Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
poniedziałek, 29 listopada 2010

Na szczycie wieje najmocniej

Drużyna z Drnovic to jeden z przykładów kaprysów mniejszych lub większych kapitalistycznych snobów*. Zespół z siódmej ligi nie gwałtownie, ale jednak systematycznie wspinał się do elity. Nic to, wolno im. Wioska niewiele większa od mojego mieszkania** całkiem wygodnie rozsiadła się w ekstraklasie; właśnie ona, Petra***, wyciągnęła do niego pomocną dłoń...
Początkowo zdawało się, że banita na wygnaniu rozmieni talent na drobne, jednak kolejne drobne władz klubu szybko, bo w rok od jego przyjścia, zmontowały niesamowity kapitał ludzki. Dla osoby interesującej się nieco czeską piłką nazwiska powalające, dla mniej obeznanych niektóre i tak znaczące: Erich Brabec, Martin Müller, Marek Kulič, Rudolf Otepka, Jozef Weber, Petr Veselý, Vítězslav Tuma, Miroslav Holeňák, Zdeněk Grygera, no i przede wszystkim Miroslav Kadlec! Nie wszyscy jednak dali drużynie tyle, ile oczekiwano. Dość powiedzieć, że pierwszy sezon z taką paką był gorszy od poprzedniego! Zadecydowała o tym koszmarna końcówka, bo jeszcze po osiemnastu kolejkach (na trzydzieści w ogóle) zajmowali najniższe miejsce na pudle. Bilans 1 zwycięstwo, 3 remisy i aż 8 porażek, tłumaczy wszystko... Już następny sezon przyniósł największy sukces tego malutkiego, acz sędziwego klubu („puk, puk”, słyszę, to wspomnienie pozaboiskowego wspomagania). Wprawdzie nie byli wstanie zagrozić dwóm suwerenom ligi, czyli obu praskim „S”, ale też od pierwszej kolejki rundy rewanżowej nie przepuścili nikogo przed siebie, zajmując ostatecznie trzecie miejsce. Noty w dzienniku „Mlada Fronta Dnes” naznaczają go bramkarzem ligi. To właśnie ten sezon oraz następny wypalają znamię na jego karierze. Rozgrywa najlepszy, we własnej ocenie mecz w karierze; w Libercu stopuje niezliczone próby gospodarzy stanowiąc fundament bezbramkowego wyniku****. Z kolei po spotkaniu w Příbrami ochrzczony zostaje przydomkiem „Czarodziej”. Tak wraca do tego zdarzenia:

„To było jeszcze za czasów gry w Drnovicach. Po udanym meczu w Příbrami powiedział tak o mnie do telewizyjnych kamer piłkarz gospodarzy Mácha. Później powtórzył to trener Dejmal i tak już zostało”.

Trafia na najlepszego trenera w swej karierze, według własnej oceny, w osobie Karla Večeřzy, wreszcie, nieco zabawna puenta, w jednym ze sparingów strzela nawet gola*****. Na spotkanie Drnovice-Brno przyjechali przedstawiciele Bundesligi z Werderu Brema, MSV Dusiburga i Hannoveru 96, żeby obserwować jego i Vítězslava Tumę. Do transferu jednak nie
doszło.
Ponownie posmakował europejskich pucharów, w czterech meczach puszczając zaledwie jednego gola. Bramka Kurza z 74 minuty dała jednak awans „Lwom” z Monachium. I jeszcze dwie ciekawostki z tego dość szczególnego okresu w karierze. Przykład charakteru, postawy, szacunku dla wykonywanego zawodu. Po fantastycznych zawodach w Teplicach, gdzie wybronił kilka absolutnie atrakcyjnych okazji gospodarzy, w tym w 90 minucie sytuację sam na sam z Martinem Frýdekem, pozwolił sobie na taki niecodzienny komentarz:

„Mecz przyjechali zobaczyć moi rodzice, mam nadzieję, że ich nie zawiodłem”.

A gdy na wsi zaczęło brakować „argumentów” do kontynuowania sukcesów, bardzo chciał zaszkodzić… Slavii Praga! Gdyby udało mu się zachować czyste konto w ostatnim meczu sezonu 2000/01 do eliminacji LM awansowałaby Sigma a nie Slavia. Dlaczego obchodziła go Sigma, skoro był przecież zawodnikiem Drnovic? Nie tylko dlatego, że miał do niej sentyment, ale i dlatego, że po sezonie i skutecznym zakopaniu topora wojennego, właśnie tam powracał. Brakowało niewiele, bo Sigma sensacyjnie wygrała na mistrzowskiej Sparcie. Dokonywał cudów, wyłapał pięć „setek”, Drnovic sensacyjnie wyrównały z jedynej praktycznie akcji ofensywnej, ale rezerwowy Ludek Zelenka rozstrzygnął mecz na korzyść „Zszywanych” (1:2).
Łącznie dla Drnovic rozegrał 111 spotkań, aż 36 razy nie tracąc bramki.
Nowe otwarcie w Sigmie potwierdziło wyśmienite możliwości bramkarza. Zespół początkowo ugrzązł w marazmie przeciętności, ale już po dwóch latach ponownie dołączył do ścisłej ligowej czołówki. Fantastyczna postawa między słupkami zwłaszcza w roku 2002 zapewniła mu nagrodę imienia Ivo Viktora dla najlepszego czeskiego golkipera. No i najważniejsze, wyśmienita forma umożliwiła debiut w reprezentacji! Debiutował paradoksalnie u Karela Brücknera, paradoksalnie... Dwunastego lutego na zgrupowaniu w cypryjskiej Larance zastąpił na ostatni kwadrans Petra Čecha. Czesi pokonali Węgrów 2:0. „Nawet w kąciku duszy nie liczyłem na powołanie”. Według niego pewniakiem byli Srníček i Maier, a trzecim zostanie ktoś z dwójki Blažek – Černý, bo obaj regularnie bronili w pucharach. Między 2002, a 2004 rokiem zagrał jednak w kadrze narodowej siedmiokrotnie, czterokrotnie wyciągając piłkę z siatki. W towarzyskich grach na okrągło zmieniał się z Čechem i Kinským – Czesi szukali bramkarza na lata. Brückner to typ szkoleniowca, który najpierw dużo zawodników próbuje, ale ostatecznie operować będzie minimalną liczbą graczy – wybierze żelazną jedenastkę i jak najczęściej z niej będzie korzystał. A jednak, ten wspaniały okres ma dla niego gorzki posmak.
Ten sam trener Brückner, który umożliwił mu debiut w pierwszej lidze, dzięki któremu miał zaszczyt reprezentować własny kraj teraz odebrał mu marzenie, największe, wzięcia udziału w prestiżowym turnieju międzynarodowym. Pominięcie go w kadrze na Mistrzostwa Europy w Portugalii siedzi w nim do dzisiaj. I chociaż wypowiada się asekuracyjnie na ten temat, z mgły słów wyłania się wielkie rozczarowanie. Tak bardzo oczekiwał powołania...

„Udział w nich jest moim wyśnionym celem i zrobię wszystko, aby do Portugalii polecieć”.

Był zdecydowanie najlepszym bramkarzem w lidze czeskiej. Niewiarygodne, ale w co drugim meczu zachowywał czyste konto! Pomimo, że nie miał głośnego nazwiska, nie grał w którymś z najpopularniejszych klubów w Republice, w plebiscycie o „Złotą Piłkę” zajął wysokie, siedemnaste miejsce!****** W ostatnim spotkaniu sezonu 2003/04 Przeciwko Viktorce w Pilźnie już az setny w karierze nie przepuścił bramki! Stał się tym samym członkiem elitarnego Klubu Ligowych Bramkarzy. Zresztą samo spotkanie było jego wielkim pokazem, co podkreślił również trener Sigmy, Petr Uličný:

„Szansę dostali dzisiaj młodzi chłopcy, dlatego rywal momentami sprawiał wrażenie drużyny bardziej skonsolidowanej. Zwycięstwo zawdzięczamy przede wszystkim bramkarzowi, który swoje setne zero z tyły praktycznie wybronił sobie sam”

O braku nominacji dowiedział się poprzez SMS od kolegi:

„Na pewno czuję rozczarowanie, ale nie tragizuję. Dla powołania zrobiłem wszystko, co tylko mogłem. Sumienie mam czyste. Trener postawił na Tondę Kinského i nie pozostaje mi nic, jak tylko to respektować. W końcu chodzi tylko o sport”.

„Po tym wspaniałym sezonie, nominacja byłaby dla mnie, jak to się mówi, taką wisienką na torcie. Ale nie robię z tego tragedii, w końcu chodziło wyłącznie o pozycję trzeciego bramkarza”.

i

„Smutek? Raczej nie. Naprawdę nie potrafię tego określić. Zmartwiło mnie to, ale powtarzam, nie byłem jakość napalony na tę Portugalię. Na pewno ta wiadomość mnie nie załamała”.

Tego samego 2004 roku kompensuje sobie nieco to zrządzenie losu zostając pierwszym nieoficjalnym Mistrzem Świata w bronieniu rzutów wolnych. W grudniowym hiszpańskim turnieju znalazł się nieco przypadkowo. Jeden z menadżerów współpracujących z Sigmą polecił go organizatorom. Wyjeżdżał do Marbelli z duszą na ramieniu, dwadzieścia dni bez treningu, angina i przerwany wypoczynek wzbudzały w nim pewne obawy przed kompromitacją. Żeby zamieszanie było jeszcze większe, w trakcie zawodów ciągle zmieniano reguły! Oczywiście z korzyścią dla strzelających… Żeby bramkarzom nie było przypadkiem za wygodnie, to sama murawa stanowiła dla nich problem. Nowo położona trawa nie przyjęła się, więc golkiperzy z trudem mogli się wybić. W każdym razie eliminacje, które były zarazem półfinałem, wygrał w cuglach broniąc uderzenia Kolumbijczyka Ricardo Hamilton z Apoelu Nikósie, Rumuna Constantin Galca z Almérie, Belga Stein Huysegems z Alkmaaru, Hiszpana Albert Riera z Bordeaux. Po golu wbili mu Hamilton, Galca i Huysegems. Co jest niezłym wynikiem, jak na 42 próby z 16, 18 i 20 metrów i to właściwie bez muru! Ten, co prawda, każdy bramkarz mógł sobie postawić, ale… osoby, które w nim stały nie były zawodowymi piłkarzami i co strzał robiły uniki! Właściwie trzy-czwarte bramki było odkryte! Początkowo w finale miało bronić tylko dwóch najlepszych „tormanów”, on i da Silva z belgijskiego Beerschotu, ale organizatorzy, chyba trochę z powodów marketingowych wymyślili nową formułę, w której uczestniczyło czterech bramkarzy. W sam raz, żeby znalazło się miejsce dla czwartego w eliminacjach Santiago Caňizares. Oprócz nich w ostatecznej rozgrywce wziął udział jeszcze Argentyńczyk Angel Moya. Drugą zagrywką taktyczną pomysłodawców zawodów było celowe uniknięcie zestawienia największej gwiazdy zabawy, Zinedine Zidane’a******* z najlepszym bramkarzem kwalifikacji. Szkoda, bardzo żałował, że nie doszło do tej konfrontacji. Każdy z bramkarzy musiał odpierać osiemnaście uderzeń dwóch wylosowanych specjalistów. Trafił ponownie na Galcę oraz Zarandonę (Betis Sewilla). Już pierwsza przymiarka drugie z wymienionych zakończyła się bramką. Ten sam zawodnik pokonał go jeszcze raz, ale nic poza tym nie puścił za siebie! Dwa stracone gole pozwoliły mu zwyciężyć******** i… narobić sobie kłopotów;) Przez całe pół roku będzie bowiem niezły bajzel z samochodem, który wygrał. Luksusowe KIA, kusząco wyczekujące na hiszpańskim boisku trafiło tylko do zwycięzcy wśród strzelających, choć on był przekonany, że Jean-Marie Pfaff wręczający mu kluczyki przekazuje zarazem prawa właśnie do tego cacka. Nic z tych rzeczy; zaraz po ceremonii odebrano mu kluczyki i kazano zgłosić się do jednego z dealerów tej marki z siedzibą w Pradze. Nikt go jednak nie poinformował, że nie chodzi o limuzynę, którą widział w Marbelli, lecz o jakikolwiek inny samochód KIA do… 300,000 koron. Wyboru właściwie nie było, bo w tej sumie mieścił siętylko samochodzik Picanto, czyli babski wóz na zakupy. Ale i jego baaardzo długo nie mógł odebrać. Przynajmniej dostał gratyfikację finansową od ręki (5,000 euro), no i niezapomniane wrażenia:

„Naturalnie, uczucie jest bardzo przyjemne. Sprawiło mi to ogromną radość, i jestem z tego sukcesu całkiem dumny. Chciałem udowodnić, że w czeskiej lidze, pomimo tego, że nasze największe gwiazdy grają za granicą, wciąż jest sporo bardzo dobrych piłkarzy. Chciałem rozsławić imię czeskiej piłki, Ołomuńca i Sigmy, aby o nas usłyszano. Cieszę się, że mi się udało”.

Szkoda, że nie dostał okazji do obrony tytułu mistrzowskiego…
Tymczasem dobiegała końca jego przygoda w Sigmie. Przez tych kilka lat stał się żywą legendą klubu*********, postanowił jednak spróbować swych sił gdzie indziej. O ile nici wyszły z negocjacji ze Slavią (bezczelnie zaproponowali mu gorsze warunki niż miał w Ołomuńcu! On chciał tylko te same warunki plus bonusy za ewentualne sukcesy), o tyle zdecydowany był na propozycję z ligi greckiej. Europa. Marzył o grze w innej lidze***********. O wyrwaniu z bagna skorumpowanej ligi, na którą chodziło coraz mnie kibiców***********. Hellada czekała na niego…

 

* Jak zwykle w takich przypadkach delikatnie mówiąc nie wszystko odbyło się w regułach cywilizowanych. O korupcyjnym sukcesie Petry Drnovice traktuje film dokumentalny: „Drnovické catenaccio aneb Cesta do pravěku ekonomické transformace”. Dziś FC Drnovice ponownie grają w siódmej lidze...
** Drnovice liczą niewiele ponad 2 tysiące mieszkańców.
*** Petra, żeńskie imię, ale także nazwa firmy, która przejęła klub z Drnovic. W okresie ostatecznej wspinaczki do pierwszej ligi (1989-93) klub zmieniał nazwę aż czterokrotnie!
**** 21 kolejka ligowa, 19.03., Liberec – Drnovice 0:0, świadków: 2617.
***** Przeciwko drużynie Kunovicé. Na dziesięć ostatnich minut wybiegł pokopać futbolówkę w polu.
****** Z bramkarzy wyżej sklasyfikowani zostali tylko Petr Čech (wówczas Stade Rennes) na miejscu szóstym oraz Jaromír Blažek (Sparta Praga) na pozycji jedenastej.
******* Zidnae wypadł słabiutko. W finale znalazł się z dziką kartą, wiadomo, gwiazda, ale nie zachwycił, na dziewięć strzałów tylko jeden był skuteczny…
******** Drugie miejsce zajął Caňizares. Wśród uderzających wygrał Turek Ugur Yildirim z Heerenveen, który zdobył trzy bramki. Finał oglądało 6,000 widzów.
********* W 2010 roku przeprowadzono ankietę na jedenastkę marzeń w historii Sigmy Ołomuniec. Tylko Radek Druk dostał więcej głosów, dokładnie o… dwa! Za nim uplasowali się m.in. Pavel Hapal, Tomáš Ujfaluši, czy Radek Latal.
********** Miał trochę żal do Sigmy, że nie puściła go wcześniej, choć miał propozycje z tureckiej Ankary (nawet bilet już sobie wykupił).
*********** Trybuny na Sigmie nie zapełniały się nawet na meczach ze Spartą. Mało tego, w jednym z sezonów klub postanowił zamrozić zawodnikom premie i zaoferował mu, jako kapitanowi, by kupili za nie bilety kibicom, właśnie na mecz z „Rudymi”, tych 13 tysięcy i tak się nie uzbierało…

piątek, 26 listopada 2010

Źle się wywdzięcza mistrzowi kto jego uczniem pozostaje.

F. Nietzsche Tako rzecze Zaratustra

 

Początki były trudne, trzeba było mu czekać całe dwa lata na swoją szansę. Czekać i w tej cierpliwości nie zapomnieć o nauce. A jego profesorem był nie byle kto; doświadczony Luboš Přibyl* wspaniale przygotował smarka do gry w elicie, ich drogi jeszcze się zejdą, nieraz…
Pierwsze posmakowanie atmosfery ligowej, pierwsze rodzynki o europejskim nadzieniu...

Młodziutki chłopak, gdzieś schowany za sztabem szkoleniowym, to prawdopodobnie on...; Torpedo Moskwa – Sigma Ołomuniec 0:0, z fantastycznego snu Sigmy w Pucharze UEFA 1991/92, snu w którym i Rosjanie, i Niemcy z HSV uczyli się pokory. Dopiero Real Madryt, bardzo szczęśliwie, zerwał z nich kołdrę;)

Debiutował w lidze w roku 1993 r. paradoksalnie szansę dał mu Karel Brückner. Paradoksalnie... Miało to miejsce 23 kwietnia na legendarnym Stadionie Vítkovických železáren, rywalem był miejscowy FC, wówczas posługujący się skrótem TJ**. Ciekawe, czy ktoś z tej garstki kibiców zapamiętał, zwrócił uwagę na młodzika z, hm, oryginalnym włosem?*** Pewnikiem bardziej zapamiętali gola Jana Baránka, który dał 1815 osobom zgromadzonym na obiekcie przy ulicy Závodní umiarkowaną satysfakcję z remisu. Swoją drogą śląscy kibice powinni kojarzyć akurat tego z Baránków****... Zabawne jest to, że sam nie pamięta tego zdarzenia! Być żywą legendą i zagubić wspomnienie o swoim debiucie?***** No, tak, ale on przecież nigdy nie liczył ilości swoich gier, czy meczy bez straconej bramki; statystyki odkładał na bok...
Swój pierwszy „shot-out” zanotował 18 kwietnia 1993 roku w spotkaniu rozgrywanym u siebie przeciwko Tatranovi Prešov (3:0). Świadków: 6119. Powtórzy to jeszcze dwukrotnie w pozostałych meczach. Dziewiczy sezon zakończył z ośmioma grami. Pozycji numer jeden nie wywalczył; nie wywalczył jej również w roku następnym, wyjątkowym, bo pierwszym pod auspicjami Republiki Czeskiej i szalonym z powodu obłędnych zmian trenerów w Sigmie. Miał ich w ciągu jednego sezonu aż trzech! O ile u Brücknera i Vlastimila Palički regularnie grywał, bez poważnego ryzyka zaznaczając jego pierwszeństwo w bramce (opuścił trzy z jedenastu gier), o tyle u znanego z pracy w Polsce Dušana Radolsky'ego przypomniał sobie twardości ławki rezerwowych. Słowak zdecydowanie postawił na doświadczenie Přibyla, a młodego chłopaka wpuścił na ligowe boiska dopiero w dwóch ostatnich ligowych pojedynkach. Skutecznością między słupkami przekonał jednak i Radolsky'ego i władze klubu, by nie płakać za odchodzącym do Brna Přibylem; w końcu procentowy udział spotkań bez straconej bramki był w jego przypadku imponujący (na trzynaście rozegranych meczy, aż pięciokrotnie stopował wszelkie próby rywali!).
Dwa kolejne sezony to już absolutna hegemonia w bramce Sigmy. Opuszcza tylko jedno spotkanie******, za to aż w osiemnastu opuszczał boisko, jako morderca marzeń napastników. Również dzięki niemu fantastyczny progres zanotowała drużyna „Niebieskiej lawiny” zajmując w sezonie 1995/96 wspaniałe drugie miejsce! Zwłaszcza u siebie wywoływali trwogę w łydkach przeciwników, wygrywając wszystko poza jednym przypadkiem remisu z praską Viktorią Žižkov i tracąc zaledwie siedem goli! Rozchwiana forma wyjazdowa nie pozwoliła nawet zbliżyć się do mistrzowskiej Slavii, ale też gwarantowała bardzo bezpieczne finiszowanie po srebrne medale.
Sezon następny już na wstępie smakował znamienicie. Perspektywa rozgrywek pucharowych, apetyt na mistrzostwo..., jednak jak już rzeczone zostało, paradoksy nieomylnie trafiały w ślad za nim, ale po kolei...
Premiera europejska nie miała należytej pompy. Sigma musiała rozgrywać mecz bez udziału publiczności, co stanowiło karę za chuligańskie wybryki jeszcze z 1992 roku i spotkania trzeciej rundy Pucharu UEFA z Juventusem. Rywalem „Hanáků” był... polski Hutnik Kraków*******. Po golu Miroslava Baranka w 78 minucie Sigma z umiarkowanym optymizmem wyruszyła pod Wawel. Mecz z 20 sierpnia zapamiętał doskonale. Raczej nie dlatego, że była to jego jedyna wizyta futbolowa w Polsce; powód miał gorzki posmak – pierwsza poważna wpadka. Michał Stolarz zaskoczył go w 40 minucie strzałem bezpośrednio z rzutu rożnego!

Dość niespodziewanie Hutnicy wyeliminowali czeskich wicemistrzów (1:0, 1:3), a to dopiero pierwszy akt dramatu! Faworyt talentu, pracowitości, szybkości, refleksu, zwinności i odwagi doskonale spisywał się w lidze do jedenastej kolejki. Przepuścił zaledwie dziewięć goli, zespół, z nieznaczną stratą do lidera, zajmował siódme miejsce. Nagle traci na trzy mecze miejsce w bramce. Dlaczego? Jednak na ostatnie dwie gry rundy jesiennej znowu kibice oklaskują jego umiejętności, zwłaszcza Sparta połamała sobie na nim zęby. Do końca sezonu nie zagra już jednak ani minuty! Dziwne to uczucie przygotowywać się do nowej rundy rozgrywkowej wiedząc, że bez względu na wszystko nie wybiegnie się na boisko. Takie spotkały go konsekwencje za brak woli podpisania nowej umowy. Próby negocjacji zakończyły się kłótnią z Jiřím Kubíčkem, prezesem klubu. Kłótnia zakończyła się wyrzuceniem podstawowego bramkarza do drużyny rezerw, grających w trzeciej lidze. Ale nie skończyło się tylko na degradacji sportowej; zarobki ustanowiono mu na poniżającym i uniemożliwiającym egzystencję poziomie! Cztery tysiące powodów******** żeby się załamać, gdy jest się świeżo upieczonym ojcem. Zapożycza się. W ciągu tej półrocznej kanikuły obciąża się stutysięcznym długiem! Na szczęście odzywają się Drnovice...

 

* Luboš Přibyl to jeden z najlepszych bramkarzy w historii czeskiej ligi, chociaż nie zagrał nigdy w reprezentacji. Jest członkiem „Klubu ligowych bramkarzy”, w karierze pierwszoligowej zachował czyste konto 107 raz. W lidze łącznie zagrał 348 meczy.
*** Drużyna z dzielnicy Ostrawy cieniutko wtedy przędła, zajmując przed meczem z Sigmą odległe 13 miejsce. Ale tak naprawdę spadek im nie groził. Był to ostatni sezon wspólnej ligi czechosłowackiej. Większym kłopotem zdawało się raczej znalezienie sześciu godnych zastępców przedstawicieli futbolu słowackiego...
*** Na szczęście ma dystans do siebie:

Wiem, że mam straszliwe włosy. Niestety, tak mnie urządziła matka przyroda, i nic z tym nie da się zrobić. A jak jeszcze pada deszcz, to jest dwa razy tak źle.

Czarodziej

Fryzury sobie nie wyczarował... Źródło: http://www.sportovci.cz/

**** Jan Baránek w późniejszych latach stał się legendą śląskiego ekstraklasowicza czeskiej ligi, Slazský FC Opava, w którym występował w latach 1996-1998 oraz 2001-2005 (w tym rok na zapleczu 1.Ligi), rozgrywając na najwyższym szczeblu rozgrywkowym 145 meczy i strzelając 17 goli. Grał również dla innej śląskiej drużyny, Banika Ostrawa.
***** Pytany po latach o ligowe początki umiejscawia je w Nitrze. Niewiele się pomylił, ale jednak. W tym słowackim mieście zagrał swój drugi mecz w 1.Lidze. Dwie kolejki po debiucie...
****** Nie zagrał tylko w 12 kolejce, natomiast już w premierowym spotkaniu sezonu, przeciwko Bohemians Praga, musiał przedwcześnie zejść do szatni. A propos „Kangurów”, to właśni im kibicował w młodzieńczych latach, naturalnie za sprawą niesamowitego Tondy Panenki.
******* Pisząc ten tekst chcąc nie chcąc przypomniałem sobie skład Krakusów, cholera wspaniała to była paczka, z Yahayą, Kaliszanem, Jamrozem, Szypowskim, Sosinem, Wawrowem, Stolarzem, Adamczykiem, Motyką, Walankiewiczem, Zającem, Romuzgą, Fudalim, Ziębą, Ozimkiem, Krzywdą, Ziółkowskim... ups, właśnie wymieniłem wszystkich uczestników dwumeczu z Sigmą;)
******** 4,000 koron to dzisiaj, nie uwzględniając przecież inflacji, zaledwie 638 złotych, spróbujcie za to wyżywić trzyosobową rodzinę!

czwartek, 25 listopada 2010

Tęsknota

Paradoks, zapewne nie godzien Zenona z Elei, przecież jednak odczuwany przez wielu. On nie był odmieńcem, nie w tej kwestii. Tęsknota za czymś, czego wprawdzie nigdy się nie doświadczyło, ale co obiecuje bardziej komfortową egzystencję. To właśnie uczucie ostatecznie rozstrzygnęło o jego życiowych postawach…
Dorastał w Střekovie, brudnej, zapomnianej, dzikiej dzielnicy miasta Ústí nad Labem. Tam gdzie poznawał, jak chłopiec staje się mężczyzną nie pozostały po nim niemal żadne ślady; nawet przyuliczne domy, dające małym rozbójnikom łaskawy cień zostały wyburzone. Jeśli nie grał w nogę, wybijał okna; jeśli nie niszczył mienia, chodził na włam. Aż do momentu, gdy wylądował na komisariacie. To był przełom, to i zmuszenie, niemal siłą, do kontynuowania kariery piłkarskiej. To futbol podał mu wtedy rękę, a on przez swoją postawę na boisku zapragnął zrewanżować się w sposób godny.
Zaczynał w nieistniejącym już klubie Slavoj Severotuk, skąd w wieku młodzika trafił do innej lokalnej drużyny, Armaturky. W pewnym momencie zaprzestał treningów, zrezygnował z futbolu, stanął na rozdrożu. Pierwsze pieniądze w życiu zarobił nie na boisku ale jako mechanik samochodów ciężarowych, było to 1500 koron, i to jeszcze za czasów „Komanczów”*. Szczęśliwie znaleźli się ludzie, którzy wybili mu z głowy bratanie się z ulicą. Wojsko odsłużył w VTJ Hodonín; nie miało to jednak wiele wspólnego z przekrzywionym żołnierskim życiem w topowych wojskowych klubach (czy to polskich, Legii Warszawa, Śląska Wrocław, czy czeskich, Dukli Praga), normalna służba z wszystkimi konsekwencjami! Trenował tylko popołudniami pod warunkiem, że… nie miał wtedy warty. Właśnie w Hodonínie zmierzył się z kolejnym paradoksem, zjawiskiem, które będzie z nim maszerować przez wieloletnią karierę. Paradoks polegał na tym, że ogromne wzmocnienie zespołu stanowiło możliwość kreacji własnej osoby!** To najważniejsze przedstawienie odbyło się w pucharowym spotkaniu przeciwko Sigmie Ołomuniec. Młodzieniaszek w bramce pomimo rewelacyjnej postawy wprawdzie nie zatrzymał pierwszoligowców, ale i tak utrwalił się w pamięci ludzi z „Niebieskiej lawiny”. Sezon 1991/92 zaczynał już w kadrze Sigmy.
Awans do drużyny „Hanáků”*** oznaczał coś więcej niż jedynie skok sportowy – stanowiło nadzieję eksploracji tajemnicy stabilizacji, tej bytowej, podstawowej dla każdego człowieka. Po latach, gdy konsekwentnie zamieniać będzie wypłaty, premie, bonusy, nagrody, korony i halerze, euro i centy na bezpieczeństwo finansowe swoje i swojej rodziny, przyczynę tej zapobiegliwości zdefiniuje prostotą racjonalności:

„Chciałbym przeżyć życie inaczej niż moi rodzice, niż generacja przede mną.
Chciałbym się tą emeryturą nacieszyć”.

 

* Po naszemu „Czerwonych”. Tak w Czechach potocznie nazywa się Komunistów;)
** Do drużyny dołączył niemal cały skład zespołu VTJ Tábor, klubu, który, jak wiele innych, nie tylko zresztą w Czechach, nie poradził sobie z rzeczywistością po transformacji. Ze starej kadry Hodonína został tylko on i jeszcze jeden chłopak.
*** Hanáci to jedna z etnicznych grup zamieszkujących obszar od urodzajnych nizin rzeki Hané po środkowe Morawy z metropolią Ołomuńcem włącznie. Szczep zachodnich Słowian, którzy miał osiedlić się na tym terytorium w 6-7 wieku. Pozostałością jest m.in. gwara hanacka.

sobota, 20 listopada 2010

Zenon Lissek, Uwe Kamps, Dariusz Fornalak, Karel Poborsky, Bogusław Cygan, Martin Pěnička, Krzysztof Warzycha, Hans-Jörg Criens, Grzegorz Żmija, Pavel Nedved, Marek Bęben, Stefan Effenberg, Mariusz Śrutwa, Jozef Majoroš, Adam Kucz, Thomas Kastenmaier, Tomasz Wałdoch, Anthony Yeboah, Waldemar Matysik, Hans van Breukelen, Ryszard Tarasiewicz, Jan Maroši, Waldemar Prusik, Holger Fach, Jerzy Brzęczek, Jörg Schmadtke, Tomáš Skuhravý, Dariusz Grzesik, Uli Stein, Radosław Gilewicz, Christo Stoiczkow, Michał Probierz, Uwe Bein, Kazimierz Węgrzyn, Ivo Knoflíček, Piotr Lech, Patrik Berger, Mieczysław Szewczyk, Marco van Basten, Krzysztof Walczak, Miroslav Kadlec, Józef Wandzik, Martin Dahlin, Jan Urban, Patrik Andersson, Grzegorz Więzik, i wielu wielu innych...

...a przedwczoraj dołączył do nich Martin Vaniak.

Z każdą kończącą karierę gwiazdą okresu mojego dzieciństwa i dorastania czuję się starszy i bardziej obolały na ciele. A w duszy? W duszy robi się tak jakoś przykro i pusto... :(


Vaniak, jeden z najlepszych bramkarzy współczesności, zasługuje na osobny wpis, wkrótce go wrzucę.

Tagi: inne
19:33, marll80
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 listopada 2010

Vaclav RudlVáclav Rudl jako pierwszy w dziejach czeskiej piłki grał w piłkarskich korkach z prawdziwego zdarzenia. Działo to się w 1894 roku, naturalnie w meczu Sparty, którą wraz z dwoma braćmi tak naprawdę tworzył*. Obuwie musiał sprowadzić z kolebki futbolu, Anglii.

W ogóle zasłużył się bardzo pięknie czeskiej piłce i sportowi naszych południowych sąsiadów w ogóle. Przeczytajcie sami:

Na jednym z pierwszych zebrań mających wyłonić władze AC Sparty Praga, w kawiarni Demínka 8 sierpnia 1894 roku, został mianowany sekretarzem klubu. Jego brat, Bohumil, został wiceprezesem, a najważniejszą funkcję w klubie pełnił Max Švagrovský

8 stycznia 1899 roku o godzinie 14.45 gwizdkiem rozpoczął pierwszy międzynarodowy mecz Slavii Praga, która u siebie przywitała drużynę Berlina. Mecz chyba nie był zbyt dobry, bo po 70 minutach przy wyniku bezbramkowym odgwizdał jego koniec;)**

Wraz z końcem XIX wieku coraz bardziej kończyły się jego fascynacje futbolem, a rozgorzała miłość do atletyki. Należał do ścisłego grona kierowniczego Zarządu Gier Olimpijskich, organizacji powstałej już 18 maja 1899 roku na wniosek Czeskiej Amatorskiej Unii Atletycznej***, której zadaniem było zapewnienie czeskim sportowcom udziału na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu, a także reprezentowanie na zewnątrz interesów sportu czeskiego. Pierwszym prezesem wybrany został Jiří Stanislav Guth-Jarkovský.

W roku 1915 z powodu braków kadrowych w Sparcie (wojna!) założył, pierwszy na czeskich ziemiach, grupy młodzieżowe, a więc samowystarczalność;) Był także pierwszym kapitanem i pierwszym trenerem Sparty Praga.


Zdjęcie V. Rudla. Źródło: http://www.atlasfotbalu.cz/pdf/12.pdf


* Jako pierwszy w klubie pojawił się jego brat, Bohumil, na specjalnej prezentacji nowopowstałego tworu (secesja z AC Praha). Zachwycony zaprosił jeszcze tego samego 1893 roku do pracy na rzecz klubu Rudolfa i Václava właśnie.
** Z meczem tym związana jest jeszcze jedna zabawna historia. Wynajęte boisko na to spotkanie było całe ogrodzone, wejście stanowiła tylko jedna furtka. Dr Hausmann przyprowadził pod nią gości z Niemiec ale… nie potrafił znaleźć do niech klucza! Powiedział im zatem, żeby przeleźli przez płot:)
Jaroslav Hausmann wraz z przyjaciółmi, Kratochvílem i Schöbelem, oraz lekarzem, dr Kubrem byli założycielami Slavii Praga.
*** Unia była organem zrzeszającym związki sportowe, w tym, o dziwo, do 1901 roku, a więc do momentu powstania Czeskiego Związku Piłkarskiego, również futbol!

niedziela, 14 listopada 2010

Frankfurter Allgemeine:

Bieg przez rózgi* w ciągłym deszczu drużyny Köln.

* dawana kara wojskowa

Rheinische Post:

Borussia świętuje wielki triumf w wodnej piłce.

Bild.de

FC Zniszczenie. Kryzysowe spotkanie w loży Overatha*

* Wolfgang Overath – prezes FC

Kicker

Köln czerwoną latarnią – Dante i Brouwers kontuzjowani.

Der Tagesspiel

Przewidywanie Środy Popielcowej.

Spox.com

Gladbach przewyższało Köln o klasę.

Przed meczem:

Piosenkarz Wolfgang Niebecken jeszcze przed klęską:

„Jak można wkurzyć się na taki mecz?”

No, kibice z miasta katedralnego chyba właśnie się na te pojedynki wściekli. Koljeny raz dostali po tyłku od największego rywala, tym razem u siebie w bolesnej formie. Zabawne, ale na oficjalnej stronie Borussii przypomniano spotkanie sprzed 13 lat, w którym słabo spisująca się drużyna „Źrebiąt” będąca w strefie spadkowej wygrała... 4:0! Prorocy, czy jak? Gdy grają dwie drużyny o brakach taktycznych i technicznych deszczowa pogoda, jeziorne warunki rewelacyjnie stymulują meczowe emocje. Ulewa nie tylko spowodowała powódź, ale odcisnęła swe piętno na tym, co działa się na trawniku. Wszyscy tak jeździli na tyłkach, że po kilku minutach mogli spokojnie poprosić o wymianę całego stroju! Walka, walka, walka! Górne piłki, wślizgi i strumienie wody, emocje i energia, p i ę k n i e ! Mecz oglądało się świetnie, choć brakowało finezji i jakości w zagraniach.

Derby

Kwintesencja meczów derbowych. Źródło: http://www.bild.de/BILD/sport/fussball/bundesliga/2010/11/14/1-fc-koelnborussia-
moenchengladbach/spielbericht-der-untergang.html

Tylko czasem walka przeradzała się w chamstwo, nad którym starał się panować sędzia Gegelmann. Zawodnicy zdawali sobie jednak sprawę, jaki może mieć wpływ ich fanatyczne zaangażowanie na sytuację na trybunach. Dziwi tylko, że największym skurczybykiem na boisku był Podolski – bezczelnie odepchnął Marxa, brutalnie uderzył łokciem w twarz Deamsa, wrednie zaatakowała Andersona, dziwne że w ogóle dokończył spotkanie, a jeszcze dziwniejsze, że arbiter nie ukarał go w ogóle! Widać święte krowy zdarzają się nawet w Bundeslidze...

Pomimo tej rozumnej agresywności i tak nie obyło się bez kontuzji. Któryś z graczy „Kozłów” stracił chyba zęba, a dwóch graczy Borussii nie dokończyło spotkania, Boruwers i, co było zaskoczeniem, że w ogóle wybiegł na boisko, Dante (obaj to setni pechowcy, ledwo wrócili do gry a już nieszczęśliwe zdarzenia ich dopadły; ten drugi rozjechał się, jak na lodowisku, niemal tak samo, jak Łukasz Janoszka). Dla Gladbach to fatalne wieści, bo czwartą kartkę dostał jeszcze Reus, a i de Camargo nie kończył spotkania bez problemów.

Kontrowersje przy pierwszym golu – starcie na środku boiska, sędzia boczny macha chorągiewką i wydziera się do mikrofonu, jednak główny puszcza grę. Po kilku sekundach Bradley zostaje ścięty tuż przed polem karnym przez Geromela, tym razem sędzia przerywa grę. „Ten gol był kluczowym momentem spotkania. Ten gol i nasza reakcja na niego” powiedział później trener gospodarzy Schaefer. Najbardziej rozczarował Miro Varvodic. Bramkarz gospodarzy miał problemy niemal z każdym dośrodkowaniem z rogu. Gol z wolnego Bobadilli również jego obciąża.

Zwycięstwo Borussii, jak najbardziej zasłużone. Lepiej zorganizowani, ciekawiej przechodzący z obrony do ataku, pewniejsi w każdym zagraniu. Świetny środek stworzony przez dwie „szóstki”. Bardley z Marxem kapitalnie się uzupełniali i wygrali walkę wręcz. U gospodarzy rozczarował Podolski sterujący grą swego zespołu (często cofał się do rozegrania), jednak ich puls był coraz słabiej wyczuwalny z każdą minutą gry, czyżby kiepskie przygotowanie kondycyjne? Tempo meczu niezwykłe, przerastające nawet średnią niemieckiej ligi!

Po meczu powiedzieli:

Poldi:

„To jedna z najbardziej bolesnych porażek ostatnich lat. My, piłkarze, obraziliśmy swoich kibiców”.

Poldi

Poldi. Źródło: http://www.bild.de/BILD/sport/fussball/bundesliga/2010/11/14/1-fc-koelnborussia-
moenchengladbach/spielbericht-der-untergang.html

Frank Schaefer:

„Dla mnie osobiście to ogromne rozczarowanie, ale klęska ta nie będzie miała wpływu na moją przyszłość; bardzo ciężko przygotowywaliśmy się do tego meczu, tym bardziej głęboko mnie dotknęła ta porażka. W drugiej połowie całkowicie zostaliśmy zaszokowani. Nikt nie wziął na siebie odpowiedzialności za grę”.

Michael Frontzeck:

„Mecze Köln z Gladbach to zawsze wielkie wydarzenia z ogromną dawką emocji. Dla mnie, urodzonego w Gladbach nie ma większego rywala, czegoś bardziej szczególnego, ale nie zamierzam podgrzewać atmosfery”.

Triumf

Triumf. Źródło: http://www.rp-online.de/niederrheinsued/moenchengladbach/sport/borussia/Bundesliga-1011-1-FC-Koeln-Gladbach_bid_60076.html

Milivoje Novakovic:

„Musimy ostro trenować z tym trenerem. Nikt nam nie pomoże, jedynie my sami może to zrobić!”.

Tobias Levels:

„Mieliśmy długą serię bez wygranej, zapieprzając, ale bez efektu, aż do tego momentu pokonując Kolończyków 4:0. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, jak wielką wagę ma to zwycięstwo dla wszystkich Gladbachczyków, i jaki ogromny kamień spadł nam z serca. Dla tabeli to zwycięstwo oznacza jedynie trzy punkty. Ale dla naszych głów to dziewięć punktów”.

Menadżer "Kozłów" Michael Meier:

„To, co się wydarzyło można określić krótko, zostaliśmy schwytani w trudnej sytuacji. Kwestia trenera Schaefer nie zależy od tego meczu”.

O bohaterze, Babadilli:

Dyrektor sportowy BMG, Max Eberl:

„Taaa, to był jego Super-Klasyk. Ale daleki jestem od wychwalania go. Już wcześniej pokazywał pomysłowość”.

Obrońca Levels:

„Jest uparty, ale dzisiaj robił wszystko właściwie”.

 

Statystyki wg „Rheinische Post”:
Strzały na bramkę: 21-20
Rzuty rożne: 7-7
Posiadanie piłki: 51-49
Popełnione faule: 16-15

Statystyki wg Express.de:
Faule: 16-19
Rzuty rożne: 6-7
Spalone: 1-5
Posiadanie piłki: 50-50 (swoja połowa/rywala: 75,8/24,2-62,5/37,5)
Strzały: 17-19 (zablokowane: 8-7)
Pojedynki: 109 (50-59; w powietrzu 4-6; na ziemi: 46-53)

A tu oceny zawodników Köln (wystawiane przez fanów); na razie średnia 4,9, najlepiej Podolski 4,3, i graczy Borussii średnia: 2,3; najlepszy Bobadilla 1,6.

Po meczu kibice FC odwrócili się od swoich zawodników, gdy ci podbiegli pod trybunę najwierniejszych fanów. Wielki sprzeciw wyrażają jednak głównie wobec prezesa Overatha i menadżera Meiera. Tuż po meczu władze gospodarzy zamknęli się w loży Overatha na alarmowej naradzie. Drugi, z wiążącymi decyzjami, zaplanowano na środę. Możliwe jest wszystko, od przedstawienia nowego trenera, poprzez zwolnienie menadżera Meiera, aż po rezygnację prezesa.

Dla FC nastały niespokojne czasy. Wróży im się spadek.

Z nikim Borussia nie wygrywała tak często w Bundeslidze, jak z „Kozłami” - to był 41 sukces w bezpośrednich meczach! Może właśnie wykaraskali się z najgorsze? Może teraz czeka już ich ścieżka powodzenia? Oby!

 

Niestety, nie obyło się bez ekscesów. Przed samym meczem na murawę wbiegło trzech fanów „Kozłów”, interweniować musiał Podolski (opóźniło to rozpoczęcie spotkania o pięć minut); do zdarzeń dochodziło i poza trybunami: w tramwaju z kibicami Gladbach wybito szyby, do bijatyki doszło w stadionowym bistro (siedmiu aresztowanych). Odpalono kilka fajerwerków. Ogólnie jednak policja uznała derby za spokojne i bez poważnych incydentów. Pomimo odseparowania obu zwaśnionych stron, 15 osób zostało rannych, tyleż aresztowano, 18 osobom postawiony zarzuty. Udało się uniknąć bezpośredniego starcia, a było takie zagrożenie! Na bijatykę umawiano się kilka dni wcześniej. Dlatego aż 1,000 fanatyków dostało zakaz wejścia na obiekt!

sobota, 13 listopada 2010

Ciekawe są porównania obu klubów:
Bild.de
• Frontzeck vs. Schaefer – Wprawdzie Frontzeck po tylu klęskach wciąż ma pracę, „Bo tak postanowiliśmy”, przekonuje menadżer VfL, Max Eberl, ale to Schaefer, który właśnie objął stanowisko, ma mimo wszystko większy komfort, by zaryzykować ofensywą w tym meczu.
• Levels vs. Podolski – Levels wypowiada się w samych superlatywach o Górnoślązaku, jednak ogólnie dość słabo ocenia zdolności całego 1.FC. Ale uwaga! Poldi będzie grał dla Schaefera!
• Brouwers vs. Novakovic – napastnik 1.FC jest w szczytowej formie; miał udział w ostatnich pięciu golach „Kozłów”! W meczach z BMG też świetnie mu się powodzi. Jego strażnik, Brouwers:„Nie mogę się doczekać tych ostrych starć!”.
• Reus vs. Mohamad – Reus już dwukrotnie znalazł się w kadrze narodowej. Chciałby do niej wrócić, a okazję widzi w meczu z Kolonią: „To oczywiście mój wielki cel, grać dla Niemiec!”. To będzie znaczący sprawdzian, czy poradzi sobie z twardą obroną 1.FC, gdzie przetestują go Mohamad, czy Geromel.
• Trybuna Północna vs. Trybuna Południowa – Południowa Trybuna w Kolonii robi najlepszą atmosferę w Bundeslidze – do pierwszego gwizdka... potem są zbyt niecierpliwi i wytwarzają zbyt dużą presję na zespół. Pod tym względem frakcja z Gladbach była oszczędna nawet po końcowym gwizdku w Stuttgarcie (0:7).
• Źrebię „Jünter” kontra Kozioł „Hannes” - maskotki przynoszą szczęście. Obecnie większe wydaje się mieć źrebię, w końcu Bayern w minionej kolejce trzykrotnie ostemplował aluminium.

Problemem BMG są Bobadilla i Idrissou – albo nie robią nic, albo aż za dużo! W każdym razie zwyczajowo kończy się to... niczym. W meczu z 1.FC najpewniej co najmniej jeden z nich zostanie na ławce. (Bobadilla słynie z techniki, która ma, a jakże, ale krew argentyńska za bardzo uderza mu do głowy, bo najczęściej naśladować chce Maradonę, a gdy tego nie robi to... naśladuje Messiego...; z kolei Mo Idrissou ustawiany na boku pomocy przypomina wiatę autobusu, choć, ta przynajmniej daje schronienie, a z jego strony żadne bezpieczeństwo BMG nie grozi. Świetny jest na szpicy, ale tam Frontzeck go nie wystawia! W ostatnim spotkaniu z Bayernem przez 45 minut miał... dwanaście kontaktów z piłką!). Krytyka trenera dość okrężną drogą podąża: „Zawodnicy nie zawsze mają w głowie to, co ja sobie wyobrażam”. Ale i jego do szału doprowadził ostatnimi wyczynami Bobadilla – zamiast szanować piłkę, starać się ją przytrzymać przy chorągiewce, rozegrać kontrę wlepia ślepia w gałę i biegnie, biegnie, biegnie... Dziennikarz Bilda trochę nabijają się z Frontzecka nazywającego Bobadille młodym graczem – on ma przecież 24 lata!

Przegrany zostanie klaunem ligi, pośmiewiskiem!


„Rheinische Post”
Taktyka – za Soldo diament, za Schaefera podobnie ale bardziej ofensywni są skrzydłowi. Podolski gra podwieszonego pod Novakovica. To daje nadzieję na bardziej kreatywne rozwiązania ze strony 1.FC.
Najlepszy zawodnik – naturalnie „Książę Poldi”. Co ciekawe, dziennikarz „RP” zauważa, że mimo wszystko jest wciąż przepaść między popularnością a prezentowanymi umiejętnościami w barwach „Kozłów”! Dlatego za atuty zaspołu należy uznać Brazylijczyka Geromela oraz Novakovica, jedynego, który potrafi w miarę często rozpoznać bramkę na boisku...
Siła – Lange jeszcze nie współpracuje idealnie z „Novako” i Podolskim, ale interakcje idą w dobrym kierunku. Same rekordy ich goli, ale i zespołu o tym świadczą (w tamtym sezonie 3 wygrane u siebie, w tym już dwa).
Słabość – czasem brakuje im pomysłu i dynamiki. Brak też stabilności składu, co dziwi o tyle, że nikt z nowych jakoś piętna jakościowego nie zostawia na drużynie.
Trener – niedoświadczony. Pierwszy raz prowadzi zespół w Bundeslidze. Nie do końca może być też pewny swej posady, żadnych zobowiązań nie ma.

A tak szczegółowo porównuje obie jedenastki:
Bramkarze
Miro Varvodic - Christofer Heimeroth
Miro regularnie zastępuje krnąbrnego Mondragona, spisuje się nieźle, pomimo braku spektakularnych interwencji, parad. Heimeroth jeśli zagra będzie to jego trzeci mecz w sezonie. Na razie bezbłędny, a w pucharze dał awans Borussii (karne z Leverkusen). Wniósł do obrony niezbędny spokój.
Ocena: punkt dla Gladbach
Wynik: 0:1
Obrona
Miso Brecko - Tobias Levels
Słoweniec gra w 1.FC już czwarty rok; z tyłu niezły, choć ostatnio chory na niedbalstwo; w ofensywie do bólu przewidywalny. Levels gwarantuje ducha walki. Zależny od walki, nigdy nie rezygnuje, nie ma dla niego straconych piłek. W przodzie też nie czaruje, ale zawsze można liczyć na jego równą formę.
Ocena: punkt dla Gladbach
Wynik: 0:2
Geromel - Bamba Anderson
Geromel jeszcze dwa lata temu należał do najlepszych w lidze. Ostatnio obniżył nieco loty, ale po różnych perypetiach (kontuzja) jakby wracał na właściwe ścieżki. Żółtodziób z Gladbach chyba jeszcze nie gotowy na 100% na Bundesligę. Wyjawia braki w ustawieniu i nie dostosowuje się do tempa gry.
Ocena: punkt dla Köln
Wynik: 1:2
Youssef Mohamad - Roel Brouwers
Mohamad podobnie jak Geromel, grał już lepiej. Od jakiegoś czasu znowu jego jakość idzie ostro w górę. Świetnie czuje tempo, dużo widzi i ma dobry, twardy odbiór piłki. Kapitan 1.FC zawsze świetny w standardowych zagrywkach dzięki umiejętnością gry głową. Holender powrócił po wielu tygodniach i pokazał się z dobrej strony. Potrzebuje jednak u boku silnego partnera. W minionym sezonie najlepszy strzelec wśród obrońców całej ligi.
Ocena: punkt dla Köln
Wynik: 2:2
Stephan Salger - Filip Daems
Salger utalentowany, ale wciąż niestabilny. W tym sezonie zaczynał w wyjściowym składzie, by siąść na ławkę, a nawet znaleźć się poza kadrą meczową! U nowego trenera znowu gra. Kapitan Borussii ostatnio z konieczności grywał w środku obrony. Znacznie lepszy na swej nominalnej pozycji po lewej stronie. Czasem włącza się do akcji ofensywnych.
Ocena: punkt dla Gladbach
Wynik: 2:3
Pomocnicy
Fabrice Ehret - Thorben Marx
Szybkonogi Francuz nieźle radzi sobie w ofensywie, głównie po lewej stronie, ale w obronie ma ewidentne braki. Marx to typ gracza, którego nie dostrzega się dopóki go nie zabraknie na boisku. Niezwykle istotny dla zespołu.
Ocena: punkt dla Gladbach
Wynik: 2:4
Adam Matuszczyk - Michael Bradley
Młoda gwiazda, jak wskoczyła do składu, tak nie oddaje miejsca. Dobry technik, agresywny w odbiorze, piłki zagrywa bezpieczne. Brakuje mu rutyny. Amerykanin to wielki wojownik, zwłaszcza w hitowych meczach wznosi się na wyżyny.
Ocena: remis
Wynik: 3:5
Martin Lanig - Igor de Camargo
Lenig to graczy ponadprzeciętny na ligę, pomimo braków szybkościowych. W obecnym sezonie wielkie wahania formy; silny w pojedynkach jeden na jednego. Belg po kontuzji na razie tylko dwukrotnie grał w wyjściowym składzie, ale jakość jaką wniósł w meczu z Bayernem zapewnia mu grę od początku w derbach. Potrafi świetnie wystawić partnerom piłkę, ale sam też jest bardzo groźny.
Ocena: punkt dla Gladbach
Wynik: 3:6
Christian Clemens - Marco Reus
Talent z Kolonii. Akcentuje ofensywę po prawej stronie. Jego zdolność gry w najwyższej lidze ciągle rośnie. Z kolei Reus to nie klasyczny rozgrywający, lecz w pełnym biegu wręcz napastnik, szybki jak błyskawica i dobry technicznie. Gol z Bayernem powinien znowu dać mu wiarę w siebie.
Ocena: punkt dla Gladbach
Wynik: 3:7
Atak
Lukas Podolski - Patrick Herrmann
Reprezentant Niemiec, z małymi wyjątkami, ma dobry sezon. Najlepiej czuje się przy Novakovicu w roli nieco cofniętego. Herrmann to ożywczy element w ofensywie BMG, nie do końca rozgryziony przez rywali. Strzela odważnie z każdej pozycji, a z boiska nie schodzi, co bywa znoszony, tyle daje z siebie.
Ocena: punkt dla Köln
Wynik: 4:7
Milivoje Novakovic - Raul Bobadilla
Novakovic za Soldo wyrzucony, u Schaefera przywrócony do łask. Prezentuje nie tylko gole, ale niespodziewaną dla niego walkę i ducha zespołu. W takiej formie z pewnością wbije dziesięć goli w sezonie. Bobadilla to atakujący, ale nie strzelec. Uzależniony od dryblingu, ale niegroźny; ewentualnie pudłujący. Pięć bramek w 40 meczach to stanowczo niewystarczająco.
Ocena: punkt dla Köln
Wynik: 5:7

 

„Westdeutsche Zeitung”
Borussia 1900 VfL
Filozofia.
Śpiąca tajemnica. Po klapie finansowej wprowadzono nowe instrukcje działania, aby odzyskać twarz. Trener ma wprowadzać idee spółki, nie na odwrót. [gwoli wyjaśnienia, instrukcje nawiązują do tłustych lat '70 i tęgich '80 oraz solidnych '90 – wprowadzanie młodych graczy, najlepiej z okolicy, tak by okrzepli i przygotowali się na sukces. Niestety, doświadczenia lat '80 wskazują, że gotowość osiągają już w innych barwach... - MK].
Poziom zarządzania.
Prezydent Rolf Königs powtarza jak mantrę: „Ciągłość!”. Problem w tym, że zmienia trenerów jak rękawiczki. Od 2004 roku było ich już siedmiu! Ponadto trzech dyrektorów sportowych i niezliczona ilość graczy! Pytanie zatem, czy porażka w Kolonii będzie ostatnią dla Frontzecka?
Pieniądze.
Pomimo ciągłych zmian w personelu finanse są stabilne. Rolf Königs wyciągnął klub z 20 mln euro długu!
Trener.
Swój chłop. Z Gladbach. Zaczynał u Heynckesa. Przez 10 lat asystował Hansowi Meyerowi. Przyjazny dla kibiców.
System gry.
Frontzeck był obrońcą, ale o odważnym sposobie myślenia i agresywnym. Ponadto jedność, jako klucz do sukcesu. Choćby dlatego grają dwoma szóstkami [defensywny pomocnik – MK]: Marxem i Bradleyem.
Kadra.
Jest z nią problem. Niestabilny bramkarz Bailly od samego początku zresztą (najgorzej oceniany bramkarz z całej Bundesligi!). Brak alternatywy dla bocznych obrońców, Levelsa i Deamsa, podobnie zresztą jak dla Marxa i Bradleya. Mile widziany byłby też gracz z większym ciągiem na bramkę.
Najwidoczniejsze błędy.
60 goli straconych w poprzednim sezonie to trzeci najgorszy wynik, a zainwestowano w graczy ofensywnych. Jedyny Bamba Anderson przyszedł z defensywnych graczy; owszem, najlepszy obrońca 2.Bundesligi, ale poziom wyżej jego słabości wyłażą na wierzch!
Kibice.
Klną na zespół z dolnego Rhein. Silny rdzeń fanów to wielkie wsparcie dla zespołu od lat '70. Nastawienie nigdy się nie zmienia, choć tym razem drżeć będą przed spadkiem.

1.FC Köln
Filozofia.
Wciąż jej poszukują. Trochę niechętnie, a z konieczności budują zespół na zawodnikach z własnej młodzieży, jak Adam Matuszczyk, Christian Clemens, Stephan Salger czy Taner Yalcin. Kilku ciekawych jeszcze mają na zapleczu, ale t i tak dość multinarodowościowa zbieranina, trochę trzeszcząca. Najbliżej im do pomysłu klubu z Dortmundu.
Poziom zarządzania.
Jest jakiś problem w 1.FC. Overath to ikona, ale jednak na stanowisku prezesa nie do końca sobie radzi. Stawia na konsekwencję, ale w błędnym rozumieniu. Trzymał stronę menadżera Micheala Maiera, ale ze skład wciąż pozostawał słaby choć wydano spore pieniądze (ale na nietrafione transfery: Maniche, Ishiaku, Giannoulis, Ionita, Andrezinho). Przedsiębiorcze zarządzanie, tego im brakuje.
Pieniądze.
Tych też brakuje. Dług wynosi ok. 21 mln euro! Poprzedni rok to minusowy bilans 9.862 mln! Pieniądze ledwo starczają na bieżącą działalność, to dlatego klub sięga po swoich wychowanków.
Trener.
Amator. Bez doświadczenia. Bez kontraktu stałego. Presja na niego będzie ogromną w sobotę.
System gry.
Zmienił się za Schaefera. Jest bardziej ofensywny, odważny. Soldo na wyjazdach murował, i punkty przywoził, Schaefer na dzień dobry przegrał wyjazdową grę.
Kadra.
Mało kreatywnych, zwłaszcza na skrajnych pozycjach. Na prawej stronie wybitnie defensywny Miso Brecko i niedoświadczony Christian Clemens; na lewej niekonsekwentny młodzik Salger przed równie niekonsekwentnym weteranem Fabrice Ehretem. Trochę mało na pierwszą ligę.
Najwidoczniejsze błędy.
Wstawienie do bramki 39-letniego weterana Mondragona i puszczenie do St. Pauli Kolończyka Thomasa Kesslera. Mondragon osłabł, Kessler świętuje w Hamburgu. Jedyną alternatywą jest Miro Varvodic.
Perspektywy.
Spadek.

 

A mój typ?
Liczę na wiele bramek, niech Borussia zwycięży 5:3:)

1.FC Köln - VfL Borussia 1900 Mönchengladbach
Sobota, 13.11.2010, godz. 15,30

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Już, nareszcie, wreszcie, tylko kilka godzin jeszcze!

Derby, derby, derby!

Derby, derby, derby! Źródło: http://www.spox.com/de/sport/fussball/zweiteliga/0804/Artikel/Vorschau-Koeln-Gladbach.html

Rhein-Derby. Mecz; drugiego takiego chyba w całych Niemczech próżno szukać. Dla drużyny z Kolonii absolutnie najważniejsze spotkanie w sezonie. Dla gości, co najmniej hiper-ważny (oni jeszcze mają to i owo do udowodnienia zespołowi z Dortmundu, który posługuje się tą samą nazwą oraz mistrzom z Monachium; evergreen przed tygodniem zakończył się bez niespodzianki, Bayern znowu nie wygrał z Borussią).

Mecz, który mobilizuje wszystkich; mecz, któremu oddaje się należne skupienie (dotyczy to również służb zabezpieczających spotkanie. Po ostatnio regularnych ekscesach tym razem przygotowania są niewiarygodne. 1,000 policjantów, 600 osób z pogotowania ratunkowego i aż 350 zakazów poruszania się po mieście! Helikoptery i zakaz używania szkła i puszek w obrębie stadionu, nawet w restauracjach! Częściowo zamknięta Aachener Straße i monitoring w specjalnych pociągach z Mönchengladbach; 6,000-7,000 kibiców gości i bardzo szczegółowe sprawdzanie przy wejściach. Specjalne strefy buforowe i instalacja ogrodzenia, zakaz sprzedaży alkoholu na stadionie i wyłączone wejście Abelbauten [szczegółowy plan można zobaczyć tutaj]. Nawet tradycyjne miejsca zabaw dla dzieci na obiekcie wyjątkowo zmieniono! „Rheinische Post” jednym z tytułów krzyczy do wszystkich: „Derby: mecz piłkarski, a nie wojna domowa”.)

To już 111 derby! A licząc zespoły, które po fuzji urodziły 1.FC Köln to nawet 119! Szczegółowy wykaz gier znaleźć można tutaj. Jasno z niego wynika kto rządzi:)

Mecz medialnie fetyszyzowany. Mnóstwo artykułów pełnych analiz i wypowiedzi. Niektóre przekonały mnie do zamieszczenia:

„W przyszłą sobotę, 13 listopada, o godzinie 15.30 na RheinEnergieStadion dojdzie do derbowego spotkania 1.FC Köln – Borussia Mönchengladbach. Żaden inny mecz sezonu nie jest tak naładowany emocjami, jak ten pojedynek dwóch zasłużonych klubów”

Z oficjalnej strony 1.FC Köln


„Mecz te wznieci ogień po obu stronach. Kluczem dla nas do sukcesu, w lokalnych derbach, które pełne są agresji i ostrych starć, będzie utrzymanie nerwów na wodzy, to umożliwi nam właściwe działanie. Musimy wejść w mecz skutecznym odbiorem piłki, a następnie zaprezentować najwyższe piłkarskie umiejętności”

Michael Frontzeck (trener Borussii Mönchengladbach)

„Chociaż skupiam się tylko na grze, specyficzne uczucie dosięga każdego z nas. Musimy jednak ukierunkować właściwie wszelkie nasze emocje. Zachować właściwe proporcje między ofensywą, a defensywą”

Frank Schaefer (trener 1.FC)


„Wywołamy pożar tym meczem. Uczynimy wszystko, co w naszej mocy dla nas i dla naszych fanów, by derby zakończyć sukcesem”

Michael Maier (menadżer 1.FC)

„Zbliżający się mecz jest dla wszystkich w klubie oraz naszych kibiców czymś szczególnym i szybko pojąłem atmosferę tego meczu zupełnie innego niż wszystkie pozostałe”

Patrik Herrmann (pomocnik Borussii)

„Musimy spowodować, by zespół Köln bolała gra przeciwko nam. Musimy być zorganizowani i zdyscyplinowani”

Michael Bradely (pomocnik Borussii)

„Damy sobie tam radę naszym sposobem gry. Agresywność w pojedynkach i odwaga, gdy posiadamy piłkę”

Tobias Levels (obrońca Borussii)


„Nie wolno zapomnieć butów i ochraniaczy”

Rainer Bonhof (wiceprezydent Borussii,
na pytanie o czym należy pamiętać jadąc do Kolonii)


„Jedność zespołu i zwartość czyni nas silniejszymi”

Rainer Bonhof


„Dwa dinozaury Bundesligi. Bez tych dwóch rheinskich topowych klubów liga będzie nudna”

Tony Polster (były gracz 1.FC oraz Borussii)


Ostatnia wypowiedź charakterystyczna, obie drużyny po fatalnym starcie grzęzną w marach degradacji. I choć nie są najsłabsze w elicie ciężko będzie im podnieść głowę. To spotkanie może mieć kapitalne znaczenie na przyszłość! W końcu gra przedostatni z ostatnim! „Kicker”, jak zwykle precyzyjnie przygotowuje nas do spotkania, trochę jednak optymistycznie w kolumnie „Zabraknie” pomija świetnego stopera „Źrebiąt”, Brazylijczyka Dantego; ten po ciężkiej kontuzji zaledwie zaczął ćwiczenia z fizjoterapeutą.

Mecz szczególny dla obu trenerów, którzy pochodzą z tych właściwych sobie miast, i tam spędzili większość piłkarskiego żywota! Ale kto ma trudniej? Schaefer to żółtodziób, amator właściwie. Do tej pory trenował tylko młodzików (ale z kilkudziesięcioletnim stażem u „Kozłów”!), a brak zaufania do niego poświadcza brak profesjonalnej umowy. Frontzeck (213 meczy dla Borussii w Bundeslidze, 38 w 2.Bundeslidze, 10 lat asystent na ławce Borussii...) z kolei już tyle razy kładł głowę pod topór, że pewny nie może być niczego. Do tej pory zadek ratowały mu remisy, ale remisami... nie uratuje ligi!

poniedziałek, 08 listopada 2010

FC Bayern München – FC Schalke 04 0:7 (0:2)
Sobota, 09.10.1976 15:30. Olympiastadion: 50,000
Sędzia: Günter Linn
Bramki: 0:1 Klaus Fischer 11. (Abramczik), 0:2 Erwin Kremers 44. (głową, Bongartz), 0:3 Klaus Fischer 46. (głową, Abramczik), 0:4 Manfred Dubski 64. (Abramczik), 0:5 Klaus Fischer 67. (Abramczik), 0:6 Rüdiger Abramczik 74. (Bongartz), 0:7 Klaus Fischer 82. (Bongartz)
Kicker
FC Bayern: Maier (3) - Horsmann (4), Beckenbauer (3), Schwarzenbeck (4), J. Weiß (5) - Dürnberger (4), Kapellmann (4), Rummenigge (4) - U. Hoeneß (3), Müller (3), Künkel (5). Trener: Cramer
Zmiany: Arbinger (4) (46., za Schwarzenbecka), Seneca (5) (46., za Künkela)
FC Schalke: Maric (2) - Thiele (2), Fichtel (2), Rüssmann (2), Sobieray (2) - Lütkebohmert (2), Dubski (2), Bongartz (1) - Abramczik (1), Fischer (1), E. Kremers (2). Trener: Rausch
Zmiany: Gede (3) (51., za E. Kremersa), Brus (81., za Dubskiego)
Fussballdaten.de
FC Bayern München (4,1): Sepp Maier (3,0) - Udo Horsmann (4,0), Franz Beckenbauer (3,0), Georg Schwarzenbeck (4,0), Josef Weiß (5,0) - Bernd Dürnberger (4,0), Jupp Kapellmann (4,0), Karl-Heinz Rummenigge (4,0) - Ulrich Hoeneß (4,0), Gerd Müller (4,0), Rainer Künkel (5,0). Trener: Dettmar Cramer
Zmiany: Alfred Arbinger (4,0) za Georga Schwarzenbecka (46.), Kjell Seneca (5,0) za Rainera Künkela (46.)
FC Schalke 04 (1,8): Enver Maric (2,0) - Bernd Thiele (2,0), Klaus Fichtel (2,0), Rolf Rüssmann (2,0), Jürgen Sobieray (2,0) - Herbert Lütkebohmert (2,0), Manfred Dubski (2,0), Hannes Bongartz (1,0) - Rüdiger Abramczik (1,0), Klaus Fischer (1,0), Erwin Kremers (2,0). Trener: Friedel Rausch
Zmiany: Hans-Jürgen Gede (3,0) za Erwina Kremersa (51.), Hans-Günter Bruns ( — ) za Manfreda Dubskiego (81.)

FC Schalke 04 1976/77

FC Schalke 04 1976/77. Źródło:
http://www.karpfen04.de/html/schalke_04_saison_1976_1977.html

Niezapomniany widok...

 

Niezapomniany widok, Bayern na kolanach. Źródło:
http://www.karpfen04.de/html/schalke_04_saison_1976_1977.html

 

Wyjaśnienia do tekstu zawierającego opis meczu.

* Trudno mi dokładnie wyjaśnić na czym polega Föntage; jest to połączenie specyficznego rodzaju wiatru z chłodem wywołujące swoisty dreszcz, uczucie gumowych nóg. Nawet piłkarz Schalke, Abramczik, wspominając to legendarne spotkanie przywołuje owe dziwne uczucie.
** Enavar Maric był bramkarzem reprezentacji Jugosławii, uczestnikiem World Cup '74. Na początku sezonu nie przekonywał swą postawą, ten mecz był przełomowy, ale tylko w tym sezonie... W tym jednym spotkaniu zasłużył na miano "Pan Bezpieczny", wszystkie strzały Monachijczyków wydawały się dla niego banalnymi ćwiczeniami. Jednak nie potrafił zaadoptować się do nowych dla niego warunków i po dwóch sezonach opuścił Schalke (47 meczy) i Niemcy w ogóle (powrócił już jako trener na jeden sezon do Fortuny Düsseldorf w 1997 roku).
*** Norbert Nigbur, legenda klubu z Gelsenkirchen, odszedł przed sezonem 1976/77 do Herthy BSC Berlin z powodu konfliktu z trenerem Merkelem oraz prezydentem Siebertem. Co prawda trener zmienił się już w trakcie poprzednich rozgrywek, zadry jednak nie udało się zabliźnić. Potrzebował trzech lat, by przeprosić się z władzami klubu i wrócić do Schalke. Nigbur może pochwalić się fantastycznymi osiągnięciami w Bundeslidze. Zagrał na tym poziomie 456 razy (z czego w Schalke aż 355 spotkań plus 38 w 2.Bundeslidze). W sezonie 1971/72 wyśrubował rekord gry bez straconej bramki. Przez 555 minut nie znalazł pogromcy! (dopiero Jupp Heynckes tego dokonał, a potem.. jeszcze sześć razy wyciągał piłkę z siatki! Klęska 0:7 z Borussią M'gladbach nie była jednak najbardziej dotkliwa w jego karierze. Odwieczny rywal Borussii, 1.FC Köln, wbił mu aż osiem goli...); jego rekord pobił dopiero po czternastu latach niesamowity Uli Stein. Łącznie zachowywał czyste konto aż 119 razy na poziomie najwyższej klasy rozgrywkowej! (jest to ósmy wynik w historii Bundesligi). We wspomnianym sezonie 1971/72 ośmiokrotnie trafiał do jedenastki kolejki magazynu „Kicker” - oznacza to, że prawie, co czwartą rundę gier był najlepszy na swojej pozycji! W sumie wybierano go bohaterem między słupkami aż 47 razy, a jego średnia nota z całej kariery to imponujące 2,17 (w skali 1 – klasa światowa, 6 – poniżej krytyki). Nie wymieniając trzeci raz, o jaki sezon chodzi, średnia nota wynosiła 1,97!!! Ale nie ma się, co dziwić, osiemnaście gier bez przepuszczenia gola zasługiwało na nagradzanie (czyli lepiej niż, co drugi mecz sezonu!). I na koniec wisienka na torcie, w całej karierze ligowca obronił aż 17 rzutów karnych (na 58 wykonywanych). W całej historii więcej udanych interwencji po strzałach z „11” metrów mieli tylko Rudolf Kargus oraz Harald „Toni” Schumacher.
Zagrał również sześciokrotnie dla reprezentacji; był członkiem mistrzowskiej kadry 1974 roku. Może tylko żałować, że trafił na erę Seppa Maiera...

Norbert Nigbur

Norbert Nigbur. Źródło: źródło: http://www.stickerfreak.de/Bergmann%20Seiten/Bundesliga%201979-
80/FC%20Schalke%2004%201980.html

**** Franz Beckenbauer miał dodatkową motywację, by uniknąć takiej klęski; już wtedy w swojej głowie mierzył się z planem wyjazdu za ocean. W ostatnim sezonie na niemieckich boiskach taka klapa! Być może dlatego po trzech latach spędzonych w Nowym Jorku stanie się bohaterem jednego z najgłośniejszych transferów w historii Bundesligi. W ten sposób inaczej zapamiętał swoje ostatki, inaczej jest wspominany...
***** Linię napadu Klaus Fischer, Rüdiger Abramczik Erwin Kremers nazywano atakiem marzeń – łącznie w Bundeslidze strzelili 407 goli (Fischer drugi najlepszy bombardier w historii), a dla samego Schalke 276 (z czego grając razem w latach 1973/74-1978/79 aż 208 bramek, odpowiednio K35 + F132 + A41) – w omawianym sezonie strzelili, jako zespół, aż 77 goli!
****** „Kaiser” powiedział po meczu o Fischerze: „Taki środkowy napastnik musi grać w reprezentacji narodowej!” - a jego słowo, jak na Cesarza przystało, miały swoją wagę... Po odpokutowaniu rocznej kary, i sześciomiesięcznych popisach znalazł się w reprezentacji; przymusowy odpoczynek od futbolu związany był z tym, że jako gówniarz dał się wmieszać w skandal bundesligowy, ten sam, o którym piszę w poście o Kickers Offenbach; pierwotnie został zawieszony dożywotnio! Szybko jednak zamieniono karę na roczną banicję i grzywnę 100,000 marek (sąd dodatkowo nałożył karę 300,000 marek!). Pauzował w sezonie 1972/73. Klaus miał przyjąć 2,300 marek za „puszczenie” meczu z Arminią Bielefeld (0:1). W czasie rozprawy wszystkiego się wypierał, został więc oskarżony dodatkowo o krzywoprzysięstwo. Jedną nogą był już nawet w więzieniu! Sędziowie z Essen zamienili jednak jemu, i pozostałym oskarżonym, karę pozbawienia wolności na maksymalną grzywnę.
W meczu z Bayerem Uerdingen 22 marca 1980 roku przytrafiła mu się paskudna kontuzja (skomplikowane złamanie), ponownie musiał pauzować niemal rok! (wrócił 27 stycznia następnego roku). W kolejnym sezonie bronił już barw 1.FC Köln...
Karierę kończył... dwukrotnie. Pierwszy raz ogłosił zawieszenie butów na kołku po sezonie 1985/86. Gdy jednak doszło do zmiany trenera w VfL Bochum postanowił kontynuować zawodowstwo. Te dwa dodatkowe lata nie były zbyt imponujące; wybiegł na boisko zaledwie 23 razy zdobywając tylko trzy gole.
Jest drugim najlepszym strzelcem w historii Bundesligi! 268 razy pokonywał golkiperów rywali. Dysponuje także doskonałym bilansem w reprezentacji: w 45 grach strzelił 32 gole! Z gry w kadrze zrezygnował po Mistrzostwach Świata w 1982 roku.
Krótko, bo zaledwie przez pięć spotkań (listopad-grudzień 1990 rok), był pierwszym trenerem Schalke w 2.Bundeslidze (zwycięstwo i cztery remisy). Drugi raz w role „strażaka” wcielił się pod koniec sezonu 1991/92. W imię „interesów klubu” poprowadził zespół „Królewsko-Niebieskich” w czterech ostatnich meczach, wygrywając oba u siebie i... przegrywając wszystko na wyjeździe.

Klaus Fischer

Klasu Fischer słynął z efektownych zagrań. Źródło: http://www.fu-pa.de/berichte/klaus-fischer-fussballschule-6724.html

******* Skandal objął aż trzynaście osób związanych z klubem! Niemal wszystkim uczestnikom feralnego meczu z Arminią Bielefeld (0:1) udowodniono przyjęcie 40,000 marek łapówki, byli to Dieter Burdenski, Jürgen-Michael Galbierz, Rolf Rüssmann, Klaus Fichtel, Jürgen Sobieray, Herbert Lütkebohmert, Hans-Jürgen Wittkamp, Heinz van Haaren, Reinhard Libuda, Klaus Fischer, Hans Pirkner i Manfred Pohlschmidt. Jedynie Alban Wüst uniknął kary, ale za to do listy dokooptowano nie grającego w tym meczu Klausa Sengera. Kary dyscyplinarne były różne, znamienne jednak, że każdy z wymienionych wypierał się udziału w aferze. Nic dziwnego, że klub ochrzczono „FC Krzywoprzysięstwo 04”.

Gracze Schalke na ławie oskarżonych

Gracze Schalke na ławie oskarżonych. Źródło: http://www.planetwissen.
de/sport_freizeit/ballsport/fussball_bundesliga_gruenderjahre/bundesliga_skandal.jsp

Przed rozpoczęciem spotkania nastroje w obu drużynach były diametralnie różne. Miejscowi byli zaspokojeni, może wręcz z uśpioną nieco uwagą. Katastrofalna defensywa wycofywana była na dalszy, mniej eksponowany moment zastanowienia wobec euforycznej, ekstatycznej, kosmicznej postawy linii ataku. Czym bowiem było osiemnaście straconych bramek w zaledwie ośmiu meczach skoro po stronie zysków i wszelkich tabel strzeleckich widniało aż 29 trafień! Statystycznie zresztą gospodarze byli niezwykle silni. Na Olimpiastadion wybiegły do tego momentu trzy drużyny i ich pozycja końcowa była delikatnie mówiąc wiążąca ich z kompromitacją. Jedynie Eintracht Braunschweig ugrał szczęśliwy remis; piłkarze z Kolonii odprawieni zostali z bagażem czterech goli, a sensacyjny beniaminek, Tennis Borussia Berlin, została przewalcowania rekordowym 9:0! Sześć meczy bez porażki, i wreszcie fantastyczny, rzadko spotykany zwrot spotkania w Bochum (Bayern wyciągnął z 0:4 na 6:5) były tylko dodatkowymi ozdobnikami. Indywidualnie także było czym się chwalić. Spójrzcie tylko na bilans trójki napastników z ostatnich czterech ligowych gier: Gerd Müller 8 bramek, Karl-Heinz Rummenigge 7, wreszcie Uli Hoeneß 4 – olbrzymy, giganci, tytany! Z kolei u gości wciąż brakowało satysfakcji. Szczególnym problemem „Górników” stanowiły wyjazdy w gości, przegrali wszystkie cztery spotkania. Zwłaszcza to rozegrane we Frankfurcie siedziało w nich, jak drzazga w oku, trudno bowiem pogodzić się z wysoką porażką (3:6), gdy prowadzi się dwoma golami do przerwy… Również bilans bezpośrednich gier nie były dla nich przyjazny. Wcześniej dwunastokrotnie wybiegali na murawę Stadionu Olimpijskiego regularnie zbierając łomot, a tylko raz wznosząc zwycięskim gestem ręce w górę po końcowym gwizdku; ale ten jeden jedyny raz się nie liczy, Bawarczyków łamał wtedy poważny kryzys…

Co najmniej ryzykowne było zatem posługiwanie się optymizmem jadąc z niebieskich barwach na mecz do Monachium. Pewne okoliczności jednak starały się zaklinać rzeczywistość przemawiającą za dwukrotnym z rzędu zdobywcą Pucharu Europy Mistrzów Krajowych; aż czterech piłkarz Bayernu ledwo, co wróciło z kadry, a Beckenbauer nie wrócił sam, lecz z grypą. Kilku piłkarzy nie mogło wystąpić z powodu kontuzji: Franz Roth, Conny Torstensson, Katsche Schwarzenbeck i Björn Andersson musieli znaleźć swych zastępców w nieopierzonych małolatach i wyraźnie słabszych kolegach, Rainer Künkel, Josef Weiß, Kjell Seneca, a przede wszystkim debiutanta Alfred Arbinger nie gwarantowali należytego poziomu. Niepokój u miejscowych wzbudzała również pogoda, dziwne zjawisko atmosferyczne nazywane w Bawarii Föntage*, w czasie którego autochtonów dopada apatia, słabość i złe samopoczucie.

Piłkarzom Bayernu od samego początku brakowało należytej koncentracji. Pierwszy raz 50,000 widzów zadrżało w trzeciej minucie, gdy sprzed pola karnego uderzył boczny obrońca, Bernd Thiele, a piłka zatrzymała się dopiero na słupku! Miejscowych to nie pobudziło, wciąż radzili sobie lekkomyślnie i osiem minut później zostali srodze skarceni: prawoskrzydłowy Rüdiger Abramczik zagrał do Klausa Fischera, ten szybkim strzałem tuż po przyjęciu wymanewrował siedzącego mu na plecach Hansa-Georga „Katsche” Schwarzenbecka, uderzenie, które przeszło między nogami obrońcy było za trudne dla Seppa Maiera, który stał akurat na złej nodze. Każda kolejna upływająca minuta ukazywała, jak bardzo Bawarczyny są niezorganizowani. Jednak i tak wypracowali sobie kilka okazji do wyrównania, sam Gerd Müller zmarnował trzy wyborne sytuacje: w 17 minucie nieznacznie spudłował uderzeniem głową, sześć minut później zmarnował okazję sam na sam z Enavarem Maricem po świetnym podaniu Beckenbauera, a gdy minęło sześćdziesiąt sekund, po dwójkowej akcji z Rumeennigge, ponownie przegrał bezpośredni pojedynek z golkiperem gości. Maric** nie miał łatwego początku sezonu – musiał zastąpić legendę drużyny i bożyszcze tłumu, Norberta Nigbura***, tym razem spisywał się jednak wyśmienicie. „Królewsko-Niebiescy” odgryzali się równie efektownie, więc mecz zrobił się widowiskowy. I to właśnie goście skonsumowali stwarzane sytuacje; na minutę przed zejściem do szatni wymierzone na nos zagranie Bongratza w dwójkowej akcji z Abramczikiem po prawej stronie zakończyło się torpedową główką lewoskrzydłowego Erwina Kremersa ze środka pola karnego. Gospodarze na przerwę schodzili na drżących nogach… W szatni Bayernu było jednak dość spokojnie; skuteczne odrabianie start w poprzednich spotkaniach pozwolił zalegalizować umiarkowany optymizm w takich sytuacjach. Jedynie konieczność zmiany Schwazenbecka (doznał urazu) wzniecało pewien niepokój, druga połowa miała jednak być naznaczona zdecydowanymi atakami Bawarczyków. Co z tego jednak, skoro po kilkudziesięciu sekundach padł trzeci gol dla „Górników”! Dośrodkowanie z prawej strony Abramczika, niezbyt efektowne i wygodne został wspaniale spożytkowane ofiarnym zagraniem Fischera. W tym momencie wszelkie plany trener Bayernu mógł potargać i nie główkując za wiele nakazał Beckenbauerowi**** zdecydowane włączanie się do ofensywy. Ale cmoknięcie pocałunkiem śmierci niosło się po całym obiekcie... Świetnie reagował z ławki trener Rausch. Taktycznie Schalke wymieniało, zależnie od zapotrzebowania,wyjściowe ustawienie 4-3-3 na 4-4-2, w którym Fischer wycofywał się do środka pola. Ale najsłabszy u gospodarzy był boczny obrońca Josef Weiß, który miał niezły kociokwik po tym, co robił z nim genialny tego dnia Abramczik. Doskonały Fischer udowodnił, że jest jednym z najlepszych napastników w Europie i zasługuje na powołanie (pomimo afery), zwłaszcza, że po rezygnacji z gry w kadrze „Bombera” Niemcy szukali silnego środkowego napastnika. Kadrowicze Bayernu byli nie do końca sobą; niezwykle cierpiał Horsmann pilnującniesamowitego Fischera, przesunięcie Beckenbauera do środków rażenia umozliwiło gościom mordercze kontrataki. Słabość dotknęła również Dürnberger i Kapellmann.Od 64 minuty historyczny pogrom nabierał kształtów – po efektownej akcji Abramczika Manni Dubski miał wystarczająco dużo czasu, by przymierzyć (lub podać), a piłka pięknie pożeglowała w górny prawy róg bramki. Superatak**** gości zalewał niezgrabnych gospodarzy. Po zaledwietrzech minutach ponownie Abramczik - po znakomitym rajdzie świetnie zagrał w pole karne, a Fischer z wolej podwyższył już na 0:5! Wcześniej tylko raz się zdarzyło, by Bayern stracił aż tyle bramek u siebie! W listopadzie 1974 roku Kaiserslautern wygrało w Monachium 5:2. Gerd „Bomber” Müller miał powiedzieć pod nosem w 67 minucie, gdy padł piąty gol „Kurdę, jak to się skończy?!”. Gościom wszystko wychodziło, każda karkołomność wzorowowykonywana. Szóstego gola zdobył najlepszy na boisku Abramczik. Bayern desperacko walczył o resztki honoru, o przyjazny wynik, ale to kolejny cudowny atak Schalke przyniósł skutek. Bongratz przedryblował Horsmanna, zagrał niską piłką z linii bocznej, a Fischer tylko dostawił nogę, 0:7! Gwizdek końcowy najbardziej ucieszył miejscowych. Można zaryzykować twierdzenie, że rezultat ten jest nie tylko największą sensacją w historii Bundesligi ale całego niemieckiego futbolu! Genialny Fischer******, genialny Abramczik, genialne zwycięstwo genialnej drużyn. Dla "Górników" była to najlepsza psychoterapia, niezbędna po skandalu ze sprzedażą meczy oraz krzywoprzysięstwem w trakcie jego rozszyfrowania*******.

Zapis pomeczowej konferencji prasowej:
Dettmar Cramer: „Schalke przewyższało nas o klasę. Nie mieliśmy dostatecznej głębi. Gdy dominujący zawodnicy nie prezentują się, jak zwykle, nie można spodziewać się, że pozostali wymyślą proch. Tak naprawdę przegraliśmy ten mecz w pierwszych 15 minutach z powodu braku koncentracji. Potem nie potrafiliśmy doprowadzić do wyrównania pomimo niezłych okazji. W przerwie wcale się nie poddaliśmy, ale szybki, a przede wszystkim do uniknięcia, trzeci gol tuż po przerwie, nie mieliśmy już żadnego innego rozwiązania niż atak. Beckenbauer przeszedł do przodu i to powód kolejnych goli Schalke. Każdy strzał kończył się bramką, takie mecze po prostu się zdarzają”
Friedle Rausch: „No tak, łatwo się mówi po zwycięstwie 7:0 w Monachium. Udowodniliśmy, że nie jesteśmy łagodnymi króliczkami i że mamy zbyt wielu grzecznych chłopców u siebie, jak twierdził Max Merkel [były trener Schalke]. To, co dzisiaj zagraliśmy w Monachium było czymś, o czym wiedzieliśmy już po poprzednich dobrych występach w grach wyjazdowych. Byliśmy wręcz przekonani, że jesteśmy w stanie zwyciężyć, naturalnie nie w rozmiarach 7:0. Osiągnęliśmy to dzięki koncentracji, zespołowości i dyscyplinie taktycznej, jak również dzięki większej ilości wygranych pojedynków indywidualnych w środku pola. Niemal każdy strzał kończył się golem. Maier był bezsilny przy tych bramkach. Bayernowi było trudniej poradzić sobie, jako tako bez Schwarzenbecka, niż nam bez Oblaka. Chcę Bayernowi powiedzieć, że takie zdarzenia jak to dzisiejsze mają miejsce tylko raz, a to nie oznacza końca świata! Wierzę, że pomimo tej klęski pozostaną w górnej części tabeli”.

Bohaterowie po latach:
Klaus Fischer nazywa to wydarzenie „sensacyjnym meczem”. „Byliśmy fantastyczni i Bayern musiał się wreszcie poddać. A my dalej robiliśmy swoje”. Dodając, „Możecie sobie to wyobrazić? Mistrz Niemiec, a najwyższą porażkę zanotował z nami!”
Inny z bohaterów, Rüdiger Abramczik, „U nas wszystko świetnie grało. Klaus Fischer strzelił cztery gole, ja cztery wypracowałem. Na koniec okazało się, że była to najwyższa porażka Bayernu w historii klubu – Franz błyskawicznie zbiegł z boiska. Był wściekły, i co z tego?”
Hannes Bongratz, o trzeciej bramce i całym spotkaniu, „Zwłaszcza na wyjazdach tak robiliśmy. Abi [Abramczik – MK] i Erwin [Kremers – MK] rywalizowali, kto lepiej wystawi piłkę na środek Fischkenowi [Fischerowi – MK]. Ten mecz udowodnił, że byliśmy wspaniałym zespołem”.
Jednym z najbardziej zaskoczonych tym wynikiem był Manfred Dubski, zawodnik... Schalke. Właśnie strzelił swojego pierwszego gola w Bundeslidze i nie potrafił nadziwić się końcowym rezultatem: „W jakiś sposób nie jesteś w stanie tego pojąć, było u nas tak wielu młodych graczy... Berni Thiele, Bruno Bruns, Abi, Zico Gede i ja. I nagle rozpieprzasz z hukiem wielki Bayern Monachium, zdobywcę Pucharu Interkontynentalnego, siedmioma bramkami! Niewiarygodne”.

Triumfował Günter Siebert, prezydent Schalke: „Dzisiaj przekroczyliśmy Alpy”, takie niecodzienne porównanie, gdzieś z estetyki Horacego Walpole'a rysowało poetycko jego odczucia, a muzą była mu jego ukochana drużyna.

Mecz ten był punktem zwrotnym sezonu – Bayern pikował w dół (ale tylko troszeczkę), Schalke uwierzyło w siebie i do ostatniej chwili walczyło o mistrzostwo Niemiec (ostatecznie przegrywając o punkt z BMG, bliżej mistrzostwa Bundesligi będą tylko raz, w 2001 roku...). Sezon 1976-77 był pierwszym od lat, gdy Bayern nie wygrał żadnego trofeum, i dziwne wahania formy właśnie osiągnęły apogeum... Rok później, chociaż w tabeli będą jeszcze niżej, i znów niczego nie wygrają, zrewanżują się przynajmniej „Górnikom” gromiąc ich 7:1.

 

Wszystkie wyjaśnienia (oznaczenia *) oraz statystyki z meczu w Uzupełnieniu.

 
1 , 2