wtorek, 24 stycznia 2012
Za nami pierwsze gry po krótkiej, zaledwie miesięcznej, przerwie w niemieckiej Bundeslidze. W poprzednim wpisie sugerowałem drobną analogię, analogię mającą za podstawę jeden, unikatowy fakt z historii Bundesligi – wygraną Borussii Mönchengladbach w Monachium. Podszczypując nieco rzeczywistość rozmarzyłem się nad dalszymi losami bieżących rozgrywek, aż tu hokus-pokus oddał dokładnie taki sam rezultat, jak w roku 1996! Naturalnie takiej okazji nie mogły zaprzepaścić oba giganty z Westfalii, i tak oto nowe otwarcie sezonu zdramatyzowało Bundesligę - pierwsza trójka ma dokładnie taki sam bilans punktowy, a kopciuszek z Gladbach czai się dokładnie krok za nimi!
piątek, 20 stycznia 2012
Uhu, spoglądam na datę ostatniego wpisu i rumienię się setnie. Czas dość bezwzględnie obszedł się ze mną. Prawda jest jednak taka, że znalazłbym dość zasobny portfel ważkich usprawiedliwień dla takiego stanu. Jednak nie zamierzam się sumitować, najważniejsze, że ten momencik posuchy aktywnie wykorzystywałem, w tym również na niwie futbolowej; wciąż i wciąż mierzę się z materią okresu wojennego w historii piłki nożnej Górnego Śląska – wiecie, że Schalke 04, ówczesny Mistrz Niemiec, zostało zaproszone do Chorzowa już w listopadzie 1939 roku? Mieli zainaugurować nowopowstały klub, mianowicie Deutsche Bergknappen Königshütte; wymigali się trudnościami z okresem urlopowym, co uniemożliwiało zebranie składu, przesłali jedynie gratulacje i życzenia powodzenia. Jak wielu z Was zapewne wie, do Chorzowa dotrą dopiero w 1944 roku… Wymyśliłem odrobinę czasu dla siebie, na ten wpis właśnie, bo już za momencik rusza Bundesliga – najlepsza piłkarska liga świata, dla mnie oczywiście. Zaczyna się smakowicie, od wykwintnego klasyka, bo potyczka Borussii Mönchengladbach z Bayernem München uchodzi, zawsze!, za to najlepsze, co mogą zaoferować niemieckie rozgrywki. Mecz przyprawia dodatkowo pewna drobnostka – dotychczas tylko raz zdarzyło się, by „Źrebięta” zwyciężyły giganta z Bawarii na jego stadionie, a to dostarcza pokus w poszukiwaniu analogii. Zawody rozegrano w pierwszej rundzie, tak jak i teraz, choć w znacznie odleglejszym terminie. Bayern był zdecydowanym faworytem dysponując diamentami w składzie: wyśmienitym Francuzem, najlepszym niemieckim bramkarzem, rewelacyjnym napastnikiem, czy wybitnym pomocnikiem. Dzisiaj mógłbym napisać dokładnie to samo, gdyby nie błahostka – niepokorny Francuz, jak najbardziej słusznie wyleciał z boiska w potyczce z Kolonią i na murawę Borussia-Park nie wybiegnie… Ale najlepsze wiadomości mam dla… fanów klubu z Dortmundu (którego lubię jeszcze mniej za podkupienie Marco Reusa); otóż w pamiętnym sezonie 1995/96 Borussia, ta jedyna, z Gladbach, zajmowała po pierwszej rundzie czwarte miejsce – a więc tak, jak obecnie. O mistrzostwo biły się właściwie tylko dwa klubu, Bayern i BVB właśnie – stan podobny. Bohaterzy z Nadrenii zwyciężyli w rewanżu, łupiąc Bawarczyków łącznie o 6 punktów – tak, macie rację moi drodzy, właśnie sześć punktów przewagi miał na koniec sezonu Dortmund nad ekipą… (tu chciałem wstawić nazwisko ówczesnego trenera Bayernu, ale było ich w sezonie aż trzech, w tym przez momencik sam „Cysorz”), trzymajcie więc kciuki za drużynę Favre’a, tak samo mocno, jak ja;) Jest też dobra wiadomość dla fanów Schalke – pomimo słabej jesiennej rundy, „Górnicy” wdrapali się wówczas na trzecie miejsce, a i my, sympatycy BMG, mamy nad czym cmokać, bo ekipa Uwe Kampsa (wówczas czołowy bramkarz Bundesligi, dzisiaj szlifierz talentu ter Stegena) utrzymała sensacyjne czwarte miejsce i zaliczyła epizodzik w Pucharze UEFA (brawurowo eliminując słynny Arsenal). Gra w Europie umożliwiła jeszcze ten jeden sezon zachować baśniowy skład (z takimi słodyczami piłkarskimi, jak Effenberg, Dahlin, Patryk Andersson, czy Pflipsen.…), była jednak jutrzenką gorszego, Styksem wiodącym wiadomo gdzie. A więc precjoza bundesligowe są tuż, tuż… przeglądam zmiany w kadrach i uderza mnie konsekwencja – czołówka klubów niemieckich nie udaje, że rewolucja w składzie przynosi efekty znamienite. Konsekwencja, po raz kolejny przychodzi mi użyć tego słowa, konsekwencja ponad wszystko. Żadnych nerwowych ruchów, zaklinania rzeczywistości. Jeśli coś ma pyknąć, to podstawą jest stabilizacja. Nikt z górnej części tabeli nie przekombinował, nawet nie próbował. Cokolwiek znaczącego ma zajść, zajdzie dopiero latem (na pohybel BMG, niestety). Troszkę inaczej jest z zespołami walczącymi o utrzymanie, choć i tam strategie bywają różne. Jedni, jak Augsburg, HSV czy Mainz unikały roszad w składzie, inni szukali cudu sprowadzając, co tylko było w ich finansowym zasięgu, przy czym dla Freiburga wszelaki zapis w rubryce „Przyszli” jest psu na budę, skoro odszedł do Newcastle Papiss Demba Cissé. Gość jest niesamowity, już nie mogę się doczekać gier Senegalu w Pucharze Narodów Afryki – ich kadra również jest niesamowita, a linia ofensywna przeraża niezmiernie: Sow, Camara, Ba, Niang i Cissé właśnie. Jeden z faworytów, bezapelacyjnie!
Osobna kategoria to Wolfsburg, a dokładniej Magath. Jak to już do znużenia bywa przy każdym okienku transferowym, facet dokonywał takiego przemiału ludzkiego, że ruch na korytarzach był nie mniejszy niźli w warszawskim metrze; ostatecznie skończyło się ośmioma nowymi i czteroma oddanymi.
PS Postscriptum jest od tego, by nasmarować coś niepowiązanego z treścią główną, i taki mam właśnie zamiar. W serwisie Weszło można przeczytać bardzo ciekawy wywiad z Panem Łukaszem Mazurem. Osoby przedstawiać nie trzeba, w każdym razie łatka człeka kontrowersyjnego została ostemplowana tą konwersacją; uważny czytelnik rozszyfruje bez problemu nadrzędność takiej postawy, jak dla mnie, całkiem słusznej. Ale polskie środowisko futbolowe nie dorosło wciąż do mentalnej ejakulacji; tak długa, jak firmy bukmacherskie nie będą mogły sponsorować klubów (w Czechach takie przedsiębiorstwo ma nawet prawa telewizyjne), producenci alkoholi również będą blokowani, a mediom sprzedawać się będzie spleśniałe kawałki z lat siedemdziesiątych, ewentualnie Okęcia, zamiast dorzucać do ognia ciągle i ciągle, tak długo frekwencja będzie okazjonalna, a zainteresowanie społeczne piłką na poziomie mniejszym niż Małyszem. Gdyby zapasy na linii Mazur-Smagorowicz/Patermann (czyli de facto Górnik-Ruch) miała konsekwentny ciąg dalszy mogłyby stworzyć właściwe środowisko dla lobowania u sponsorów, coś jak ekspansja Schalke i Dortmundu w Westfalii, ale nie, po co, to przecież takie niesmaczne było i gupie i do pupy… Jak to śpiewa Tymon Tymański, Don’t Panic! We’re From Poland, a futbol to przecież nasz narodowy sport. Jak to u nas godajom: Ja, yhym…
czwartek, 22 grudnia 2011
Tegoroczne piłkarskie ostatki w Niemczech przyniosły dwa ważkie zdarzenia; zacznę od tej istotniejszej, która w pewien sposób nawiązuje do poprzedniego wpisu. Zastanawiając się nad okowami futbolu, które nakłada machina pomieszania komercjalizacji, wyrachowania i konkurencyjności ocierającej się w wymiarze mentalnym o totalną wojnę ze smutkiem konstatuję, że wszystkie chwyty dozwolone stanowi par excellence sens już nie sport, a biznesu o rejestrze rozrywki. Marco Reus w specjalnie profilowanym bucie chroniącym jego połamany lewy palec u nogi? Kontuzja małego palca? Toż to wyśmienity pretekst do likwidacji gościa! Czy w futbolu, jak w hokeju na lodzie musi się znaleźć miejsce dla facia od czarnej roboty, którego jednym z nadrzędnych celów ma być skasowanie najniebezpieczniejszego ogniwa rywala? Po tym co starał się wczoraj zrobić Jermaine Jones taki profil gracza zaczyna gdzieś funkcjonować, przynajmniej w mojej głowie… OK., kiedyś byli brutale; ale brutal był brutalem, bo nie koniecznie potrafił być piłkarzem; każdy wiedział, uważaj na Butchera! Nie wdawaj się w walkę z Vinniem! Szykuj się na Effenberga! To jest Keane lepiej żebyś poznał go teraz niż po którymś ze starć! Ale Jones? Jermaine Jones? Jasne, łapie kartek od cholery, ale takie coś? Zwróćcie uwagę na lewą stopę Marco Reusa, tą ze złamanym palcem…
Druga sprawa to sposób, w jaki pożegnano rok w Norymberdze. Mecz miejscowego 1.FC z SpVgg Greuther Fürth nie jest zwykłym meczem, to nawet nie derby, to coś więcej. Oba kluby rywalizują ze sobą od wczesnych lat minionego wieku i tak rywalizacja przerodziła się w niezdrową konkurencję, dominację we Frankonii. Zresztą, już przed drugą wojną miało swoją moc niszczycielską. W październikowym meczu z roku 1929 sędzia odgwizdał aż 79 fauli, a trzech graczy zmuszony był usunąć z boiska! Ale wtedy w parze z agresją szły umiejętności; to właśnie odwieczny rywal z Fürth przerwał niecodzienną serię 1.FCN, uwaga!, 104 meczów z rzędu bez porażki! Miało to miejsce w latach 1918-1922. W okresie największych sukcesów obu drużyn doszło do kuriozalnej sytuacji – w drużynie reprezentacji Niemiec na spotkanie z Holandią (1924, 1:0) oddelegowano na boisko wyłącznie graczy tych dwóch zespołów! Nasi zachodni sąsiedzi wystąpili w następującym zestawieniu: Kalb, Franz, Stuhlfauth, Seiderer, Müller, Kugler, Träg, Schmidt, Ascherl, Auer, Hagę. Dzisiaj niestety pozostały głównie niezdrowe emocje, bo z umiejętnościami jakby gorzej. Po pucharowej porażce ze znienawidzonym przeciwnikiem gniew pchnął fanatyków norymberskiej drużyny do gorszących scen. Również na treningu dali upust swemu niezadowoleniu wypisując na ścianach obraźliwe hasła skierowany do zawodników własnej drużyny… Eliminować. Wszystkich!
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Kto pamięta grę Speedball, no kto? Niezła młócka, przyzwoita grafika, świetna grywalność, emocje i roztrzaskane styki. Gladiatorzy stosując wymyślne triki a przede wszystkim siłę fizyczną ładują brutalnie ognistą kulę do bramki. Inna wersja piłki ręcznej, barbarzyńska, agresywna; inny strój sportowców, masywny chroniący kończyny i głowę oraz klatkę piersiową, niemal zbroja. To były czasy! Nawiązuję do tej kultowej gry zastanawiając się, jaki ekwipunek będzie przynależny piłkarzom za lat kilka. Jak długo czekać będziemy na regularne występy w chroniących czaszkę specjalnych czapkach, czy wręcz kaskach? Petr Čech i Chivu wyznaczają trend, a przypadek Przemysława Tytonia też dorzucił trzy grosze; albo maski ochronne po złamaniu nosa, tak popularne ostatnio, tak częste w coraz bardziej atletycznej rywalizacji... Zresztą czeski bramkarz to ewenement, bo jego pech uruchamia wyobraźnie w najlepsze. Można go wyobrazić sobie na przykład tak:
I serio, wcale nie jest to tylko zabawa, ale realne zagrożenie (?) dla tego sportu. Ile to potrwa, zanim na murawę wybiegać będą okuci po czubek głowy, nie mam pojęcia, wiem jedno – dzisiaj kontuzja przestaje być wytłumaczeniem dla zawodnika. Z jednej strony ambicja sportowca, by udowadniać swoją wartość i przebijać się na szczyty rozpoznawalności i zamożności (absurdalność zarobków piłkarzy powoduje, że budowanie przyszłości synka zaczyna chyba skręcać z prestiżowych zawodów usługowych, inżynieryjnych, sądowych, medycznych, czy zarządzania w kierunku właśnie sportu), z drugiej naciski klubów, którzy czynią z zawodnika zakładnika, niewolnika wręcz, wymagając poświęcenia za każdą cenę, nawet za cenę zdrowia i bezpieczeństwa. Po tych wszystkich ochronnych elementach twarzoczaski przyszła kolej na stopy – Marco Reus, złote dziecko Borussii, jeden z najciekawszych młodych piłkarzy Bundesligi zagrał w spotkaniu z FSV Mainz 05 w specjalnym obuwiu osłaniającym złamany palec. OK, być może takie praktyki miały już miejsce, ja akurat w tym momencie zwróciłem na to uwagę. Tak, czy siak, szykuję się na moment, gdy drużyny piłkarskie wybiegać będą na murawę we wdzianku rodem ze Speedballa...
A wracając do czysto piłkarskich spraw. Wyśmienite danie zaserwowano w 2. Bundeslidze. Piątkowe spotkanie lider, Fortuny Düsseldorf, z walczącą również o awans drużyną SV 07 Padeborn smakował znakomicie; efektowne akcje, dużo spięć podbramkowych i dramaturgia do samego końca. Pierwsza ligowa porażką F95 powoduje, że atrakcyjność rozgrywek jeszcze narosła. Przy okazji pozwolę sobie na pewne refleksje. Pierwsza dotyczy napadziora miejscowych, Saschy Röslera; do diabła, uwielbiam takich zadziorów. Facet ma 35 lat, a chce mu się bardziej niż wielu, wielu młodych smarkom. Chce mu się, bo pewnie zdaje sobie sprawę, ze to ostatni moment by jeszcze pograć trochę w Bundeslidze, w której nie zaistniał jakoś specjalnie. To w jaki sposób walczy i w jaki prowokuje, w jaki pyskuje i ile wysiłku wkłada w mecz jest imponujący, zwłaszcza w zestawieniu z takim barankiem pokoju jak Maximillian Beister:) Niegrzeczny, duży chłopiec. A druga sprawa tyka się Ratajczaka. Stary koń, a robi błędy okrutne. Zadziwia. Zadziwia mnie, jak to bramkarze potrafią wpaść na idiotyczny pomysł bronienia skrajnie trudnej do wyciągnięcia piłki dwoma rękoma, albo, co pokazał nam kiedyś Dudek, ręką dalszą. Facio po trzydziestce powinien już wiedzieć, jaka forma interwencji zapewnia większy zasięg, ale nie, po co, przecież można zapewnić więcej emocji;) Zapraszam na obszerne fragmenty, zapewniam, warto, warto, warto
Pierwszy raz od niepamiętnych dla mnie czasów (a może po prostu ciankol jestem i o czymś nie wiem), mecz na szczeblu centralnym w Niemczech rozegrano bez udziału publiczności. Nawet zadymiarze z Frankfurtu nie postarali się w poprzednim sezonie o taką karę*. Jednak po derbach z St. Pauli tym razem nie przepuszczono Hansie Rostock; jak tylko te dwie ekipy grają ze sobą chuliganie używają sobie do woli, tym razem banany pewnie jeszcze by wybaczono, ale obrzucenie sektora gości racami już nie, słusznie zresztą, jak myślę. Żeby była jasność, kibice spod pirackiej flagi też nie zachowywali się, jak w teatrze; mecz został przerwany na dziesięć minut a konsekwencje ciągną się za jednymi i drugimi**. Jakby tego było mało, jeszcze piłkarze dołożyli, i to dosłownie, co nieco na murawie. Kto widział brutalne i chamskie zagranie Weilandta na Morenie wie o czym piszę; gość wyleciał już w ósmej minucie, jego drużyna przegrała, a sam zasługuje na nazwanie go tym, czego według reprezentantów Czech brakuje Radkowi Drulakowi. Skrót można zobaczyć TUTAJ. Kolejny więc ekscytujący mecz w Rostocku***, mecz z Dynamo Dresden, które też grzecznych fanów nie ma, odbyło się w cmentarnej atmosferze. Niemiecka prasa nazwała to spotkanie „Gesiterspiel” (mecz widmo) i rzeczywiście nie dało się na to patrzeć; wyłączyłem po kilku minutach... A skoro mowa o St. Pauli, to za chwilkę frapująco zapowiadające się zawody z Eintrachtem Frankfurt;]
* Pierwszy mecz tego sezonu, od razu podwyższonego ryzyka, bo z... St. Pauli, rozegrano przy ograniczonej widowni, ograniczonej do zaledwie 16,500... ** O karze dla Hansy już było; dopowiem jeno, że na St. Pauli nałożono karę w wysokości 20,000 euro. *** Gwoli ścisłości, kolejne spotkanie rozegrano na DKB-Arena już tydzień później i te zawody kibice jeszcze mogli zobaczyć z trybun stadionu...
środa, 14 grudnia 2011
Wielu jeszcze nie posprzątało okruchów i nie wytarło gęby po sobotnim Grand Derbi, przyjemnym, ale i nudnym, ja chciałbym jednak napisać o czymś innym – fenomenie piłki, jako takiej i moim osobniczym Grand Derbi, które odbyło się dzień później… Świat się przybliża, jest tuż za oknem; można wyjrzeć na mecz gigantów w Madrycie, rzucić okiem, co dzieje się w Londynie lub trafić do Rzymu, gdzie przecież prowadzą wszystkie drogi. Można. Zastanawiam się, jak bardzo ta bliskość oddala ludzi od futbolu. Dziś, mając tak szalone możliwości, mogąc przemieszczać się z miejsca na miejsce właściwie nie ruszając czterech liter, to, co fascynowało zostało zmielone, destylowane; dzisiaj wsuwając chipsy zaglądanie na niewiele znaczące mecze medialnie kreowane na wydarzenia wielkiej rangi, szlagiery, topowe – przymiotników można stosować bez liku – jest tak samo modne i tak samo dobrze widziane, jak słuchanie Rubika (choć nie, gość się skończył, do końca będzie kojarzony już tylko z z dżinglem „Wiadomości”, więc wstawcie tu kogoś innego); w każdym razie wiecie o co mi chodzi, o pięciominutową sławę, meteor – w sztuce przeważnie oznacza chłam podtarty odpowiednią grą promocyjną, w sporcie petrodolary, ruble, jeny, rzadziej euro czy dolary… Dzisiejszy „kibic” interesujący się piłką to tak naprawdę bękart mojego pokolenia; to łebek w koszulce medialnego klubu znający jego historię do trzech edycji Ligi Mistrzów wstecz, na którego pokaźnym brzuszysku świetnie układa się PlayStation; to tyrający robol, który dopasowuje emocje piłkarskiego spotkania do skrótu pojawiającego się w górnym rogu ekranu (jeśli potrafi je rozszyfrować, znaczy się mecz jest zajebisty a emocje sięgają zenitu, byleby nie tego z Petersburga)*. Mógłbym tak długo jeszcze. Kiedyś futbol w swym majestacie miał coś ze sztuki, dzisiaj coraz bardziej przypomina monstrum zjadające własne cielsko, przepotwarzające się, realizujące szatański pomysł konkurowania z wszelkiego rodzaju show. Więcej, tłuściej. Mało kto pamięta, jak nazywa się klub z jego miasta, wie za to ile razy rozebrała się jakaś WAG, znacznie bardziej rozpoznawalna od klasowego gracza niszowej drużyny piłkarskiej; mało kto interesuje się ligą jako taką. Po co, skoro wystarczy sprawdzić pierwszych pięć miejsc, niezmiennie z tymi samymi klubami, nieco jedynie poprzestawianymi (bardzo rzadko, ale jednak, zdarza się użyć opcji „Rozwiń tabelę”), ewentualnie włączyć „Wiadomości”, „Informacje”, czy co tam jeszcze, by dowiedzieć się, co słychać u Wielkiej Czwórki (tabelę można zawsze przedstawić tak, jakby składała się tylko z tych miejsc, które zajmują akurat pupile, piąte, czy dziesiąte, za to bez trzeciego, czy czwartego, co za różnica przecież…). Wszystko kłębi się, prycha, wydobywa nieznośny smród, a gawiedź tańczy i śpiewa coś tam o wyższości Messiego nad Ronaldo… Podejrzewam, że dopiero wielkie bankructwa kilku gigantów, które niechybnie nastąpią (chyba, że Platini tupnie nogą wcześniej), mogą przynajmniej nieco uzdrowić sytuację… Czerpanie satysfakcji. Goście dalej człapią w miejscu. Tymczasowy trener to rzadko bywa dobre rozwiązania, zwłaszcza, gdy spotkanie ogląda już ten przyszły. Przed legendą niemieckiej piłki, Rudim Bommerem**, dość trudne wyzwanie, podwójnie trudne. Przegrać najbardziej prestiżowy mecz w tej części Niemiec to policzek, ale bardziej kibicowski, przegrać ligę, to znacznie poważniejszy problem. Na razie brzmi to może mało rozsądnie, ale przecież na takim samobieżnym chałturzeniu o katastrofę nie trudno. Co to za energia drużyny, skoro w trzynastu meczach pod rząd, daje ledwie dwie wygrane? Sam mecz był niezły, choć zabrakło w nim czegoś, jakiejś takiej futbolowej agresji na piątym biegu, ale i tak uderzyły mnie trzy sprawy – wyszkolenie zawodników: gościu, możesz być przeciętniakiem, możesz być powolnym półgłówkiem, ale jak już dostaniesz gałę i trochę miejsca (na przykład przy stałym fragmencie gry), to poślesz ją siedem razy na dziesięć dokładnie tam gdzie chcesz (chciałem napisać, że u nas proporcje są odwrotne, ale to nieprawda; w końcu zbyt wiele do powiedzenia ma przypadek, o czym przekonuje cykl Turbo-kozaka prowadzony przez Canal+; to niewiarygodne, jakie braki mają nasi ligowcy – grając w Pelego czy Chu… no niech będzie, że w Pana ci goście notorycznie dostawaliby baty na moim starym podwórku); wstrząsnęło mną, który to już raz, jak to bohaterem zostaje gość kompletnie nic nie pokazujący; ale wystarczyło znaleźć się dwukrotnie w odpowiednim miejscu i wykończyć dwie fantastyczne akcje kolegów, przy okazji wykańczając rywali. No i mieć nieco fuksa, jak przy drugim trafieniu. Wreszcie zmasakrowała mnie pierwsza bramka gospodarzy. Niżej wklejam filmik z meczu; popatrzcie uważnie, wow, co za latara, imponujące!
* Robole – tak nazywam każdego, kto po pracy tanim usprawiedliwieniem zmęczony jestem usprawiedliwia lenistwo. Ok., są zwody, są dni, kiedy faktycznie, dajesz z siebie wszystko i masz ochotę zatrzasnąć za sobą drzwi do pokoju i wstać z łóżka najwcześniej po weekendzie, nawet jeśli jest dopiero wtorek. Ale ględzenie, w stylu, oglądam mainstreamowe seriale bo zmęczony jestem; kibicuję Lidze Mistrzów, bo zmęczony jestem; nie mam pasji, bo zmęczony jestem; zmarnowałem kawał życia bo byłem zmęczony – genialne;] ** Niech się tam Bommerowi wiedzie, chociaż mógł zostać w tym Wacker Burghausen dłużej niż do końca roku. Cholernie szkoda mi zwolnionego trenera Wollitza…
A na koniec gratka dla wszystkich polskich ligowców, zwłaszcza dla Pana Wodeckiego – nawet w partaczeniu są od was lepsiJ W akcji Edgar Prib
Swoją drogą pierwsza połowa meczu na szczycie zaplecza Bundesligi był znacznie lepszy niż to coś, co grano chwilę potem w Londynie. druga już nie była tak atrakcyjna, jakby zawodnicy wiedzieli, ze większość widzów przełączy się na to coś.
czwartek, 08 grudnia 2011
Tak prezentowałyby się ligowe tabele pierwszych lig*, którymi zajmuję się na tym blogu, gdyby w futbolu obowiązywały jedne z licznych przecież propozycji naliczania punktów. Oto w połowie 1944 roku w Niemczech eksperymentowano z regułą doceniania postawy drużyn w meczach wyjazdowych. Za zwycięstwo poza własnym stadionem proponowano trzy punkty. Dwa miały być przyznawane za wygraną u siebie oraz remis w grze wyjazdowej; wreszcie nierozstrzygnięty wynik przed własną publiczności to jedno oczko w ligowej tabeli; porażki, jak świat światem, choć i tu zdarzały się wyjątki (vide -1 pkt za klęskę trzema lub więcej bramkami w latach '80 w Polsce), nie miały być premiowane w jakikolwiek sposób. Co ciekawe właśnie w Bundeslidze takie zasady wprowadziłyby największe zamieszanie. Kilka klubów zanotowałoby wyraźny skok w górę, zwłaszcza imponujący w przypadku Bayeru Leverkusen (pudło!), Mainz oraz K'lautern (w każdym z tych przypadków aż o trzy miejsca), ale i parę spektakularnych obsuw w dół, najbardziej bolesnej zwłaszcza dla legendarnej drużyn 1.FC Nürnberg. Zauważyć warto również, że wszystko stało się jakby bardziej gęste; różnice punktowe w czołówce i w strefie zagrożonej mają znamiona delikatnienia. Dwie pozostałe ligi charakteryzują jedynie retusze; ok, w Polsce Wisła miałaby z tego systemu wiele korzyści, podobnie ŁKS, ale ogólnie nie wiele się dzieje; jeszcze mniej u naszych południowych sąsiadów, gdzie zaledwie cztery drużyny dotknięte są ruchem w górę lub w dół. Ale już różnice w dorobku poszczególnych zespołów, co nieco wyprawiają. Taka Viktoria, ta z Žižkova miałaby już tylko iluzoryczne szanse na uratowanie ligowego bytu, od miejsca trzeciego do dziewiątego różnice uległyby zmniejszeniu, a już rywalizacja Sparty z Libercem nabrałaby tak istotnej krwistości. U nas oberwałoby się „Niebieskim”, ale jeszcze znaczniej drużynie Pana Wojciechowskiego. Cieszono by się w Kielcach i Krakowie. W Grodzie Kraka podwójnie, bo nie tylko „Biała Gwiazda” wskoczyła na pozycję trzecią, ale i Cracovia, pozornie w tak samo gównianej sytuacji, tak naprawdę byłaby o jedną wygraną od miejsca jedenastego! W Lubinie trwoga, a miejsca tam, gdzie niebezpiecznie starczyłoby dla pięciu drużyn. U góry ciekawie, Widzew miałby spore szanse na puchary, no i najważniejsze – Legia już teraz byłaby nad Śląskiem...
* Mam gdzieś nowomowę związkową; pierwsza liga w Polsce to pierwsza liga, nie jakaś druga, czy inna jeszcze. ** Dwie uwagi odnośnie prezentowanych tabel: w lidze czeskiej drużynie Sigmy odjęto 9 punktów za sprawę korupcyjną; w Bundeslidze do rozegrania pozostało spotkanie 1.FC Köln – FSV Mainz, odwołane w pierwotnym terminie z powodu próby samobójczej arbitra mającego prowadzić te zawody. Mecz ponownie odbędzie się w najbliższą środę. *** Przepraszam wszystkich kibiców Lecha i Polonii Warszawa. Teraz dopiero to zauważyłem. Mój edytor tekstu automatycznie zamienia nazwy Lech Poznań na Amica i Polonii Warszawa na Groclin. Wybaczcie...
wtorek, 29 listopada 2011
Ostatni futbolowy weekend, a weekend w piłce, o czym wie nawet dziecko trwa od piątku do poniedziałku, a więc ten ostatni był całkiem po niemiecku. Mówił, ruszał się, biegał, skakał, eksponował, silił się, tupał, klaskał, krzyczał, woniał po niemiecku – a to wszystko w futbolu akurat oznacza najwyższą jakość. Czy ktoś mógł przejmować się rozgrywkami w jakiejkolwiek innej lidze, gdy pomiędzy Renem a Odrą przygotowaną takie specjały? Pff, cała reszta dobra jest dla turystów… Zaczęło się od cacuszka, jakim zawsze są Rhein Derby, czyli najprawdziwsza bitwa piłkarska, wiecie, taka od zarania, z korzeniem, krwią i mięchem, a nie sztuczny twór marketingowy, jak jakieś derby Polski z udziałem drużyn całkiem przypadkowych… Tymczasem „Kozły” z „Źrebiętami” leją się od przedwojnia, dokładnie od 1912 roku, i, co dość frapujące, trudno znaleźć z klubów obecnej Bundesligi bardziej łakomy kąsek dla Borussii, niż właśnie drużyna z Kolonii (swoją drogą dla 1.FC również nie ma takiego drugiego rywala, który tak niemiłosiernie by ich łomotał). W piątek puknęli ich trzeci raz z rzędu, trzeci raz wysoko, i trzeci raz bezapelacyjnie (bramki z tych ostatnich konfrontacji mówią wszystko - 12:1). Pierwszy FC nie daje rady Borussii od 3,5 roku i po prawdzie, jeśli w ogóle się utrzyma, to nie specjalnie wierzyć należy, że poradzi sobie w roku przyszłym. Dość powiedzieć, ze Podolski, Matuszczyk i Peszko mieli łącznie zaledwie o trzy (!!!) kontakty z piłką więcej niż bramkarz „Źrebiąt” ter Stegen. Szkoda tylko, że klub z Mönchengladbach tak cholernie chce być wyrachowany i zamiast zmiażdżyć, wdeptać w ziemię rywala, nieudolnie stara się naśladować Barcelonę klepiąc piłeczkę bez celu i sensu, tym bardziej ich pozbawionego, że, jak już napisałem, robią to dość niezgrabnie*. Dlatego sędzia powinien te zawody zakończyć w 47 minucie, tuż po drugim golu Mike Hankego, obeszłoby się bez tej nudnawej reszty… A jednak Borussia nie wyszła z tego spotkania całkiem zwycięsko – supergwiazda klubu, Marco Reus, prawdopodobnie połamał sobie paluchy u nogi i być może nie zagra w arcyciekawym spotkaniu następnej kolejki… I jeszcze jedna ciekawostka. Ostatni raz Borussia tak dobry start ligowy miała w sezonie 1976/77, dokładnie wtedy wygrali Mistrzostwo Niemiec po raz ostatni. Nie żebym coś sugerował, ale skoro nawet Uli Hoeneß traktuje ich poważnie to… W sobotę derby Zagłębia Ruhry. Młodsze wprawdzie, ale przecież o jeszcze większej ilości gier i chyba nawet dawce emocji, napięcia. Trąbiono o tym na prawo i lewo, więc nie będę się specjalnie rozpisywał, że Dortmund nie potrafił sobie ostatnimi czasy poradzić z odwiecznym rywalem, nie tylko zresztą u siebie. Schalke mimo wszystko ma wciąż dodatni bilans i w Bundeslidze i licząc wszystkie rozgrywki (zwłaszcza przedwojenna złota drużyna Górników tłukła niemiłosiernie klub z Dortmundu, zdarzało się, że i dwucyfrowo), ale piłkarsko wygląda katastrofalnie, jak ubogi krewny, który przyszedł w żebry. Klub z Gelsenkirchen jest strasznie chimeryczny, a to w tak silnej i zdyscyplinowanej lidze, jaką jest Bundesliga laurów nie przyniesie. Trzeba za to pochwalić BVB i trójkę Polaków, bo potrafili tę słabość Schalke wykorzystać. Słabość całego zespołu, poza bramkarzem Unnerstallem, rzecz jasna. A już za tydzień lider jedzie do wicelidera. Jeśli ktoś się wybiera na mecz na Borussia-Park, a biletu nie ma, to informuję, że najbliższy wolny termin jest na 11 lutego przyszłego roku… w loży VIP’owskiej na dodatek;] To, że w przyszłą sobotę zagrają ze sobą dwie najlepsze jedenastki ligi, to również zasługa Bayernu, bo jednak mniej Mainz, które poza kilkoma akcjami Allaguiego niczym specjalnie się nie popisało, za to popis dupowatości dali Bawarczycy, zdecydowanie cierpiący brakiem Schweinsteigera w środku pola. Ale to nie był mecz dnia. Za taki z pośród niedzielnych potyczek należy uznać spotkanie FC St. Pauli Hamburg – Dynamo Dresden. Chyba każdy wie, jak lubią się kibice obu drużyn, dlatego oczekiwałem wyjątkowej atmosfery i zaciętej walki. Przyszło jednak rozczarowanie, bo po powtarzających się kłopotach z własnymi fanami, klub z Drezna odesłał bilety do Hamburga i zaledwie 50 osób dopingowało czarno-żółtych. Samo spotkanie zrazu ospałe z każdą minutą nabierało tempa i faktycznie, emocjonalne było bardziej niż którykolwiek mecz naszej ligi ogórkowej. W kolejnym już meczy Dynamo nieźle się prezentuje, ale przegrywa. Frycowe, ktoś powie; a może to haracz za to niesamowite spotkanie pucharowe z Leverkusen? Tak, czy siak mają się nienajlepiej, a jeszcze Dedič ten s…syn. Nie znoszę takich zachowań. Czeski drwal, Pavel Fořt, pokonał bramkarza gospodarz, a ten drań wślizgiem (!) dopadł piłkę niemalże na linii, żeby tylko zapisać gola na własne konto; nie usprawiedliwia go to, że właśnie on ślicznie uruchomił byłego gracza Slavii Praga i Armenii Bielefeld, ani nawet to, że statystyką powalczyć łatwiej o lepszy kontrakt. Świństwo, dla mnie. W każdym razie „Piraci” odrobili straty, jak tylko trener Schubert wpuścił na boisko swego niepełnosprawnego napastnika, Mariusa Ebbersa. Gość jakiś czas temu złamał paskudnie rękę w czasie meczu, potem przyplątała się kontuzja łydki i zamiast na boisku częściej widywany jest w gabinetach lekarskich, a szkoda, bo to wyborny zawodnik. w tym sezonie w zaledwie siedmiu meczach (i tylko trzech pełnych) zdobył sześć goli i zaliczył trzy asysty. Po bramce i ostatecznym podaniu (jakim ładnym) dopisał właśnie w spotkaniu z Drezdeńczykami. W tabeli znowu zrobiło się ciekawie, bo po sensacyjnej, pierwszej w sezonie porażce Eintrachtu Frankfurt ścisk niemiłosierny. Coraz odważniej nad kreskę zagląda nic nieznaczący klubik S.C. Padeborn 07. Byłaby to niezła heca, gdyby te wszystkie wielkie firmy, przegrały bój akurat z nimi; ale nie wiem, czy tego chcę. Postawa Augsburga pokazuje, że to jednak zupełnie inny świat… Póki co, to jednak najwygodniej jest Fortunie Düsseldorf. Wczoraj, w naprawdę niezłym meczu, takim co się zowie o dwóch obliczach, uporali się z innym kandydatem do awansu, drużyną SpVgg Greuther Fürth. Gospodarze grali do przerwy, goście po przerwie, a i tak najlepszy na boisku był sędzia Peter Gagelmann. Jestem pewien, ży gdyby u nas, któryś z arbitrów tak precyzyjnie nakreślił zasady, jakimi będzie się kierował, część piłkarzy uciekłaby z boiska, a pozostali z pianą na ustach i plamami po testosteronie na czole łamałaby nogi, ręce, chorągiewki boczne, krzesełka… Gra była bardzo ostra, ale facet nad wszystkim panował – imponujące. Nieco mniej imponujący występ zaliczyła młodziutka gwiazda Fortuny, Maximilian Beister, który w drugiej połowie poza kilkoma wcieleniami w ofiarę zgasł jak pozostali. Miło było z kolei przypomnieć sobie Daniego Schahina; jeszcze pół roku temu zachwycał w trzecioligowym wówczas Dynamie Drezno teraz wreszcie dostaje szansę pokazania się w macierzystym klubie, myślę, że jego wejście miało dość znaczący wpływ na wyraźną dominację w drugiej połowie legendarnych „Listków koniczynek”. Ufff, po takiej dawce emocji można wreszcie odpocząć, chociaż nie na długo, jak się okazuje. O spotkaniu Borussii Mönchengladbach z liderem z Dortmundu już pisałem, ale ciekawie powinno być również w Monachium, gdzie chwiejący się po dwóch ostatnich ligowych ciosach Bayern zmierzy się z wyjątkowo im nie leżącym Werderem Brema. Gdyby tak spojrzeć od początku lat ’80, to ich wzajemny bilans jest niemal idealny (zdaje się, że Bayern ma o jedną wygraną więcej), ale prawdą jest również, że ostatnio Werder z Bayernem najczęściej remisuje i to w… Monachium;) Na zapleczu Bundesligi ciekawie powinno być w Padeborn, gdzie zawita St. Pauli i w Duisburgu, gdzie zawsze groźne „Zebry” spróbują powstrzymać rozpędzonego, niepokonanego lidera z Düsseldorfu.
PS Warto jednak mentalnie przekroczyć granice i zajrzeć do Czech. Tam też hicior się szykje. Efektownie grający FK Jablonec z supersnajperem, Davidem Lafatou, zagra z szalenie efektywną w tym sezonie Spartą Praga. Drugie wielkie „S”, Slavia, niepokonana pod wodzą wielkiego fana Sparty, Františka Straki, zagra z wiceliderem z Liberca. Napisałbym jeszcze, że fajny meczyk może być w Pilźnie, ale to, co wyprawia ostatnio Bohemka nie daje ku temu żadnych podstaw. A propos Mistrza Czech – wiele zamieszania wywołuje sprawa młodego Vaclava Pilařa, który wypiął się na Viktorię i podobno już podpisał umowę z Wolfsburgiem. Z tym, że w Pilźnie są na niego wściekli i może być z tego niezła draka, jeśli działacze nie zdecydują się go jednak puścić. Robi się z tego typowy „czeski film”, on chce, ona (Viktorka) nie chce, oni chcę (Pilař jest zawodnikiem FC Hradec Králové, tylko wypożyczonym do Pilzna), on chce (agent Stejskal), oni chcą (to znaczy Wolfsburg, podobno), a może się okazać, że będzie w rezerwie Viktorii lub w ogóle sobie nie pogra. Myślałem, że chłopak jest rozsądny, ale jednak nie zostanie drugim Poborským; wplątał się w straszne gówno i już się z tego nie wygrzebie. Po pierwsze swoją naiwnością udowodnił nielojalność, po drugie, Euro 2012, gdzie Czesi zagrają m.in. dzięki jego bramce w meczu barażowym mogłoby go wypromować bardziej, po trzecie, Wolfsburg, a zwłaszcza Magath, to dla tego chucherka jak futbolowy Charles Henri Sanson! Inna sprawa to łapczywość klubu z Hradce, za śmieszne pieniądze chcą się pozbyć swego asa, bo mieszek jest pusty… Aha, i jeszcze będzie ciekawie w Zabrzu. Mimo marsjańskich krajobrazów warto zobaczyć, jak Śląsk traci fotel lidera;) PS1 Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…
Jeśli zobaczycie tego gościa, nie pożyczajcie mu pieniędzy! Najlepiej zawróćcie go do Czech, może da się faceta jeszcze uratować. Jeden z największych talentów w czeskiej piłce lat ’90, a pewnie dla większości zupełnie niepodobny do nikogo. Wszystko przez pewnego idiotę z Viktorii Žižkov, który postanowił przejść do historii piłki łamiąc kości młodziutkiemu wtedy napastnikowi. Zakopal, jak gorzko brzmi nazwisko tego gnoja… Wprawdzie była potem jeszcze Sparta, ale znowu problemy zdrowotne się pojawiły, no i te gorsze – podobno nudząc się na rehabilitacji po tym potwornym faulu, trwało to zdaje się ok. jednego roku zaczął chadzać do kasyna. Hazard dodać depresja i było już po nim. Długi rosły i rosły; talent rozmieniał się na drobne a nimi tych cholernych długów zapłacić nie był w stanie. Zdaje się, że nawet pracował fizycznie, bo piłka przestała go interesować. Ale wrócił; zaufano mu w Znojmie… Wytrzymał trzy miesiące. Przestał pojawiać się na treningach. Podobno znowu wpadł w kłopoty; podobno w ogóle wyjechał z Republiki Czeskiej… W świecie znany jest jego imiennik, również Czech, Milan Baroš; możecie wierzyć lub nie, ale przy Pacandzie to frajer a nie piłkarz.
* Jak bardzo nieudolnie pokazał mecz z Bayerem Leverkusen – prowadząc i grając w przewadze jednego zawodnika, zamiast przypieczętować zwycięstwo dostali całkiem idiotyczną bramkę i musieli zadowolić się jednym punktem.
piątek, 18 listopada 2011
Powrót z Czech. Praga w kieszeniach, na sznurowadłach i pasku. Czeski film, žižkovskie knajpki i Franz Kafka. Czas jakoś zleciał i aż dziw bierze ile w tym krótkim momencie wyjątkowych, interesujących, ekscytujących newsów przywieźć można właśnie od naszych południowych sąsiadów. Futbolowych newsów, rzecz jasna. Dziwne również, że praktycznie nikt nie podejmuje tych tematów u nas, a są one modelowe, premierowe lub w jakiś tam sposób powiązane z wydarzeniami w naszym kraju. Dziś pisać o czeskiej piłce to wręcz obowiązek! No, bo jakie to niby tematy przeoczyli nasi dziennikarze? Zacznijmy od kibiców. To temat w sam raz, sprawdza się zawsze i wszędzie można go upchnąć. Wszyscy oglądający spotkanie Czechy, czy chociaż skróty z niego, wszyscy dysponujący minimalnym skupieniem i odrobinę bystrzejszym okiem zauważyli gościa w szaliku cieszącego się z gola Czechów. Tym razem nie był to Rémi Gaillard, tylko jakiś naśladowca. Nie ważne, czy zrobił to w euforii, czy chodziło o grubszy zakład, najważniejsze, jak z nim postąpiono. Otóż nie zrobiono nic lub prawie nic. Sam fakt, że dostał się na płytę boiska, to oczywiście obciach dla organizatorów, ale gdy już zorientowano się, że facet w skórzanej kurtce nie jest ani jednym z zawodników, ani nie należy do sztabu szkoleniowego, wreszcie nie jest sędzią, czy choćby fotoreporterem został zaprowadzony z powrotem na trybuny przez... służby medyczne:) Być może czekają go jakieś kary, jednak; być może Czechom oberwie się od fifouefy, jednak; w każdym razie chłopak mecz zobaczył do końca i nikt nie nazwał go kibolem. Naturalnie, gdyby takie zjawiska przekroczyły ramy incydentalności, należałoby podjąć zdecydowane kroki, w tym momencie postąpiono właściwie, według mnie...
Potem wybuchła afera koszulkowa, dokładnie taka jak u nas. Godło narodowe tak dumnie paradujące na na strojach piłkarskich, a jeszcze bardziej tych hokejowych, zastąpiono białym lwem, jako żywo przypominającym znaczek ČMFS, czyli ichniejszy PeZetPełojeNy. Tylko to M, jak Morawski właściwie traci rację bytu, bo choć odwołanie do historycznego emblematu z okresu przedwojennego jest kuszące, to sam w sobie nie ma żadnych związków z liczną przecież grupą Morawiaków i Ślązaków. Zrobił się więc niezły harmider, choć nieco mniejszy niż u nas (flaga narodowa pozostała; z tyłu, na karku, ale pozostała); i oczywiście, jak i u nas, chodziło o kasę. „Kasa, Misiu, kasa!”, to coraz bardziej aktualne motto współczesnego futbolu, znacznie bardziej niż fair play, niestety...
A propos fair play. Przypomniał o sobie Petr Mikolanda, onegdaj niemały talent, który ze świetnym bilansem ligowym trafił z Viktorii Žižkov do słynnego West Ham United. Na Wyspach kariery nie zrobił, wrócił do Czech (Mlada Boleslav), ale i tak mógł w futbolu co nieco osiągnąć. Miał zaledwie 23 lata i zdiagnozowane zapalenie nerki. Karierę szlag trafił, ale najważniejsze, że transplantacja zakończyła się sukcesem. Dzisiaj chłopak, a właściwie już dorosły facet wraca do piłki; wiadomo, z poziomu czysto amatorskiego, ale miło, że mu się chce; trzy lata przerwy to jednak dostatecznie długo, by chcieć się przestało... A więc Mikolanda kopie sobie piłeczkę w czwartligowym SK Zápy, zresztą całkiem ambicjonalnym klubie (wicelider Dywizji B) i udowadnia, że futbol może być jednak pięknym, czystym sportem. W spotkaniu domowym z legendarnym klubem SK Meteor Praha VIII przy stanie 0:1 sędzia odgwizdał rzut karny dla miejscowych za rzekome zagranie ręką obrońcy zespołu z dzielnicy Libeň. Powstało całkiem spore zamieszanie, a głupiejący już z tego wszystkiego arbiter postanowił zapytać wielkoluda, jak to właściwie było w tym polu karnym. Mikolanda przyznał, że to jednak on dotknął piłkę ręką i mowy o „jedenastce” wcale być nie może. Zápy przegrały 1:3 i tracą do lidera, SK Viktorie Jirny, już pięć punktów. Oberwało mu się po meczu, a jakże, i od kolegów z boiska, i od szefostwa, ale z całą pewnością nie od sumienia. Ja biję mu brawo i niech go do diabła zaczną naśladować nasi (z)łamańcy. Dalej... Ciągnie się sprawa Martina Fenina, tego wiecie, nocnego skoczka, który już drugi raz nabałaganił pod wpływem. Wrócił do domu. Leczy się z depresji. Jest na dobrej drodze. Poznał swoje słabości, nie wstydzi się ich, walczy z nimi. Liczę, że mu się uda, cholernie utalentowany gość z niego. Ale ta cała historia powinna być przestrogą dla młodych. Fenin też złapał Pana Boga za nogi, gdy władował bramkę w finałowym meczu z Argentyną drużyn do lat 19. Potem okazało się, że to nie były boskie nogi, nie były to nogi w ogóle, a jedynie gówno na patyku. Bądźcie więc czujni;) Czesie mają wreszcie prezesa związku. Tymczasowego, bo wybory tuż, tuż, ale jednak. Miroslav Pelta to barwna postać. Ten, który zasłynął telefonowaniem wiosną (jeśli dobrze łapię nieco slangowe „cinkel o jaru”), czyli załatwianie wyników w sposób nie wymagający kopania piłki (choć trzeba przyznać, że sam występował jedynie w roli świadka) i innymi mniejszymi grzeszkami, to jednak dzisiaj wzorcowa postać szefa klubu. Jego Jablonec, jeszcze niedawno kompletnie nic nie znaczący klub, którego legendami byli Kotrba, czy Weber, to dzisiaj nie tylko trzecia siła Gambrinus Ligi, ale jeden z najważniejszych sponsorów... Slavii Praga (robili bilateralne interesiki, które ratowały tyłek „Zszywanym” przed bankructwem). Finansowo wszystko jest tam tip-top. I gdyby nie to, że od czasów pracy w Sparcie jest zaszufladkowany jako Beton Punk, yyy, to znaczy Beton Działacz, mieliby się w Czechach z czego cieszyć. Ale zobaczymy, może jest wart zaufania, pełnego zaufania. Sam postawił sobie pierwszy cel, który powie „Sprawdzam” i przekonamy się, jakie ma karty w rękach – chce załatwić raz na zawszę casus Bohemians Praga i jej mutacji. Czekamy Panie Pelta, czekamy... W Czechach odbierają polskie media, albo telepatycznie polskie szajby; tak, czy siak i tam ktoś wpadł na pomysł, by zabronić reklamowania się firmom bukmacherskim, ktoś to podchwycił, ktoś przelał na papier, ktoś podniósł rękę i nacisnął przycisk i w ten sposób Dukla Praga jest w niezłych tarapatach, bo może od nowego roku stracić sponsora strategicznego. Podobnie hokejowy klub z Pilzna. To by było na tyle, jeśli ustawa dotyczyć ma firm zagranicznych; bo jeśli przylepi się do tych czeskich w dotknie to interesu aż 13 klubów pierwszoligowych piłkarskich i 9 hokejowych... Przegląd prasy zacząłem barażami na Euro 2012 i nimi zakończę. Po pięknym golu Petra Jiráčka (nieco na wyrost przyrównywanego do Pavla Nedvĕda, bo dokładność, strzał, podanie, chłodna głowa jednak nie ta, ale przecież i legenda Juventusu zaczynała głównie na motoryce, wytrzymałości i... motoryce oraz wytrzymałości), już transferowanego do Wolfsburga, czy jeszcze zacniejszych marek, oraz po solidnej porcji fuksa wymieszanego ze szczęściem i Petrem Čechem, nomen omen, Czesi awansowali hip hip hurra! Ale nie tak świętowano sukces. Po ostrych, wręcz obraźliwych słowach pod adresem trenera i piłkarzy internacjonała i byłego reprezentanta, Radka Drulaka (srebro na Euro '96), odśpiewali mu dzisiejsi kadrowicze ripostę o jego przyrodzeniu na znaną melodię, a leciało to tak... Przynajmniej widać po tych scenkach, że ekipa trzyma się razem; u nas to nie do pomyślenia, bo niby w jakim języku miano by śpiewać?
Zdjęcia pochodzą ze stron dziennika Mlada Fronta Dnes
czwartek, 10 listopada 2011
Właśnie pakuję manatki, zaraz wyjeżdżam do Pragi na długi weekend. Nie muszę się spieszyć; mój plecak bardziej nadaje się dla przedszkolaka, niż na wojaże; ale zasada nieposiadania ma i swoje dobre strony – nie mam za bardzo co do niego włożyć; zatem, nie muszę się spieszyć i dlatego piszę ten tekst. Miała być wspaniała zabawa, raczej będzie po prostu wyjazd do Pragi na długi weekend. Cholera! Czesi zajęli drugie miejsce w swojej grupie eliminacyjnej, ok, można się było tego spodziewać; ale, żeby ta przeklęta UEFA mając 34 (słownie: trzydzieści cztery) wolne weekendy do Euro 2012 musiała ustalić mecze barażowe akurat na TE dni?! Nie wspominając o tych wszystkich wtorkach, środach, czwartkach... Psia ich mać! Zrobili mi to na złość, jestem pewien! Drugi raz to mi się przytrafia. Drugi raz jadę do Pragi na derbowe spotkanie ligowe i drugi raz przez sakramencki los go nie zobaczę. Za pierwszym razem zamknięto stadion Slavii i pozostało oglądać mecz na telebimie (przynajmniej teraz wiem o co kaman z Ďolíčkiem), a teraz, gdy chciałem z sektorów Boehmki pokrzyczeć sobie, jak zasmarkany małolat, na taką-to-a-taką Spartę trafił mi się mecz reprezentacji Czech. Jak tak dalej pójdzie to nigdy nie zobaczę praskich derbów;) W każdym razie upatrzyłem sobie jeszcze jeden mecz, ale, co łatwo wywnioskować po dotychczasowych doświadczeniach, zobaczenie go będzie, jak wygranie na loterii. Tym bardziej po poniedziałkowej wtopie Viktorii w meczu o przysłowiowe sześć punktów z Banikiem Ostrawa. Zobaczyć mecz Viktorii Žižkov z „Kangurami”: na tym małym, wciśniętym w osiedlowe ścieżki stadioniku... Po telewizyjnej transmisji jestem pełen entuzjazmu. No chyba, że pasy spadną z ligi, co przy ich potencjale kadrowym i skuteczności jest wielce prawdopodobne... Dużo ostatnio się dzieje w piłce i aż korci by skrobnąć słówko lub dwa; ale też dużo pracuję nad pewnym tematem (jak najbardziej futbolowym i bynajmniej nie chodzi o wpis na bloga), więc czuję się usprawiedliwiony. Wiem, atrakcyjność, o ile kiedykolwiek była jakakolwiek, osiadła jak stary frachtowiec na mieliźnie i nawet nieco oberwało mi się za to, ale gwiżdżę na to – całkiem dałem się wciągnąć badaniu dziejów piłki na Górnym Śląsku w latach 1939-45. wręcz pali mnie, by to i owo wrzucić, ale muszę być twardy, zebrać ile się da, opracować, poddać liftingowi i zobaczymy, może uda się to wcisnąć pod prasę drukarską, choćby i niepostrzeżenie;) Nie ma to, jak zajmować się rzeczą zbędną, obojętną i nikomu niepotrzebną; no, poza grupą całkowitych wariatów, których niniejszym pozdrawiam;)
piątek, 28 października 2011
Nie wszystkim udało się uniknąć kompromitacji w kolejnej rundzie DFB-Pokal. Najbardziej oberwało się „Zebrom”. MSV Duisburg poległo z czwartoligowym Holsten Keil i tak po prawdzie była to jedyna poważna niespodzianka wtorkowo-środowych gier. W ostatniej chwili ze stryczka urwała się Borussia Mönchengladbach, która straszliwie wycierpiała się w meczu z trzecioligowym 1.FC Heidenheim. Skórę „Źrebakom” uratował bodaj największy talent wśród niemieckich młodych bramkarzy, André ter Stegen. Jeszcze w normalnym czasie gry wybronił setkę, ale przede wszystkim jego dwie świetne interwencje w serii rzutów karnych pozwoliły uniknąć blamażu słynnej Borussii.
Dziewiętnastolatek w bramce utytułowanego klubu z Nadrenii radzi sobie coraz lepiej. Już przed rokiem okrzyknięto go odkryciem ligi, wraz z Draxlerem z Schalke. Znamienity wpływ na jego karierę ma legenda Borussii, Uwe Kamps, który opiekuje się młokosem już od pięciu, sześciu lat. Jak widać ze znakomitym skutkiem.
Ale do Kampsa ter Stegenowi wiele jeszcze brakuje. Jeszcze nie ma oferty z Realu Madryt*, jeszcze nie stał się historią klubu, a nawet te dwie jedenastki nie są niczym wyjątkowym przy dokonaniu jego trenera.
Uwe Kamps – legenda. Jeden z najlepszych golkiperów Bundesligi przełomu lat '80 i '90, chociaż nigdy nie było mu dane zagrać w barwach narodowych. Blisko czterysta gier w najwyższej klasie rozgrywkowej, blisko sto meczy bez puszczonego gola, a jednak to najpiękniejsze wydarzyło się poza ligą. Był kwiecień roku 1992, półfinał DFB-Pokal, mityczny Bökelberg-Stadion. Uwe Kamps siedział już w klubie dziesiąty sezon, czyli zbliża się do połowy kariery w Borussii. On, gość z Nadrenii, emocjonalnie związany z regionem, klubem, kibicami, a zarazem już wystarczająco stary facet, by wygrać coś więcej niż jedynie brązowy medal Igrzysk Olimpisjkich w Seulu**. Przeciwnikiem Borussii świetna ekipa z Leverkusen; naprawdę mieli wtedy mocną pakę, z Kirstenem, Thomem, Lupescu, Jorginho, ale też Leśniakiem*** i Buncolem. Do przerwy faworyt, czyli „Aptekarze”, prowadził 1-0, a powinien wyżej (zmarnowana okazja Thoma), wprawdzie po zmianie stron posiadający wyrzutnię rakietową w nodze Thomas Kastenmaier wyrównał, ale szanse tak naprawdę wyrównały się dopiero kilka minut później, gdy wściekły Franco Foda, poszkodowany przez Martina Maxa, nie wytrzymał drwin Franka Schulza, i odepchnął go na tyle wyraziście, że długowłosy pomocnik BMG mógł nieco przyaktorzyć. Dopiero po czerwonej kartce mecz toczony był na równych zasadach, ale gole padły dopiero w dogrywce. Najpierw niezawodny Hans-Jörg Criens dał prowadzenie Borussii i gdy, już, już otwierano szampany, Andreas Thom zrewanżował się za klopsa z pierwszej części gry i w 119 minucie doprowadził do remisu. A więc rzuty karne. Właściwie trudno o nich cokolwiek napisać. Sądzę, że obraz odda najlepiej, co tam właściwie się wydarzyło:
Kamps został bohaterem, jasna sprawa, został wpisany na karty historii futbolu, też jasna sprawa, został niemal zaduszony przez kolegów z drużyny (dopiero przytomny Schulz zaczął ściągać z niego te ludzkie masy umożliwiając oddychanie), a redaktor Rolf Töpperwien został bez portfela****. Nie może też dziwić, że do dzisiaj uważa to spotkanie za swoje najlepsze w karierze, najbardziej spektakularne. Cholera, jak już napisałem, dzięki niemu przeszedł do historii, bo na takim poziomie tylko Helmuth Duckadam dokonał takiej sztuki, zresztą w jeszcze bardziej prestiżowej potyczce. Kamps był tak nakręcony, że żałował, autentycznie żałował tego, że gracze z Leverkusen nie wykonywali jeszcze jednej, tej piątej jedenastki; był pewien, że i z nią by sobie poradził, a najlepiej, gdyby jeszcze mógł wszystko zakończyć wbiciem gola decydującego.
Intuicja, instynkt, szczęście. To był mój zajebisty dzień.
Pewność siebie dała mu pierwsza interwencja. Strzał Jorginho nie dość, że słaby to całkiem przewidywalny, dokładnie tak, jak powiedział Kampsowi Jürgen Gelsdorf, który niewiele wcześniej trenował Brazylijczyka w Bayerze właśnie. Wszystko wykonał, jak z zaprogramowanego mechanizmu, Uwe na tym skorzystał i potem już poszło z górki; no, może nie tak zupełnie, bo co jak co, ale uderzenia Herrlicha i Lupescu były jednak solidne. Wyczekać do końca, skoncentrować się na strzelającym, uwzględnić nogę dominującą u niego i liczyć na fuks. Proste i działa. Fuks to na przykład popis ostatniego ze strzelających. Martin Kree zawsze walił na pałę, prawie zawsze, a tym razem spartolił to setnie. Nie było happy endu jednak. Pisałem już zresztą o tym. I tym razem to ktoś inny został bohaterem rzutów karnych. Właściwie to trudno też stwierdzić jednoznacznie, czy z Kampsa był taki fachowiec od jedenastek, czy nie za bardzo. Bilansik dwanaście na czterdzieści jeden może i nie imponujący i dziewczyny na to nie polecą, ale przecież nie tylko najlepiej w historii klubu, ale po prostu dobra średnia w historii całej ligi.
A puchar? Facet z tytanowo uzupełnionym kolanem zdobędzie go cztery lata później...
* Uwe Kamps miał ofertę przejścia do „Królewskich”, niestety nie wiem dokładnie w którym roku. W każdym razie nie skorzystał. Oficjalnie, dlatego, że miał ważny kontrakt, a taka okazja trafiła się całkiem w środku sezonu, bardziej romantycznie żeby było, to dodam, iż Uwe sam zrezygnował – Borussia to jego klub, kocha go, kocha te miejsca, i chociaż kocha pewnie tez pieniądze, to jednak na tyle mniej, by nie zawracać sobie głowy nawet taką propozycją. ** Zagrał we wszystkich meczach reprezentacji Niemiec, w półfinale z Brazylią musiał jednak pochylić czoła przed Cláudio Taffarelem; nic to, że wybronił jedenastkę André Cruza, fachowiec z kraju kawy załatwić potrafił w ten sposób czterech kolegów Kampsa, w tym Funkela tuż przed końcem meczu. W ogóle patrząc na te składy, i Niemiec, i Brazylii, i innych uczestników tamtej imprezy, muszę stwierdzić, do diabła, solidna, smaczna futbolowa potrawa to była... *** Zdaje się, że to wtedy Marek Leśniak ustanowił rekord Bundesligi. Zagrał w aż 25 meczach ligowych i tylko raz, jeden jedyny raz przebywał na boisku pełnych 90 minut. Poza tym czterokrotnie schodził do szatni przed czasem, a aż dwudziestokrotnie wstawał z ławki i meldował się na murawie. Naturalnie gola żadnego nie strzelił... **** Tak mu było spieszno do wywiadów, że stał się łakomym kąskiem dla jakiegoś złodziejaszka z tłumu entuzjastów.
PS Było o MSV Dusiburg, rewelacji poprzedniej edycji DFB-Pokal, swoją drogą warto zobaczyć, jak dał ciała bramkarz „Zebr” przy pierwszym golu, klasse:) |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ciekawe strony
Górny Śląsk 1920-39
Oberschlesien
Pogranicza - kontakt
Znajomi
Tagi
|