Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
wtorek, 24 stycznia 2012

Za nami pierwsze gry po krótkiej, zaledwie miesięcznej, przerwie w niemieckiej Bundeslidze. W poprzednim wpisie sugerowałem drobną analogię, analogię mającą za podstawę jeden, unikatowy fakt z historii Bundesligi – wygraną Borussii Mönchengladbach w Monachium. Podszczypując nieco rzeczywistość rozmarzyłem się nad dalszymi losami bieżących rozgrywek, aż tu hokus-pokus oddał dokładnie taki sam rezultat, jak w roku 1996! Naturalnie takiej okazji nie mogły zaprzepaścić oba giganty z Westfalii, i tak oto nowe otwarcie sezonu zdramatyzowało Bundesligę - pierwsza trójka ma dokładnie taki sam bilans punktowy, a kopciuszek z Gladbach czai się dokładnie krok za nimi!

Dziwny był to mecz, mecz piątkowy. Nie łatwo go zanalizować, bo czy ktoś wierzy, że mógłby drugi raz przebiegać analogicznie? Spotkały się dwie drużyny ze znakomitymi liniami defensywnymi i jak to bywa nierzadko w takich przypadkach najznamienitsze piętno na zawodach odcisnęły błędy indywidualne. Szczególnie, a żadne to odkrycie, wypalił znamię klops Neuera. BMG dwukrotnie puknęło Bawarczyków i za każdym razem reprezentacyjny golkiper Wunderteamu Joachima Löwe'a nadawał kształt nadziejom skazywanym na pożarcie dzieciakom z Borussia-Park. Od tego momentu szachowano się taktycznymi zagrywkami, przy czym gospodarze stąpali bo bardzo cienkiej linii ryzykując grą na offside. Minimum sytuacji, maksimum biegania; przewaga milusińskich Kaisera była niepodważalna, druzgocąca i na miarę pykania drużyny z Katalonii, z tym jednym wyjątkiem, ze ter Stegen właściwie tylko raz musiał udowadniać swój nieprzeciętny talent. Ciekawe są statystyki, gracze BMG przebiegli łącznie 123,3 km, a to oznacza, że – poza rezerwowymi, tylko bramkarz nie przekroczył granicy 10 km!!! ogólnie jednak osiągnięcia miejscowych były mizerne przy podopiecznych Heynckesa: dwukrotnie mniej strzałów, trzykrotnie mniej podań i aż dwunastokrotnie (sic!) mniej ataków skrzydłami. Kontakty z piłką? Nie wiem, czy Philip Lham kiedykolwiek pieścił się z nią częściej, popatrzcie tylko:

Lham 127

A jednak to Borussia zwyciężyła, między innymi dzięki bohaterskiej postawie Patrika Herrmann, który z zimną krwią i zabójczą precyzją wykorzystywał to wszystko, co mu się przytrafiało. Twierdzenie, że może zastąpić Reusa, to jednak spore nadużycie; zupełnie inny typ gracza, gorsza technika i warunki fizyczne, sądzę, że poza ponadprzeciętność nie podskoczy, ot ligowy, solidny gracz, jak Marco Marin...

Patrik Herrmann

Największym nieudacznikiem spotkania, obok nieszczęśnika Neuera naturalnie, mianował się Arjen Robben. Jego postawa była zadziwiająca – zaledwie dwa wygrane pojedynki!!! Taki Arango, najlepszy pod tym względem na boisku, ogrywał rywali aż piętnastokrotnie... I jeszcze jedna uwaga, taka, wiecie, co nieco wyjaśniająca dlaczego Bundesliga to najwyższa klasa piłkarska, a nasza liga, gdyby nie emocjonalne przywiązanie, trudna byłaby do oglądania. Mimo napiętej atmosfery i wielkiego wyzwania skuteczność podań obu drużyn nie zeszła poniżej 75%

Youtube


Po spotkaniu Großkreutz i Götze pogratulowali SMS swojemu nowemu koledze, Reusowi i wyniku i postawy; z tym Reusem to też warte zastanowienia, z nim i Neustädterem; obaj nie są już zawodnikami BMG, ale grają w pierwszym składzie i grają naprawdę dobrze i z zaangażowaniem; u nas najczęściej odsuwani są od składu. Zauważyliście na filmiku reakcję Reusa po golu? Zawsze ekspresyjny, tym razem zdecydowanie stonowany w zachowaniu, jakby nie chciał za bardzo drażnić kibiców...

Nie sposób nie odnieść się również do kapitalnych zawodów drużyny z Dortmundu, w której prym wiedli polscy piłkarze. Zniszczyli rywali z Hamburga i to bez pomocy całkiem niepewnego od początku sezonu bramkarza Drobnego.

W ten oto sposób w jedenastce kolejki oficjalnego serwisu Bundesligi znaleźli się wyłącznie gracze Borussii, jednej lub drugiej, ale przecież Borussii; i miło, że poza Kubą oraz Lewym, upchano na prawej obronie również Piszczka...

piątek, 20 stycznia 2012

Uhu, spoglądam na datę ostatniego wpisu i rumienię się setnie. Czas dość bezwzględnie obszedł się ze mną. Prawda jest jednak taka, że znalazłbym dość zasobny portfel ważkich usprawiedliwień dla takiego stanu. Jednak nie zamierzam się sumitować, najważniejsze, że ten momencik posuchy aktywnie wykorzystywałem, w tym również na niwie futbolowej; wciąż i wciąż mierzę się z materią okresu wojennego w historii piłki nożnej Górnego Śląska – wiecie, że Schalke 04, ówczesny Mistrz Niemiec, zostało zaproszone do Chorzowa już w listopadzie 1939 roku? Mieli zainaugurować nowopowstały klub, mianowicie Deutsche Bergknappen Königshütte; wymigali się trudnościami z okresem urlopowym, co uniemożliwiało zebranie składu, przesłali jedynie gratulacje i życzenia powodzenia. Jak wielu z Was zapewne wie, do Chorzowa dotrą dopiero w 1944 roku…

Wymyśliłem odrobinę czasu dla siebie, na ten wpis właśnie, bo już za momencik rusza Bundesliga – najlepsza piłkarska liga świata, dla mnie oczywiście. Zaczyna się smakowicie, od wykwintnego klasyka, bo potyczka Borussii Mönchengladbach z Bayernem München uchodzi, zawsze!, za to najlepsze, co mogą zaoferować niemieckie rozgrywki. Mecz przyprawia dodatkowo pewna drobnostka – dotychczas tylko raz zdarzyło się, by „Źrebięta” zwyciężyły giganta z Bawarii na jego stadionie, a to dostarcza pokus w poszukiwaniu analogii. Zawody rozegrano w pierwszej rundzie, tak jak i teraz, choć w znacznie odleglejszym terminie. Bayern był zdecydowanym faworytem dysponując diamentami w składzie: wyśmienitym Francuzem, najlepszym niemieckim bramkarzem, rewelacyjnym napastnikiem, czy wybitnym pomocnikiem. Dzisiaj mógłbym napisać dokładnie to samo, gdyby nie błahostka – niepokorny Francuz, jak najbardziej słusznie wyleciał z boiska w potyczce z Kolonią i na murawę Borussia-Park nie wybiegnie… Ale najlepsze wiadomości mam dla… fanów klubu z Dortmundu (którego lubię jeszcze mniej za podkupienie Marco Reusa); otóż w pamiętnym sezonie 1995/96 Borussia, ta jedyna, z Gladbach, zajmowała po pierwszej rundzie czwarte miejsce – a więc tak, jak obecnie. O mistrzostwo biły się właściwie tylko dwa klubu, Bayern i BVB właśnie – stan podobny. Bohaterzy z Nadrenii zwyciężyli w rewanżu, łupiąc Bawarczyków łącznie o 6 punktów – tak, macie rację moi drodzy, właśnie sześć punktów przewagi miał na koniec sezonu Dortmund nad ekipą… (tu chciałem wstawić nazwisko ówczesnego trenera Bayernu, ale było ich w sezonie aż trzech, w tym przez momencik sam „Cysorz”), trzymajcie więc kciuki za drużynę Favre’a, tak samo mocno, jak ja;)

Jest też dobra wiadomość dla fanów Schalke – pomimo słabej jesiennej rundy, „Górnicy” wdrapali się wówczas na trzecie miejsce, a i my, sympatycy BMG, mamy nad czym cmokać, bo ekipa Uwe Kampsa (wówczas czołowy bramkarz Bundesligi, dzisiaj szlifierz talentu ter Stegena) utrzymała sensacyjne czwarte miejsce i zaliczyła epizodzik w Pucharze UEFA (brawurowo eliminując słynny Arsenal). Gra w Europie umożliwiła jeszcze ten jeden sezon zachować baśniowy skład (z takimi słodyczami piłkarskimi, jak Effenberg, Dahlin, Patryk Andersson, czy Pflipsen.…), była jednak jutrzenką gorszego, Styksem wiodącym wiadomo gdzie.

A więc precjoza bundesligowe są tuż, tuż… przeglądam zmiany w kadrach i uderza mnie konsekwencja – czołówka klubów niemieckich nie udaje, że rewolucja w składzie przynosi efekty znamienite. Konsekwencja, po raz kolejny przychodzi mi użyć tego słowa, konsekwencja ponad wszystko. Żadnych nerwowych ruchów, zaklinania rzeczywistości. Jeśli coś ma pyknąć, to podstawą jest stabilizacja. Nikt z górnej części tabeli nie przekombinował, nawet nie próbował. Cokolwiek znaczącego ma zajść, zajdzie dopiero latem (na pohybel BMG, niestety). Troszkę inaczej jest z zespołami walczącymi o utrzymanie, choć i tam strategie bywają różne. Jedni, jak Augsburg, HSV czy Mainz unikały roszad w składzie, inni szukali cudu sprowadzając, co tylko było w ich finansowym zasięgu, przy czym dla Freiburga wszelaki zapis w rubryce „Przyszli” jest psu na budę, skoro odszedł do Newcastle Papiss Demba Cissé. Gość jest niesamowity, już nie mogę się doczekać gier Senegalu w Pucharze Narodów Afryki – ich kadra również jest niesamowita, a linia ofensywna przeraża niezmiernie: Sow, Camara, Ba, Niang i Cissé właśnie. Jeden z faworytów, bezapelacyjnie!

 

Osobna kategoria to Wolfsburg, a dokładniej Magath. Jak to już do znużenia bywa przy każdym okienku transferowym, facet dokonywał takiego przemiału ludzkiego, że ruch na korytarzach był nie mniejszy niźli w warszawskim metrze; ostatecznie skończyło się ośmioma nowymi i czteroma oddanymi.

 

PS Postscriptum jest od tego, by nasmarować coś niepowiązanego z treścią główną, i taki mam właśnie zamiar. W serwisie Weszło można przeczytać bardzo ciekawy wywiad z Panem Łukaszem Mazurem. Osoby przedstawiać nie trzeba, w każdym razie łatka człeka kontrowersyjnego została ostemplowana tą konwersacją; uważny czytelnik rozszyfruje bez problemu nadrzędność takiej postawy, jak dla mnie, całkiem słusznej. Ale polskie środowisko futbolowe nie dorosło wciąż do mentalnej ejakulacji; tak długa, jak firmy bukmacherskie nie będą mogły sponsorować klubów (w Czechach takie przedsiębiorstwo ma nawet prawa telewizyjne), producenci alkoholi również będą blokowani, a mediom sprzedawać się będzie spleśniałe kawałki z lat siedemdziesiątych, ewentualnie Okęcia, zamiast dorzucać do ognia ciągle i ciągle, tak długo frekwencja będzie okazjonalna, a zainteresowanie społeczne piłką na poziomie mniejszym niż Małyszem. Gdyby zapasy na linii Mazur-Smagorowicz/Patermann (czyli de facto Górnik-Ruch) miała konsekwentny ciąg dalszy mogłyby stworzyć właściwe środowisko dla lobowania u sponsorów, coś jak ekspansja Schalke i Dortmundu w Westfalii, ale nie, po co, to przecież takie niesmaczne było i gupie i do pupy… Jak to śpiewa Tymon Tymański, Don’t Panic! We’re From Poland, a futbol to przecież nasz narodowy sport. Jak to u nas godajom: Ja, yhym…