Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
wtorek, 29 listopada 2011

Ostatni futbolowy weekend, a weekend w piłce, o czym wie nawet dziecko trwa od piątku do poniedziałku, a więc ten ostatni był całkiem po niemiecku. Mówił, ruszał się, biegał, skakał, eksponował, silił się, tupał, klaskał, krzyczał, woniał po niemiecku – a to wszystko w futbolu akurat oznacza najwyższą jakość. Czy ktoś mógł przejmować się rozgrywkami w jakiejkolwiek innej lidze, gdy pomiędzy Renem a Odrą przygotowaną takie specjały? Pff, cała reszta dobra jest dla turystów…

Zaczęło się od cacuszka, jakim zawsze są Rhein Derby, czyli najprawdziwsza bitwa piłkarska, wiecie, taka od zarania, z korzeniem, krwią i mięchem, a nie sztuczny twór marketingowy, jak jakieś derby Polski z udziałem drużyn całkiem przypadkowych… Tymczasem „Kozły” z „Źrebiętami” leją się od przedwojnia, dokładnie od 1912 roku, i, co dość frapujące, trudno znaleźć z klubów obecnej Bundesligi bardziej łakomy kąsek dla Borussii, niż właśnie drużyna z Kolonii (swoją drogą dla 1.FC również nie ma takiego drugiego rywala, który tak niemiłosiernie by ich łomotał). W piątek puknęli ich trzeci raz z rzędu, trzeci raz wysoko, i trzeci raz bezapelacyjnie (bramki z tych ostatnich konfrontacji mówią wszystko - 12:1). Pierwszy FC nie daje rady Borussii od 3,5 roku i po prawdzie, jeśli w ogóle się utrzyma, to nie specjalnie wierzyć należy, że poradzi sobie w roku przyszłym. Dość powiedzieć, ze Podolski, Matuszczyk i Peszko mieli łącznie zaledwie o trzy (!!!) kontakty z piłką więcej niż bramkarz „Źrebiąt” ter Stegen. Szkoda tylko, że klub z Mönchengladbach tak cholernie chce być wyrachowany i zamiast zmiażdżyć, wdeptać w ziemię rywala, nieudolnie stara się naśladować Barcelonę klepiąc piłeczkę bez celu i sensu, tym bardziej ich pozbawionego, że, jak już napisałem, robią to dość niezgrabnie*. Dlatego sędzia powinien te zawody zakończyć w 47 minucie, tuż po drugim golu Mike Hankego, obeszłoby się bez tej nudnawej reszty… A jednak Borussia nie wyszła z tego spotkania całkiem zwycięsko – supergwiazda klubu, Marco Reus, prawdopodobnie połamał sobie paluchy u nogi i być może nie zagra w arcyciekawym spotkaniu następnej kolejki…

I jeszcze jedna ciekawostka. Ostatni raz Borussia tak dobry start ligowy miała w sezonie 1976/77, dokładnie wtedy wygrali Mistrzostwo Niemiec po raz ostatni. Nie żebym coś sugerował, ale skoro nawet Uli Hoeneß traktuje ich poważnie to…

W sobotę derby Zagłębia Ruhry. Młodsze wprawdzie, ale przecież o jeszcze większej ilości gier i chyba nawet dawce emocji, napięcia. Trąbiono o tym na prawo i lewo, więc nie będę się specjalnie rozpisywał, że Dortmund nie potrafił sobie ostatnimi czasy poradzić z odwiecznym rywalem, nie tylko zresztą u siebie. Schalke mimo wszystko ma wciąż dodatni bilans i w Bundeslidze i licząc wszystkie rozgrywki (zwłaszcza przedwojenna złota drużyna Górników tłukła niemiłosiernie klub z Dortmundu, zdarzało się, że i dwucyfrowo), ale piłkarsko wygląda katastrofalnie, jak ubogi krewny, który przyszedł w żebry. Klub z Gelsenkirchen jest strasznie chimeryczny, a to w tak silnej i zdyscyplinowanej lidze, jaką jest Bundesliga laurów nie przyniesie. Trzeba za to pochwalić BVB i trójkę Polaków, bo potrafili tę słabość Schalke wykorzystać. Słabość całego zespołu, poza bramkarzem Unnerstallem, rzecz jasna.

A już za tydzień lider jedzie do wicelidera. Jeśli ktoś się wybiera na mecz na Borussia-Park, a biletu nie ma, to informuję, że najbliższy wolny termin jest na 11 lutego przyszłego roku… w loży VIP’owskiej na dodatek;]

To, że w przyszłą sobotę zagrają ze sobą dwie najlepsze jedenastki ligi, to również zasługa Bayernu, bo jednak mniej Mainz, które poza kilkoma akcjami Allaguiego niczym specjalnie się nie popisało, za to popis dupowatości dali Bawarczycy, zdecydowanie cierpiący brakiem Schweinsteigera w środku pola.

Ale to nie był mecz dnia. Za taki z pośród niedzielnych potyczek należy uznać spotkanie FC St. Pauli Hamburg – Dynamo Dresden. Chyba każdy wie, jak lubią się kibice obu drużyn, dlatego oczekiwałem wyjątkowej atmosfery i zaciętej walki. Przyszło jednak rozczarowanie, bo po powtarzających się kłopotach z własnymi fanami, klub z Drezna odesłał bilety do Hamburga i zaledwie 50 osób dopingowało czarno-żółtych. Samo spotkanie zrazu ospałe z każdą minutą nabierało tempa i faktycznie, emocjonalne było bardziej niż którykolwiek mecz naszej ligi ogórkowej. W kolejnym już meczy Dynamo nieźle się prezentuje, ale przegrywa. Frycowe, ktoś powie; a może to haracz za to niesamowite spotkanie pucharowe z Leverkusen? Tak, czy siak mają się nienajlepiej, a jeszcze Dedič ten s…syn. Nie znoszę takich zachowań. Czeski drwal, Pavel Fořt, pokonał bramkarza gospodarz, a ten drań wślizgiem (!) dopadł piłkę niemalże na linii, żeby tylko zapisać gola na własne konto; nie usprawiedliwia go to, że właśnie on ślicznie uruchomił byłego gracza Slavii Praga i Armenii Bielefeld, ani nawet to, że statystyką powalczyć łatwiej o lepszy kontrakt. Świństwo, dla mnie.

W każdym razie „Piraci” odrobili straty, jak tylko trener Schubert wpuścił na boisko swego niepełnosprawnego napastnika, Mariusa Ebbersa. Gość jakiś czas temu złamał paskudnie rękę w czasie meczu, potem przyplątała się kontuzja łydki i zamiast na boisku częściej widywany jest w gabinetach lekarskich, a szkoda, bo to wyborny zawodnik. w tym sezonie w zaledwie siedmiu meczach (i tylko trzech pełnych) zdobył sześć goli i zaliczył trzy asysty. Po bramce i ostatecznym podaniu (jakim ładnym) dopisał właśnie w spotkaniu z Drezdeńczykami.

W tabeli znowu zrobiło się ciekawie, bo po sensacyjnej, pierwszej w sezonie porażce Eintrachtu Frankfurt ścisk niemiłosierny. Coraz odważniej nad kreskę zagląda nic nieznaczący klubik S.C. Padeborn 07. Byłaby to niezła heca, gdyby te wszystkie wielkie firmy, przegrały bój akurat z nimi; ale nie wiem, czy tego chcę. Postawa Augsburga pokazuje, że to jednak zupełnie inny świat… Póki co, to jednak najwygodniej jest Fortunie Düsseldorf. Wczoraj, w naprawdę niezłym meczu, takim co się zowie o dwóch obliczach, uporali się z innym kandydatem do awansu, drużyną SpVgg Greuther Fürth. Gospodarze grali do przerwy, goście po przerwie, a i tak najlepszy na boisku był sędzia Peter Gagelmann. Jestem pewien, ży gdyby u nas, któryś z arbitrów tak precyzyjnie nakreślił zasady, jakimi będzie się kierował, część piłkarzy uciekłaby z boiska, a pozostali z pianą na ustach i plamami po testosteronie na czole łamałaby nogi, ręce, chorągiewki boczne, krzesełka… Gra była bardzo ostra, ale facet nad wszystkim panował – imponujące. Nieco mniej imponujący występ zaliczyła młodziutka gwiazda Fortuny, Maximilian Beister, który w drugiej połowie poza kilkoma wcieleniami w ofiarę zgasł jak pozostali. Miło było z kolei przypomnieć sobie Daniego Schahina; jeszcze pół roku temu zachwycał w trzecioligowym wówczas Dynamie Drezno teraz wreszcie dostaje szansę pokazania się w macierzystym klubie, myślę, że jego wejście miało dość znaczący wpływ na wyraźną dominację w drugiej połowie legendarnych „Listków koniczynek”.

Ufff, po takiej dawce emocji można wreszcie odpocząć, chociaż nie na długo, jak się okazuje. O spotkaniu Borussii Mönchengladbach z liderem z Dortmundu już pisałem, ale ciekawie powinno być również w Monachium, gdzie chwiejący się po dwóch ostatnich ligowych ciosach Bayern zmierzy się z wyjątkowo im nie leżącym Werderem Brema. Gdyby tak spojrzeć od początku lat ’80, to ich wzajemny bilans jest niemal idealny (zdaje się, że Bayern ma o jedną wygraną więcej), ale prawdą jest również, że ostatnio Werder z Bayernem najczęściej remisuje i to w… Monachium;) Na zapleczu Bundesligi ciekawie powinno być w Padeborn, gdzie zawita St. Pauli i w Duisburgu, gdzie zawsze groźne „Zebry” spróbują powstrzymać rozpędzonego, niepokonanego lidera z Düsseldorfu.

 

PS Warto jednak mentalnie przekroczyć granice i zajrzeć do Czech. Tam też hicior się szykje. Efektownie grający FK Jablonec z supersnajperem, Davidem Lafatou, zagra z szalenie efektywną w tym sezonie Spartą Praga. Drugie wielkie „S”, Slavia, niepokonana pod wodzą wielkiego fana Sparty, Františka Straki, zagra z wiceliderem z Liberca. Napisałbym jeszcze, że fajny meczyk może być w Pilźnie, ale to, co wyprawia ostatnio Bohemka nie daje ku temu żadnych podstaw. A propos Mistrza Czech – wiele zamieszania wywołuje sprawa młodego Vaclava Pilařa, który wypiął się na Viktorię i podobno już podpisał umowę z Wolfsburgiem. Z tym, że w Pilźnie są na niego wściekli i może być z tego niezła draka, jeśli działacze nie zdecydują się go jednak puścić. Robi się z tego typowy „czeski film”, on chce, ona (Viktorka) nie chce, oni chcę (Pilař jest zawodnikiem FC Hradec Králové, tylko wypożyczonym do Pilzna), on chce (agent Stejskal), oni chcą (to znaczy Wolfsburg, podobno), a może się okazać, że będzie w rezerwie Viktorii lub w ogóle sobie nie pogra. Myślałem, że chłopak jest rozsądny, ale jednak nie zostanie drugim Poborským; wplątał się w straszne gówno i już się z tego nie wygrzebie. Po pierwsze swoją naiwnością udowodnił nielojalność, po drugie, Euro 2012, gdzie Czesi zagrają m.in. dzięki jego bramce w meczu barażowym mogłoby go wypromować bardziej, po trzecie, Wolfsburg, a zwłaszcza Magath, to dla tego chucherka jak futbolowy Charles Henri Sanson! Inna sprawa to łapczywość klubu z Hradce, za śmieszne pieniądze chcą się pozbyć swego asa, bo mieszek jest pusty…

Aha, i jeszcze będzie ciekawie w Zabrzu. Mimo marsjańskich krajobrazów warto zobaczyć, jak Śląsk traci fotel lidera;)

PS1 Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

 Milan Pacanda

Milan Pacanda. Źródło: http://isport.blesk.cz/clanek/fotbal/26160/pacandovy-kotrmelce.html

Jeśli zobaczycie tego gościa, nie pożyczajcie mu pieniędzy! Najlepiej zawróćcie go do Czech, może da się faceta jeszcze uratować. Jeden z największych talentów w czeskiej piłce lat ’90, a pewnie dla większości zupełnie niepodobny do nikogo. Wszystko przez pewnego idiotę z Viktorii Žižkov, który postanowił przejść do historii piłki łamiąc kości młodziutkiemu wtedy napastnikowi. Zakopal, jak gorzko brzmi nazwisko tego gnoja… Wprawdzie była potem jeszcze Sparta, ale znowu problemy zdrowotne się pojawiły, no i te gorsze – podobno nudząc się na rehabilitacji po tym potwornym faulu, trwało to zdaje się ok. jednego roku zaczął chadzać do kasyna. Hazard dodać depresja i było już po nim. Długi rosły i rosły; talent rozmieniał się na drobne a nimi tych cholernych długów zapłacić nie był w stanie. Zdaje się, że nawet pracował fizycznie, bo piłka przestała go interesować. Ale wrócił; zaufano mu w Znojmie… Wytrzymał trzy miesiące. Przestał pojawiać się na treningach. Podobno znowu wpadł w kłopoty; podobno w ogóle wyjechał z Republiki Czeskiej… W świecie znany jest jego imiennik, również Czech, Milan Baroš; możecie wierzyć lub nie, ale przy Pacandzie to frajer a nie piłkarz.

 

* Jak bardzo nieudolnie pokazał mecz z Bayerem Leverkusen – prowadząc i grając w przewadze jednego zawodnika, zamiast przypieczętować zwycięstwo dostali całkiem idiotyczną bramkę i musieli zadowolić się jednym punktem.



piątek, 18 listopada 2011

Powrót z Czech. Praga w kieszeniach, na sznurowadłach i pasku. Czeski film, žižkovskie knajpki i Franz Kafka. Czas jakoś zleciał i aż dziw bierze ile w tym krótkim momencie wyjątkowych, interesujących, ekscytujących newsów przywieźć można właśnie od naszych południowych sąsiadów. Futbolowych newsów, rzecz jasna.

Dziwne również, że praktycznie nikt nie podejmuje tych tematów u nas, a są one modelowe, premierowe lub w jakiś tam sposób powiązane z wydarzeniami w naszym kraju. Dziś pisać o czeskiej piłce to wręcz obowiązek!

No, bo jakie to niby tematy przeoczyli nasi dziennikarze?

Zacznijmy od kibiców. To temat w sam raz, sprawdza się zawsze i wszędzie można go upchnąć. Wszyscy oglądający spotkanie Czechy - Czarnogóra, czy chociaż skróty z niego, wszyscy dysponujący minimalnym skupieniem i odrobinę bystrzejszym okiem zauważyli gościa w szaliku cieszącego się z gola Czechów. Tym razem nie był to Rémi Gaillard, tylko jakiś naśladowca. Nie ważne, czy zrobił to w euforii, czy chodziło o grubszy zakład, najważniejsze, jak z nim postąpiono. Otóż nie zrobiono nic lub prawie nic. Sam fakt, że dostał się na płytę boiska, to oczywiście obciach dla organizatorów, ale gdy już zorientowano się, że facet w skórzanej kurtce nie jest ani jednym z zawodników, ani nie należy do sztabu szkoleniowego, wreszcie nie jest sędzią, czy choćby fotoreporterem został zaprowadzony z powrotem na trybuny przez... służby medyczne:) Być może czekają go jakieś kary, jednak; być może Czechom oberwie się od fifouefy, jednak; w każdym razie chłopak mecz zobaczył do końca i nikt nie nazwał go kibolem. Naturalnie, gdyby takie zjawiska przekroczyły ramy incydentalności, należałoby podjąć zdecydowane kroki, w tym momencie postąpiono właściwie, według mnie...

Dwunasty zawodnik:)

Potem wybuchła afera koszulkowa, dokładnie taka jak u nas. Godło narodowe tak dumnie paradujące na na strojach piłkarskich, a jeszcze bardziej tych hokejowych, zastąpiono białym lwem, jako żywo przypominającym znaczek ČMFS, czyli ichniejszy PeZetPełojeNy. Tylko to M, jak Morawski właściwie traci rację bytu, bo choć odwołanie do historycznego emblematu z okresu przedwojennego jest kuszące, to sam w sobie nie ma żadnych związków z liczną przecież grupą Morawiaków i Ślązaków. Zrobił się więc niezły harmider, choć nieco mniejszy niż u nas (flaga narodowa pozostała; z tyłu, na karku, ale pozostała); i oczywiście, jak i u nas, chodziło o kasę. „Kasa, Misiu, kasa!”, to coraz bardziej aktualne motto współczesnego futbolu, znacznie bardziej niż fair play, niestety...

Czechy-nie-Morawy

A propos fair play. Przypomniał o sobie Petr Mikolanda, onegdaj niemały talent, który ze świetnym bilansem ligowym trafił z Viktorii Žižkov do słynnego West Ham United. Na Wyspach kariery nie zrobił, wrócił do Czech (Mlada Boleslav), ale i tak mógł w futbolu co nieco osiągnąć. Miał zaledwie 23 lata i zdiagnozowane zapalenie nerki. Karierę szlag trafił, ale najważniejsze, że transplantacja zakończyła się sukcesem. Dzisiaj chłopak, a właściwie już dorosły facet wraca do piłki; wiadomo, z poziomu czysto amatorskiego, ale miło, że mu się chce; trzy lata przerwy to jednak dostatecznie długo, by chcieć się przestało... A więc Mikolanda kopie sobie piłeczkę w czwartoligowym SK Zápy, zresztą całkiem ambicjonalnym klubie (wicelider Dywizji B) i udowadnia, że futbol może być jednak pięknym, czystym sportem. W spotkaniu domowym z legendarnym klubem SK Meteor Praha VIII przy stanie 0:1 sędzia odgwizdał rzut karny dla miejscowych za rzekome zagranie ręką obrońcy zespołu z dzielnicy Libeň. Powstało całkiem spore zamieszanie, a głupiejący już z tego wszystkiego arbiter postanowił zapytać wielkoluda, jak to właściwie było w tym polu karnym. Mikolanda przyznał, że to jednak on dotknął piłkę ręką i mowy o „jedenastce” wcale być nie może. Zápy przegrały 1:3 i tracą do lidera, SK Viktorie Jirny, już pięć punktów. Oberwało mu się po meczu, a jakże, i od kolegów z boiska, i od szefostwa, ale z całą pewnością nie od sumienia. Ja biję mu brawo i niech go do diabła zaczną naśladować nasi (z)łamańcy.

Dalej...

Ciągnie się sprawa Martina Fenina, tego wiecie, nocnego skoczka, który już drugi raz nabałaganił pod wpływem. Wrócił do domu. Leczy się z depresji. Jest na dobrej drodze. Poznał swoje słabości, nie wstydzi się ich, walczy z nimi. Liczę, że mu się uda, cholernie utalentowany gość z niego. Ale ta cała historia powinna być przestrogą dla młodych. Fenin też złapał Pana Boga za nogi, gdy władował bramkę w finałowym meczu z Argentyną drużyn do lat 19. Potem okazało się, że to nie były boskie nogi, nie były to nogi w ogóle, a jedynie gówno na patyku. Bądźcie więc czujni;)

Czesie mają wreszcie prezesa związku. Tymczasowego, bo wybory tuż, tuż, ale jednak. Miroslav Pelta to barwna postać. Ten, który zasłynął telefonowaniem wiosną (jeśli dobrze łapię nieco slangowe „cinkel o jaru”), czyli załatwianie wyników w sposób nie wymagający kopania piłki (choć trzeba przyznać, że sam występował jedynie w roli świadka) i innymi mniejszymi grzeszkami, to jednak dzisiaj wzorcowa postać szefa klubu. Jego Jablonec, jeszcze niedawno kompletnie nic nie znaczący klub, którego legendami byli Kotrba, czy Weber, to dzisiaj nie tylko trzecia siła Gambrinus Ligi, ale jeden z najważniejszych sponsorów... Slavii Praga (robili bilateralne interesiki, które ratowały tyłek „Zszywanym” przed bankructwem). Finansowo wszystko jest tam tip-top. I gdyby nie to, że od czasów pracy w Sparcie jest zaszufladkowany jako Beton Punk, yyy, to znaczy Beton Działacz, mieliby się w Czechach z czego cieszyć. Ale zobaczymy, może jest wart zaufania, pełnego zaufania. Sam postawił sobie pierwszy cel, który powie „Sprawdzam” i przekonamy się, jakie ma karty w rękach – chce załatwić raz na zawszę casus Bohemians Praga i jej mutacji. Czekamy Panie Pelta, czekamy...

W Czechach odbierają polskie media, albo telepatycznie polskie szajby; tak, czy siak i tam ktoś wpadł na pomysł, by zabronić reklamowania się firmom bukmacherskim, ktoś to podchwycił, ktoś przelał na papier, ktoś podniósł rękę i nacisnął przycisk i w ten sposób Dukla Praga jest w niezłych tarapatach, bo może od nowego roku stracić sponsora strategicznego. Podobnie hokejowy klub z Pilzna. To by było na tyle, jeśli ustawa dotyczyć ma firm zagranicznych; bo jeśli przylepi się do tych czeskich, dotknie to interesu aż 13 klubów pierwszoligowych piłkarskich i 9 hokejowych...

Przegląd prasy zacząłem barażami na Euro 2012 i nimi zakończę. Po pięknym golu Petra Jiráčka (nieco na wyrost przyrównywanego do Pavla Nedvĕda, bo dokładność, strzał, podanie, chłodna głowa jednak nie ta, ale przecież i legenda Juventusu zaczynała głównie na motoryce, wytrzymałości i... motoryce oraz wytrzymałości), już transferowanego do Wolfsburga, czy jeszcze zacniejszych marek, oraz po solidnej porcji fuksa wymieszanego ze szczęściem i Petrem Čechem, nomen omen, Czesi awansowali hip hip hurra! Ale nie tak świętowano sukces. Po ostrych, wręcz obraźliwych słowach pod adresem trenera i piłkarzy internacjonała i byłego reprezentanta, Radka Drulaka (srebro na Euro '96), odśpiewali mu dzisiejsi kadrowicze ripostę o jego przyrodzeniu na znaną melodię, a leciało to tak...

Przynajmniej widać po tych scenkach, że ekipa trzyma się razem; u nas to nie do pomyślenia, bo niby w jakim języku miano by śpiewać?

 

Zdjęcia pochodzą ze stron dziennika Mlada Fronta Dnes

czwartek, 10 listopada 2011

Właśnie pakuję manatki, zaraz wyjeżdżam do Pragi na długi weekend. Nie muszę się spieszyć; mój plecak bardziej nadaje się dla przedszkolaka, niż na wojaże; ale zasada nieposiadania ma i swoje dobre strony – nie mam za bardzo co do niego włożyć; zatem, nie muszę się spieszyć i dlatego piszę ten tekst.

Miała być wspaniała zabawa, raczej będzie po prostu wyjazd do Pragi na długi weekend. Cholera! Czesi zajęli drugie miejsce w swojej grupie eliminacyjnej, ok, można się było tego spodziewać; ale, żeby ta przeklęta UEFA mając 34 (słownie: trzydzieści cztery) wolne weekendy do Euro 2012 musiała ustalić mecze barażowe akurat na TE dni?! Nie wspominając o tych wszystkich wtorkach, środach, czwartkach... Psia ich mać! Zrobili mi to na złość, jestem pewien!

Drugi raz to mi się przytrafia. Drugi raz jadę do Pragi na derbowe spotkanie ligowe i drugi raz przez sakramencki los go nie zobaczę. Za pierwszym razem zamknięto stadion Slavii i pozostało oglądać mecz na telebimie (przynajmniej teraz wiem o co kaman z Ďolíčkiem), a teraz, gdy chciałem z sektorów Boehmki pokrzyczeć sobie, jak zasmarkany małolat, na taką-to-a-taką Spartę trafił mi się mecz reprezentacji Czech. Jak tak dalej pójdzie to nigdy nie zobaczę praskich derbów;)

W każdym razie upatrzyłem sobie jeszcze jeden mecz, ale, co łatwo wywnioskować po dotychczasowych doświadczeniach, zobaczenie go będzie, jak wygranie na loterii. Tym bardziej po poniedziałkowej wtopie Viktorii w meczu o przysłowiowe sześć punktów z Banikiem Ostrawa. Zobaczyć mecz Viktorii Žižkov z „Kangurami”: na tym małym, wciśniętym w osiedlowe ścieżki stadioniku... Po telewizyjnej transmisji jestem pełen entuzjazmu. No chyba, że pasy spadną z ligi, co przy ich potencjale kadrowym i skuteczności jest wielce prawdopodobne...

Dużo ostatnio się dzieje w piłce i aż korci by skrobnąć słówko lub dwa; ale też dużo pracuję nad pewnym tematem (jak najbardziej futbolowym i bynajmniej nie chodzi o wpis na bloga), więc czuję się usprawiedliwiony. Wiem, atrakcyjność, o ile kiedykolwiek była jakakolwiek, osiadła jak stary frachtowiec na mieliźnie i nawet nieco oberwało mi się za to, ale gwiżdżę na to – całkiem dałem się wciągnąć badaniu dziejów piłki na Górnym Śląsku w latach 1939-45. wręcz pali mnie, by to i owo wrzucić, ale muszę być twardy, zebrać ile się da, opracować, poddać liftingowi i zobaczymy, może uda się to wcisnąć pod prasę drukarską, choćby i niepostrzeżenie;)

Nie ma to, jak zajmować się rzeczą zbędną, obojętną i nikomu niepotrzebną; no, poza grupą całkowitych wariatów, których niniejszym pozdrawiam;)

19:20, marll80
Link Komentarze (3) »