcika. Dla Ruchu honorowego gola strzelił Alszer. Oto jak relacjonował to wydarzenie „Przegląd Sportowy”:

Nie tyle przegrana Ruchu, ale sposób, w jaki chorzowianie ulegli Górnikowi jest rewelacją spotkania. Wynik bowiem nie mówi jeszcze wszystkiego tego, co działo się na boisku. Przez 90 min. spotkania na rozmokłej murawie widzieliśmy właściwie piłkarzy tylko jednej jedenastki, mianowicie Górnika, którzy grając niesłychanie ambitnie, nie pozwolili Ruchowi nabrać rozpędu.
Motorem wszelkich akcji zaczepnych Górnika był doskonale dysponowany Jankowski. Środkowy napastnik górniczego ataku czuł się wyśmienicie na rozmokłym terenie, potrafił prowadzić piłkę i celnie ją adresować, a przede wszystkim strzelać. On zmusił Wyrobka do dwukrotnej kapitulacji. Na plus Jankowskiego należy zapisać również to, nic nie robił sobie z defensorów Ruchu, ogrywał ich w nielitościwy sposób i mimo, że był pieczołowicie pilnowany, często niepokoił Wyrobka.
„Bombowy skład” Ruchu nie miał tym razem za wiele do powiedzenia. Renomowani piłkarze z Chorzowa nie pokazali niczego specjalnego. Nie potrafili oswobadzać się ze zdecydowanej kontroli piłkarzy Górnika, którzy jak oka w głowie strzegli swych podopiecznych. Mecz był w sumie ładny, bowiem drużyna gospodarzy, nie bacząc na rozmokły teren grała bardzo ofiarnie i dała z siebie wszystko, na co było ją stać. Natomiast chorzowianie zdradzali wyraźną niechęć do gry. Źle czuli się na błotnistym terenie, ale najważniejsze było to, że do gry włożyli za mało serca.

Podam jeszcze historyczne składy pierwszego WDŚ:
Górnik: Kaczmarczyk, Cymerman, Franosz, Hajduk, Olejnik, Nowara, Fojcik, Jankowski, Czech, Wiśniowski.
Ruch: Wyrobek, Gebur, Bartyla, Bomba, Suszczyk, Pieda, Pala, Pohl, Alszer, Cieślik, Wiśniewski.
Sędziował arbiter Paszkowski (Warszawa), widzów: 30,000.

Pierwsze spotkanie obu drużyn w Chorzowie również było wyjątkowe. Derby rozegrano na Stadionie Śląskim 5 sierpnia 1956. Była to inauguracja ligowa giganta! Ruch zrewanżował się za porażkę na inauguracje ligi zwyciężając 2:1 (0:1). Bramki uzyskali Cieślik i Droździok dla „Niebieskich” oraz Jankowski dla pokonanych. Oddajmy znowu głos relacji „PS”:

Gdyby nie deszcz, który na godzinę przed rozpoczęciem podwójnego meczu nie przeszedł nad Śląskiem, kto wie czy na nowym śląskim stadionie nie znalazłoby się więcej widzów. W każdym razie ci, co się stawili nie żałowali ryzyka: po pierwsze dlatego, że deszcz był przelotny, po drugie, że piłkarze Ruchu dali piękny pokaz. Suchy wynik nie mówi wcale o tym, jak wielka była przewaga Ruchu zwłaszcza w drugiej połowie, kiedy szły falowe ataki na bramkę Machnika, który musiał się dwoić i troić, aby sprostać nadmiernemu zadaniu. Bramkarz Górnika ma poważny udział w tym, że tylko dwa razy napastnicy Ruchu znaleźli drogę do siatki Górnika. Ruch po powrocie z obozu znajduje się w dobrej formie. Zespół jest zgrany, dobrze przygotowany pod względem kondycyjnym. Cieszy przede wszystkim dobra forma strzelecka Cieślika, który gradem celnych strzałów popisał się na stadionie Śląskim. Gra Ruchu była przyjemna dla oka, a piłkarze tej drużyny wielokrotnie zbierali oklaski za udane pociągnięcia.
Górnik nie miał tym razem wiele do powiedzenia. W pierwszej połowie trzymał się jeszcze jako tako, zawodnikom otuchy dodawał fakt, że prowadzili po strzale Jankowskiego 1:0. Gdy jednak Ruch przystąpił do zdecydowanego natarcia, zabrzanie oprócz rozpaczliwej obrony nie potrafili nic innego przedsięwziąć. Duże trudności sprawiało im pilnowanie debiutującego w drużynie Ruchu Poloka, który do gry włożył olbrzymią dozę ambicji popartą zresztą wcale niezłymi umiejętnościami.

I jeszcze składy:
Ruch: Wyrobek, Ksol, Bartyla, Bomba, Suszczyk, Pieda, Alszer, Droździok, Cieślik, Polok, Pala.
Górnik: Machnik, Cymerman, Franosz, Hajduk, Nowara, Olejnik, Fojcik, Gawlik, Jankowski, Czech, Wiśniowski.
Sędziował pan Mytnik z Krakowa, widzów: 60,000!

Tak wspaniała frekwencja była możliwa również dlatego, że był to swoisty dwój-mecz. Wcześniej na płycie Śląskiego zmierzyły się jedenastki AKS Chorzów i Cracovii. Warto i temu spotkaniu poświęci trochę uwagi. AKS zwyciężył 1:0 po golu Krawiarza jeszcze z pierwszej połowy. Było to niezwykle szczęśliwe zwycięstwo „Koniczynek”, krótka notka z tego meczu w „PS” jednoznacznie nas o tym przekonuje:

Więcej szczęśliwe inż. Zasłużone zwycięstwo odnieśli chorzowianie. Już w pierwszej połowie poszczęściło się Szołtyskowi, który w 38 min. obronił rzut karny egzekwowany przez Kolasę. Po zmianie stron, gdy przewaga gości przerodziła się w oblężenie bramki, jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności, słupki i poprzeczki, uratowały AKS od utraty bramek, których nie potrafił zdobyć nieudolny pod względem strzeleckim atak Cracovii. Remis byłby raczej sprawiedliwy.

Składy,
AKS: Szołtysek, Kalus, Wieczorek, Janczewski, Bednarek, Widera, Skrzypiec, Weczerek, Pilarek, Krawiarz, Olszówka.
Cracovia: Michno, Gołąb, Mazur, Glimas, Malarz, Kolasa, Rajtar, Feliks, Radoń, Kasprzyk.
Widzów 50,000.

 

PS W dwóch pierwszy meczach WDŚ aż trzy gole uzyskał snajper Jankowski; dziś również Jankowski ma okazję coś ustrzelić. Ale heca, to by była przedziwna klamra tej opowieści!

poniedziałek, 14 marca 2011

Finał

Sądny dzień. Wspaniała seria sensacyjnych triumfów Ślązaków, triumfów wzbudzających podziw, szacunek i nietęgie miny fachowców doprowadziła kopciuszka do ostatecznej rozgrywki. Natchniony zespół naszego regionu miał stawić czoła jeszcze jednemu, ostatniemu już rywalowi. Te wszystkie cudowne mecze byłyby niczym, gdyby drużyna pokpiła decydujące spotkanie, sprowadziłby się jedynie do kiwania głową z niedowierzaniem i ironicznego śmiechu. Ale wiara i duch zespołu były już dostatecznie dorodne i polerowane każdym kolejnym zwycięstwem, by mikroprodukacja każdego elementu tej cudownej jedenastki osiągnęła najwyższe stadium. Wraz z drużyną do Drezna udała się bardzo liczna rzesza kibiców ze Śląska, podobnie jak piłkarze upojona tym niezwykłym marszem do finału.
Po przeciwnej stronie drugi najpotężniejszy zespół całego pucharowego szlaku. Równie jak Austriacy płodny dla reprezentacji Niemiec – Bawaria. Wprawdzie Bayern Monachium nie osiągnął supremacji, którą znamy z dzisiejszych czasów, należał jednak bezapelacyjnie do ścisłej czołówki; podobnie Augsburg, TSV 1860, czy 1.FC Nürnberg; warto wspomnieć także o zespołach, które dzisiaj z trudem kojarzymy, SSV Jahn Regensburg, 1.FC Schweinfurt oraz drugą ekipę z Norymbergi, BSG WKG Neumeyer, rewelacyjnego beniaminka. O sile tej Wielkiej drużyny świadczy fakt, że w jedenastce szykowanej na Ślązaków znalazło się dziewięciu graczy z przeszłością reprezentacyjną, w tym ośmiu aktywnych. Zwłaszcza środkowa linia, którą tworzyła znakomita trojka Kupfer, Goldbrunner, Kitzinger miała być piekielną machiną na wszystkie atuty rywali, rutyniarze, którzy znaleźli się właśnie w kadrze na mecz z Italią we Florencji*.
Prasa przewidywała szanse Śląska dość ostrożnie, ale ich nie odbierała, jeśli jednak drużyna z Monachium i okolicy zagra swoje to...

Reprezentacja Śląska przed finałowym meczem

Reprezentacja Śląska przed meczem finałowym.
Źródło: Schmidt J.: Początki i rozwój sportu w Gliwicach (1797-1944). Cz.2. Gliwice, 2004, s. 366.

Mecz rozegrano 5 marca na obiektach drezdeńskiego kompleksu sportowego Ostragehege. Piękna słoneczna, przyjemna pogoda sprowadziła na trybuny 40,000 ciekawskich. O bardzo licznej grupie zwolenników Śląska już było; także kibice z Bawarii, choć w mniejszej liczbie, stawili się, by wspierać swych pupili. Wśród gości dostrzeżono znakomite osobistości, z Szefem Sportu III Rzeszy, Hansem von Tschammer und Osten, urodzonym zresztą w Dreźnie oraz Gauleiterem (czyli naczelnikiem okręgu) Monachium, ministrem Adolfem Wagnerem.
Wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego Pfütznera tłum, wyczekujący wydarzenia w napięciu, zaczął wspierać jedenastkę śląskich herosów, a ci, jakby natchnieni zepchnęli faworyzowanych rywali do głębokiej defensywy. To naprawdę zrobiło na wszystkich wrażenie, zwłaszcza, że w pierwszej połowie Ślązacy musieli grać pod bardzo silny wiatr, co utrudniało rozgrywanie akcji. Dominowały jednak cechy wolicjonalne, wola walki, duch zwycięstwa, jedność zespołu, odwaga, wytrwałość... drużyna była także bardzo dobrze zgrana, przyzwyczajona do jednego systemu; w końcu aż siedmiu z nich na co dzień reprezentowało barwy Vorwärts Rasensport Gleiwitz**. Renomowani obrońcy bawarscy trudzili się setnie próbując powstrzymać szaleńczy napór w większości przecież anonimowych piłkarzy. O dziwo Ślązacy również pod względem technicznego przygotowania zupełnie nie ustępowali reprezentantom Niemiec, grając szybko i dokładnie. Sen zaczął się ziszczać w 26 minucie. Wtedy to prawoskrzydłowy Plener uzyskał prowadzenie dla outsidera. Faworyt próbował szybko odpowiedzieć; szczególnie aktywny był Lehner, który siał spustoszenie w szeregach Śląska. Na nic zdały się jego próby, skoro koledzy marnowali wypracowane przez niego okazje. Pozostawały im zaledwie kornery, z którymi twardo grająca defensywa z Koppą i Kubusem na czele świetnie sobie radziła. Po krótkim zrywie inicjatywę znowu przejęli Ślązacy i właściwie zdobyli drugiego gola, którego zobaczyli wszyscy uczestnicy meczy oraz widzowie poza jednym panem. Był nim sędzia, a akurat to w futbolu ma cholernie duże znaczenie. Była 36 minuta gry, gdy po zamieszaniu w polu karnym Bawarii czterech, czy nawet pięciu zawodników Śląska starało się dosłownie wepchnąć piłkę do siatki. Widownia już zaczęła gratulować Ślązakom kolejnej bramki, jednak oblicze karlowarskiego arbitra pozostało niewzruszone, a gra była kontynuowana. Do przerwy nic się już nie zmieniło i skromne, jednobramkowe prowadzenie odprowadziło śląską jedenastkę do szatni.

Walka trwa. Fragment meczu finałowego.

Walka trwa. Fragment meczu finałowego.
Źródło: „Das Kleine Blatt”, 12.03.1939.


Po zmianie stron oczekiwano diametralnie odmiennego obrazu gry. Nic z tego! Próba generalna przed Włochami wciąż zupełnie nie wychodziła internacjonałom z południa Niemiec! Minęły zaledwie trzy minuty a to Ślązacy cieszyli się po raz drugi! Ostre, kąśliwe uderzenielewoskrzydłowego Renka znakomity bramkarz Jakob jedynie wybił przed siebie, Pawlitzki nie ryzykując pomyłki odegrał futbolówkę do lepiej ustawionego Schaletzkiego, a ten, pomimo rozpaczliwej interwencji golkipera wpakował piłkę do siatki.

Drugi gol dla Ślaska. Strzelcem Schaletzki.

Drugi gol dla Śląska. Strzelcem Schaletzki.
Źródło: „Westpreussische Zeitung”, 07.03.1939.

Bawarczycy jakby nagle się ocknęli. Przyspieszyli grę, zaczęli masowo atakować, a że i Ślązacy nie odpuścili ani na cal, gra zrobiła się niezwykle dynamiczna, widowiskowa i pełna napięcia. Jednak cały wysiłek Śląska w jednej chwili mógł trafić szlag. Wielokrotnie defensorzy faworyta, z bezsilności, a może i bezczelnego wyrachowania, polowali na kości środkowego napastnika, Pawlitzkiego, aż dopięli swego. Śląsk musiał kończyć mecz w dziesięciu!*** Napór na bramkę Mettkego stawał się coraz bardziej bezlitosny. I stało się. W 72 minucie Krumm strzelił kontaktowego gola. Pozostało dwadzieścia minut gry, dwadzieścia cholernie długich minut... Bawarczycy jeszcze wzmogli swe starania; grali kombinacyjnie, zdecydowanie i szybko. Brakowało tylko przysłowiowej kropki nad „i” - albo decydowali się wykończyć akcję o ułamek sekundy za późno, lub też w pośpiechu zatracali precyzję strzału. Ogromna w tym zasługa dwójki obrońców z Gliwic, którzy wielokrotnie za pięć dwunasta dostawiali nogę, głowę, czy co tam jeszcze, uniemożliwiając doprowadzenie do remisu. Ekscytująca końcówka przyprawiała o gorączkę. Bawaria atakowała całym zespołem! W ostatniej akcji meczu piłkę przejął Plener i pognał sam na bramkę Jakoba, lecz jego fantastyczne uderzenie zatrzymało się na słupku! Co to musiały być za emocje! Nareszcie upragniony końcowy gwizdek sędziego. Trybuny szalały ze szczęścia! Kibice wbiegli na boisko i w wielkim uniesieniu znieśli zwycięską drużynę na ramionach do kabin!

Westpreussische Zeitung bardzo pięknie podsumował zawody

„po raz kolejny okazało się, że nazwiska nie grają, nawet tacy gracze, jeśli nie są oblubieńcami bogów, mają chwile przerwy, jeśli tylko trafią na na swej drodze na niezachwianą w swej jedności i twardą jak żelazo drużynę”.

I faktycznie, Bawarczycy razili nieporadnością, zwłaszcza linia ataku zawiodła dokumentnie, jedynie poza Lehnerem oraz Krummem. Klucz do zwycięstwa po raz kolejny leżał jednak w środkowej strefie. Cudowne dzieci niemieckiej piłki, wspaniałe trio Kupfer-Goldbrunner-Kitzinger**** poległo na całej linii z wybieganą i kondycyjnie doskonale przygotowaną linią pomocy i ataku Śląska. Nie mieli czasu na rozegranie piłki, ciągle pozostając pod presją, ponadto chroniąc własną bramkę nie bardzo potrafili wesprzeć przednią formację. Goldbrunner dał się zdominować, Kupfer koszmarnie się ustawiał, jedynie Kitzinger zagrał na reprezentacyjnym poziomie. Również w defensywie nie wszystko działało, jak należy. W pierwszej połowie kilka niepewnych interwencji zanotował bramkarz Jakob, za to w drugiej, gdy już się poprawił, szwankować zaczęła gra obrońcy Streitela. Odnosząc się tylko do gry powołanych zawodników, wskazano wyłącznie na dwójkę Lehner-Kitzinger; reszta była bez formy, za to ta dwójka zachwyciła poziomem jeszcze wyższym niż w niedawnym spotkaniu w Berlinie*****.
Nad Śląskiem można było się wyłącznie zachwycać – szybkość, dokładność, wytrzymałość, siła, waleczność, wspaniała współpraca całej drużyny,  d o s k o n a ł a  gra obronna, inteligencja, piękno, polot w grze, wszystko to porwało zgromadzoną publiczność. Na najwyższe noty zasłużyli obaj defensorzy, Kubus i Koppa, ale również pomocnicy, grający cały czas bardzo pewnie Nossek, a przede wszystkim wspaniały Langner; świetnie zaprezentowali się grający przed nim na lewej stronie Renk i Schaletzki. Do momentu pechowej kontuzji świetnie ze swojej roli wywiązywał się Pawlitzki. Jedynie Pischzek odstawał nieco od reszty; ciężko mu było, jak diabli, bo po jego stronie hasał Kitzinger, mimo wszystko najlepszy w ekipie Bawarii...
W relacji pomeczowej „Das Kleine Blatt” konstatował

„W kluczowym momencie śląski środkowy napastnik Pawlitzki doznał urazu, a pomimo tego Ślązacy wciąż atakowali.
To tylko pokazuje wielką wolę i zjednoczonego ducha walki, które są jednymi z najbardziej uderzających cech śląskiej jedenastki.”.

Amen.

Zgodnie podkreślano, że spotkanie godne było finałowej rozgrywki, a zwycięstwo bohaterskich Ślązaków całkowicie zasłużone.


Po tym sukcesie do reprezentacji Niemiec trafiło kilu graczy triumfatora Puchary Rzeszy. Jeszcze w 1939 roku zadebiutowali Reinhard Schaletzki (dwa mecze, z Norwegią [22.06.] oraz Estonią [29.06], w tym drugim gol w 60 minucie) oraz Richard Kubus (3 grudnia jedyny mecz w kadrze przeciwko Słowacji, wygrany 3:1; ale powołanie do kadry dostał z całą pewnością już we wrześniu 1938 roku, wtedy jednak nie zagrał). Rok później dwa mecze w kadrze zaliczył Ernest Plener (14 lipca z Rumunią 9:3 i 1 września z Finlandią 13:0, w obu strzelił po jednym golu).


05.03.1939. Widzów: 40,000. Sędzia: Pfützner (Karlove Vary).
Drezno. Schlesien – Bayern 2:1 (1:0).
Schlesien:
Mettke (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz); Koppa (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz), Kubus (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz); Wydra (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz), Nossek (Reichsbahn SpVgg 21 Gleiwitz), Langner (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz); Plener (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz), Pischzek (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz), Pawlitzki (SpVgg Breslau 02), Schaletzki (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz), Renk (Sportfreunde 20 Klausberg).
Bayern: Jakob (SSV Jahn Regensburg); Streitle (TSV 1860 München), Schmeißer (Bayern München); Kupfer (1.FC Schweinfurt 05), Goldbrunner (Bayern München), Kitzinger (1.FC Schweinfurt 05); Lehner (TSV Schwaben Augsburg), Krumm (Bayern München), Färber (SSV JahnRegensburg), Fiederer (SpVgg Fürth), Siemetsreiter (Bayern München).
Bramki: 1:0. Plener (26), 2:0. Schaletzki (48, Pawlitzki), 2:1. Krumm (72).

Zwycięska drużyna Śląska

Zwycięska drużyna Śląska po finałowym meczu.
Źródło: Schmidt J.: Początki i rozwój sportu w Gliwicach (1797-1944). Cz.2. Gliwice, 2004, s. 365.


Kto z pewnością reprezentował Śląsk w Pucharze Regionów Rzszy Niemieckiej? Oto bohaterowie:
Günter Mettke
Wilhelm Koppa
Richard Kubus
Alfred Wydra
K. Langner
Nossek
Ernest Plener
Reinhard Schaletzki
Robert Pischzek
Grzeschik
Renk


Reichsbund-Pokal 1938/39:
Runda eliminacyjna (23.10.)
Planitz. Sachsen Brandenburg 4:1
1 Runda (18.10.)
Breslau [Wrocław]. Schlesien-Nordmark 5-0 (2-0)
Duisburg. Niederrhein-Südwest 7-0 (3-0)
Kassel. Hessen-Bayern 1-2 (0-1, 1-1)
Köln. Sachsen-Mittelrhein 3-1 (2-1)
Stolp [Słupsk]. Pommern-Mitte 1-2 (1-2)
Stuttgart. Württemberg-Westfalen 1-0 (1-0)
Allenstein [Olsztyn]. Ostpreußen-Niedersachsens 4-0 (2-0)
Wien [Wiedeń]. Ostmark-Baden 4-1 (1-1)
2 Runda (22.01.)
Hindenburg [Zabrze]. Schlesien-Ostmark 4-1 (2-1)
Halle. Mitte-Württemberg 3-8 (2-2)
Bamberg. Bayern-Niederrhein 3-1 (1-0)
Leipzig. Sachsen-Ostpreußen 3-0 (2-0)
Półfinał (05.02.)
Stuttgart. Württemberg-Schlesien 1-2 (1-0)
München. Bayern-Sachsen 2-1 (1-1, 1-1)
Finał (05.03.)
Dresden. Schlesien-Bayern 2-1 (1-0)

Pischzek i Schaletzki z Pucharem Regionów Rzeszy Niemieckiej w Gliwicach

Pischzek i Schaletzki z Pucharem Regionów Rzeszy Niemieckiej w Gliwicach.
Źródło: Schmidt J.: Początki i rozwój sportu w Gliwicach (1797-1944). Cz.2. Gliwice, 2004, s. 368.

 

* W tym ekskluzywnym spotkaniu zagrała cała trójka, ponadto wystąpił również napastnik Lehner, a także… starzy znajomi z Austrii, Platzer, Schmaus, Hahnemann. Prestiżowy mecz rozegrany 26 marca 1939 roku, zakończył się zwycięstwem Squadra Azzurra 3:2. Co ciekawe tego samego dnia podopieczni Seppa Herbergera, w rezerwowym zestawieniu, rozegrali jeszcze jedno spotkanie. Rywalem był Luksemburg, a na boisko wybiegł kolejny reprezentant Bawarii, Fiederer. Niemcy sensacyjnie przegrały 1:2! Na trzynaście wspólnych gier tylko ten jeden, jedyny raz malutkiemu państewku wciśniętemu pomiędzy Francję, Belgię i Niemcy właśnie, udało się nie przegrać ze znakomitym sąsiadem. Ba! Tylko cztery razy udało się polec honorowo, jedną bramką, poza tym za każdym razem dostawali srogie cięgi.
Uzupełniając informację o niemieckich kadrowiczach, grę dla naszych zachodnich sąsiadów mieli za sobą Jakob, Streitle, Kupfer, Goldbrunner, Kitzinger, Lehner, Krumm, Fiederer oraz Siemestreiter.
** Warto odnotować, że Reinhard Schaletzki w zestawieniu składów finału figuruj już jako gracz Vorwärts Rasensport Gleiwitz. Wcześniej podawano, że był piłkarzem VfR 1919 Gleiwitz; i tu mam wątpliwość, bo inne źródła wskazują z kolei na gliwicki VfB 1910...; całą sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że bezapelacyjnie Schaletzki grał w drużynie VR Gleiwitz we wrześniu 1938 roku! Również w składzie na Nordmark czasem jest odnotowywany jako gracz najlepszej drużyny niemieckiego Śląska. Spróbuję to jeszcze zweryfikować, no chyba, że ktoś z Was jest w stanie wyjaśnić te nieporozumienia...
*** Tylko dla przypomnienia, w tamtym okresie rozwoju piłki nie było mowy o czymś takim, jak zmiany!
**** Ich dorobek reprezentacyjny jest imponujący. W czasach gdy w piłkę grywano zdecydowanie rzadziej niż dzisiaj osiągnęli odpowiednio 44, 39 i 44 mecze w kadrze!
***** 26 lutego w stolicy Niemiec reprezentacja Herbergera nieznacznie pokonała silną Jugosławię 3:2. Mecz sędziował polski arbiter, Rutkowski.

wtorek, 08 marca 2011

Półfinał

Niestety, relacje z meczu Śląska, a właściwie to z obu spotkań, półfinałowych, są nader skromne; przynajmniej te, do których dotarłem. Nie znalazłem w nich również pełnych składów omawianych zawodów; stąd wpis pod tym tematem będzie niezwykle skromny w informacje…

Po rozstrzygnięciach w drugiej rundzie wiadome było, że Śląsk, sensacyjny pogromca faworyta z Ostmark, zmierzy się z reprezentacją Würrtembergii, a Bawaria stanie do pojedynku z regionem Saksonii. Na miasta gospodarzy par półfinałowych wybrano Monachium oraz Stuttgart; pierwotnie ustalono odrębne terminy dla każdego ze spotkań, i tak w Bawarii miano grać 5 lutego, zaś drużyna Śląska o historyczny awans miała powalczyć dwa tygodnie później, 19 lutego. Taki stan trwał jednak krótko; na Śląsku nie minął jeszcze tydzień świętowania wielkiej piłkarskiej wiktorii, gdy nadeszła wiadomość, że jednak oba spotkania wyznaczono na pierwszą niedzielę marca. Szybko poznaliśmy również arbitra tego spotkania – wskazano na Pana Finka z Frankfurtu, po meczu będzie zresztą o nim całkiem głośno…

Dość powszechnie uważano, że faworytami półfinałów są zespoły Würrtembergii i Saksonii. Dlatego sensacyjnie oceniono rozstrzygnięcia, bowiem do wielkiego finału awansowali akurat ich rywale! I to w dość niecodziennych okolicznościach!

Mecz w Stuttgarcie zgromadził na trybunach aż 35,000 widzów. Zdecydowanie stawiona na gospodarzy, nie tylko dlatego, że rozgrywali mecz na swoim obiekcie*, ale również z powodu formy, jaką prezentowali w ostatnim czasie. O ile zwycięstwo Śląska określano sensacyjnym, to jakich przymiotników użyć na wyrażenie tego, czego dokonała Würrtembergia na boisku w Halle przeciwko drużynie Mitte? Spotkanie, które jeszcze do przerwy toczyło się na równych warunkach (obie jedenastki wbiły po dwa gole), w drugiej połowie stało się jednostronnym popisem gości. E, tam, popisem; to zupełnie neutralne, nic nie mówiące słowo w zestawieniu z tym, co działo się przed oczyma 20,000 ciekawskich. W 59 minucie zespół Mitte po raz trzeci tego dnia wyszedł na prowadzenie, ale ostatnie pół godziny zaszokowało wszystkich obecnych – najpierw Szwabia błyskawicznie, jak już wcześniej tego dnia, doprowadziła do wyrównania, a następnie dosłownie wgniotła rywala w murawę. W sumie bramki dla gości strzelali Frey, Tröger i Fischer (wszyscy po dwie), a także Mohn i Aubele gromiąc ostatecznie miejscowych aż 8:3! Nic dziwnego, że nawet wygrana Śląska nad Austrią nie specjalnie narobiła bajzlu w wyobraźni drużyny Würrtembergii… Mecz półfinałowy, rozgrywany na zmarzniętej murawie, rozpoczął się od zdecydowanych ataków Schwabii, i choć w trakcie pierwszej połowy gra nieco się wyrównała nie ulegało wątpliwości, że gospodarze potwierdzają rolę faworytów. Nie górowała specjalnie nad rywalem, po prostu robiła swoje; i prowadziła. W 36 minucie gry kąśliwe uderzenie Trögera bramkarz Ślązaków, Mettke, wypuścił z rąk, do futbolówki najszybciej dopadł Frey i wpakował piłkę do siatki. Do przerwy 1:0 dla faworytów z Würrtembergii. I wtedy wydarzyło się coś przedziwnego. Arbitrowi, Panu Finkowi, wszystko się pokiełbasiło, pokićkało, poplątało i powywracało do góry nogami; albo zwyczajnie popsuł mu się zegarek. Jakby nie było nakazał obu drużynom wyjścia z szatni o sześć minut wcześniej! Szczęść minut! Ale co to jest sześć minut? Jakie ma to znaczenie? To niecałe 7% czasu trwania całego piłkarskie meczu… a jednak, w jakiś niewyjaśniony sposób ten, zdawałoby się drobny, incydent wpłynął na losy meczu. Czy drużyna Szwabii nie zdążyła należycie wypoczęć? Czy rozkojarzyła ją ta sędziowska pomyłka? A może zwyczajnie to Ślązacy zdecydowanie poprawili prezentowaną formę? W każdym razie druga część spotkania to już bezapelacyjna dominacja gości. Drużyna Śląska była szalenie skuteczna w defensywie, bardzo pewnie i zdecydowanie udaremniając każdą, słownie każdą próbę gospodarzy. Ta pewność siebie i bezkompromisowość szybko udzieliła się pozostałym formacją; cała jedenastka zaczęła funkcjonować jak sprawna, dobrze naoliwiona maszyna, niczym jeden organizm z synergicznymi jednostkami wywierający coraz to większą presję na tym drugim, atakujący go jak predator swą ofiarę, tłamszący aż bezradny i naznaczony blot zadławi się własną krwią…
trochę mnie poniosło;) wróćmy więc do faktów, a te były takie, że w przeciwieństwie do gości Würrtembergia zaczął pracować dokładnie odwrotnie, coraz mniej przypominając zespół; nie tylko nie stanowili drużyny, ale w takim dramatycznym momencie ujawniło się również, kto tak naprawdę pozostaje bez formy, a było tego z pół drużyny… Kontaminacja a nie jedenastka. Wojenna zasada taktyczna Helmutha von Moltke „getrennt marschieren, vereint schla gen” w przypadku zawodników Szwabii sprawdzała się tylko w jej pierwszym członie. Niewątpliwie bardzo istotne okazało się dość szybkie doprowadzenie do remisu. Zaledwie trzynaście minut po rozpoczęciu drugiej połowy wyrównał Renk. Już do końca meczu inicjatywa należała do Ślązaków i gdy wydawało się, że niechybnie dojdzie do dogrywki w ostatniej akcji meczu Schaletzki przechylił szalę zwycięstwa na stronę gości. Kolejna sensacja, Śląsk w finale!

Również drugi półfinał przyniósł emocje i nieznaczne zwycięstwo jednej z drużyn. W Monachium, przy udziale dwudziestotysięcznej widowni Bawaria po dogrywce uporała się z Saksonią, wygrywając 2:1. Prowadzenie uzyskali faworyci ze Wschodnich Niemiec po strzale Arlta już w 8 minucie meczu. Jeszcze przed gwizdkiem sędziego oznajmiającym przerwę padło wyrównanie. Lehner uderzył na bramkę, piłka niefortunnie odbiła się od obrońcy gości, Hempela i wpadła do bramki. Już do końca meczu żadnej z drużyn nie udało się zmienić rezultatu. Dopiero w 109 minucie meczu padło rozstrzygnięcie. I to jakie! Ponownie w roli głównej wystąpił lewoskrzydłowy BC Augsburg i reprezentacji Niemiec. Potężna bomba posłana w gąszcz nóg znowu nieszczęśliwie dla przyjezdnych trafiła któregoś z defensorów i zatrzepotała w siatce. Bawaria awansowała do finału dzięki dwóm samobójczym trafieniom Saksończyków!

W niespodziewanym finale staną naprzeciw siebie reprezentacje Śląska i Bawarii…


05.02.1939. Widzów: 35,000. Sędzia: Fink (Frankfurt).
Stuttgart. Würrtemberg – Schlesien 1:2 (1:0)
Würrtemberg: ?; Cozza, Deyhle; ?, Piccard, ?; Schädler, Tröger, Frey, ?, ?.
Schlesien: Mettke; Koppa, Kubus; ?, ?, ?; ?, ?, ?, Schaletzki, Renk.
Bramki: 1-0. Frey (36), 1-1. Renk (58), 1-2. Schaletzki (90).


* Co ciekawe, stadion w Stuttgarcie miała takiego samego patrona, jak arena w Zabrzu (Hindenburgu), Adolfa Hitlera.

sobota, 05 marca 2011

Runda 2

Ogromne napięcie towarzyszyło przybyciu drużyny Ostmark na Śląsk w ramach rozgrywek o Puchar Regionów Rzeszy Niemieckiej. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik, dopracowane typowo śląską, niemalże cechową rzetelnością, polukrowane odrobiną fantazji. Z niecierpliwością czekano na wizytę największego faworyta rozgrywek…

Przyjazd
Zespól austriacki podróżował na Śląsk specjalnym pociągiem typu Korridor czeskich linii kolejowych. Przesiadkę zaplanowano na stacji Nittritz*. Wspaniałych gości kordialnie przyjęły oficjalnie lokalne władze, a następnie wspólnie uczestniczono w projekcji filmu „Pour le mérite”. Po tym krótkim postoju drużyna ruszyła w dalszą trasę. Na miejscu zameldowała się w niedzielny poranek i z miejsca doznała szoku. Pogoda, cudowna, przyjazna, inna niż wiedeńska, ale przede wszystkim niezwykła ilość sympatyków czekających na największe gwiazdy niemieckiej piłki. Tłum smarków pragnących ułowić autograf kolejnego sławnego piłkarza był tak niewiarygodny, że w swej relacji podkreślali to wysłannicy prasy austriackiej. „Der Kleine Blatt”: „nasi zawodnicy nigdy wcześniej nie musieli z taką cierpliwością i wytrwałością składać podpisy dla smyków, jak właśnie tam, na Śląsku”. Wreszcie znaleźli nieco czasu dla siebie; po ogarnięciu się i przebraniu autobusem pojechano na stadion…

Mecz
Spotkanie zaplanowano na stadionie im. Adolfa Hitlera w Zabrzu. Ładnym stadionie, obiekcie, który naprawdę zrobił wrażenie na przyjezdnych, choć jeszcze większe wywarły ściśnięte na trybunach rzesze kibiców. Ostatecznie szacowano ich ilość na 30,000! Również sama murawa prezentowała się rewelacyjnie; doskonale przygotowana, żadnego śniegu, błota, warunki wprost stworzone do gry w piłkę. Goście nie zdziwili się tym jednak nadmiernie; brak zalegających warstw śniegu zauważono już wcześniej, nie tylko na mijanych boiskach… Przed samym spotkaniem doszło jeszcze do oficjalnego przywitania wspaniałych przybyszów z regionu Ostmark. Dumni, zarazem życzliwi Ślązacy nie mogli ot, tak, przejść do porządku dziennego nad wizytą najlepszej drużyny w Rzeszy. Już na murawie przywitał Austriaków Zastępca Burmistrza, Pan Paschke, a następnie pięknie przyodziani młodzieńcy wręczyli każdemu zawodnikowi gości wspaniałe pamiątkowe tablice z wizerunkiem Führera, zaprojektowane przez dr Brekera, a wykonane przez załogę gliwickiej odlewni.

Drużyna Ostmark przed meczem w Hindenburgu

Odświętnie wystrojeni młodzieńcy wręczają piłkarzom Ostmark ekskluzywne pamiątki przed spotkaniem.
Źródło: "Das Kleine Blatt", 05.02.1939.

Wreszcie można było rozpocząć mecz. Zaraz po pierwszym gwizdku sędziego Birlema Ślązacy z furią rzucili się na faworyzowany zespół Ostmark. Huczało, trzeszczało, iskrzyło się, gwizdało, skrzypiało, odpryskiwało od każdego kolejnego starcia. Gra była wyrównana, momentami piękna i urozmaicona, jednak bezwzględna, zarazem w ramach przepisów, prowadzona przez gospodarzy walka zaczynała górować nad wyrachowaniem i techniką gości. Tym bardziej, że Ślązacy swą inteligencją szybko odkryli najsłabsze miejsca Wiedeńczyków i nimi próbowali przebijać się pod pole karne Platzera. Wykorzystywali przede wszystkim grę skrzydłami, gdzie absolutnie wiele swobodny zostawiała im trójka pomocników Ostmark. Pierwszym ostrzeżeniem była potężna bomba Obstoja jeszcze nie zakończona golem. Przewaga Ślązaków wzrastała z każdą minutą, przyjezdni nie wyciągali żadnych wniosków i wreszcie stało się! W 21 minucie Obstoj, zupełnie niepilnowany, przejął piłkę na lewym skrzydle i pognał w kierunku bramki; półgórną piłkę zagraną w pole karne z powietrza efektownie uderza Pawlitzki i sensacyjnie outsider obejmuje prowadzenie. Konsternacja w szeregach gości, zamroczenie; mija zaledwie siedem minut i ponownie skrzydłowy miejscowych urywa się przy linii; tym razem po prawej stronie indywidualna akcja Pischzka, ostra wrzutka, z którą kompletnie nie radzą sobie bramkarz Platzer oraz obrońca Andritz, zgodni jedynie w sianiu nieporozumienia; do bezpańskiej piłki dopada Renk i z zimną krwią pakuje ją do pustej bramki. Dwa do zera! Tym razem wstrząsający moment działa na Austriaków właściwie. Ich wyśmienite zdolności techniczne nareszcie zostają należycie wykorzystywane; grają jak z nut, jak natchnieni, wprowadzając mnóstwo zamętu w szeregach gospodarzy. Doczekali się także efektu bramkowego po znakomicie kombinacyjnie rozegranej akcji w trójkącie Hahnemann-Vogl-Stroh. Zdawało się, że będą zdolni jeszcze przed przerwą doprowadzić do remisu, jednak ambicja Ślązaków i ich niezłomność, harówka, ciągły ruch i wola walku pozwoliły zrównoważyć obraz gry i dotrwać bezpiecznie do gwizdka sędziego oznajmiającego pauzę w meczu.
W przerwie czas widzom umilały dwie orkiestry młodzieżowe grające na murawie boiska, równie entuzjastycznie w tym, co robili, jak ich koledzy piłkarze. Kibice, to też warto przy okazji podkreślić, przez cały mecz żywiołowo dopingowali swoich pupili.
Druga odsłona rozpoczęła się od huraganowych ataków Wiedeńczyków; spodziewanego wyrównania nie doczekano się, bo euforia w szeregach gości trwała zaledwie kilka minut. Znowu bojowy charakter, tak typowy dla Ślązaków, wziął górę nad dreptaną wirtuozerią. Zagrać trochę twardziej, upierdliwie ganiać za rywalem, zasuwać wszerz i wzdłuż i cała koncepcja gości rozsypała się w drobny mak. Teraz to miejscowi atakowali, z furią fanatyka, pewnością siebie i fantazją. Osiągnięta przewaga była jeszcze większa niż w pierwszej części! Co jakiś czas dzwoniły słupki bramki austriackiej. Na lewej stronie szalał Obstoj; świetnie czuł się na tak znanym mu stadionie, przecież na co dzień występował w zabrzańskim klubie Preußen. To po jego akcji Śląsk podwyższył wynik. Niepilnowany znowu niebezpiecznie dośrodkował; to zagranie jeszcze Schmaus wybił, ale piłka ponownie spadła pod nogi Obstoja. Poprawka była już dokładna, futbolówka trafiła do Schaletzkiego, który pewnym uderzeniem zaskoczył golkipera rywali, była 62 minuta meczu. Po kolejnych czterech minutach spotkanie właściwie zostało rozstrzygnięte; tym razem gola głową zdobył Pawlitzki. 4:1, prawdziwy pogrom! Wprawdzie zespól Ostmark jeszcze zerwał się do chaotycznego ataku, zdawało się, że są blisko drugiego trafienia, jednak i tym razem zostali dosłownie stłamszeni agresywną i zaciętą postawą Ślązaków, i podobnie jak wielokrotnie wcześniej to gospodarze przejęli inicjatywę, zupełną! Platzer musiał dokonywać cudów w bramce, by uchronić swój zespół przed wyższą klęską. Wreszcie sędzia Birlem odgwizdał koniec zawodów, co wywołało ekstatyczną wręcz radość na trybunach. Kto by pomyślał, że kopciuszek, przez nikogo poważnie nie traktowany zespół Śląska tak bezwzględnie i niepodważalnie rozprawi się z najsilniejszą drużyną Związkową w Niemczech? Ileż walki i sił włożyli całkiem anonimowi piłkarze, by utrzeć nosa reprezentacyjnym graczom z Austrii?! Cały wysiłek pięknie został podsumowany przez samych pokonanych, których pokornie pogratulowali Ślązakom wspaniałej postawy i razem z nimi w komitywie opuścili murawę.

Reasumując
W podsumowaniu spotkania w prasie austriackiej przewijają się te same wątki. Przede wszystkim braki w szeregach gości. Niektórzy usprawiedliwiali w ten sposób kompromitującą porażkę; znaleźli się jednak i tacy, którzy racjonalnie ocenili bieg zdarzeń. Przede wszystkim to niechlujstwo kapitana Związkowego, który zrezygnował z kilku świetnych piłkarzy na rzecz uzupełnienia rozgrywek ligowych o zaległe mecze. Nie ulega wątpliwości, że w optymalnym zestawieniu gości Ślązacy nie mieliby większych szans. Brak zawodników Rapidu i Wiener Sportklub był aż nadto widoczny. Właściwie drużyna przyjezdna stanowiła wymieszany skład wiedeńskich klubów Austrii i Admiry, a to trochę za mało produktów, by upichcić z tego coś wspaniałego. Ale to tylko i wyłącznie ich wina. Zresztą post factum oberwało się za te decyzje selekcjonerowi „Nasz kapitan Związkowy może się po tej porażce nauczyć, że jedyną dobrą zasadą przeciwko tak zwanym outsiderom jest wystawianie najlepszej reprezentacji, i że błędem była rezygnacja z tak wspaniałych zawodników, jak Binder, Hofstädter i Zischek. Na to nas nie stać. Nie jesteśmy znowu aż tak mocni, by pozwolić sobie, żeby mistrzostwa, które i tak stoją na niskim poziomie, musiały być rozgrywane w pierwszej kolejności, zwłaszcza, gdy kapitan ma tak wiele absencji z powodu chorób”; a już słowa Janischa, że teraz to przynajmniej będzie można w spokoju i terminowo dokończyć ligę wywołały wściekłość. Świetnie zakpił sobie z tego „(Österreichische) Volks-Zeitung”: „No cóż, przegraliśmy 1:4, może to i dobrze, sami pomyślcie, Austriacy. W końcu najważniejsze, że Mistrzostwa Gauligi odbywać się będą zgodnie z terminem. A w sprawie pucharu Regionów, czyli Mistrzostw Wielkich Niemiec, gdy inni w tym celu będą się wykańczać, zawsze możemy powiedzieć, że: Tak, gdyby, harmonogram mógł, mógł, mógł i jeszcze raz mógł grać przeciwko Śląskowi, wtedy pewnie... Co pewnie? Wtedy pewnie bylibyśmy mistrzami harmonogramu!”
Inną wymówką były liczne kontuzje zawodników austriackich, którzy tuż po wyleczeniu musieli zmierzyć się w tak prestiżowych rozgrywkach. „Drużyna z Wiednia miała w swoich szeregach kilku graczy, którzy od miesięcy nie brali udziału w żadnym poważnym pojedynku, tak to prawda, kilku z nich zaledwie przed kilkoma tygodniami powróciło do treningów”, to z Neues Wiener Journal.
Jeszcze w inny ton uderzył „(Österreichische) Volks-Zeitung”, który tak grzmiał dzień po laniu w Zabrzu: „Niespodzianka spowodowana była faktem, że Ostmark, który pokonał Ślązaków na turnieju we Wrocławiu 8:2, bezczelnie wysłał na Śląsk swój drugi garnitur. Odpowiedź na to była natychmiastowa, w postaci zdecydowanej i żenującej klęski”. Podkreślano również niskie zaangażowanie i morale drużyny, która wybiegła na murawę.
„Luigi” Hussak tłumaczył się z kolei zbyt małą ilością treningów, co spowodowane było najpierw okresem świąteczno-noworocznym, a następnie katastrofalną aurą. I jeszcze to, że większość zawodników wracała z pracy, gdy było już ciemno, więc i tak nie było kiedy trenować na pełnowymiarowych boiskach. Gimnastyczne ćwiczenia w hali to stanowczo za mało; no a ponadto na Śląsku całych 14 dni nie padał śnieg, a oni sami są przyzwyczajeni do gry w ciężkich warunkach!
Niepokonana od wielu spotkań drużyna Ostmark nie zaprezentował właściwych cech wolicjonalnych, zupełnie przeciwnie do Ślązaków, świadomych, że właśnie tą ścieżką mogą dotrzeć do celu. Ich postawa wzbudziła szczery podziw. Z maluczkich w mgnieniu oka urośli do jednego z faworytów, wskakując niemal dokładnie w miejsce zarezerwowane w Pucharze dla Austriaków. Trzon zespołu stanowili Górnoślązacy (aż dziewięciu w składzie), z czego aż pięciu grywało na co dzień w najlepszym śląskim klubie (niemieckim), Vorwärts-Rasensport Gleiwitz. Trenerem Gliwiczan był wówczas nauczyciel z Wiednia, Otto Eckhardt**, i to właśnie on spijał ambrozję po spotkaniu, to go obwieszczono ojcem sukcesu. Doskonale znając system gry charakterystyczny dla wiedeńskich drużyn swymi wskazówkami umożliwił zneutralizowanie najmocniejszych stron rywali, zarazem maksymalnie wykorzystując wszelkie ich słabości. Między innymi taktyka atakowania aż ośmioma zawodnikami, tak charakterystyczna dla stylu austriackiego, została zastosowana i świetnie wykonana przez drużynę Ślaska. Wspaniałe osiągnięcie mocno poruszyło światkiem piłkarskim. „Wiener Zeitung” komunikował wschód najwspanialszego okresu w dziejach śląskiej piłki!
Ślązacy byli do tych zawodów rewelacyjnie przygotowani kondycyjnie, a wytrzymałość okazała się kluczem do realizacji założeń taktycznych i neutralizacji braków technicznych. Grali niezwykle ostro, z zachowanie jednak zasad fair play. „(Linzer) Tages Post” z tego powodu porównał ich postawę do koni Furioso wykorzystywanych przez armię austrowęgierską. „W zderzeniu z tą siłą techniczna zwinność Austriaków była nic nie warta”, relacjonował dalej dziennik. W podobnym tonie wypowiadał się „Westpreussische Zeitung”: „Przeciwko namiętnemu duchowi walki oraz woli zwycięstwa Ślązaków na nic zdały się wszelkie zdolności techniczne, pomimo tego, że drużyna wiedeńska wyglądała na bardzo silną m.in. z Platzerem, Mockiem, Hahnemannem, Strohem i Numerem”. Z kolei „Die Schlesische Tageszeitung“ napisał, że „Drużyna wiedeńska może i była lepsza technicznie, ale z czasem zatraciła swoje zdolności do eleganckich fajerwerków technicznych w umiejętnościach piłkarskich, entuzjazmu i przeszli obok tego pięknego meczu, a od wielkiego ducha walki Ślązaków trzymali się z daleka. Tego ostatniego zabrakło im najbardziej, i w tym tkwi sukces Śląska”. Najbardziej obrazowo skomentował sensację „Die Ostdeutsche Morgenpost“: „Ślązacy, chyba z pomocą diabła w swojej jedenastce, tak uderzyli w «Wunderteam» - że ten wylądował z powrotem nad pięknym modrym Dunajem”. Na szczególne wyróżnienie zasłużyła linia obronna, Kubus-Koppa, która świetnie radziła sobie z dość apatycznymi próbami rywali, twarda jak skała i zdecydowana, a także trójka centralnych napastników; a już nad popisami środkowego Pawlitzkiego cmokano z zachwytu.
W zespole Austrii nie zawiódł jednie Platzer (niektórzy zszokowani dziennikarze wybierając go na zawodnika meczu po stronie Ostmark, dawali niedwuznacznie do zrozumienia, jaka była przewaga Ślązaków, skoro tyle miejsca w relacjach należało poświęcić temu reprezentacyjnemu bramkarzowi), który uchronił drużynę gości od wyższej porażki, wbrew pozorom dwójka obrońców, oraz atakujący Hahnemann i Stroh; jednak słabych punktów było więcej; szczególnie oberwało się pomocnikom, którzy całkowicie zawiedli we wspieraniu kolegów z defensywy, cały czas poddawanych ciężkim próbom przez szturmujących Ślązaków. Również w przedniej formacji Neumer i Haag nie dali drużynie należytego wsparcia. Ta porażka zachwiała wręcz pewnością siebie wszystkich w Wiedniu! „Jest to ogromny cios dla piłki Austriackiej, a wiedeńskiej w szczególności! Najbliższe tygodnie i miesiąc pokażą, czy jej jakiekolwiek znaczenie w ogóle istnieje! Porażkę ma na sumieniu pierwszy lewy pomocnik Austrii. Całkowicie nie zrozumiał, że musi kryć niezwykle szybkiego i dysponującego potężnym strzałem środkowego napastnik Śląska, zwłaszcza, że skrzydłowi cały czas byli niepilnowani! To właśnie oni [skrzydłowi] raz za razem przedzierali się i dobrze dorzucali piłki do trójki centralnych napastników, którzy cudownie sobie poczynali, i w ten sposób mecz został rozstrzygnięty”.
Wymownie przebieg meczu streścił „Das Kleine Blatt”: „Różnica między obiema drużynami była rażąca (...). Jak pomiędzy rozkapryszonym, bawiącym się zespołem a jedenastką wojowników. Z jednej strony zawodnicy o znakomitej technice, zawsze gotowi uruchomić piłką [kolegę], ale tylko do momentu, gdy coś się nie uda, a z drugiej może gorsi umiejętnościami technicznymi, jednak cały czas ganiający za piłką, a gdy coś się nie powiedzie, walczący z podwójną gorliwością”. Nie mogę sobie również odmówić zacytowania pełnego żółci wstępu do relacji z „Wiener neueste Nachrichten: „Piłkarską społeczność Wiednia w niedzielę trafił niemal szlag, gdy dowiedzieli się wyniku spotkania z Hindenburga. 4:1 dla Śląska! Większość sądziła, że źle zrozumiała. Niestety, okazało się, że wcale nie cierpią na wadę słuchu. Było właśnie tak, 4:1 dla Śląska. A nie dla Ostmark, który był oczywistym faworytem w Hindenburgu. Jak mogło do tego dojść?”

Co ciekawe, wszystkie zawody drugiej rundy Reichsbund-Pokal oglądało łącznie 90,000 widzów, z czego aż 30,000, a więc jedna trzecia!, w Zabrzu.

A oto niektóre tytuły prasowe po tym sensacyjnym rozstrzygnięciu:
„Das Kleine Blatt”:

„Żenująca porażka w Zabrzu. Dzielna jedenastka Śląska pokonała trapiącą się drużynę Ostmark 4-1”.

„(Österreichische) Volks-Zeitung”:

„Ogromna niespodzianka w Hindenburgu. Ostmark przegrał ze Śląskiem 1:4 – upadek pomocników”.

i

„Szkoła wiedeńska – w wykonaniu Śląska. W pucharze Rzeszy upadliśmy, niech żyje mistrz!”

„Wiener neueste Nachrichten”:

„Upadek w Hindenburgu. Śląsk wspaniale pokonał zbieraninę austriacką, w bramkach 4:1”.

„(Neuigkeits) Welt Blatt”:

„Ostmark poza Pucharem Regionów Rzeszy Niemieckiej. Śląski duch walki zaskoczył austriacką technikę.”

„Die Ostdeutsche Morgenpost“:

„Sensacja w niemieckiej piłce, Śląsk wygrywa.”

Długo prasa austriacka nie rozpamiętywała jednak tej druzgocącej kleski. Dokładnie w tym samym czasie bowiem samobójstwo popełnił najlepszy piłkarz w ówczesnej historii Austrii, Matthias Sindelar...

22.01.1939. Widzów: 30,000. Sędzia: Birlem (Berlin).
Hindenburg. Schlesien - Ostmark 4:1 (2:1)
Schlesien: Mettke (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz); Koppa (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz), Kubus (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz); Wydra (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz), Kossek*** (Reichsbahn SpVgg 21 Gleiwitz), Langer (SpVgg Breslau 02); Obstoj (Preußen Hindenburg), Pischzek (Vorwärts-Rasensport Gleiwitz), Pawlitzki (SpVgg Breslau 02), Schaletzki (VfR 1919 Gleiwitz), Renk (Sportfreunde 20 Klausberg).
Ostmark: Platzer (Admira Wien); Andritz (Austria Wien), Schmaus (Vienna Wien); Hanreiter (Admira Wien), Mock (Austria Wien), Galli (Wiener Sportklub); Vogl (Admira Wien), Hahnemann (Admira Wien), Stroh (Austria Wien), Neumer (Austria Wien), Haag (Austria Wien)
Bramki: 1-0. Pawlitzki (21, Obstoj), 2-0. Renk (28. Pischzek), 2-1. Stroh (31, Vogl), 3-1. Schaletzki (62, Obstoj), 4-1. Pawlitzki (66, głową).

 

Kilka miesięcy później dojdzie do rewanżu. Żądni zemsty Austriacy podejmowali Śląsk 11 czerwca w Wiedniu. Drużyny wystąpiły w nieco odmienionych składach; Wiedeńczycy tym razem postarali się udział wszystkich najlepszych graczy, tak, że ze składu pucharowego pozostało zaledwie czterech zawodników (Platzer, Vogl, Hahnemann i Hanreiter). Również Ślązacy przywieźli przemeblowaną jedenastkę zmieniając z tamtej wspaniałej drużyny trzech graczy (bramkarz Nowarra Grzeschik i Kaschny). W obecności 20,000 widzów Ślązacy dostali małą lekcję futbolu przegrywając 2:5... (dla pokonanych gole strzelili Pawlitzki i Kaschny).
Co ciekawe rok później obie jedenastki ponownie zmierzą się w drugiej rundzie Reihsbund-Pokal; tym razem w Wiedniu Śląsk dostał jeszcze większe lanie przegrywając aż 1:6! A warto zwrócić uwagę, że grali już w tym meczu zawodnicy z przeszłością w polskich klubach, Nuc, Piec, Piontek i Wodarz. Honorowe trafienie w obecności 11,000 widzów uzyskał Wydra.

 

* Czy ktoś jest w stanie potwierdzić, że Nittritz, w tym konkretnym przypadku, to z pewnością lubuska wieś Niedoradz? Przebiegała tamtędy linia kolejowa z prawdziwego zdarzenia? Dość zaskakująca byłaby zatem trasa podróży reprezentacji Ostmark.
** Otto Eckhadt (czasem pisany jako Eckhart) rozpoczął pracę w Vorwärts-Rasensport Gleiwitz w sierpniu 1937 roku; wcześniej, od początku tego właśnie roku, gliwicki klub nie miał stałego (w pełnym wymiarze czasu) trenera, a zajęcia nierzadko prowadził obrońca, Willhelm Koppa. Eckhardt przychodził do klubu jako uznany fachowiec; wcześniej pracował między innymi w zachodnich Niemczech, Austrii, Luksemburgu, Włoszech, Rumunii, a przed objęciem VR jako trener kadry Norwegii.
*** Pisany również jako Nossek.

piątek, 04 marca 2011

Poprawiłem skład drużyny Śląska z meczu z Nordmark w pierwszej rundzie. Wcześniej wkradł się błąd i zamiast Grzeschika umieściłem na lewym ataku Obstoja. Udało mi się ponadto znaleźć skład jedenastki gości. Nazwiska może nie powalają na kolana, ale trzeba wiedzieć, że zawodnicy ci wywodzili się z czterech z pięciu najsilniejszych drużyn tego regionu (zabrakło jedynie przedstawicieli Holstein Kiel). Nikomu dziś zupełnie nic nie mówiąca nazwa drużyny Eimsbütteler TV jest jednak bardzo myląca. W latach 34-42 był to jedyny poważny rywal Hamburger SV w regionie Nordmark, aż pięciokrotnie dystansując słynniejszego rywala.

Niestety wciąż niepełne są informacje o strzelcach bramek, a już zupełnie niewypełnione luki pozostają w informacjach o ilości widzów oraz arbitrze tego meczu. Ktoś jest w stanie pomóc w ich uzupełnieniu?