Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Kategorie: Wszystkie | Górny Śląsk
RSS
środa, 04 kwietnia 2012

...tydzień z kangurem. Trudny tydzień. Po derbach z beznadziejnie ostatnią - do tej pory - Viktorią Žižkov widmo degradacji zagląda w oczy zawodnikom Boheminas 1905 Praha. Seria bez wygranej ciągnie się już wystarczająco długo, by znaleźć się ledwie metr nad kreską, a forma pozostałych walczących o utrzymanie drużyn może całą sprawę jeszcze bardziej na niekorzyść "Kangurów" skomplikować.

Gdy tak przyglądam się terminarzowi czeskiej ligi dosięga mnie nieodparte wrażenie, że o ligowy byt do końca, do ostatniego meczu, ostatniej minuty, rywalizować będą: Viktoria Žižkova, Baník Ostrava i Bohemka właśnie; kto wie, być może zaplącze się gdzieś w te mało interesujące momenty, jeszcze trzeci klub z Pragi - Slavia, a jeszcze zwróciłbym uwagę na klub z Hradca Kralove, bo i on przy zadziwiającym zbiegu okoliczności, a jeden warunek, czyli piłkarska forma, już spełniony został, mogą niespodziewanie wpaść do tego towarzystwa.

Pierwsze zapowiedzi zbliżających się emocji umieściłem TUTAJ, "Janosikowanie" ma naturalnie wielkie znaczenie przy ostatecznych rostrzygnięciach.

A o jaki rodzaj emocji chodzi dowiecie się po zapoznaniu z niezwykle szczerą, mocną, a mimo to całkiem zabawną wypowiedzią bramkarza "Kangurów", Radka Sňozíka - POLECAM!!!

czwartek, 29 marca 2012

Im bliżej końca rozgrywek tym bardziej wre; rozgrywki, kraj, to nie ma znaczenia, wszędzie jest podobnie. Spekulacje, domniemania, plotki, nadzieje, sploty zdarzeń, przypadki i nie przypadki, troski, radości… wszystko plącze się, krzyżuje w oczekiwaniu na nowy sezon.

W Chorzowie klimat podzwrotnikowy, gorąco, ale i przyjemnie się robi. Faktycznie, Ruch obok Korony Kielce to w tej chwili najpoważniejszy kandydat do tytułu mistrzowskiego. Jeśli zapowiedzi wzmocnienia kręgosłupa finansowego staną się ciałem może powstać na Cichej coś naprawdę fajnego. Nazwijmy to górnolotnie – Raj.

Zupełnie inaczej sprawy mają się w sąsiednich Katowicach. To niewiarygodne, że GieKSa rokrocznie miast bić się o powrót do elity przeżywa jakieś zaskakujące spadki formy u wszystkich, na których liczono. Ale oferta piłkarskich zdolności to akurat najmniejszy problem na Bukowej. Atmosfera się zagęszcza. Szantaż, nieodpowiedzialność, infantylność? Jak zwał, tak zwał, w każdym razie zachowanie właścicieli nie napawa optymizmem, a perspektywa relegacji o kilka klas z fikcji, omamów, zaczyna niebezpiecznie przybierać kształtów realnych. A wydawało mi się, że pewne marki nie może dotknąć taki los… I to jest Piekło.

Tekst, w którym podjąłem te wątki w swej najbardziej pulchnej części poświęcony był zupełnie innemu wątkowi. „Wszystko przemija, wszystko powraca, wiecznie toczy się koło bytu”, prawił Nietzsche; i tak, coś w tym jest. Dante, Loddar, Monachium i rzut karny. Niemal, jak w „Boskiej komedii”, dlatego ten fragment nazwałem „Czyśćcem”J

Poprzedni weekend futbolowy w Europie zdominowały derby praskich „S”. Już 116 lat trwa batalia, zażarta i bezgranicznie poważna rywalizacja o miano największej potęgi u naszych południowych sąsiadów. Paradoksalnie przeżywająca kryzys Slavia narobiła kłopotów pretendującej do mistrzowskiego tytuł Sparcie. Przez chwilę na fotel lidera wskoczył nawet Slogan Liberec – tu również żywot może dokonać powrotu do przeszłości.

Ciekawą „cieszynkę” przygotował na to spotkanie bohater „Zszywanych” Martin Latka – na takie coś nie wpadł ani Rocki, ani Jezierski…

Opisując inne zdarzenia, polecam przygodę Tomáša Skuhravego, ostre wypowiedzi trenerów (szczególnie Petr Rada uderzył w brać futbolistów), wreszcie niewiarygodne błędy sędziego Královca.

Aha, Hope Solo chciała grać z chłopakami, ale FIFA jej nie pozwoliła…

środa, 21 marca 2012

Dwie ostatnie części o niezwykłej personie, Petrze Uličným.

Zapraszam gorąco, poznajcie jakie znacznie ma fart, zwykłe szczęście, fuks w pracy trenerskiej. Nie raz i nie dwa ratowali mu zadek piłkarze...

Zamiast podsumowania prezentuję kilka rekordów, którymi może szczycić się popularny "John". Zaryzykowałem również i ustaliłem jedenastkę najlepszych piłkarzy, których prowadził w swojej trenerskiej karierze. Wybór nie był łatwy; problemem jest chociażby wybranie potencjalnych kandydatów. Usuwałem nazwisko za nazwiskiem, a i tak pozostało 42 chętnych;)

Moja propozycja prezentuje się na wksroś ofensywnie i atrakcyjnie, wyniki 7:5 mogłyby stanowić normę:)

Vaniak – Pospĕch, Šilhavý, Jankulovski - Sionko, Dostálek, Galásek, Maroši - Pacanda, Wagner, Heinz

Naturalnie, wspomniałem również o prolongacie współpracy Ruchu Chorzów z Waldemarem Fornalikiem, Panem Trenerem par excellence, co najmniej tak samo istotna to nowina, jak dzisiejsze zawarcie umowy z firmą Węglokoks. Czyżby po wielu, wielu latach, nastały lepsze czasy dla "Niebieskich"? Czy może jednak marzenia zabierze do Wrocławia Pan "S" lub do Gdańska Pan "T"?

Kto oglądał wczoraj emocjonujący, chociaż nie stojący na godnym poziomie, mecz półfinałowy DFB-Pokal pomiędzy SpVgg Greuther Fürth a klubem z Dortumndu, świadkiem był zaskakującej zmiany w bramce gospodarzy. Tuż przed spodziewanymi rozstrzygającymi rzutami karnymi Jasmin Fejzić zastąpił bardzo dobrze spisującego się w Maxa Grüna. Miał zostać bohaterem, został pechowcem meczu, może i sezonu. Zaledwie kilkadziesiąt sekund; piłka uderzona przez Gündoğan trafia w słupek, następnie w wielkie cielsko Bośniaka i wpadła do bramki... Kuriozum, zważywszy na okoliczności.

A dzisiaj jak będzie? Hat-trick Borussii Mönchengladbach?:)

czwartek, 15 marca 2012

Wrzuciłem nowy tekst o Petrze Uličným, to jednak fascynująca postać...

Trzykrotnie w ciągu tygodnia poprosiłem do Hotelu Diana dziewczyny z Šumperka. Ich zadaniem był aerobik do muzyki oraz powerjoga. Były to fajne, rozluźniające i wzmacniające ćwiczenia, piłkarzom całkiem się to podobało. No i my trenerzy też z tego coś mieliśmy, mogliśmy sobie popatrzeć na śliczne, młode dziewczyny.

A najzabawniejsze jest to, że „dziadziuś”, jak pieszczotliwie zwą go w czeskiej prasie, osiąga rewelacyjne wyniki. Puknięcie mistrza i to w Pilznie aż 4:0 robi wrażenie, co nie?

Pokażcie mi drugiego trenera, który prowadzi w przerwie meczy konsultację taktyczne z klozetu!!!

„Ej, dzwonię z kibla, jak oceniasz grę z trybuny? Co sądzisz o grze tego, czy tamtego piłkarza? Myślisz, że z kolei tego powinienem zdjąć z boiska?” Ale zanim zdążyłem mu cokolwiek odpowiedzieć i tak przerwał połączenie, bo musiał wracać do drużyny…, wspomina Tomaš.

Cały tekst możecie przeczytać TUTAJ.

 

Jest również krótka notka o zmarłym „Timo” Konietzka, ale o tym smutnym zdarzeniu właściwie wszyscy miłośnicy Bundesligi wiedzą...

 

PS Znalazłem zdjęcie reprezentacji Francji z 1939 roku, w której składzie występował czarnoskóry pomocnik. To całkiem ciekawy wątek, bo dość powszechnie przyjęło się rzucać nazwiskami Jeana Tigany, czy Viva Andersona, a historia okazuje się znacznie, znacznie odleglejsza...

wtorek, 13 marca 2012

Przerzut. Zwykły parszywy przerzutJ

Od jakiegoś czasu aktywność na tym blogu jest dokładnie taka sama, jak Mateusza Klicha na boiskach Bundesligi – żadna! Nie zmienia to faktu, że przecież gdzieś tam jednak się udzielam. Dokładnie W TYM MIEJSCU.

Akurat zacząłem publikować baaardzo obszerny materiał o niezwykle barwnej osobowości fachu trenerskiego, Petře Uličným. Naprawdę polecam; polecam nie dla autora tekstu, ale podmiotu. Tekst obejmuje kilka części. Wrzuciłem już wstęp, prezentujący statystyki rekordzisty ligi czeskiej (już nieaktualne po sobotnim sensacyjnym triumfie w Pilźnie nad mistrzowską Viktorią gromkim 4:0), w części pierwszej uderzyłem nieco w ton sentymentalny, bo jak przystało na człeka przed emeryturą, „John” coraz bardziej ckliwym się staje. Wreszcie najświeższy materiał to wyliczanka (z całą pewnością nie kompletna) jego wybryków, a kary finansowe były mu codziennością; niektóre jednak były konsekwencją tak nieprawdopodobnych ekscesów, że muszkieterzy z Zabrza wcale nie imponują… Na wypuszczenie w „wirtual” czekają jeszcze trzy kolejne części.

Miłej lektury.

 

Pogranicza będą żyły dalej; coś tam wartościowego kiedyś naskrobałem, szkoda byłoby kasować, myślę. Jakieś statystyczne kalambury chyba łatwiej będzie tutaj dodawać; postaram się również linkować te, co smaczniejsze kawałki w nowego sieciomiejsca.

środa, 01 lutego 2012



I'm on a roll
Mam trzydziestkę na karku i jestem w świetniej formie; jeszcze moment i wskrzeszę marzenia, te najznakomitsze, te które mnie niosą; nogi również mnie niosą, same; a ja biegam, tańczę, kopię i gryzę. Jestem zły do szpiku kości! Jestem najlepszy!

No self control
Kontroluję kiedy się nie kontrolować, za to ty bratku nie masz tu czego szukać. Běž do prdele! Jeśli spróbujesz tędy przejść setnie się zdziwisz. Wali mnie kolor twoje skóry, narodowość i wyznanie. Spójrz mi w oczy, co widzisz, bratku, he?  Jestem zły do szpiku kości! Jestem najlepszy!

I'm blowing off steam with
Methamphetamine
A teraz mam zamiar zwariować, całkiem odlecieć, ubywać i roznieść wszystko, wszystko, a głównie siebie! A U T O D E S T R U K C J A ! ! ! Bo na imię mi C10H15N . Jestem zły do szpiku kości! Jestem najlepszy! Najlepszy! Najlepszy! Ja!

Niewiele napisano o tem po naszej stronie Olzy. Po meczu Ligi Mistrzów w Borysowie, okazało się, że jeden z graczy Mistrza Czech przeholował, co nieco z niedozwolonymi środkami. Szok. Nikt właściwie nie posądzałby akurat Davida Bystroňa, nie jego. Twardziel, obrońca starej daty, który kopać piłkę za bardzo nie potrafi, co najwyżej rywala. Ale być twardym, nieustępliwym, silnym – to wystarczające argumenty, żeby atakujący, kimkolwiek by nie był, próbował nacierać z szacunkiem, bo się może skończyć źle...

Dwukrotny mistrz: mistrz z Ostrawą, mistrz z Pilznem. Zagraniczne wojaże ograniczyły się w jego przypadku zaledwie do podróży do Sofii, a i tam króciutki pobyt miał swój smak, i nie chodzi mi bynajmniej o Cabernet; to zapewne również, ale przede wszystkim wywalczył tytuł czempiona w Bułgarii.

Tymczasem gość, który rozegrał w czeskiej lidze bez jednego 250 spotkań może przejść do historii, jako nr 10. Przed nim byli Kovačík, Poštulka, Prokop, bracia Prokop i Jaroslav Veltruskcy, Havlíček, Kouba Drobný i Zapalač. Po tej ekwilibrystyce z własnym organizmem, piłkarskimi federacjami, agencjami prasowymi i własną głupotą właściwie żaden z nich nie wrócił już do prawdziwego grania, wiecie, takiego absolutnie topowego, jak na ich możliwości. I nie ważne, czy Bystroň chciał się zabawić na dysce, miał problemy seksualne, czy naiwnie sądził, że pomoże mu to w grze. Zrobił z siebie frajera. Przegrał...

wtorek, 24 stycznia 2012

Za nami pierwsze gry po krótkiej, zaledwie miesięcznej, przerwie w niemieckiej Bundeslidze. W poprzednim wpisie sugerowałem drobną analogię, analogię mającą za podstawę jeden, unikatowy fakt z historii Bundesligi – wygraną Borussii Mönchengladbach w Monachium. Podszczypując nieco rzeczywistość rozmarzyłem się nad dalszymi losami bieżących rozgrywek, aż tu hokus-pokus oddał dokładnie taki sam rezultat, jak w roku 1996! Naturalnie takiej okazji nie mogły zaprzepaścić oba giganty z Westfalii, i tak oto nowe otwarcie sezonu zdramatyzowało Bundesligę - pierwsza trójka ma dokładnie taki sam bilans punktowy, a kopciuszek z Gladbach czai się dokładnie krok za nimi!

Dziwny był to mecz, mecz piątkowy. Nie łatwo go zanalizować, bo czy ktoś wierzy, że mógłby drugi raz przebiegać analogicznie? Spotkały się dwie drużyny ze znakomitymi liniami defensywnymi i jak to bywa nierzadko w takich przypadkach najznamienitsze piętno na zawodach odcisnęły błędy indywidualne. Szczególnie, a żadne to odkrycie, wypalił znamię klops Neuera. BMG dwukrotnie puknęło Bawarczyków i za każdym razem reprezentacyjny golkiper Wunderteamu Joachima Löwe'a nadawał kształt nadziejom skazywanym na pożarcie dzieciakom z Borussia-Park. Od tego momentu szachowano się taktycznymi zagrywkami, przy czym gospodarze stąpali bo bardzo cienkiej linii ryzykując grą na offside. Minimum sytuacji, maksimum biegania; przewaga milusińskich Kaisera była niepodważalna, druzgocąca i na miarę pykania drużyny z Katalonii, z tym jednym wyjątkiem, ze ter Stegen właściwie tylko raz musiał udowadniać swój nieprzeciętny talent. Ciekawe są statystyki, gracze BMG przebiegli łącznie 123,3 km, a to oznacza, że – poza rezerwowymi, tylko bramkarz nie przekroczył granicy 10 km!!! ogólnie jednak osiągnięcia miejscowych były mizerne przy podopiecznych Heynckesa: dwukrotnie mniej strzałów, trzykrotnie mniej podań i aż dwunastokrotnie (sic!) mniej ataków skrzydłami. Kontakty z piłką? Nie wiem, czy Philip Lham kiedykolwiek pieścił się z nią częściej, popatrzcie tylko:

Lham 127

A jednak to Borussia zwyciężyła, między innymi dzięki bohaterskiej postawie Patrika Herrmann, który z zimną krwią i zabójczą precyzją wykorzystywał to wszystko, co mu się przytrafiało. Twierdzenie, że może zastąpić Reusa, to jednak spore nadużycie; zupełnie inny typ gracza, gorsza technika i warunki fizyczne, sądzę, że poza ponadprzeciętność nie podskoczy, ot ligowy, solidny gracz, jak Marco Marin...

Patrik Herrmann

Największym nieudacznikiem spotkania, obok nieszczęśnika Neuera naturalnie, mianował się Arjen Robben. Jego postawa była zadziwiająca – zaledwie dwa wygrane pojedynki!!! Taki Arango, najlepszy pod tym względem na boisku, ogrywał rywali aż piętnastokrotnie... I jeszcze jedna uwaga, taka, wiecie, co nieco wyjaśniająca dlaczego Bundesliga to najwyższa klasa piłkarska, a nasza liga, gdyby nie emocjonalne przywiązanie, trudna byłaby do oglądania. Mimo napiętej atmosfery i wielkiego wyzwania skuteczność podań obu drużyn nie zeszła poniżej 75%

Youtube


Po spotkaniu Großkreutz i Götze pogratulowali SMS swojemu nowemu koledze, Reusowi i wyniku i postawy; z tym Reusem to też warte zastanowienia, z nim i Neustädterem; obaj nie są już zawodnikami BMG, ale grają w pierwszym składzie i grają naprawdę dobrze i z zaangażowaniem; u nas najczęściej odsuwani są od składu. Zauważyliście na filmiku reakcję Reusa po golu? Zawsze ekspresyjny, tym razem zdecydowanie stonowany w zachowaniu, jakby nie chciał za bardzo drażnić kibiców...

Nie sposób nie odnieść się również do kapitalnych zawodów drużyny z Dortmundu, w której prym wiedli polscy piłkarze. Zniszczyli rywali z Hamburga i to bez pomocy całkiem niepewnego od początku sezonu bramkarza Drobnego.

W ten oto sposób w jedenastce kolejki oficjalnego serwisu Bundesligi znaleźli się wyłącznie gracze Borussii, jednej lub drugiej, ale przecież Borussii; i miło, że poza Kubą oraz Lewym, upchano na prawej obronie również Piszczka...

piątek, 20 stycznia 2012

Uhu, spoglądam na datę ostatniego wpisu i rumienię się setnie. Czas dość bezwzględnie obszedł się ze mną. Prawda jest jednak taka, że znalazłbym dość zasobny portfel ważkich usprawiedliwień dla takiego stanu. Jednak nie zamierzam się sumitować, najważniejsze, że ten momencik posuchy aktywnie wykorzystywałem, w tym również na niwie futbolowej; wciąż i wciąż mierzę się z materią okresu wojennego w historii piłki nożnej Górnego Śląska – wiecie, że Schalke 04, ówczesny Mistrz Niemiec, zostało zaproszone do Chorzowa już w listopadzie 1939 roku? Mieli zainaugurować nowopowstały klub, mianowicie Deutsche Bergknappen Königshütte; wymigali się trudnościami z okresem urlopowym, co uniemożliwiało zebranie składu, przesłali jedynie gratulacje i życzenia powodzenia. Jak wielu z Was zapewne wie, do Chorzowa dotrą dopiero w 1944 roku…

Wymyśliłem odrobinę czasu dla siebie, na ten wpis właśnie, bo już za momencik rusza Bundesliga – najlepsza piłkarska liga świata, dla mnie oczywiście. Zaczyna się smakowicie, od wykwintnego klasyka, bo potyczka Borussii Mönchengladbach z Bayernem München uchodzi, zawsze!, za to najlepsze, co mogą zaoferować niemieckie rozgrywki. Mecz przyprawia dodatkowo pewna drobnostka – dotychczas tylko raz zdarzyło się, by „Źrebięta” zwyciężyły giganta z Bawarii na jego stadionie, a to dostarcza pokus w poszukiwaniu analogii. Zawody rozegrano w pierwszej rundzie, tak jak i teraz, choć w znacznie odleglejszym terminie. Bayern był zdecydowanym faworytem dysponując diamentami w składzie: wyśmienitym Francuzem, najlepszym niemieckim bramkarzem, rewelacyjnym napastnikiem, czy wybitnym pomocnikiem. Dzisiaj mógłbym napisać dokładnie to samo, gdyby nie błahostka – niepokorny Francuz, jak najbardziej słusznie wyleciał z boiska w potyczce z Kolonią i na murawę Borussia-Park nie wybiegnie… Ale najlepsze wiadomości mam dla… fanów klubu z Dortmundu (którego lubię jeszcze mniej za podkupienie Marco Reusa); otóż w pamiętnym sezonie 1995/96 Borussia, ta jedyna, z Gladbach, zajmowała po pierwszej rundzie czwarte miejsce – a więc tak, jak obecnie. O mistrzostwo biły się właściwie tylko dwa klubu, Bayern i BVB właśnie – stan podobny. Bohaterzy z Nadrenii zwyciężyli w rewanżu, łupiąc Bawarczyków łącznie o 6 punktów – tak, macie rację moi drodzy, właśnie sześć punktów przewagi miał na koniec sezonu Dortmund nad ekipą… (tu chciałem wstawić nazwisko ówczesnego trenera Bayernu, ale było ich w sezonie aż trzech, w tym przez momencik sam „Cysorz”), trzymajcie więc kciuki za drużynę Favre’a, tak samo mocno, jak ja;)

Jest też dobra wiadomość dla fanów Schalke – pomimo słabej jesiennej rundy, „Górnicy” wdrapali się wówczas na trzecie miejsce, a i my, sympatycy BMG, mamy nad czym cmokać, bo ekipa Uwe Kampsa (wówczas czołowy bramkarz Bundesligi, dzisiaj szlifierz talentu ter Stegena) utrzymała sensacyjne czwarte miejsce i zaliczyła epizodzik w Pucharze UEFA (brawurowo eliminując słynny Arsenal). Gra w Europie umożliwiła jeszcze ten jeden sezon zachować baśniowy skład (z takimi słodyczami piłkarskimi, jak Effenberg, Dahlin, Patryk Andersson, czy Pflipsen.…), była jednak jutrzenką gorszego, Styksem wiodącym wiadomo gdzie.

A więc precjoza bundesligowe są tuż, tuż… przeglądam zmiany w kadrach i uderza mnie konsekwencja – czołówka klubów niemieckich nie udaje, że rewolucja w składzie przynosi efekty znamienite. Konsekwencja, po raz kolejny przychodzi mi użyć tego słowa, konsekwencja ponad wszystko. Żadnych nerwowych ruchów, zaklinania rzeczywistości. Jeśli coś ma pyknąć, to podstawą jest stabilizacja. Nikt z górnej części tabeli nie przekombinował, nawet nie próbował. Cokolwiek znaczącego ma zajść, zajdzie dopiero latem (na pohybel BMG, niestety). Troszkę inaczej jest z zespołami walczącymi o utrzymanie, choć i tam strategie bywają różne. Jedni, jak Augsburg, HSV czy Mainz unikały roszad w składzie, inni szukali cudu sprowadzając, co tylko było w ich finansowym zasięgu, przy czym dla Freiburga wszelaki zapis w rubryce „Przyszli” jest psu na budę, skoro odszedł do Newcastle Papiss Demba Cissé. Gość jest niesamowity, już nie mogę się doczekać gier Senegalu w Pucharze Narodów Afryki – ich kadra również jest niesamowita, a linia ofensywna przeraża niezmiernie: Sow, Camara, Ba, Niang i Cissé właśnie. Jeden z faworytów, bezapelacyjnie!

 

Osobna kategoria to Wolfsburg, a dokładniej Magath. Jak to już do znużenia bywa przy każdym okienku transferowym, facet dokonywał takiego przemiału ludzkiego, że ruch na korytarzach był nie mniejszy niźli w warszawskim metrze; ostatecznie skończyło się ośmioma nowymi i czteroma oddanymi.

 

PS Postscriptum jest od tego, by nasmarować coś niepowiązanego z treścią główną, i taki mam właśnie zamiar. W serwisie Weszło można przeczytać bardzo ciekawy wywiad z Panem Łukaszem Mazurem. Osoby przedstawiać nie trzeba, w każdym razie łatka człeka kontrowersyjnego została ostemplowana tą konwersacją; uważny czytelnik rozszyfruje bez problemu nadrzędność takiej postawy, jak dla mnie, całkiem słusznej. Ale polskie środowisko futbolowe nie dorosło wciąż do mentalnej ejakulacji; tak długa, jak firmy bukmacherskie nie będą mogły sponsorować klubów (w Czechach takie przedsiębiorstwo ma nawet prawa telewizyjne), producenci alkoholi również będą blokowani, a mediom sprzedawać się będzie spleśniałe kawałki z lat siedemdziesiątych, ewentualnie Okęcia, zamiast dorzucać do ognia ciągle i ciągle, tak długo frekwencja będzie okazjonalna, a zainteresowanie społeczne piłką na poziomie mniejszym niż Małyszem. Gdyby zapasy na linii Mazur-Smagorowicz/Patermann (czyli de facto Górnik-Ruch) miała konsekwentny ciąg dalszy mogłyby stworzyć właściwe środowisko dla lobowania u sponsorów, coś jak ekspansja Schalke i Dortmundu w Westfalii, ale nie, po co, to przecież takie niesmaczne było i gupie i do pupy… Jak to śpiewa Tymon Tymański, Don’t Panic! We’re From Poland, a futbol to przecież nasz narodowy sport. Jak to u nas godajom: Ja, yhym…

czwartek, 22 grudnia 2011

Tegoroczne piłkarskie ostatki w Niemczech przyniosły dwa ważkie zdarzenia; zacznę od tej istotniejszej, która w pewien sposób nawiązuje do poprzedniego wpisu.

Zastanawiając się nad okowami futbolu, które nakłada machina pomieszania komercjalizacji, wyrachowania i konkurencyjności ocierającej się w wymiarze mentalnym o totalną wojnę ze smutkiem konstatuję, że wszystkie chwyty dozwolone stanowi par excellence sens już nie sport, a biznesu o rejestrze rozrywki. Marco Reus w specjalnie profilowanym bucie chroniącym jego połamany lewy palec u nogi? Kontuzja małego palca? Toż to wyśmienity pretekst do likwidacji gościa! Czy w futbolu, jak w hokeju na lodzie musi się znaleźć miejsce dla facia od czarnej roboty, którego jednym z nadrzędnych celów ma być skasowanie najniebezpieczniejszego ogniwa rywala? Po tym co starał się wczoraj zrobić Jermaine Jones taki profil gracza zaczyna gdzieś funkcjonować, przynajmniej w mojej głowie… OK., kiedyś byli brutale; ale brutal był brutalem, bo nie koniecznie potrafił być piłkarzem; każdy wiedział, uważaj na Butchera! Nie wdawaj się w walkę z Vinniem! Szykuj się na Effenberga! To jest Keane lepiej żebyś poznał go teraz niż po którymś ze starć! Ale Jones? Jermaine Jones? Jasne, łapie kartek od cholery, ale takie coś?

Zwróćcie uwagę na lewą stopę Marco Reusa, tą ze złamanym palcem…

 

Druga sprawa to sposób, w jaki pożegnano rok w Norymberdze. Mecz miejscowego 1.FC z SpVgg Greuther Fürth nie jest zwykłym meczem, to nawet nie derby, to coś więcej. Oba kluby rywalizują ze sobą od wczesnych lat minionego wieku i tak rywalizacja przerodziła się w niezdrową konkurencję, dominację we Frankonii. Zresztą, już przed drugą wojną miało swoją moc niszczycielską. W październikowym meczu z roku 1929 sędzia odgwizdał aż 79 fauli, a trzech graczy zmuszony był usunąć z boiska! Ale wtedy w parze z agresją szły umiejętności; to właśnie odwieczny rywal z Fürth przerwał niecodzienną serię 1.FCN, uwaga!, 104 meczów z rzędu bez porażki! Miało to miejsce w latach 1918-1922. W okresie największych sukcesów obu drużyn doszło do kuriozalnej sytuacji – w drużynie reprezentacji Niemiec na spotkanie z Holandią (1924, 1:0) oddelegowano na boisko wyłącznie graczy tych dwóch zespołów! Nasi zachodni sąsiedzi wystąpili w następującym zestawieniu: Kalb, Franz, Stuhlfauth, Seiderer, Müller, Kugler, Träg, Schmidt, Ascherl, Auer, Hagę.

Dzisiaj niestety pozostały głównie niezdrowe emocje, bo z umiejętnościami jakby gorzej. Po pucharowej porażce ze znienawidzonym przeciwnikiem gniew pchnął fanatyków norymberskiej drużyny do gorszących scen. Również na treningu dali upust swemu niezadowoleniu wypisując na ścianach obraźliwe hasła skierowany do zawodników własnej drużyny…

Eliminować. Wszystkich!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Kto pamięta grę Speedball, no kto? Niezła młócka, przyzwoita grafika, świetna grywalność, emocje i roztrzaskane styki. Gladiatorzy stosując wymyślne triki a przede wszystkim siłę fizyczną ładują brutalnie ognistą kulę do bramki. Inna wersja piłki ręcznej, barbarzyńska, agresywna; inny strój sportowców, masywny chroniący kończyny i głowę oraz klatkę piersiową, niemal zbroja. To były czasy!

Nawiązuję do tej kultowej gry zastanawiając się, jaki ekwipunek będzie przynależny piłkarzom za lat kilka. Jak długo czekać będziemy na regularne występy w chroniących czaszkę specjalnych czapkach, czy wręcz kaskach? Petr Čech i Chivu wyznaczają trend, a przypadek Przemysława Tytonia też dorzucił trzy grosze; albo maski ochronne po złamaniu nosa, tak popularne ostatnio, tak częste w coraz bardziej atletycznej rywalizacji...

Zresztą czeski bramkarz to ewenement, bo jego pech uruchamia wyobraźnie w najlepsze. Można go wyobrazić sobie na przykład tak:

Przepotwarzanie się po czesku

Przepotwarzanie się po czesku. Źródło: http://www.whoateallthepies.tv/chelsea/95902/snapshot-petr-cechs-helmet-has-evolved-now-one-step-away-from-building-a-death-star.html

I serio, wcale nie jest to tylko zabawa, ale realne zagrożenie (?) dla tego sportu. Ile to potrwa, zanim na murawę wybiegać będą okuci po czubek głowy, nie mam pojęcia, wiem jedno – dzisiaj kontuzja przestaje być wytłumaczeniem dla zawodnika. Z jednej strony ambicja sportowca, by udowadniać swoją wartość i przebijać się na szczyty rozpoznawalności i zamożności (absurdalność zarobków piłkarzy powoduje, że budowanie przyszłości synka zaczyna chyba skręcać z prestiżowych zawodów usługowych, inżynieryjnych, sądowych, medycznych, czy zarządzania w kierunku właśnie sportu), z drugiej naciski klubów, którzy czynią z zawodnika zakładnika, niewolnika wręcz, wymagając poświęcenia za każdą cenę, nawet za cenę zdrowia i bezpieczeństwa. Po tych wszystkich ochronnych elementach twarzoczaski przyszła kolej na stopy – Marco Reus, złote dziecko Borussii, jeden z najciekawszych młodych piłkarzy Bundesligi zagrał w spotkaniu z FSV Mainz 05 w specjalnym obuwiu osłaniającym złamany palec. OK, być może takie praktyki miały już miejsce, ja akurat w tym momencie zwróciłem na to uwagę. Tak, czy siak, szykuję się na moment, gdy drużyny piłkarskie wybiegać będą na murawę we wdzianku rodem ze Speedballa...

 

A wracając do czysto piłkarskich spraw. Wyśmienite danie zaserwowano w 2. Bundeslidze. Piątkowe spotkanie lider, Fortuny Düsseldorf, z walczącą również o awans drużyną SV 07 Padeborn smakował znakomicie; efektowne akcje, dużo spięć podbramkowych i dramaturgia do samego końca. Pierwsza ligowa porażką F95 powoduje, że atrakcyjność rozgrywek jeszcze narosła. Przy okazji pozwolę sobie na pewne refleksje. Pierwsza dotyczy napadziora miejscowych, Saschy Röslera; do diabła, uwielbiam takich zadziorów. Facet ma 35 lat, a chce mu się bardziej niż wielu, wielu młodych smarkom. Chce mu się, bo pewnie zdaje sobie sprawę, ze to ostatni moment by jeszcze pograć trochę w Bundeslidze, w której nie zaistniał jakoś specjalnie. To w jaki sposób walczy i w jaki prowokuje, w jaki pyskuje i ile wysiłku wkłada w mecz jest imponujący, zwłaszcza w zestawieniu z takim barankiem pokoju jak Maximillian Beister:) Niegrzeczny, duży chłopiec. A druga sprawa tyka się Ratajczaka. Stary koń, a robi błędy okrutne. Zadziwia. Zadziwia mnie, jak to bramkarze potrafią wpaść na idiotyczny pomysł bronienia skrajnie trudnej do wyciągnięcia piłki dwoma rękoma, albo, co pokazał nam kiedyś Dudek, ręką dalszą. Facio po trzydziestce powinien już wiedzieć, jaka forma interwencji zapewnia większy zasięg, ale nie, po co, przecież można zapewnić więcej emocji;)

Zapraszam na obszerne fragmenty, zapewniam, warto, warto, warto


Pierwszy raz od niepamiętnych dla mnie czasów (a może po prostu ciankol jestem i o czymś nie wiem), mecz na szczeblu centralnym w Niemczech rozegrano bez udziału publiczności. Nawet zadymiarze z Frankfurtu nie postarali się w poprzednim sezonie o taką karę*. Jednak po derbach z St. Pauli tym razem nie przepuszczono Hansie Rostock; jak tylko te dwie ekipy grają ze sobą chuliganie używają sobie do woli, tym razem banany pewnie jeszcze by wybaczono, ale obrzucenie sektora gości racami już nie, słusznie zresztą, jak myślę. Żeby była jasność, kibice spod pirackiej flagi też nie zachowywali się, jak w teatrze; mecz został przerwany na dziesięć minut a konsekwencje ciągną się za jednymi i drugimi**. Jakby tego było mało, jeszcze piłkarze dołożyli, i to dosłownie, co nieco na murawie. Kto widział brutalne i chamskie zagranie Weilandta na Morenie wie o czym piszę; gość wyleciał już w ósmej minucie, jego drużyna przegrała, a sam zasługuje na nazwanie go tym, czego według reprezentantów Czech brakuje Radkowi Drulakowi.

Skrót można zobaczyć TUTAJ.

Kolejny więc ekscytujący mecz w Rostocku***, mecz z Dynamo Dresden, które też grzecznych fanów nie ma, odbyło się w cmentarnej atmosferze. Niemiecka prasa nazwała to spotkanie „Gesiterspiel” (mecz widmo) i rzeczywiście nie dało się na to patrzeć; wyłączyłem po kilku minutach...

A skoro mowa o St. Pauli, to za chwilkę frapująco zapowiadające się zawody z Eintrachtem Frankfurt;]

 

* Pierwszy mecz tego sezonu, od razu podwyższonego ryzyka, bo z... St. Pauli, rozegrano przy ograniczonej widowni, ograniczonej do zaledwie 16,500...

** O karze dla Hansy już było; dopowiem jeno, że na St. Pauli nałożono karę w wysokości 20,000 euro.

*** Gwoli ścisłości, kolejne spotkanie rozegrano na DKB-Arena już tydzień później i te zawody kibice jeszcze mogli zobaczyć z trybun stadionu...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16