Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
czwartek, 22 grudnia 2011

Tegoroczne piłkarskie ostatki w Niemczech przyniosły dwa ważkie zdarzenia; zacznę od tej istotniejszej, która w pewien sposób nawiązuje do poprzedniego wpisu.

Zastanawiając się nad okowami futbolu, które nakłada machina pomieszania komercjalizacji, wyrachowania i konkurencyjności ocierającej się w wymiarze mentalnym o totalną wojnę ze smutkiem konstatuję, że wszystkie chwyty dozwolone stanowi par excellence sens już nie sport, a biznesu o rejestrze rozrywki. Marco Reus w specjalnie profilowanym bucie chroniącym jego połamany lewy palec u nogi? Kontuzja małego palca? Toż to wyśmienity pretekst do likwidacji gościa! Czy w futbolu, jak w hokeju na lodzie musi się znaleźć miejsce dla facia od czarnej roboty, którego jednym z nadrzędnych celów ma być skasowanie najniebezpieczniejszego ogniwa rywala? Po tym co starał się wczoraj zrobić Jermaine Jones taki profil gracza zaczyna gdzieś funkcjonować, przynajmniej w mojej głowie… OK., kiedyś byli brutale; ale brutal był brutalem, bo nie koniecznie potrafił być piłkarzem; każdy wiedział, uważaj na Butchera! Nie wdawaj się w walkę z Vinniem! Szykuj się na Effenberga! To jest Keane lepiej żebyś poznał go teraz niż po którymś ze starć! Ale Jones? Jermaine Jones? Jasne, łapie kartek od cholery, ale takie coś?

Zwróćcie uwagę na lewą stopę Marco Reusa, tą ze złamanym palcem…

 

Druga sprawa to sposób, w jaki pożegnano rok w Norymberdze. Mecz miejscowego 1.FC z SpVgg Greuther Fürth nie jest zwykłym meczem, to nawet nie derby, to coś więcej. Oba kluby rywalizują ze sobą od wczesnych lat minionego wieku i tak rywalizacja przerodziła się w niezdrową konkurencję, dominację we Frankonii. Zresztą, już przed drugą wojną miało swoją moc niszczycielską. W październikowym meczu z roku 1929 sędzia odgwizdał aż 79 fauli, a trzech graczy zmuszony był usunąć z boiska! Ale wtedy w parze z agresją szły umiejętności; to właśnie odwieczny rywal z Fürth przerwał niecodzienną serię 1.FCN, uwaga!, 104 meczów z rzędu bez porażki! Miało to miejsce w latach 1918-1922. W okresie największych sukcesów obu drużyn doszło do kuriozalnej sytuacji – w drużynie reprezentacji Niemiec na spotkanie z Holandią (1924, 1:0) oddelegowano na boisko wyłącznie graczy tych dwóch zespołów! Nasi zachodni sąsiedzi wystąpili w następującym zestawieniu: Kalb, Franz, Stuhlfauth, Seiderer, Müller, Kugler, Träg, Schmidt, Ascherl, Auer, Hagę.

Dzisiaj niestety pozostały głównie niezdrowe emocje, bo z umiejętnościami jakby gorzej. Po pucharowej porażce ze znienawidzonym przeciwnikiem gniew pchnął fanatyków norymberskiej drużyny do gorszących scen. Również na treningu dali upust swemu niezadowoleniu wypisując na ścianach obraźliwe hasła skierowany do zawodników własnej drużyny…

Eliminować. Wszystkich!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Kto pamięta grę Speedball, no kto? Niezła młócka, przyzwoita grafika, świetna grywalność, emocje i roztrzaskane styki. Gladiatorzy stosując wymyślne triki a przede wszystkim siłę fizyczną ładują brutalnie ognistą kulę do bramki. Inna wersja piłki ręcznej, barbarzyńska, agresywna; inny strój sportowców, masywny chroniący kończyny i głowę oraz klatkę piersiową, niemal zbroja. To były czasy!

Nawiązuję do tej kultowej gry zastanawiając się, jaki ekwipunek będzie przynależny piłkarzom za lat kilka. Jak długo czekać będziemy na regularne występy w chroniących czaszkę specjalnych czapkach, czy wręcz kaskach? Petr Čech i Chivu wyznaczają trend, a przypadek Przemysława Tytonia też dorzucił trzy grosze; albo maski ochronne po złamaniu nosa, tak popularne ostatnio, tak częste w coraz bardziej atletycznej rywalizacji...

Zresztą czeski bramkarz to ewenement, bo jego pech uruchamia wyobraźnie w najlepsze. Można go wyobrazić sobie na przykład tak:

Przepotwarzanie się po czesku

Przepotwarzanie się po czesku. Źródło: http://www.whoateallthepies.tv/chelsea/95902/snapshot-petr-cechs-helmet-has-evolved-now-one-step-away-from-building-a-death-star.html

I serio, wcale nie jest to tylko zabawa, ale realne zagrożenie (?) dla tego sportu. Ile to potrwa, zanim na murawę wybiegać będą okuci po czubek głowy, nie mam pojęcia, wiem jedno – dzisiaj kontuzja przestaje być wytłumaczeniem dla zawodnika. Z jednej strony ambicja sportowca, by udowadniać swoją wartość i przebijać się na szczyty rozpoznawalności i zamożności (absurdalność zarobków piłkarzy powoduje, że budowanie przyszłości synka zaczyna chyba skręcać z prestiżowych zawodów usługowych, inżynieryjnych, sądowych, medycznych, czy zarządzania w kierunku właśnie sportu), z drugiej naciski klubów, którzy czynią z zawodnika zakładnika, niewolnika wręcz, wymagając poświęcenia za każdą cenę, nawet za cenę zdrowia i bezpieczeństwa. Po tych wszystkich ochronnych elementach twarzoczaski przyszła kolej na stopy – Marco Reus, złote dziecko Borussii, jeden z najciekawszych młodych piłkarzy Bundesligi zagrał w spotkaniu z FSV Mainz 05 w specjalnym obuwiu osłaniającym złamany palec. OK, być może takie praktyki miały już miejsce, ja akurat w tym momencie zwróciłem na to uwagę. Tak, czy siak, szykuję się na moment, gdy drużyny piłkarskie wybiegać będą na murawę we wdzianku rodem ze Speedballa...

 

A wracając do czysto piłkarskich spraw. Wyśmienite danie zaserwowano w 2. Bundeslidze. Piątkowe spotkanie lider, Fortuny Düsseldorf, z walczącą również o awans drużyną SV 07 Padeborn smakował znakomicie; efektowne akcje, dużo spięć podbramkowych i dramaturgia do samego końca. Pierwsza ligowa porażką F95 powoduje, że atrakcyjność rozgrywek jeszcze narosła. Przy okazji pozwolę sobie na pewne refleksje. Pierwsza dotyczy napadziora miejscowych, Saschy Röslera; do diabła, uwielbiam takich zadziorów. Facet ma 35 lat, a chce mu się bardziej niż wielu, wielu młodych smarkom. Chce mu się, bo pewnie zdaje sobie sprawę, ze to ostatni moment by jeszcze pograć trochę w Bundeslidze, w której nie zaistniał jakoś specjalnie. To w jaki sposób walczy i w jaki prowokuje, w jaki pyskuje i ile wysiłku wkłada w mecz jest imponujący, zwłaszcza w zestawieniu z takim barankiem pokoju jak Maximillian Beister:) Niegrzeczny, duży chłopiec. A druga sprawa tyka się Ratajczaka. Stary koń, a robi błędy okrutne. Zadziwia. Zadziwia mnie, jak to bramkarze potrafią wpaść na idiotyczny pomysł bronienia skrajnie trudnej do wyciągnięcia piłki dwoma rękoma, albo, co pokazał nam kiedyś Dudek, ręką dalszą. Facio po trzydziestce powinien już wiedzieć, jaka forma interwencji zapewnia większy zasięg, ale nie, po co, przecież można zapewnić więcej emocji;)

Zapraszam na obszerne fragmenty, zapewniam, warto, warto, warto


Pierwszy raz od niepamiętnych dla mnie czasów (a może po prostu ciankol jestem i o czymś nie wiem), mecz na szczeblu centralnym w Niemczech rozegrano bez udziału publiczności. Nawet zadymiarze z Frankfurtu nie postarali się w poprzednim sezonie o taką karę*. Jednak po derbach z St. Pauli tym razem nie przepuszczono Hansie Rostock; jak tylko te dwie ekipy grają ze sobą chuliganie używają sobie do woli, tym razem banany pewnie jeszcze by wybaczono, ale obrzucenie sektora gości racami już nie, słusznie zresztą, jak myślę. Żeby była jasność, kibice spod pirackiej flagi też nie zachowywali się, jak w teatrze; mecz został przerwany na dziesięć minut a konsekwencje ciągną się za jednymi i drugimi**. Jakby tego było mało, jeszcze piłkarze dołożyli, i to dosłownie, co nieco na murawie. Kto widział brutalne i chamskie zagranie Weilandta na Morenie wie o czym piszę; gość wyleciał już w ósmej minucie, jego drużyna przegrała, a sam zasługuje na nazwanie go tym, czego według reprezentantów Czech brakuje Radkowi Drulakowi.

Skrót można zobaczyć TUTAJ.

Kolejny więc ekscytujący mecz w Rostocku***, mecz z Dynamo Dresden, które też grzecznych fanów nie ma, odbyło się w cmentarnej atmosferze. Niemiecka prasa nazwała to spotkanie „Gesiterspiel” (mecz widmo) i rzeczywiście nie dało się na to patrzeć; wyłączyłem po kilku minutach...

A skoro mowa o St. Pauli, to za chwilkę frapująco zapowiadające się zawody z Eintrachtem Frankfurt;]

 

* Pierwszy mecz tego sezonu, od razu podwyższonego ryzyka, bo z... St. Pauli, rozegrano przy ograniczonej widowni, ograniczonej do zaledwie 16,500...

** O karze dla Hansy już było; dopowiem jeno, że na St. Pauli nałożono karę w wysokości 20,000 euro.

*** Gwoli ścisłości, kolejne spotkanie rozegrano na DKB-Arena już tydzień później i te zawody kibice jeszcze mogli zobaczyć z trybun stadionu...

środa, 14 grudnia 2011

Wielu jeszcze nie posprzątało okruchów i nie wytarło gęby po sobotnim Grand Derbi, przyjemnym, ale i nudnym, ja chciałbym jednak napisać o czymś innym – fenomenie piłki, jako takiej i moim osobniczym Grand Derbi, które odbyło się dzień później…

Świat się przybliża, jest tuż za oknem; można wyjrzeć na mecz gigantów w Madrycie, rzucić okiem, co dzieje się w Londynie lub trafić do Rzymu, gdzie przecież prowadzą wszystkie drogi. Można. Zastanawiam się, jak bardzo ta bliskość oddala ludzi od futbolu. Dziś, mając tak szalone możliwości, mogąc przemieszczać się z miejsca na miejsce właściwie nie ruszając czterech liter, to, co fascynowało zostało zmielone, destylowane; dzisiaj wsuwając chipsy zaglądanie na niewiele znaczące mecze medialnie kreowane na wydarzenia wielkiej rangi, szlagiery, topowe – przymiotników można stosować bez liku – jest tak samo modne i tak samo dobrze widziane, jak słuchanie Rubika (choć nie, gość się skończył, do końca będzie kojarzony już tylko z z dżinglem „Wiadomości”, więc wstawcie tu kogoś innego); w każdym razie wiecie o co mi chodzi, o pięciominutową sławę, meteor – w sztuce przeważnie oznacza chłam podtarty odpowiednią grą promocyjną, w sporcie petrodolary, ruble, jeny, rzadziej euro czy dolary…

Dzisiejszy „kibic” interesujący się piłką to tak naprawdę bękart mojego pokolenia; to łebek w koszulce medialnego klubu znający jego historię do trzech edycji Ligi Mistrzów wstecz, na którego pokaźnym brzuszysku świetnie układa się PlayStation; to tyrający robol, który dopasowuje emocje piłkarskiego spotkania do skrótu pojawiającego się w górnym rogu ekranu (jeśli potrafi je rozszyfrować, znaczy się mecz jest zajebisty a emocje sięgają zenitu, byleby nie tego z Petersburga)*. Mógłbym tak długo jeszcze. Kiedyś futbol w swym majestacie miał coś ze sztuki, dzisiaj coraz bardziej przypomina monstrum zjadające własne cielsko, przepotwarzające się, realizujące szatański pomysł konkurowania z wszelkiego rodzaju show. Więcej, tłuściej. Mało kto pamięta, jak nazywa się klub z jego miasta, wie za to ile razy rozebrała się jakaś WAG, znacznie bardziej rozpoznawalna od klasowego gracza niszowej drużyny piłkarskiej; mało kto interesuje się ligą jako taką. Po co, skoro wystarczy sprawdzić pierwszych pięć miejsc, niezmiennie z tymi samymi klubami, nieco jedynie poprzestawianymi (bardzo rzadko, ale jednak, zdarza się użyć opcji „Rozwiń tabelę”), ewentualnie włączyć „Wiadomości”, „Informacje”, czy co tam jeszcze, by dowiedzieć się, co słychać u Wielkiej Czwórki (tabelę można zawsze przedstawić tak, jakby składała się tylko z tych miejsc, które zajmują akurat pupile, piąte, czy dziesiąte, za to bez trzeciego, czy czwartego, co za różnica przecież…). Wszystko kłębi się, prycha, wydobywa nieznośny smród, a gawiedź tańczy i śpiewa coś tam o wyższości Messiego nad Ronaldo… Podejrzewam, że dopiero wielkie bankructwa kilku gigantów, które niechybnie nastąpią (chyba, że Platini tupnie nogą wcześniej), mogą przynajmniej nieco uzdrowić sytuację…

Czerpanie satysfakcji.

Goście dalej człapią w miejscu. Tymczasowy trener to rzadko bywa dobre rozwiązania, zwłaszcza, gdy spotkanie ogląda już ten przyszły. Przed legendą niemieckiej piłki, Rudim Bommerem**, dość trudne wyzwanie, podwójnie trudne. Przegrać najbardziej prestiżowy mecz w tej części Niemiec to policzek, ale bardziej kibicowski, przegrać ligę, to znacznie poważniejszy problem. Na razie brzmi to może mało rozsądnie, ale przecież na takim samobieżnym chałturzeniu o katastrofę nie trudno. Co to za energia drużyny, skoro w trzynastu meczach pod rząd, daje ledwie dwie wygrane? Sam mecz był niezły, choć zabrakło w nim czegoś, jakiejś takiej futbolowej agresji na piątym biegu, ale i tak uderzyły mnie trzy sprawy – wyszkolenie zawodników: gościu, możesz być przeciętniakiem, możesz być powolnym półgłówkiem, ale jak już dostaniesz gałę i trochę miejsca (na przykład przy stałym fragmencie gry), to poślesz ją siedem razy na dziesięć dokładnie tam gdzie chcesz (chciałem napisać, że u nas proporcje są odwrotne, ale to nieprawda; w końcu zbyt wiele do powiedzenia ma przypadek, o czym przekonuje cykl Turbo-kozaka prowadzony przez Canal+; to niewiarygodne, jakie braki mają nasi ligowcy – grając w Pelego czy Chu… no niech będzie, że w Pana ci goście notorycznie dostawaliby baty na moim starym podwórku); wstrząsnęło mną, który to już raz, jak to bohaterem zostaje gość kompletnie nic nie pokazujący; ale wystarczyło znaleźć się dwukrotnie w odpowiednim miejscu i wykończyć dwie fantastyczne akcje kolegów, przy okazji wykańczając rywali. No i mieć nieco fuksa, jak przy drugim trafieniu. Wreszcie zmasakrowała mnie pierwsza bramka gospodarzy. Niżej wklejam filmik z meczu; popatrzcie uważnie, wow, co za latara, imponujące!

 

* Robole – tak nazywam każdego, kto po pracy tanim usprawiedliwieniem zmęczony jestem usprawiedliwia lenistwo. Ok., są zwody, są dni, kiedy faktycznie, dajesz z siebie wszystko i masz ochotę zatrzasnąć za sobą drzwi do pokoju i wstać z łóżka najwcześniej po weekendzie, nawet jeśli jest dopiero wtorek. Ale ględzenie, w stylu, oglądam mainstreamowe seriale bo zmęczony jestem; kibicuję Lidze Mistrzów, bo zmęczony jestem; nie mam pasji, bo zmęczony jestem; zmarnowałem kawał życia bo byłem zmęczony – genialne;]

** Niech się tam Bommerowi wiedzie, chociaż mógł zostać w tym Wacker Burghausen dłużej niż do końca roku. Cholernie szkoda mi zwolnionego trenera Wollitza…

 

A na koniec gratka dla wszystkich polskich ligowców, zwłaszcza dla Pana Wodeckiego – nawet w partaczeniu są od was lepsiJ

W akcji Edgar Prib

 

Swoją drogą pierwsza połowa meczu na szczycie zaplecza Bundesligi był znacznie lepszy niż to coś, co grano chwilę potem w Londynie. druga już nie była tak atrakcyjna, jakby zawodnicy wiedzieli, ze większość widzów przełączy się na to coś.



czwartek, 08 grudnia 2011

Bundesliga

Gambrinus Liga

T-Mobile Ekstraklasa

Tak prezentowałyby się ligowe tabele pierwszych lig*, którymi zajmuję się na tym blogu, gdyby w futbolu obowiązywały jedne z licznych przecież propozycji naliczania punktów. Oto w połowie 1944 roku w Niemczech eksperymentowano z regułą doceniania postawy drużyn w meczach wyjazdowych. Za zwycięstwo poza własnym stadionem proponowano trzy punkty. Dwa miały być przyznawane za wygraną u siebie oraz remis w grze wyjazdowej; wreszcie nierozstrzygnięty wynik przed własną publiczności to jedno oczko w ligowej tabeli; porażki, jak świat światem, choć i tu zdarzały się wyjątki (vide -1 pkt za klęskę trzema lub więcej bramkami w latach '80 w Polsce), nie miały być premiowane w jakikolwiek sposób.

Co ciekawe właśnie w Bundeslidze takie zasady wprowadziłyby największe zamieszanie. Kilka klubów zanotowałoby wyraźny skok w górę, zwłaszcza imponujący w przypadku Bayeru Leverkusen (pudło!), Mainz oraz K'lautern (w każdym z tych przypadków aż o trzy miejsca), ale i parę spektakularnych obsuw w dół, najbardziej bolesnej zwłaszcza dla legendarnej drużyn 1.FC Nürnberg. Zauważyć warto również, że wszystko stało się jakby bardziej gęste; różnice punktowe w czołówce i w strefie zagrożonej mają znamiona delikatnienia.

Dwie pozostałe ligi charakteryzują jedynie retusze; ok, w Polsce Wisła miałaby z tego systemu wiele korzyści, podobnie ŁKS, ale ogólnie nie wiele się dzieje; jeszcze mniej u naszych południowych sąsiadów, gdzie zaledwie cztery drużyny dotknięte są ruchem w górę lub w dół. Ale już różnice w dorobku poszczególnych zespołów, co nieco wyprawiają. Taka Viktoria, ta z Žižkova miałaby już tylko iluzoryczne szanse na uratowanie ligowego bytu, od miejsca trzeciego do dziewiątego różnice uległyby zmniejszeniu, a już rywalizacja Sparty z Libercem nabrałaby tak istotnej krwistości.

U nas oberwałoby się „Niebieskim”, ale jeszcze znaczniej drużynie Pana Wojciechowskiego. Cieszono by się w Kielcach i Krakowie. W Grodzie Kraka podwójnie, bo nie tylko „Biała Gwiazda” wskoczyła na pozycję trzecią, ale i Cracovia, pozornie w tak samo gównianej sytuacji, tak naprawdę byłaby o jedną wygraną od miejsca jedenastego! W Lubinie trwoga, a miejsca tam, gdzie niebezpiecznie starczyłoby dla pięciu drużyn. U góry ciekawie, Widzew miałby spore szanse na puchary, no i najważniejsze – Legia już teraz byłaby nad Śląskiem...

 

* Mam gdzieś nowomowę związkową; pierwsza liga w Polsce to pierwsza liga, nie jakaś druga, czy inna jeszcze.

** Dwie uwagi odnośnie prezentowanych tabel: w lidze czeskiej drużynie Sigmy odjęto 9 punktów za sprawę korupcyjną; w Bundeslidze do rozegrania pozostało spotkanie 1.FC Köln – FSV Mainz, odwołane w pierwotnym terminie z powodu próby samobójczej arbitra mającego prowadzić te zawody. Mecz ponownie odbędzie się w najbliższą środę.

*** Przepraszam wszystkich kibiców Lecha i Polonii Warszawa. Teraz dopiero to zauważyłem. Mój edytor tekstu automatycznie zamienia nazwy Lech Poznań na Amica i Polonii Warszawa na Groclin. Wybaczcie...