Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
wtorek, 28 grudnia 2010

Sezon zaczęli wygraną w tradycyjnym meczu przyjaźni z Liverpool FC 1:0*. Oczekiwania były ogromne. Dzięki zyskom z nowego stadionu, co umożliwia im konkurowanie na razie ze średniakami ligi, poczynili znaczne finansowe inwestycje w zaplecze medyczne, infrastrukturę historyczną (muzeum), no i przede wszystkim w transfery: wydano ponad pięć milionów euro na sprowadzenie de Camargo ze Standardu Liege oraz najlepszego obrońcy 2. Bundesligi, Andersona; za darmo zakontraktowano świetnie spisującego się w SC Freiburg Kameruńczyka Mo Idrissou oraz młodego obrońcę Jensa Wissinga z Preußen Münster.

Początek całkiem obiecujący. Zwłaszcza wiktoria w Leverkusen okazała po fantastycznych zawodach dodawała optymizmu, nawet pełnią euforii trąbiła na powrót lat tłustych. I wtedy się zaczęło; pasmo nieszczęść, niewytłumaczalnych zbiegów okoliczności i kuriozalnych zdarzeń. Aż pięciokrotnie zespół prowadził 1:0 by schodzić z boiska pokonanym! Dwukrotnie w takiej sytuacji zremisował! Stracił najwięcej goli, niemal trzy na mecz! A wszystko polane sosem ciągłych kontuzji i idiotycznych wykluczeń, jakby okupowali księstwo pecha! Nie znam drugiego takiego przypadku!

W trzeciej kolejce przyjmowali na Borussia-Park zespół Eintrachtu, który zanotował falstart. I co? No jasne, właśnie w tym meczu goście się odblokowali, właśnie od tego spotkania nastawił wybornie swoją nóżkę niejaki Gekas, ładując do końca jesiennej rundy gola za golem! Pierwszy raz zabrakło także jakiegoś ogniwa wyjściowej jedenastki, za kartki pauzował Marx. Potem przytrafiła się upokarzająca klęska w Stuttgarcie. Pasywna, bierna do bólu zębów postawa każdego zawodnika z osobna i wszystkich razem przyprawiona została idiotyczną zmianą trenera Frontzecka, który już w przerwie (przy stanie 0:2) zmienił stopera Brouwersa na żółtodzioba Andersona. Cała drużyna BMG wylądowała w „11” hańby dziennika „Rheinische Post”, w mojej ocenie sama siebie przy okazji władowała w gnój lęku i utraty wiary. Od tego momentu każdy stracony gol działał na nich, jak infekcyjna iniekcja rozprowadzająca w organizmie tumaniące umysł echo tamtego pogromu: „O matko! Czy teraz znowu nas zleją, czy znowu dostaniemy siódemkę?”. Stało to przy nich już w kolejnym pojedynku ze słabiutkim St. Pauli; owszem, „Piraci” opromienieni bohaterskim (dosłownie!) remisem w derbach stawiali opór wściekle, ale to tylko St. Pauli! A jednak schemat, jak przegrać frajersko, gdy się prowadzi został ożywiony. Z powodu urazu nie gra Dante, długo nie wybiegnie na boisko... Na koniec nieudanych zawodów z boiska wylatuje jeszcze Idrissou. Gołym okiem widać, że zespół trawi jakaś zaraza.

Kolejne dwa spotkania przynoszą wypogodzenie, odwilż. Cudowne wejście w mecz na Arena auf Schalke nie doczekało się wszelako happy endu. Dwubramkowe prowadzenie zostaje roztrwonione własną nieostrożnością i głupotą Brouwersa, który na dwanaście minut przed końcem wylatuje z boiska za faul na Huntelaarze. Tyle czasu wystarczyło gospodarzom do strzelenia wyrównującej bramki. Mecz z „Wilkami” nie jest aż tak emocjonujący. Borussia krwawiąca trzyma kurs na remis. Brak doskonałych Dantego (jeden z najlepszych techników wśród stoperów Bundesligi) oraz Brouwersa (w poprzednim sezonie najskuteczniejszy obrońca całej ligi) wyczynia cuda w defensywie BMG. Ustawienie na środku z Deamsem i Andersonem oraz boskim Schachtenem z lewej nie pierwszy raz przyprawia o ból głowy. Jakby problemów było mało jeszcze w pierwszej połowie kontuzji doznaje młodziutki, a już świetnie się prezentujący Herrmann. Poza punktem jedyną radością jest pojawienie się na boisku, choćby na chwilkę, de Camargo (inny maruder okresu przygotowawczego, Karim Matmour, którego oglądaliśmy na Mistrzostwach Świata w RPA wciąż leczył uraz). Niepokoi kompletne obiboctwo belgijskiego reprezentacyjnego bramkarza Bailly'ego, to zresztą jego znak firmowy.

Po zaczerpnięciu oddechu znowu idą na dno. Nieudany wyjazd do Hoffencheim wprowadza w życie znaną już śpiewkę o nieutrzymaniu prowadzenia. Bez trójki Dante, Brouwers, Herrmann, za to z dwoma czerwonymi kartkami (głupota Arango i nieudolność Schachtena) i porażką 2:3. Ale słabość wykazał dopiero mecz z Werderem. Kiepskim przecież Werderem! Ale na kim, jak nie na BMG można się przełamać? Pizarro strzela premierowego gola w sezonie, a debiutant w bramce goście, Mielitz, dokonuje cudów (trafia do jedenastki kolejki magazynu „Kicker”)! Co innego wspomniany Bailly, który tym meczem żegna się z wyjściowym składem. Powinien być remis, może nawet wygrana Borussii, jest klęska 1:4... Serię kończy kompromitacja w Kaiserslautern, i ponownie wyniki nie odzwierciedla boiskowych wydarzeń, tylko co z tego? Heimeroth w bramce nie pomógł, Schachten na boku obrony pomóc nie mógł, bo tak beznadziejnego zawodnika na poziomie Bundesligi nie widziałem dawno (wątpię, czy poradziłby sobie w śląskiej trzeciej lidze!), Bobadilla też nie mógł, bo nie zagrał w ogóle...

Lęk przed spotkaniem z Bayernem był uzasadniony. Choćby z powodu absencji Dantego i Brouwersa oraz Marxa. Z drugiej strony Bayern rzadko wygrywa w Mönchengladbach, to taka specyfika niemieckich rozgrywek. Derby Niemiec przyniosły widowiskowy i pełen dramaturgii mecz. W pierwszej połowie po ni to strzale, ni to dośrodkowaniu trafia Herrmann, ale od tego momentu Bawarczycy dosłownie miażdżą gospodarzy nie pozwalając im nawet przekroczyć środka boiska. Tyle zmarnowanych kapitalnych okazji, ile „udało” sięMonachijczykom samo w sobie jest sztuką. Wisienką na torcie był fatalnie wykonany przez Schweinsteigera rzut karny. Do przerwy goście prowadzili tylko 1:2. Druga połowa to odmieniona Borussia, żywa, pełna pasji i wiary we własne możliwości (tym razem Frontzeck trafia ze zmianami, wstawiając do drużyny „prawie” zdrowego Brouwersa za miszcza Schachtena oraz de Camargo za bezbarwnego, ups, Idrissou). Po dwóch pięknych akcjach szybko robi się jednobramkowa przewaga miejscowych, stadion szaleje, komentator zaniemówił, ech... ale Borussia nie byłaby sobą, gdyby wygrała. W końcówce urywa się Lham i mecz kończy się zasłużonym remisem. Tydzień później Borussia gromi w wielkich derbach „Kozłów” z Kolonii czterema bramkami wlewając nadzieję w serca kibiców. Kto jednak uważny dostrzega cenę tej wiktorii. Brouwersowi odnawia się uraz. Zastępujący go Dante wytrzymuje ledwie 20 minut i wraca na listę kontuzjowanych. Euforia jest jednak wielka...

...i pryska, jak bańka mydlana po wizycie Mainz. Z przodu BMG wygląda okazale. Znowu prowadzi. Jednak brak obu podstawowych stoperów jest ich przekleństwem. To i jeszcze nos trenera gości, który wstawia na końcówkę Allaguiego, a ten dwoma golami zmienia losy spotkania – 2:3. W Dortmundzie znowu hańba. Borussia może przegrać z każdym, byle nie był to Bayern, 1.FC Köln oraz zespół z Dortmundu. Ale po galaretach w nogach gości od pierwszego gwizdka znać było, że nie wierzą w sukces. Prowadzenie po golu cudownego dziecka BMG, Marcusa Reusa nie zmieniło ich nastawienia.

Końcówka sezonu to kolejne porcje niewiarygodnego pecha. Mecz z Hannoverem u siebie. Prowadzenie; pełna kontrola wydarzeń i... skrajna głupota napastnika Bobadilli, który kopie bez piłki rywala, wylatuje z boiska i jeszcze wyzywa od dziwek technicznego arbitra. Skandal! Skandaliczna jest również postawa eksperymentalnej defensywy Borussii, która w dwie minuty daje sobie wbić dwa gole. Powrót Arango po czerwonej kartce (pięć meczy pauzy!) przechodzi niezauważony; Wenezuelczyk to cień samego siebie z poprzednich lat, to także wzór beznadziejności całej drużyny, wystarczy popatrzeć na jego minę i postawę ciała... We Freiburgu od początku wszystko idzie nie tak. Nie może grać Reus. Identyczne groźne sytuacje podbramkowe wykorzystać potrafią tylko miejscowi. Wreszcie dwie „dziwne” kontuzje – Brouwers musi zejść po potężnym ciosie piłką w głowę (na tyle mocnym, że nie zagra również w ostatnim meczu rundy), Idrissou próbując wepchnąć piłkę do bramki nadziewa się na słupek... Na koniec kanikuły gra z HSV. Już samo zestawienie obrony przyprawia o gęsią skórkę: Callsten-Bracker, Schachten, Deams, Wissing! Oprócz stoperów pauzuje za kartki Levels. Dlatego Frontzeck rusza swoje skostniałe 4-4-2 i wystawia 4-1-2-2-1 grając praktycznie bez skrzydłowych, za to z Neustädterem, jako trzecim defensywnym pomocnikiem. Gra wyglądała przyzwoicie, sytuacje bramkowe z gatunku tych stuprocentowych, tylko, że akurat Frank Rost w bramce gości postanowił popracować nad notą i został bramkarzem kolejki. Znowu pechowa porażka, goście z trzech strzałów zdobywają dwie bramki (reszta okazji już po desperackim ataku szału trenera BMG, który zmienił ustawienie na... 1-4-1-3-2). Vanitas vanitatum, et omnia vanitas...

Naturalnie pech to nie wszystko. Frontzeck popełnił kilka kardynalnych błędów. Za późno zdjął z bramki Bailly'ego, za rzadko dawał drużynie sygnał do ofensywnej gry, wreszcie, mój osobisty zarzut, nie wykorzystał potencjału Mo Idrissou. Kameruńczyk świetnie zaczął sezonu grając efektywnie i efektownie na szpicy. Nie wiedzieć czemu Frontzeck postanowił zrobić z niego lewego pomocnika; tam chłopak zupełnie nie potrafił się odnaleźć zawodząc na całej linii, często zresztą nie łapiąc się do wyjściowego składu. A przecież z jego siłą, techniką, balansem, nosem do gry kombinacyjnej jest stworzony do panoszenia się na pozycji wysuniętego napastnika! No i te rotacje w składzie. Okazało się, że zespół poza żelazną czwórką obrońców nie dysponuje nikim wartościowym na ławce. Anderson zawiódł, młodzież nie dorosła do gry na tym poziomie, a o Schachtenie to mi się, do diabła, nawet pisać nie chce...

Czy są szanse, by jeszcze uratować ligę dla tej najwspanialszej drużyny niemieckiej? Podobno negocjują z Kenny Millerem z Glasgow i Martinem Stranzlem ze Spartaka Moskwa. Brzmi ciekawie, ale czy to jest realne? Bliższy gry w BMG jest na razie Havard Nordtveit z Arsenalu, ale czy to gracz z umiejętnościami umożliwiającymi obronę miejsca w Bundeslidze? Napastnik Hanke to, pomimo doświadczenia reprezentacyjnego, również nie pierwsza jakość. Ostatnio odezwał się trener Hans Meyer, że jest gotowy przejąć zespół; to akurat wydaje się niezbyt właściwym wyborem. Meyer trenował dwukrotnie BMG w latach 1999-2003 oraz 2008-09 osiągając, hm, słabe wyniki, tak to nazwijmy...** Trudna próba przed zespołem; ci, którzy mieli spaść w większości grzeją cztery litery na przyzwoitych miejscach, z jeszcze bardziej przyzwoitym dorobkiem punktowym. Sama rodzina Borussii wydaje się coraz bardziej skłócona (prezes Bonhof i dyrektor Eberl kontra Vogst i Netzer). Będzie ciężko, ale wierzę, że jeszcze los się do nich uśmiechnie. W końcu, podobno istnieje równowaga w przyrodzie.

 

* Po tragedii na Hillsborough kibice Borussii zorganizowali specjalny fundusz na rzecz poszkodowanych osób. Przekazano w sumie ok. 24,000 marek (1991 r.). Od tamtej pory trwa zażyła przyjaźń fanów obu drużyn (tak na prawdę wzajemne realcje zaczęły się już od końca lat '70 gdy obie drużyny walczyły w finałach najbardziej prestiżowych rozgrywek piłkarskich), a na stopie oficjalnej rozgrywane są corocznie mecze towarzyskie (od roku 2007). więcej o przyjaźni fanów obu klubów znajdziecie tu i tu.
** Przejął zespół 7 września 1999 roku, gdy zespół zajmował ostatnie miejsce w... drugiej Bundeslidze! Udało mu się ostatecznie wskoczyć na 5 pozycję. Awansował rok później. Już w Bundeslidze zajął przyzwoite 12 miejsce, całkiem bezpieczne. W następnym wytrzymał jednak tylko do 1 marca. Po remisie u siebie z Schalke klub ciągle pozostawał w strefie spadkowej, podziękowano mu więc za pracę (jego następca, Ewald Lienen, w 11 spotkaniach wywalczył aż 19 punktów, co pozwolił na niezłą 12 lokatę). Druga przygoda z BMG była w roli typowego strażaka. Znowu zespół wylądował pod kreską zajmując po 11 kolejkach przedostatnie miejsce (ale z niewielką stratą punktową). Srogie męczarnie do końca rozgrywek ledwo, ledwo wystarczyły na uratowanie źrebiącego zadka – punkt nad barażowym Energie Cottbus.

sobota, 25 grudnia 2010

Dzisiaj coś specjalnego. Taki prezent około-okolicznościowy (biorąc pod uwagę czas, jaki obecnie mamy):)

Zwykły mecz ligowy; nic wyjątkowego, ot ostatnia kolejka jesienna w Czechach; Slavia męczy się niemiłosiernie z Mladą Boleslav tonąc coraz bardziej. Przerwa. Wyśmienity komentator, Jaromír Bosák, którego osobiście bardzo cenię (nie ma, NIE MA u nas na żadnym kanale sportowym kogoś równie niezwykłego! Właściwie jedynie Pavel Čapek może z nim stawać w szranki), ucina sobie pogawędkę ze współkomentującym Vladimírem Táborským, byłym piłkarzem reprezentacyjnym oraz szkoleniowcem. Niby nic; nie wiedzą jednak, że mikrofony nie zostały wyłączone...

JB: Jeśli zmieni się coś na drugą połowę zobaczymy za małą chwilkę, a teraz oddajemy głos na Kavčí hory [nazwa ulicy na której znajduje się CT - MK]

JB: Oni chyba chcą, żeby ich tam saniami zawieźli, kurwa [do szatni - MK]. Powiedz mi, czy oni, kurwa, w ogóle trenują strzały? Może lekarz im zabronił, bo ja już kurwa nie wiem.
V.T.: To jest, jak to mówiłeś, że wymieniają sobie ciągle piłkę. To jest... To i ja bym się jeszcze cofnął. Tutaj się zatrzymuję, nie będę ich dalej atakować i cofnę się. I ruszę na dziesięciu graczy. Zamiast zrobić jedną prostopadłą, minęli by przynajmniej tych dwóch napastników a potem zwyczajnie zaczęli grać.
J.B.: Ale oni nawet jeśli już tak grają, to potem zwyczajnie stoją.
V.T.: Stoją.
J.B.: Oni, gdy mają wokół siebie tych obrońców, to nie wiedzą, kurwa, gdzie się ruszyć, co zrobić. U nich nie ma nawet tego, żeby się wymienili [pozycjami - MK], czy cokolwiek, kurwa.
V.T.: Przyglądałem się teraz, jak schodzili z boiska. Ten się śmieje, ten mały Černý [Jaroslav Černý, pomocnik Slavii - MK], co nie. On idzie z tym Bole... Ja byłbym wkurwiony, rozumiesz? A on z tym Bolesławiakiem idzie i się śmieje.
J.B.: Gdzie wyskoczymy wieczorem.
V.T.: Nooo. Albo, co porabiasz jutro rano?
J.B.: Tenis, kurwa.
V.T.: No, dokładnie. Relax, kurwa.
J.B.: Odpocznij sobie, nie przemęczaj się, jutro mamy partyjkę [tenisa - MK].
V.T.: Tak grają o utrzymanie, w Boleslavii? Co by to było, jakby pojechał do Ostrawy, gdzie będą na niego kląć chacharzy a ten... Czy do, no ja wiem, na przykład do Brna.
J.B.: A tu nikogo nie ma, kurwa. Jest cicho.
V.T.: Jest cicho, no, dokładnie. Tylko tamci coś głupieją.

J.B.: Słuchaj, ja zwyczajnie...
V.T.: Co mają mówić, kurwa.
J.B.: Ja już chciałem powiedzieć, że im brakuje takiego Řepki [legendarny obrońca Sparty, którego cechuje wybuchowy charakter – MK], żeby na kogoś wlazł, żeby na kogoś nawrzeszczał. Oni ze sobą nie rozmawiają. Po tym golu Hubaček miał łeb spuszczoną, a [? - niezrozumiały fragment - MK], oni nic do siebie nie mówią! Wszyscy są, kurwa, zajebistymi kumplami, i nie będziemy na siebie źli.
V.T.: Tam musisz mieć kogoś, kto zacznie się wydzierać; to już nawet ten Kisel [doświadczony pomocnik Slavii - MK], który zawsze toczył pianę, dziś jest na nic, on w ogóle nie gra.

V.T.: Czy z nim w ogóle da się grać w lidze, z tym chłopaczkiem, o utrzymanie? [o napastniku Slavii, Janie Pázlarze, który zadebiutował właśnie, w wieku 19 lat... - MK]
J.B.: I jeszcze mu to zaszkodzi, kurwa. Bo wszyscy zapamiętają, że zagrał...
V.T.: To może być nawet dobry chłopak, jakiś student wyższej szkoły, czy co...
J.B.: Dasz takiego do składu, gdy drużynie się powodzi, gdy mu to ktoś wyłoży pod bramką, a on tylko do klepie i gotowe.
V.T.: Gdy wszyscy są w gazie...
J.B.: A on ciągle gra plecami do bramki, jeszcze na dodatek jest powolny, co nie, także...

J.B.: A mu to zaszkodzi w ten sposób, że ludzie będą pamiętać, no to jest ten, co sobie nie pograł na Boleslavii, to już go nawet nie wystawiajcie, kurwa. Ten Petrouš zwariował. Skoro ma tam tego Zákostelskiego, który już coś tam grał, kurwa, to dlaczego go nie wystawi? Ponadto jest wysoki.
V.T.: Dlaczego... Skoro już tak jest, to niech tam na ławkę na prawdę posadzi całe rezerwy. Dlaczego nie ma ich na ławce? Niech mi to ktoś... Tego mi nikt nie wyjaśni, dlaczego ci są na ławce!
J.B.: Ciężko, kurwa, ciężko...
V.T.: Nad połowiczna premia, czy jak? Nie rozumiem.
J.B.: No, coś w tym będzie, kurwa.

V.T.: To kto z nimi podpisał te umowy?
J.B.: Karel [Jarolím, były trener Slavii – MK] z Doležalem [jeden z właścicieli Slavii - MK].
V.T.: Takie umowy?
J.B.: No.
V.T.: I to jest właśnie powód, dlaczego Sparta jest przed nimi. Ta gra beznadziejnie, nawet beznadziejnie, ale tą siłą, nie. Taki Kucka, ten tam wariuje w tym środku. On to tam przebije, głową, wszystko.
J.B.: Oni mają tam dwóch silnych napastników.
V.T.: Ten czarny z przodu też, co nie; oni są tacy... Czy taki Kušnír, a ci... No wskaż mi na któregoś, no wskaż!
J.B.: Parówka nikogo nie zaskoczy, kurwa. [ten fragment dla mnie nie do końca zrozumiały, w
oryginale: „Párek nezaskočí vole!” - MK]

J.B.: Głównie chodzi o to, że on ma to przed oczami, ten frajer [sędzia - MK], kurwa. Rozumiesz? Wczoraj to samo, gdy nie uznali temu Pilznu... [regularnej bramki w meczu z Bohemians - MK]
V.T.: No, to jest straszne.
J.B.: To bym się chyba zesrał, kurwa.

[patrząc na drugi monitor]
V.T.: Co to jest za gol?
J.B. Wskoczył do tego, kurwa.
V.T.: Co to za gol?

J.B.: Pięknie, to mu zostało już tylko sześć do setki.
V.T.: Kurwa, Rada dziesięć punktów [Pater Rada, trener Slovanu Liberec - MK]. Cztery mecze, dziesięć punktów.

[równocześnie]: O, kurwa!
J.B.: Kurwa, haha!
V.T.: Te, i wepchnął ją tam!

J.B.: Widziałeś może w Internecie, co zrobił ten arabski chłopak?
V.T.: Słucham?
J.B. W internecie teraz można zobaczyć...
V.T.: A tak, tak, widziałem... ten bramkarz.
J.B. Nie, nie ten bramkarz. To był chłopak... Grano jakiś arab... Puchar Emiratów Arabskich, czy coś takiego, i oni odpadli, kurwa, bo jakiś frajer... minęli już wszystkich, był sam przed pustą bramką, gdzieś metr przed linią, na środku bramki i kopnął to lewą nogą w słupek, kurwa.
V.T.: Ta, widziałem to, on to uderzył fałszem... No a ten bramkarz, co poszedł po piłkę za bramkę, a on mu wleciała...

J.B.: To jest straszne, kurwa. Straszne.

V.T.: Trzydzieści pięć lat. [o Lukášu Jarolímie, synu Karela, piłkarzu Slavii – MK]
J.B.: Przecież wziął go tata, bo on w tej Regginie nie grał praktycznie cały sezon! [Jarolím nie grał w Regginie! - MK]. Więc załatwili mu kontrakt, jak tłustą świnię. Siedzi sobie na ławeczce i posiedzi tak jeszcze 1,5 roku, aż mu się skończy [umowa – MK], kurwa. Do Slovanu już go za tatusiem nikt nie weźmie, nie są idiotami [Karel Jarolím trenuje obecnie Slovan Bratislava – MK]. Dlaczego ci frajerzy nie są tak dobrzy, czemu nie pociągnął ich na tą Słowację już teraz, kurwa? Dlaczego ich, kurwa, ze sobą nie zabrał? Bo wiedział, że oni są do niczego, kurwa.
V.T.: Oni podobno jeszcze będą płacić kary, tym, którym nie dają nic; Zlínowi... [klub – MK], za Čelůstkę jeszcze nie zapłacili, no.

J.B.: Witam wszystkich jeszcze raz ze stadionu w Mladej Boleslavii, gdzie, jak do tej pory miejscowi prowadzą po bramce Proházky z siódmej minuty nad praską Slavią, nad którą zbierają się czarne chmury...

 

Wybacznie namnożenie wulgaryzmów; uznałem jednak, że oryginalna czeska wstawka ty vole w tym konkretnym kontekście właśnie w takiej formie, a można ją tłumaczyć na dziesiątki sposobów, będzie najbardziej pikantna, zgrabna, a zarazem właściwa.

Ostre. Po wszystkim rozpętała się mała burza, wiadomo. Ale patrząc na treść, nie na formę, czyż nie jest w tej szczerości dostatecznie wiele prawd o współpeczesnej kondycji futbolu? Jak wielu z Was, kibiców, fechtowało podobnymi uwagami?

 

A na deser jeszcze omawiane wyżej przez obu panów pudło z arabskich boisk:)

wtorek, 21 grudnia 2010

Myślenie w futbolu nie zawsze ma sens. Zwłaszcza myślenie, jak wyglądałaby rodzima piłka, gdyby nie trąd korupcji; na pewno nie przypominałaby tej włoskiej, choć akurat ta jest pozszywana szwindlem jak świńska skóra...

Takiego numeru już dawno nie widziałem. Bezczelność Raffael Biancolino i ślepota sędziego chyba nie sposób wytłumaczyć jedynie mafijnym znamieniem Kalabrii...

Trudno mi wyobrazić sobie własną reakcję na takie chamstwo, i co z tego, że to jedynie trzecia liga, co z tego, że goście mieli jeszcze osiemdziesiąt minut na zmianę wyniku, wreszcie co z tego, że żadna z tych drużyn nie walczy ani o awans, ani o utrzymanie. Wulgaryzmy przedniej marki cisną się na usta.

Nie ma się, co dziwić, że trener gości Zdeněk Zeman* po meczu gotował się we własnej złości

Niestety sędziowie są częścią gry i musimy akceptować ich decyzje. Ale to budzi poważne obawy, że żaden z arbitrów nic nie zauważył. Z gry swojej drużyny jestem spokojny, ale, niestety, wynik nie zawsze zależy od tego, co zaprezentujemy na boisku.

Czeski szkoleniowiec i tak zachował takt niezwykły; nie zawsze to mu się zdarzało. To właśnie on rozpętał burzę w roku 1998 oskarżając liderów Juventusu o doping (zwracając uwagę na nienaturalnie szybki przyrost masy mięśniowej między innymi u Vialliego i del Piero, za co ten pierwszy nazwał Zemana... terrorystą!)**. Ostatnio znów o sobie przypomniał. Niemal równo rok temu oskarżył byłego szefa, a jakże, Juventusu, Luciano Moggiego, że ten mści się na nim za rozpętanie wspomnianej afery i korzystając z wciąż dużych wpływów blokuje mu możliwość zatrudnienia we Włoszech***. Moggi zapowiedział oddanie sprawy do sądu za tą zniewagę... Z kolei po potwornie nieudanych dla Squadra Azzurra mistrzostwach świata wylał pomyje na włoski futbol, ciosy wymierzając przede wszystkim w osoby zarządzające klubami

Dzisiaj w pierwszej lidze włoskiej nie ma ani jednego trenera, który miałby takie wyniki, jakie kiedyś ja osiągałem, czy chociażby kogoś, kto potrafiłby rozsławić anonimowych do tej pory piłkarzy. Dzisiaj kluby nie angażują trenerów z powodu ich umiejętności lecz wybierają drogę po najmniejszej linii oporu. Z zespołami pracuje i po piętnaście osób, a trener musi jedynie brać na siebie odpowiedzialność. Obecnie w klubach ważniejszą rolę niż coach ma człowiek zajmujący się marketingiem.

Hm, trochę racji ma... Kto niby ostatnio rozbłysnął talentem piłkarskim nad Adriatykiem, Cassano? Tylko bez jaj, proszę Was... A taki Zeman dał futbolowe życie takim piłkarzom, jak Salvatore Schillaci, Giuseppe Signiori, Francesco Baiano, Roberto Rambaudi, Luigi di Biagio, Alessandro Nesta, czy Francesco Totti. To on sprowadził na Półwysep Apeniński Pavla Nedveda. A to już robi wrażenie i daje mu królewską pieczęć posłańca nowiny, każdej nowiny, tej złej również. Oberwało się również pewnemu portugalskiemu trenerowi, który jakiś czas trenował na włoskiej ziemi. José Mourinho został nazwany gadułą, wręcz krasomówcą, ale tylko przeciętnym trenerem. Wróżył mu sukces w Serie A lecz tylko dlatego, że jego Inter miał i tak najsilniejszą kadrę. Równocześnie zwrócił uwagę, jak mentalnie wycofują się trenerzy z odpowiedzialności rozwoju piłki. Jego zdaniem Mourinho i jemu podobni, jako pracownicy, nie trenerzy, poświęcają piękno futbolu na rzecz osiąganego celu. Brakuje im fantazji i radości z wykonywanego zawodu. Brakuje im zrozumienia sensu ofensywnej gry. Prawda, to już znacznie bardziej kontrowersyjna teza. Ale, czy nie uprawniona w ustach człowieka, który w ojczyźnie catennacio od lat wierny jest na wskroś nastawionej na atak taktyce 4-3-3? jego drużyny zawsze strzelały dużo bramek, inna sprawa, że równie wiele traciły... Za czasów drugiego pobytu w Foggi grę jego podopiecznych określano mianem Zemanlandia, tak znaczące piętno odcisnął na postawie zespołu. W swojej ulubionej taktyce szczególną uwagę poświęca grze skrzydłami, ustawieniu strefowemu oraz ofsajdom.

Ten piłkarski romantyk w dzikim świecie współczesnego futbolowego biznesu, pobrzmiewa co raz mniej przytomnie, aberracyjnie, furiacko; jego naiwne motto nawołuje do powrotu tego cudownego sportu do korzeni, do esencji radości, jaką kopanie skórzanego przedmiotu daje dzieciakom w każdym miejscu na świecie. Pragnie, pragniemy, by futbol wyszedł z finansowych biur i medycznych gabinetów (gdzie lekarzy wypierają farmakolodzy nazywani „specjalistami od wyżywienia”), spod dziwnych transakcji i szemranych interesów i znów bawił ludzi miarą swej prostoty i szczerości, czystości i piękna; niestety, przemysł piłkarski na to nie pozwoli...

Leki i środki dopingowe mają brać ludzie chorzy, zdrowi ich nie potrzebują. Ludzie chorzy mają się leczyć, a nie grać w piłkę!

Między innymi za te słowo otrzymał międzynarodową i czeską nagrodę fair play.

Zrobiłem normalną rzecz. Sport ma przesłanie etyczne. Zamiast pigułek sportowcy powinni być częściej na boisku!

Ale kogo to dzisiaj obchodzi...

 

PS W ciekawy sposób zrezygnował z pracy w Lecce, klubiku z którym osiągał co najmniej przyzwoite wyniki w Serie A. W połowie jednego ze spotkań obrócił się tyłem do boiska i do końca nie spoglądał, co się na nim dzieje. Po meczu oświadczył, że piłkarze nie grali tego, co im kazał. Podejrzewał ich o sprzedawanie meczy.
PS1 Kolejne ciekawe zdanie o współczesnej piłce: „Trudno jest realizować własną koncepcję futbolu. Najpierw musisz zaakceptować reguły tych, którzy go finansują. Z powodu logiki handlowej zniknęły z piłki wszelkie wartości”.
PS2 Jego charyzma w jakimś tam stopniu została jednak doceniona przez... artystów. Rzymski muzyk, fan AS, Angello Venditti, nagrał piosenkę La coscienza di Zeman (Sumienie Zemana), z kolei komik Antonio Albenese poświęcił mu jeden ze spektakli odtwarzając rolę Frengo, postaci wzorowanej właśnie na czeskim trenerze.

 

* Szlaki, jakie przywiodły Zemana do piłki są przedziwne. Co prawda sam garnął się do sportu (poza futbolem grywał jeszcze w siatkówkę i piłkę ręczną, a której później przynosił pewne rozwiązania na boiska piłkarskie), jednak to dziwny splot zdarzeń pomógł mu zrobić karierę we włoskiej piłce. Jego wujkiem był słynny Čestmír Vycpálek. Znakomity piłkarz Slavii, który po wojnie osiadł w Italii i grał w barwach... Juventusu! Później trenował z sukcesami zespół „Białej Damy”. Młody Zeman wraz z siostrą ponownie wybrał się w odwiedziny krewnego latem 1969 roku. Po doświadczeniach okupacji Czechoslowacji przez wojska Układu Warszawskiego postanowił już nie wracać. Siostra musiała się potem nieźle tłumaczyć, gdzie jest jej brat... We Włoszech dorastał, uczył się, wreszcie zajął się trenerką. Zaczynał na... basenie! Jakkolwiek to dziwnie brzmi, właśnie w tej profesji stawiał pierwsze kroki szkoleniowe. Jednak z jego podopiecznych, Sabrina Seminatore, wystąpiła później na Igrzyskach Olimpijskich. Licencję trenera piłkarskiego zdobył w 1978 roku studiując razem z... Ariggo Sacchim i Fabio Capello. Pierwszy angaż załatwił mu wujek; to za jego poręczeniem rozpoczął pracę z młodzikami Palermo.
** Wprawdzie wszystkie oskarżenia zostały oddalone, a pomówionym zawodnikom i działaczom niczego nie udowodniono, jednak działanie Zemana miało pewien pozytywny wpływ na włoską, i nie tylko, piłkę – wzmożono środki kontroli antydopingowej. Inna sprawa, że prezydent AS Roma, Sensi, której był szkoleniowcem z miejsca go zwolnił; bynajmniej nie dlatego, że naraził klub na złe imię, powód wytłumaczył wprost: „Wybacz, ale z tobą na ławce nie pozwolą nam wygrywać”.
*** Zanim w lipcu tego roku po raz trzeci już wylądował w Foggi przez trzy i pół roku nigdzie w Italii nie pracował. Wcześniej i później oferty spływały wyłącznie z niewiele znaczących drużyn niższych lig...

piątek, 17 grudnia 2010

Pożegnanie

To już koniec opowieść o jednym z najlepszych bramkarzy w Europie, jeśli nie na świecie przełomu wieków. Na koniec zapraszam do krótkiej metryczki oraz, co zafascynowało mnie przy zbieraniu materiałów, kilku wypowiedzi, które zaświadczają o jego namiętności i dumie z wykonywanego zawodu.

Martin Vaniak

Urodzony: 04.10.1970
Narodowość: Czech
Wzrost: 189 cm
Waga: ok. 86 kg
Rodzina: żona Jana, córka Tereza, syn Martin
Bilans w reprezentacji: 7/-
Bilans w lidze czeskiej: 429*/-
Bilans w lidze greckiej: 30/-
Kluby (lata: mecze/gole (mecze bez straty gola): Ústí nad Labem, VTJ Hodonín, Sigma Ołomuniec 1993-1997: 84/- (28), FC Drnovice 1997-2001: 111/- (36), Sigma Ołomuniec 2001-2005: 119/- (45), Panionios Ateny 2005/06: 30/- (6), Banik Most 2006/07: 26/- (7), Slavia Praga 2007-2010: 81/- (33)
Mecze bez straconej bramki w lidze: 155
Boiskowy pseudonim: Czarodziej, Vaňous
Rękawice: rozmiar 10
Ulubiony klub: Sigma Olomouc, bo tam spędził najwięcej lat, Slavia Praga, bo tam osiągnął największe sukcesy
Największe rozczarowanie: Brak powołania do kadry Czech na ME 2004 w Portugalii.
Zalety i wady bramkarskie: szybkość na linii, świetny refleks, problemy z dośrodkowaniami
Najlepszy bramkarz świata: Iker Casillas
Ulubiony napój: Wino, woda
Ulubione jedzenie: kuchnia włoska
Ulubiona muzyka, wykonawca: ostry rock, kapele starszej generacji, jak AC/DC, Kiss
Hobby: Giełda
Ulubiony ekonomista: Robert T. Kiyosaki
Ulubiony film: Musimy sobie pomagać
Co zabrałby na bezludną wyspę: Rodzinę, to wystarczy

Czarodziej

Czarodziej. Źródło: http://www.ahaonline.cz/cz/sport/fotbal/18399/martin-vaniak:-superman-na-dne

Indywidualne rekordy
Klub ligowych bramkarzy**: 1. Jan Stejskal 164, 2. Martin Vaniak 155, 3. Petr Čech 149, 4. Jaromír Blažek 146, 5. Luděk Mikloško 142
Najwięcej meczy w lidze***: 1. Jaroslav Šilhavý 465, 2. Horst Siegl 435, 3. Martin Vaniak 429, 4. Stanislav Vlček 415, 5. Oldřich Machala 414
Najlepszy bramkarz Czech: 2002 r.
„Złota piłka”****: 2002 r. - 37 miejsce (8 głosów; przed nim 4 bramkarzy: Srníček (Brescia, 5), Maier (Rapid W.) 16, Černý (Slavia) 27, Blažek (Sparta) 31); 2001 r. - 30 miejsce (23 głosy; przed nim tylko dwóch bramkarzy: Srníček (Brescia) 4, Maier (Rapid) 17); 2002 r. - 29 miejsce (36 głosów; przed nim tylko jeden bramkarz: Čech (Sparta Praha) 8); 2004 r. - 17 miejsce (123 głosy; przed nim dwóch bramkarzy: Čech (Rennes) 6, Blažek (Sparta) 11); 2008 r. - 18 miejsce (173 głosy; przed nim tylko jeden bramkarz: Čech (Chelsea) 1); 2009 r. - 29 miejsce (78 głosów; przed nim trzech bramkarzy: Čech (Chelsea) 2, Drobný (Hertha Berlín) 16, Zítka (RSC Anderlecht) 21); 2010 r. (pierwsza część głosowania) – ex-aequo 40 miejsce (wraz z Košťálem (Wiener Neustadt), 4 głosy;przed nim trzech bramkarzy: Čech (Chelsea) 1, Drobný (Hertha Berlín) 15, Blažek (Sparta) 35).
Jedenastka Ligi dziennika „Sport”*****: 2000/01, 2004/05 i 2007/08.

Superman

Superman. Źródło: http://www.ahaonline.cz/cz/sport/fotbal/18399/martin-vaniak:-superman-na-dne

Jego filozofia gry w piłkę była bardzo prosta, nie mogę jednak odpędzić się od wrażenia, że w demonstracji futbolu, która mnie otacza, staje się ona fenomenem, niestety...

Tak zagrać w meczu, by móc po nim spojrzeć ludziom w oczy.

I rzeczywiście, nie potrafię znaleźć w pamięci takiego występu, w którym oszukiwałby kolegów z drużyny i kibiców minimalizmem, jest zresztą tego świadom

Uwierzcie, gdziekolwiek bym nie poszedł mogę każdemu z czystym sumieniem spojrzeć w oczy. Czy to w Ołomuńcu, Moście lub Drnovicach.

Wypowiedź pochodzi z czasów wprowadzania się do drużyny Slavii, dziś, naturalnie, mógłby uzupełnić ją również o „Zeszywanych”. A błędy? One są wpisane w zawód piłkarza, właściwie są one nieodzownym elementem życia jako takiego

To normalne, życie; gdybyś nie popełniał błędów, nie mógłbyś stawać się coraz lepszy. Na błędach się uczysz i wiesz już, że tego błędu drugi raz nie popełnisz. I tu nie chodzi tylko o futbol, ale i o samo życie.

Zwłaszcza pozycja bramkarza miota nadziejami, nagrodami, oklaskami, zmieszanymi ze śliną niezadowolonego kibica, wyzwiskami, kpiną i żółcią

Bramkarz ma jeden wielki plus i jeden wielki minus z powodu swej pozycji. Zależnie od tego, czy puści gola, czy uratuje zespół, jest albo na szczycie, albo w otchłani.

Fenomen tej specyficznej roli na boisku, przecież nie stanowiący wiedzy hermetycznej, mocno go fascynował

Jeden, dwa strzały może obronić każdy, ale złapcie je, gdy drużynie się nie wiedzie, a od was wszyscy oczekują samych zwycięstw. Wtedy ujawnia się siła osobowości!

ale nie fetyszyzował

Od tego jestem w bramce, żeby coś tam złapać i pomóc drużynie.

Żeby jednak odnieść sukces w tym zawodzie, jak i w każdym innym, poza talentem i ciężką pracą wymagany jest jeszcze jeden czynnik; na imię ma ambicja

Aby człowiek mógł wykonywać jakąkolwiek czynność, i obojętne czy chodzi o futbol, czy naukę, musi mieć ambicję. A moją ambicją jednoznacznie jest wywalczenie tytułu mistrzowskiego. W lidze byłem już i drugi, i trzeci, broniłem także w europejskich pucharach, ale nigdy nie byłem pierwszy. To jest moja ambicja, a zarazem motywacja.


Nie każdy ma przecież możliwość walki o triumf w lidze; on też długimi laty rywalizował o miejsca każde inne poza pierwszym (nie dajcie się nabrać na te srebrne i brązowe medale; przepaść dzieląca jego drużynę od tej z najwyższego miejsca za każdym razem była porażająca). Dlatego motywację znajdował i pielęgnował w drobniejszych osiągnięciach

Czyste konto jest dla mnie wielką motywacją, chcę go w każdym meczu. Ale gdy prowadzimy wysoko, trzema, czterema bramkami, zawsze w bramce przechodzą mnie dreszcze, bo koledzy tracą koncentrację. Pozwalają sobie na więcej, często przesadzając.

Ambicja wymaga jeszcze jednego – całkowitego oddania do samego końca, bez względu na boiskowe wydarzenia. Trafiał go szlag, gdy koledzy z drużyny odpuścili końcówkę meczu z Lille, wiedząc, że niczego już nie wskórają. Skończyło się 1:5, z czego niemal wszystko ładowali mu do pustej już bramki. Przegrać zawsze można, nie można jednak dobrowolnie wyrzec się szacunku do siebie samego i kibiców!

Mieliśmy dograć ten mecz honorowo! grzmiał po meczu.

Wszystko jednak, wszystko!, musi być podporządkowane drużynie, bo Piłkarz jest dla drużyny, nie na odwrót. i zawsze należy oddać to, co ma się najlepszego w imię sukcesu całego zespołu. Nadrzędność taka prowadzi do poświęcenia, czasem grożącego kontuzją. Ale właśnie wtedy zawodnik dowodzi swoje szczerości. Vaniak miał i tę cechę. Mimo, że pozycja bramkarza bywa w miarę bezpieczna, zdarzają się sytuacje trudne. Bodaj najbrutalniej został zaatakowany przez Gardnera w meczu LE z Aston Villa Birmingham. Po meczu był na niego wściekły, ale w pojedynku nie ustąpił!

Od razu było wiadomo, że nie może dojść do piłki. Miałem już futbolówkę w rękawicach. Gdybym nie zostawił dłoni to roztrzaskałby mi głowę. Pojedynku nie mogłem jednak odpuścić, trener by mnie za to zabił. Dla mnie ten zawodnik, za przeproszeniem, jest świnią. Rękę mam teraz mocno napuchniętą, ale liczę, że nie będzie to nic poważnego. Zobaczymy rano, jak będzie wyglądać.

Niestety, nie udało mi się znaleźć materiału filmowego z tym starciem. Warto za to zobaczyć skrót z tego spotkania, Slavia była wtedy w wybornej formie i choć przegrała, pokazała kawał dobrej piłki

Parokrotnie przewijały się w jego wypowiedziach nawiązania do piłkarskich fanów. Tak, uczestnictwo kibiców było dla niego immanentną i konieczną częścią futbolowego widowiska. Przypomnijcie sobie, że bez mrugnięcia oka przyjął ofertę władz Sigmy, by z premii meczowych zafundować kibicom bilety na mecz ze Spartą, a jedyne o czym wtedy pomrukiwał, to nieufność, że będzie komplet! Również w Slavii zabawiał nieco fanów, czyniąc małe show, ale w ramach przyzwoitości. Obawiał się bowiem, że przesadne pajacowanie napiętnuje śmiesznością, jeśli przytrafi się jakiś klops. Nigdy zresztą nie gwiazdorzył. Grając w Pradze przez niemal cztery lata nie kupił sobie samochodu. Swój oddał żonie (pozostała z dziećmi w Ołomuńcu), a sam na treningi... chadzał na piechotę! Nawet traktował to jako formę ćwiczeń w kondycji! A że mieszkał blisko legendarnego stadionu Bohemians Praga, Ďolíčku, nie raz i nie dwa nasłuchał się „pozdrowień” od kibiców „Kangurów” przesiadujących w knajpie zielono-białych u „Třech soudků”. Brał to z przymrużeniem oka. Na kibiców nie obraził się nawet wtedy, gdy jakiś cymbał z młynu „Zeszywanych” opluł go po spotkaniu w Českých Budějovicích. Slavia prowadziła już 2:0, by ledwo, ledwo wybronić remis. Jego winy w tym nie było, nie znalazłem żadnej jego wypowiedź utyskującej nad tym idiotycznym zachowaniem. Gdy fan club Slavii na zadupiu w Roņćalovicach****** zaprosiło go na spotkanie, bez wahania pojechał. Pewnie i dlatego informację o zakończeniu kariery na forach internetowych komentowali z pełnym szacunkiem i gratulacjami wspaniałej kariery kibice niemal wszystkich czeskich klubów (incydentalne obraźliwe spartańskie prztyczki tylko potwierdzały regułę;)).

Decyzję o zakończeniu kariery długo nosił w sobie, było już o tym. Jedną z przyczyn odkładania tego momentu był prosty, a jak wielce ludzki powód

Wśród młodych starzej się wolniej.

Cieszył go każdy trening, cieszyły go wygłupy smarków w szatni, i bawiło go ucieranie im nosa demolując ich strzały... I tylko marzenia o pożegnalnym spotkaniu z Bohemians Praga, klubem, za który trzymał kciuki w dzieciństwie domagają się godnej cody jego przygody z piłką

Po ostatnim meczu wezmą kwiatki i odejdę. Będę miał czterdzieści lat, kto zechce starego dziadziusia?

A na koniec jeszcze dwie ciekawe wypowiedzi, jedna zaświadcza po raz kolejny o dystansie do siebie. Na pytanie, jak to się dzieje, że tak doskonale radzi sobie między słupkami

Mam ręce długie, jak małpa, dlatego tak dobrze bronię.

I refleksja o osobowości bramkarza,

Bramkarze to odludki.

Przez cztery lata gry w Slavii skumplował się właściwie tylko z Erichem Brabcem...

W Roņćalovicach

Vaniak broni karne na spotkaniu z fan clubem Slavii w Rožďalovicach. Źródło: http://nymbursky.denik.cz/fotbal_region/fotbal_fans_slavie20090507.html

Żegnaj Martinie, Czarodzieju, byłeś  W I E L K I !!!

* W tym osiem gier jeszcze w lidze Czechosłowacji.
** Ilość meczy w dowolnej najwyższej klasie rozgrywkowej bez straconej bramki. Stan na 16.12.2010.
*** Stan na 16.12.2010.
**** Głosują osobistości piłki. Głosowanie, by było uczciwe, podzielone jest na dwie części, odbywa się po każdej rundzie. Uczciwość polega na tym, że głosowanie tylko na zakończenie roku naznaczone jest subiektywną pamięcią tylko o najświeższych popisach piłkarzy.
***** Zabawa istnieje od sezonu 1994/95, z bramkarzy tylko Jaromir Blažek (Sparta) wybierany był częściej, cztery razy.
****** Malutkie miasto w okręgu Nymburk, ledwo 1610 mieszkańców.

środa, 15 grudnia 2010

Bramka w której straszy

Rzucić na kolana bożka futbolu i zrobić kurs pilota. Pieśni pochwalne i kocia muzyka. Bramkarski los i szalony Karel. Tandeciarstwo bohaterstwa między słupkami ujawniła już pierwsza kolejka nowego sezonu 2009/10. Nieskuteczna interwencja w starciu z Mendym i dotychczasowy twórca sukcesów Slavii ląduje na ławce rezerwowych. Porywczy i nieprzewidywalny trener Karel Jarolím wiedziony na pokuszenie filozofią impulsywnorotacyjną dał mu się poznać już wcześniej (przypomnijcie sobie cyrki z nim i Vorelem i nie tylko*), tym razem jednak bezwzględnie odkrywał przyszłość; Vaniak miał jedynie kryć plecy nowemu bramkarzowi – szukano golkipera na lata dla „Zeszywanych”, nie wiedziano tylko na kogo postawić. Już w 2008 roku po wpadce w Liberce (puścił babola z 30 metrów), tytuły prasowe przypalały mu boczek:

Dziadek rozpoczął od kiksu.

Wystartowała irracjonalna żonglerka, a on był piłeczką, maczugą, talerzem, obręczą, nożem… Jako pierwszy wskoczył na jego miejsce niejaki Jan Hanuš, wytrzymał cztery mecze i przed rewanżowym spotkaniem pucharowym z Crveną Zvedą w Belgradzie ustąpił miejsca bardziej doświadczonemu koledze. Jednym z atutów przemawiających za nim był wiek, trener liczył, że doświadczony bramkarz lepiej sobie poradził na gorącym serbskim terenie. Tymczasem drugi jego mecz w sezonie to druga znacząca wpadka; tym razem nawet nie tylebramkarska, co…, hm, jak napisałem wcześniej? Jednym z argumentów żeby zagrał było jego doświadczenie? No to przyjrzyjcie się drugiej bramce

Tym razem miał okazję na rehabilitację znajdując się w skaldzie na mecze ligowe. Zwłaszcza wyczyny, jakimi wprawiał w furię zawodników Banika Ostrawa i Bohemians Praga umocniły jego pozycję No 1… Taaaa, utrwaliły… Zagrał jeszcze doskonale przeciwko „Rudej” Sparcie i… z powodu centymetrów znowu poleciał na ławę! Właśnie wzrostem i przeciętną grą na przedpolu Jarolím przekonywał zdjęcie go z bramki! Ha! Ale i tak zagrał przeciwko Zlinowi! Deniss Romanovs, łotewska nadzieja Slavii złapał kontuzję w… 89 minucie. Vaniak znowu stał się niezbędny, ale na krótko. Ledwo wyzdrowiał Romanovs, powrócił lotem spokojnem ale godnem na rezerwę; i nic to, że wcześniej dwukrotnie z rzędu zachował czyste konto, że wybronił remis na Estadio Mestalla. Zresztą rewanż z Valencią to kolejna heca. Znowu musiał ustąpić miejsca Łotyszowi, ale już po 28 minutach zameldował się na boisku, bo jego rywal znowu się rozsypał! Karel Jarolím rozpromieniony drugim remisem z silnymi Hiszpanami wypalił na konferencji prasowej temi słowy:

Tym wszystkim kieruje i o wszystkim decyduje chyba sam Vaniak. I wraca do bramki nawet, jak zacznie na ławce. Jego chyba ot, tak się nie pozbędziemy.

Wcześniej jednak usłyszał znacznie mniej przytulne zdania skazujące go, bez prawa apelacji, na rolę rezerwowego. Właściwie nie był już drugim, lecz trzecim bramkarzem w hierarchii! Przyjął to po męsku, nawet cieszył się, że zagrano z nim w otwarte karty i przestano drwić z jego legendy. Czuł, że to już jego koniec, że w bramce nigdy już nie stanie**.
Przygotowania do rundy wiosennej stanowiły dla niego mordęgę. Katusze karkonoskie przyjmował jednak z dystansem i charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru; oto tłumaczenie, dlaczego zamiast na siłowni zasuwał na nartach biegowych***:

Nie było tam [w siłowni – MK] już miejsca. Poza tym, jako emeryt rozumiem, że starsi ludzie więcej czasu powinni spędzać na świeżym powietrzu, w otoczeniu przyrody, a nie dawać się zamknąć w małym pomieszczeniu. No i chciałem sprawdzić, jak mi pójdzie na nartach, bo może kiedyś zechcę jeździć w góry na wakacje.

Pierwszy raz od piętnastu lat przygotowywał się ze świadomością, że pisane jest mu miejsce poza bramką… Od nowego 2010 roku szalony Karel postawił na wypożyczonego z Ankaragücü Słowaka Štefana Saneckiego. Wprawdzie to on pilnował miejsca pierwszego rezerwowego, ale gdy tylko szalony Karel ocknął się i zobaczył co Sanecký wyprawia w bramce wstawił do niej… Romanovsa. I żałował, jak cholera! Koszmarna dyspozycja ze Slovanem Liberec oznaczała koniec jego kariery w Slavii. Karel Jaromíl zwany Szalonym także kończył się w „Zeszywanych”. Po Libercu czekał ostrawski Banik, czekał też ostatni sprawdzian dla trenera. Szalony Karel w desperacji odkurzył więc Vaniaka, żeby ten ratował mu zadek! Na to marcowe spotkanie postawił na niego pierwszy raz od listopada! Slavia spadła właśnie na szóste miejsce i mecz przeciwko Ślązakom był ostatnią szansą na doskoczenie do drużyn walczących o europejskie puchary. Nie przetrwał. Baníček pewnie wygrał u siebie (3:1), czas Jarolíma dobiegł końca. Dobiegły też końca zawroty głowy Vaniaka, bo zapewne takie miał od tych niekończących się rotacji. Legendarny František Cipro, któremu przyszło dokończyć rozgrywki, z miejsca postawił na niego i specjalnie się nie pomylił. W ostatnich ośmiu grach czterokrotnie zachował czyste konto! Jego hokus-pokus znów rozsławiał nazwisko Vaniak, a ten z całego galimatiasu przaśnie zakpił trzymając się za brzuch falujący śmiechem:

Wyrzucają mnie drzwiami, a ja włażę oknem. Jak to też jest zamknięte, to kominem.

Na pytania wścibskich żurnalistów skąd ta zmiana, Cipro miał gotową odpowiedź:

Przecież nie pozwolę by t a k i bramkarz siedział na ławce!

porównując go niby mimochodem do van der Sara. Po tym samym meczu trener Bohemians, Pavel Hovtych, wtórował sędziwemu szkoleniowcowi „Zeszywanych”:

Jego powrót do bramki wcale mnie nie ucieszył. Jego poprzednicy czasem puścili jakąś dziwaczną bramkę, czyli rywale Slavii mieli właściwie szczęście. No a myśmy się na nim roztrzaskali.

I jeszcze raz głos głównego bohatera:

Jezus Maria, miałem tak długą przerwę, że czułem podniecenie jak dwudziestolatek.

Bardzo ucieszył go zwłaszcza występ w jego Ołomuńcu. Miejscowi kibice nie zapomnieli o nim. W drugiej połowie wielokrotnie skandowali jego nazwisko.
Wydawało się, że jego czas wrócił, że znowu będzie czarował, że kolejny sezon pogra dla Slavii. Sam zaproponował przedłużenie umowy, zresztą na niespotykanych warunkach, koła ratunkowego.**** Jednak działania włodarzy „Zeszywanych” przekroczyły racjonalne myślenie i zadyndały na sferach poza nim – szalony Karel wrócił! Gdzieś pomiędzy budynkami klubowymi a koniakiem uznano, że jest w stanie odbudować potencjał klubu (niedostrzegając jego psychologicznej nieporadności, tendencyjnego ustalania składu, wywrotowej polityki transferowej i… rozbitej skarbonki klubowej!). Od razu pojawiły się w prasie plotki, że pierwsi do odstrzału są Matej Krajčik i Vaniak właśnie. Ten pierwszy szybko znalazł zatrudnie w Jabloncu, drugi z nich… ku zaskoczeniu niemal wszystkich wybiegł w pierwszym składzie premiery nowego sezonu! Ba, działo się tak do kolejki numer pięć. Jednak niezwykle uboga ilość „shot-outów” (jeden, jedyny z Mladą Boleslav) skłoniły Karela Jarolíma do postawienia na przymierzanego wcześniej do Wisły Kraków Anssi Jaakkolę. Cierpliwości wystarczyło na dwa spotkania – kuriozalny gol z Sigmą i Fin do końca rundy nie powąchał murawy. Znowu między słupkami. Kolejne trzy mecze do ligowej kolekcji, ostatnie trzy. Czyste konto z beniaminkiem w Hradcu Kralove, dobra postawa w pechowo przegranych prestiżowych derbach praskich „S” i wreszcie dość upokarzająca porażka ze słabiutkim Slovackiem aż 0:3; mimo wszystko nie przypuszczał zapewne, że właśnie zagrał pożegnalny mecz w karierze... Klubowi działacze dość gwałtownie załatwili sprowadzenie z Cádiz CF Zdenka Zlámala i to właśnie dwudziestopięciolatek z miejsca stał się podstawowym bramkarzem, choć wróbelki ćwierkają, że pomocna czyjaś dłoń maczała w tym swe paluchy*****. Ale o tym zadecydował już nowy trener, Michal Petrouš (czy tylko on?); Vaniak nie poczuje już nawet twardości ławki rezerwowych. Jego duch wciąż jednak unosi się nad bramką Slavii, czy egzorcysta Zlámal na pewno jest w stanie go przepędzić?

19 listopada ogłosił zakończenie kariery******. Od jakiegoś czasu mecze męczą go psychicznie i fizycznie. Lęka się:

Nie chciałbym skończyć tak, by ktoś na mnie szczekał i pluł, że jestem za stary i nie mam już co wyłazić na boisko. Byłaby to moja największa porażka. Największy wstyd! Całą karierę pracowałem na swoje nazwisko, i nagle miałbym to zmarnować?

W lewym biodrze narzeka na artrozę drugiego stopnia, często kłuje go w plecach. Żeby uśmierzyć ból musi brać zastrzyki. Każdego rana czuje całe swoje ciało. O treningach:

Rzucam sobą na ziemię około trzystu razy dziennie. Musze dawać z siebie wszystko na treningu. Inni mogą sobie odpuścić, ja nie. Gdybym tylko trochę zluzował moje forma pójdzie w dół.

Na decyzję wpływ miała również szczera rozmowa z trenerem Petroušem, który nie widział dla niego miejsca nie tylko w bramce, ale i kadrze zespołu.

W ciągu zaledwie czterech lat przez kadrę Prażan przewinęło się 10 bramkarzy, a on zawsze wracał na posterunek! Kozáčik, Vorel, Diviš, Kubásek, Romanovs, Senecký, Valeš, Hanuš, Jaakkola, Zlámal, wszyscy oni kontra magia „Czarodzieja”. Jak wyliczono w Slavii sześciokrotnie wracał do bramki, gdy wydawało się, że został już odstrzelony! A że obecnie Slavia przeżywa ogromne problemy finansowe i nikt tak naprawdę nie wie w jakim składzie przyjdzie bronić im się przed spadkiem, kto wie, może zakończenie kariery było przedwczesne? Wszystko ma się wyjaśnić jeszcze przed Sylwestrem. Ale dla niego priorytetem jest praca z młodzieżą i... mecz pożegnalny, najlepiej w ostatniej kolejce tego sezonu, w derbach z Bohemians, najlepiej pełnych 90 minut. Jeśli się spełni, zostanie najstarszym graczem w historii czeskiej ligi.*******

Póki, co koncentruje się na pracy z dzieciakami. Właśnie wrócił z Atletico Madryt, gdzie podglądał treningi bramkarskie. Wszystko dzięki pomocy starego druha jeszcze z czasów Sigmy, Tomáša Ujfalušiego. Treningi z grupami młodzieżowymi prowadzić będzie co najmniej do czerwca, czyli do wygaśnięcia kontraktu ze Slavią. Równie dobrze mógłby wyjechać na półroczne wakacje i sprawdzać tylko, czy (wreszcie) wpłynęła kaska z klubu, ale takie rozwiązanie go nie interesuje. Niektórzy nazywają to frajerstwem, inni lojalnością. Zresztą, właściwie nie wiadomo, czy jakiekolwiek pieniądze otrzyma do końca umowy! Slavia zaciska pasa, żeby w ogóle przetrwać:

Nie jest to dla mnie poważny kłopot, nie żyje na wysokiej stopie, raczej mam odłożone to i owo na wypadek, gdyby coś się wydarzyło. Wtedy mam po co sięgnąć i znowu odczuję spokój. Młodzi chłopcy mają problem, żyją inaczej, ale ja jestem starszy człek, który wie na co sobie może pozwolić, a na co nie.

A tak podsumowuje swoją karierę:

Jestem zadowolony z tego, co osiągnąłem w Czechach. Niestety, nie było mi dane zaprezentować dłużej swoich umiejętności zagranicą, co uważam za swoją jedyną piłkarską porażkę. Ale niczego nie żałuję.

Najlepszym klejem w Czechach jest marka "Ręcę Vaniaka"

Najlepszym klejem w Czechach jest marka Ręcę Vaniaka .  Źródło: http://www.anawe.cz/demo/iecho/data/USR_001_DATA/ieCho_c.26_2007.pdf


* Jeszcze w kwietniu 2008 roku dziennik „Šip” pisał o konflikcie na linii Vaniak – władze Slavii. Bramkarz miał się upomnieć o premię za awans i grę w Lidze Mistrzów, która nie w całej sumie została przelana na jego konto. Za karę działacze mieli naciskać sztab szkoleniowy, by ten odsunął Vaniaka od gry. Obie strony przecząco kręcą głową dementując te sensacje.
** Wypowiedział się w ten sposób po meczu w Pribrami (0:1). Bał się; bał się, że przyszło mu pożegnać się z piękną piłkarską przygodą dwoma porażkami. Już po tych słowach zagrał jeszcze trzy mecze, wspomniany z Valencią (2:2), jeden ligowy z Pilznem (0:0), oraz pucharowy na Karvinie (1:0).
*** Budowanie kondycji bieganiem na nartach jest bardzo popularne wśród czeskich trenerów.
**** Przewidywał dla siebie rolę rezerwowego, nawet tego trzeciego, zdając sobie sprawę z dwóch warunków determinujących jego rolę w klubie – znalezienia i wychowania przez Slavię nowego, w miarę młodego bramkarza, który będzie bronił stabilnie kilka lat oraz swój własny wiek wymagający ostrożnego obchodzenia się z własnym ciałem. Nie chciał jednak brać pieniędzy za frajer, dlatego zaproponował trenowanie bramkarzy grup młodzieżowych!

Pomyślałem sobie tak, skoro Slavia zapłaciła za mnie trzysta tysięcy, dała mi jakieś zarobki… Chciałem, żeby klubowi jakoś te pieniądze się zwróciły.

Inna sprawa, że nawet dziennikarze przyznawali, że podpisanie z nim umowy, gdy wciąż jest
w takiej formie to nie kurtuazja, to obowiązek!
***** Zlámal miał zająć miejsce w bramce „Zeszywanych” z przyczyn nie do końca sportowych. Podobno jego występy sponsoruje bogaty ojciec, biznesmen, który płaci za grę syna! Slavia na to idzie, bo ma długi jak cholera! Jeśli to prawda, oznacza kompletną nizinę moralną klubu, który, wg Jiříego Dvořáčka z portalu eFotbal.cz, miałyby 3-5 punktów więcej z Jaakkolą lub Vaniakiem w bramce.
****** Planował zakończenie kariery od dłuższego czasu. Pierwsze pogłoski słyszeć można było w maju 2009 roku. Potem wydłużył swój czas do końca rundy jesiennej sezonu 2009/10. Kolejny kropkę za sobą stawiał latem, ale dopiero teraz ogłosił to publicznie. Półtorej roku! Tyle czasu trwało jego kończenie kariery:)
******* Do tej pory najstarszym graczem ligi jest Dalibor Slezák z Bohemians 1905, który ostatni mecz zagrał w wieku 40 lat, 3 miesięcy i 10 dni; jeśli Vaniak zagra z tą samą Bohemką na koniec ligi (28 maja 2011) będzie o ponad cztery miesiące starszy. Ale na pobicie rekordu Czechosłowacji nie ma szans. Legendarny Josef „Pepa” Bican grał do 42 roku życia!

Najlepszym klejem w Czechach jest marka "Ręcę Vaniaka"
środa, 08 grudnia 2010

Telefon do sławy

Cóż za paradoks! Telefon, telekomunikacyjny sygnał, impulsy zadecydowały o największych jego osiągnięciach w karierze! Przypadek, a może determinizm?
Slavia Praga przygotowuje się do startu w eliminacjach Ligi Mistrzów. Turnieju w Čelákovicích. Nagle trach, Michal Vorel, podstawowy bramkarz „Zeszywanych” doznaje na tyle poważnej kontuzji, że niezbędna jest operacja. A za tydzień z niewielkim okładem mecz pierwszej rundy z Žiliną! Co tu robić, co tu począć, o matkooo!!! Przecież nie łatwo jest zakontraktować dobrego bramkarza, a co dopiero w trybie awaryjnym/pilnym/gwałtownym/nagłym/jakniedamyradytomamyprzechlapane. Trener, Slavii Karel Jarom dzwoni tu i tam po różne opinie. Wreszcie kontaktuje się ze Zdenkem Ščasnym, w słuchawce słyszy krótkie: „Bierz go do Slavii!”. Krótkie negocjacje i na tydzień przed rozpoczęciem walki o LM dołącza do drużyny…
Tydzień! To czas dobry, żeby połapać się w rozmieszczeniu pomieszczeń klubowego budynku, a nie przygotować do najważniejszego meczu od lat dla „Czerwono-białych”!
Pojedynki ze Słowakami miały zaskakująco wyrównany przebieg, zaskakująco biorąc pod uwagę męczarnie „Szoszonów” z luksemburskim F91 Dudelange. Już pierwsze spotkanie w Žilinie dawało pieczęć nad słusznością zatrudnienia weterana. Bezbramkowy remis w znacznej mierze był jego zasługą. Rewanż w Pradze, jeszcze na Strahowie* odbywał się już dość wyraźnie pod dyktando „Zeszywanych”; nasz bohater setnie wymarzł, tym bardziej, że nie miał możliwości rozgrzać się nawet podskakiwaniem z radości po kolejnych golach – nie było ich! Nie starczyło minut dziewięćdziesiąt, i dodatkowe pół godziny momentami rozpaczliwa obrona Słowaków przetrzymała. Wreszcie sędzia Gomes Duarte Nuno Pereira zarządził serię rzutów karnych. Napięcie. Amsterdam czeka. Zaczęło się. Volešák przegrywa pojedynek z Kuciakem; Štrba nie trafia w bramkę, wreszcie trafia Tavares, a po chwili golkiper Slavii likwiduje próbę Štyvara. Kolejne dwa strzały kończą się golami, po czym slavista Suchý mija cel; wyrównuje Vladavič. Następna seria nie przyniosła rozstrzygnięcia. Jako szósty ze strony gospodarzy uderzał Vlček, skutecznie! Pojedynek nerwów Vomáčka przegrał z nowicjuszem w bramce Slavii i to Prażanie awansowali dalej! A więc jednak opłacało się go zatrudniać, dzięki Panie Zdenku!
Zabawne. W całej dotychczasowej, wieloletniej karierze udało mu się obronić zaledwie dwa rzuty karne…**
Ha! Opłacało się go zatrudniać? Jego początek w barwach „Czerwono-białych” był f e n o m e n a l n y !!! Oprócz dwumeczu z Žiliną zachował czyste konto w trzech kolejnych spotkaniach ligowych! Przed pojedynkiem ze słynnym Ajaxem, obok napastnika Vlčka, wydawał się największym atutem Slavii, a przecież przychodził do klubu jako zapchajdziura, solidna, ale nawet przez własnych kibiców wyzywana od „dziadków”! Ale to co ten facet wyprawiał w ostatniej rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów przeciwko Ajaxowi zostało zapisane w kronikach „Zeszywanych” najzacniejszym Mystery Masterpiece. Słowa wydają się zbędne, oko bardziej zawierzy dowodom…

Ajax-Slavia

Slavia-Ajax

Co działo się w mediach po awansie trudno okiełznać. Oto niektóre euforyczne fragmenty
prasowe po meczach z Holendrami:

„Szamanizm, czarną magię, a może i Voodoo… Czary każdej maści użył bramkarz Vaniak przeciwko Ajaxowi”.

„Deník Blesk”

„Piłkarscy bogowie stanęli u boku Slavii. Zwłaszcza bramkarskiego szamana Vaniaka i wiecznego strzelca Vlčka musieli upijać magicznym eliksirem dni i tygodnie wcześniej”.

„Aha!”

„Bogowie muszą być szaleni. Gdy w drugiej połowie na bramkę Vaniaka sunął atak za atakiem, nikt nie postawiłby na Slavię złamanego grosza!”.

„Deník Sport”

Ale wszystkich i tak przebił tytuł w „Deníku”:

„Slavia znalazła nowego Pláničkę”.

Czy może być większe wyróżnienie niż przyrównanie do najlepszego bramkarza w historii Czech***, i bezapelacyjnie mającego miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych bramkarzy w historii futbolu?
A co on na to wszystko? Jak zwykle skromnie wyglądając z drugiego rzędu, pomimo 54 sms'ów z gratulacjami otrzymanych dosłownie tuż po meczu oraz boską oceną od czytelników Mladej Fronty Dnes (1,12, gdzie nota 1 to poziom światowy; za spotkanie na Amesterdam ArenA dostał niewiele gorszą, 1,59!), spokojnie wypowiedział się o rzucie karnym w pierwszym spotkaniu:

„Cieszę się, że mogłem drużynie pomóc, ale wygrywa cały zespół, chłopcy zagrali świetnie. Rzut karny niestety był, a przed jego wykonaniem przeleciała mi przez głowę myśl, że Huntelaar spróbuje huknąć w środek. Potem zauważyłem, jak patrzy się w swoją lewą stronę, był to dla mnie sygnał, że zamierza uderzyć w drugi róg. Rzuciłem się tam, i o mało nie przeleciałem za daleko! Na szczęście trochę się poślizgnął, więc fortuna mi sprzyjała”.

I euforii po meczu decydującym:

„Zobaczyć kustosza Vencu Petráka, który w Slavii sam już należy do dóbr klubu, jak ma łzy w oczach, to było coś niezwykłego. Uświadomiłem sobie wtedy, co ta nasza obecna drużyna zrobiła dla historii Slavii. I byłem zachwycony tym, że mogłem przyczynić się do tego morza radości”.

Tak, te spotkania stawia najwyżej w swojej piłkarskiej hierarchii ważności... Miał motywację, miał marzenia:

„Przyznam, że chłopakom, którzy w niej grali zazdrościłem. Nie chcę, jako
czterdziestolatek siedzieć w domu i mówić sobie: Cholera, gdybym zrobił to lub
tamto, może jednak w tej Lidze Mistrzów bym zagrał. Wolę zrobić wszystko teraz”.

Piękny sen Kopciuszka trwał nadal. W lidze Slavia regularnie dementowała iście destrukcyjną materią szanse pozostałych drużyn, w Lidze Mistrzów wyglądało to przyzwoicie, do siebie zaprosiła go ponownie i reprezentacja! Powołanie otrzymał na dwumecz z San Marino oraz Irlandią we wrześniu 2007 roku. I choć nie udało mu się zasiąść na ławce rezerwowych na praskiej Letnej (wiadomo, pierwszym bezapelacyjnie jest Petr Čech), na czym mu zależało, bo to inny poziom emocji niż turystyczna wyprawa do Najjaśniejszej Republiki (ostatecznie oba oglądał jedynie z trybun), to i tak był zachwycony docenieniem jego świetnej dyspozycji. I tak już właściwie było do końca sezonu. Sielanka. Jeden zgrzyt – fatalna postawa całej drużyny w meczu z Arsenalem (0:7)**** tak namieszała w głowie trenerowi Jarolimowi, że właśnie jego wyprowadził z podstawowego składu. Prawda, zawalił koszmarnie trzeciego gola, który złamał kręgosłup drużynie, ale też uczciwie należy wytknąć pozostałym, jak niewiele uczynili, by zapobiec blamażowi. Na krótko cudaczna morfeuszowa pieśń się zakończyła, choć sam przygotowany był na twardy, totalny realizm w dłuższym wymiarze:

„Jesień już się dla mnie skończyła”,

oświadczył pesymistycznie, gdy pierwszy raz od 10 lat wylądował na ławce rezerwowych. Nie trwało to długo. Vorel, który wskoczył na jego miejsce klopsem na Žižovie otworzył przed nim drzwi, a on ponowną szansę doskonale wykorzystał. Paradoksalnie powrót nastąpił w meczu z jego Sigmą Ołomuniec…
Mistrzostwo Czech, najlepszy bramkarz ligi według „Deníka Sport”, trzynaście „shot-outów” na dwadzieścia pięć gier, powrót do kadry, świetne mecze w europejskich pucharach (zwłaszcza popisowe występy w Bukareszcie przeciwko Steaule oraz z Tottenhamem), wspaniałe 18 miejsce w plebiscycie na Piłkarza Roku (z bramkarzy wyżej tylko Petr Čech!), drugie miejsce w kategorii Osobowość Ligi (przegrał tylko z klubowym kolegą, Vladimírem Šmicerem)…
Następny sezon niemal bliźniaczy. Znów korona czempiona ligi, ponownie jedenastka sezonu (tym razem w ankiecie przeprowadzonej wśród liderów poszczególnych drużyn; otrzymał 9 nominacji na szesnaście możliwych), do tego najpiękniejsza interwencja sezonu (z ósmej kolejki przeciwko Banikowi Ostrawa), dwanaście meczy z czystym kontem, niezła postawa w pucharach europejskich, wreszcie, jeszcze raz zawitał do kadry – tym razem już u trenera Petra Rady, na towarzyski mecz z Marokiem (ale i tym razem nie wybiegł na boisko), wysokie, bo 23 miejsce w rankingu Piłkarz Roku (poza gwiazdą Chelsea, tylko dwóch innych golkiperów znalazło się przed nim, na 16 miejscu był Drobný (Hertha Berlín), a na 21 Zítka (RSC Anderlecht)).
Wspaniały, złoty czas futbolowy. Upragnione mistrzostwo i te wszystkie tytuły miały tylko jedną, malutką rysę – znowu nie pojechał na Euro! Tym razem jednak nie robił sobie żadnych większych nadziei, zdając sobie sprawę, że do Austrii i Szwajcarii zostanie zabrany jednak ktoś młodszy, bardziej perspektywiczny. Ale stara rana otworzyła się:

„Zrobiłem wszystko, żeby dostać się do kadry na Euro. Byłem w pierwszej lidze, grałem w Champions League, znalazłem się w jedenastce sezonu. Więcej zrobić nie mogłem. Ja sumienie mam czysty, a to, że trener wybrał kogoś innego, to już jego problem”.

Paradoksalnie drugi raz taki numer wyciął mu Karel Brückner…

Z tego najpiękniejszego okresu jego kariery pochodzi kilka przaśnych anegdot, np. taka, przed meczem, który mógł zadecydować o obronie tytułu mistrzowskiego w derbach Pragi na Viktorce usłyszał w czasie rozgrzewki od jakiegoś chłopczyka: „Vaniak, mój tata jest młodszy od ciebie!”, nie przejął się, tylko wygrał kolejny mecz Slavii. Gdy po spotkaniu pierwszego miejsca nikt nie mógł im już odebrać, pomeczowy wywiad w szatni przeprowadzał z nim Martin Pouva z TV Nova; niespodziewanie w pewnym momencie imiennik dziennikarza wciągnął go za szyję przed kamerę śmiejąc się słowami: „Chodż tu, też będziesz w telewizji”:)
Innym razem, gdy klubowy kolega również otrzymał powołanie na sparing z Marokiem, tak złośliwie rzucił w jego kierunku na treningu: „Jezus Maria, to już nawet Suchý jest w reprezentacji…”. Młodziutki talent łapiąc jego ton żartował później przed żurnalistami: „Vaňous***** kazał mi wam powiedzieć, że jest to dla mnie wielki zaszczyt być z nim w kadrze”.

Ale miał już 39 lat oraz świadomość, że klub musi, a przynajmniej powinien poszukać sobie innego, młodszego bramkarza na długie lata. Pogodzony przyjął na klatę swą Golgotę, ale czar wciąż działały…

Slavia oddała mu zasłużone pokłoy sukcesów

Slavia oddała mu zasłużone pokłoy sukcesów. Źródło: http://vfotbal.cz/14177.html


* Synot Tip Arena zaczęła służyć jako obiekt Slavii dopiero od czerwca 2008 roku.
** Przeciwko Brnu i Zlinie, strzelali odpowiednio Švach i Kuklet.
*** František Plánička (02.06.1904 – 19.07.1996) to ikona Slavii dla której grał w latach 1923-32 (podobno rozegrał w sumie… 969 meczy!). Ponadto zagrał 76 razy dla reprezentacji Czechosłowacji (cały czas mowa o okresie przedwojennym)! W całej karierze miał wybiec na boisko 1235 razy, a puścił zaledwie 1073 gole (przed wojną średnia 0,86 bramki na mecz? NIEWIARYGODNE!). 8 raz wywalczył Mistrzostwo Czech, 6 razy Bohemia Cup (prawzór Pucharu Czech), Puchar Mitropa (1932) oraz wicemistrzostwo świat (1934). Zdaję sobie sprawę, że część może nie rozumieć, więc dopowiem – Slavia przed wojną to trochę jak dzisiaj FC Barcelona, czy Manchester United… Za jego czasów pokonała m.in. reprezentacje Turcji 10:3, Athletic Bilbao 9:2, FC Barcelonę 3:2 (i to trzy razy w takim stosunku!), Cardiff City 3:2, Juventus Turyn 3:2, 4:0 i 6:1, Notts County 1:0, 1. FC Nürnberg 1:0 i 3:1, Bułgarię 1:0, Espaňol Barcelona 4:2, Red Star/Stade Français 2:0, Francję 7:0, Danię 5:3, Újpesti FC 4:0 i 6:4, Rapid Wiedeń 8:2, Preston North End 6:1, AC Genoa 4:0, zremisowali z Newcastle United 1:1. Chyba najgorzej im szło w starciach z drużynami austriackimi, w których doznali kilku bolesnych klęsk.
**** To najwyższa porażka w historii występów czeskich drużyn w europejskich pucharach!
***** Vaňous to jego drugi boiskowy pseudonim; jak nietrudno się domyśleć jest to wariacja słowna jego nazwiska.

piątek, 03 grudnia 2010

Hell(ada)

Z okazałej cywilizacji helleńskiej ostała się jakaś zwulgaryzowana karykatura. Jedyne o czym źle nie wypowiedział się po tej rocznej przygodzie to… pogoda i jedzenie. Cyrki, jakie przyszło mu doświadczać w Panioniosie miały burleskowy, nieco tandeciarski charakter.
Trafił tam w ślad za trenerem Josefem Csaplarem; tak, dokładnie tym samym, który umęczył kibiców Wisły Płock i ten sam również, który… pracował jako scaut na Europę środkowo-wschodnią dla Chelsea Londyn. Szalony prezes Achilles Beos wymarzył sobie wzejście w otoczenie największych greckiej piłki, sprowadzał obcokrajowców wszelkiej maści wierząc „na słowo” ich menadżerom (w kadrze było aż 11 obcokrajowców z… 9 różnych nacji!).
Zaledwie po trzech miesiącach Csaplar zwiał przed nieobliczalnym szefem do Polski zostawiając swoich rodaków na lodzie (oprócz bohatera tej notki do kadry włączono również Davida Langera).
Trzydziestopięcioletni bramkarz był jedną z największych nadziei prezesa nie tylko w kontekście formy sportowej, ale i mentalnej – liczył, że doświadczeni gracze zadecydują o obliczu drużyny. Tymczasem od początku sezonu Panionios nie, nie spisywał się poniżej oczekiwań, grał koszmarnie*! Trudno było mieć pretensje akurat do niego; on, paradoksalnie, trafiał nawet do jedenatki kolejki, dokładnie trzykrotnie na starcie rozgrywek. Ale to właśnie on stał się „ulubieńcem” prezesa. Ateński bogacz kazał uczyć go... bronienia rzutów wolnych! Obrażał, bluźnił i przeklinał. Stworzył środowisko iście mafijne nakazując swoim ludziom pilnowanie go na każdym kroku; podejrzany typek w samochodzie wyczekiwał pod domem, inne gagatki śledziły każdy jego krok, hollywoodzka klisza gangsterska na greckiej ziemi. Wymarzony wyjazd zamieniał Helladę w piekiełko. Wyleciał z treningu; napięcie w swym apogeum w kompromisie uznało, że obaj mają siebie dość, że pora się rozejść. Uzgodniono warunki rozstania. Wtedy ostro zaprotestował autorytet w klubie, ówczesny trener Bubenko. I nagle, po trzech miesiącach zaciskania zębów, poniżania i samotności, karta się odwróciła. Wyszły mu dwa, trzy świetne mecze; został bohaterem kibiców, pupilkiem Beosa!

„Zabawna historia: po trzech miesiącach, gdy nam strasznie nie szło, prezydent klubu wezwał mnie do siebie do gabinetu i powiedział, że jestem oszustem, że nie potrafię bronić i nigdy tego nie potrafiłem. Mam się pakować i wynosić. 14 dni później, po meczu, w którym zostałem bohaterem kolejki przed całą szatnią mnie przeprosił i wycałował w oba policzki”.

Ot, temperament południowców,

„Grecja, po prostu. Tam wszystko jest albo białe, albo czarne, i nic pośrodku”.

Prawdziwa szkoła życia. Nikt nie mógł być pewien, co przyniesie następny dzień. W przerwie zimowej na zbity pysk wyrzucono 11 zawodników! Po nieudanym sezonie i zmianie władz klubu, w Panioniosie przewartościowano również strategię; nie było już miejsca dla obcokrajowców, postawiono na miejscowych chłopaków; przyszło mu zwijać manatki…

Ale pobytu nie żałował wyjazdu, wręcz przeciwnie!

„Nie będę narzekał, na swój sposób właściwie mi to pomogło. Była to szkoła odporności psychicznej”,

dodając, że w tej dzikości była jakaś metoda kształtowania charakteru

„Każdy piłkarz potrzebuje czegoś takiego, żeby przebudzić się ze snu i twardo stanąć na ziemi”.

W sezonie zagrał we wszystkich 30 meczach, jako jedyny. Sześciokrotnie zachował czyste konto…
Jeszcze jedną niezwykle istotną zmianę dostrzegł u siebie. Przebywając z dala od rodziny, dla której, zdarzało się, nie zawsze był właściwie oddany, przemyślał, zrozumiał, dorósł odmieniając przez wszystkie przypadki słowo „odpowiedzialność”. Może nie wrócił z Grecji, jako lepszy piłkarz, na pewno jako lepszy mąż i ojciec…**

W stroju Panioniosu Ateny

W stroju Panioniosu Ateny. Źródło: http://www.czechsoccernet.cz/suvenyry/postcards-CYP_GRE.asp

Po powrocie trenował początkowo na zmianę, to z rezerwami Sigmy i to w Holicach (gdzie opiekował się bramkarzami). Trzydzieści sześć lat, bliżej mu było do totalnej rezygnacji niż sztucznego podtrzymywania marzeń (zwłaszcza Zachód, choć pomny świeżych doświadczeń, wciąż miał dla niego atrakcyjny wymiar). Właściwie był nawet skłonny grać w drugiej lidze czeskiej, wtedy pierwszy raz pomocną dłoń wyciągnął ku niemu Zdenek Ńčasný, który właśnie objął jedenastkę FK SIAD Most.

Podpisanie umowy z Mostem wcale nie było łatwe. W Czechach funkcjonuje bardzo oryginalne prawo transferowe. Jeśli zawodnikowi skończył się kontrakt to ma prawo, jak chyba wszędzie, podpisać umowę z dowolnym, wybranym klubem; pół biedy jeśli jest to ekipa zagraniczna, wtedy wszystko kończy się wraz ze złożeniem podpisu przez zainteresowane strony. Jeśli jednak zawodnik taki ma ochotę związać się z innym klubem czeskim to klub docelowy… musi dogadać się z poprzednim właścicielem karty zawodniczej, co do kwoty odstępnego! Nie grał w Sigmie od roku, a Most musiał całkiem sporo zapłacić za jego usługi!

Gra dla drużyny znad niemieckiej granicy nie przyniosła wielu wzruszeń. Była raczej idealnym miejscem do wygasania kariery. Mało presji, dość swawolny i sielankowy żywot i walka o utrzymanie – dogmaty „Górników”.

I tym razem udało się zachować ligowy byt, chociaż autorytet trenera, Zdeňka Ńčasného, mocno wyłysiał, a zespól balansował między śmiesznością a żałosnością***.

Po sezonie wracał właściwie tylko do dwóch wydarzeń, obu związanych z praskimi „S”. jedno związane było z najlepszym meczem sezonu, drugie z najgorszym w karierze. Przeciwko Slavii Praga wyciągnął z rękawa wszystko, co ma najlepszego. Sześć stuprocentowych okazji (czeskich tutovek;)) wybronił w artystyczny, cyrkowy, ech, czarodziejski sposób! Z tym słonecznym meczem związana jest także zabawna anegdotka. Z powodu bardzo mocnego słońca w drugiej połowie zdecydował się grać w czapeczce z daszkiem (co zdarzało mu się w karierze niezwykle rzadko, najczęściej w poprzednim klubie). Dostał ją od jednego z kibiców, mechanika z zawodu. Na gorąco komentując zakończony sensacyjnym zwycięstwem mecz (2:0) obiecał chłopakowi flaszeczkę czegoś dobrego. Rzeczywiście, odszukał go; młodzieniec czapkę wziął, ale butelczyny nie przyjął;) Spotkanie ze Spartą to już te mniej przyjemne wspomnienia. Właściwie wszystko, co „Rudzi” trafili w bramkę wpadało. Wcale nie z jego winy, ot, tym razem czary nie działały, a ponadto obrona była już na wakacjach (działo się to w ostatniej kolejce ligowej). Prażanie z Letnej używali sobie celebracji mistrzostwa na całego, on jeden, jedyny raz w karierze miał ochotę uciec z boiska! Trzykrotnie Kulič, dwukrotnie rosły Libor Dońek (którego swego czasu uważał za najlepszego napastnika Gambrinus Ligi) zagwarantowali tęgie lanie (0:5).

Sezon w jego wykonaniu był dość przeciętny. Wskoczył do jedenastki w kolejce piątej i tam już pozostał do końca sezonu. Jednak w tych 26 spotkaniach tasował formę błyskotliwą z beztroską. Dostawał przyzwoite noty, ale w jego przypadku „przyzwoite” oznaczało najgorsze w karierze****. Siedem gier bez straconej bramki też nie stanowiło imponującej statystyki.

Myślał o pozostaniu wśród „Górników”, może nawet o dokończeniu tam kariery, jednak, czym się zdziwił setnie, nie przedłużono z nim umowy. Wyjechał na Węgry w poszukiwaniu szczęścia; trenował dziesięć dni w Zalaegerszeg, którzy byli mocno nim zainteresowani. Od Madziarów uwolnił go telefon. To Zdenek dzwonił do Karela…

 

* Od samego początku ligi Panionios mocno okopał się w strefie spadkowej, z rzadka łypiąc znad grubej kreski bezpieczeństwa. W połowie sezonu zajmowali trzecie miejsce od końca z aż dziewięcioma porażkami na koncie. Jeszcze na trzy kolejki przed zakończeniem sezonu byli w strefie spadkowej z dwoma punktami straty do miejsca gwarantującego zachowanie ligi. Komplet punktów w końcowych grach zapewnił im awans na miejsce dwunaste.
** Na pytanie, co zabrałby na Bezludną Wyspę, odpowiada. „Rodzinę, to wystarczy”.
I jeszcze coś o zaradności. Aby rodzinie zapewnić godne życie grywa na giełdzie, by pomnożyć to, co już posiada. Ostatnio mniej się udziela na parkietach, nie tylko z powodu kryzysu, lecz i innej inwestycji – zbudował dom.
*** Niemal cały sezon spędzili na jedenastym miejscu, epizodycznie robiąc wycieczki w inne rejony tabeli. Dopiero ostatnia kolejka zepchnęła ich o stopień niżej. Śmieszność wywoływał bilans gier, na 30 spotkań aż szesnastokrotnie remisowali! Żałosność była domeną ich „popisów” w meczach wyjazdowych, gdzie nie wygrali ani razu.
**** Bardzo ostrożnie z tymi najgorszymi notami w karierze, proszę. Opieram się na danych z MF Dnes dostępnych na portalu poświęconemu piłce nożne Fotbal.iDnes. dostępność takich danych jest jednak troszkę ograniczona, obejmuje bowiem okres od sezonu 2001/02 do rozgrywek 2009/10. A i w tej cezurze zdarzają się pojedyncze spotkania bez oceny. Brakuje zatem nie tylko bieżącego roku ligowego, ale w jego przypadku właściwie połowy kariery!