Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

Moje Grand Derbi

Wielu jeszcze nie posprzątało okruchów i nie wytarło gęby po sobotnim Grand Derbi, przyjemnym, ale i nudnym, ja chciałbym jednak napisać o czymś innym – fenomenie piłki, jako takiej i moim osobniczym Grand Derbi, które odbyło się dzień później…

Świat się przybliża, jest tuż za oknem; można wyjrzeć na mecz gigantów w Madrycie, rzucić okiem, co dzieje się w Londynie lub trafić do Rzymu, gdzie przecież prowadzą wszystkie drogi. Można. Zastanawiam się, jak bardzo ta bliskość oddala ludzi od futbolu. Dziś, mając tak szalone możliwości, mogąc przemieszczać się z miejsca na miejsce właściwie nie ruszając czterech liter, to, co fascynowało zostało zmielone, destylowane; dzisiaj wsuwając chipsy zaglądanie na niewiele znaczące mecze medialnie kreowane na wydarzenia wielkiej rangi, szlagiery, topowe – przymiotników można stosować bez liku – jest tak samo modne i tak samo dobrze widziane, jak słuchanie Rubika (choć nie, gość się skończył, do końca będzie kojarzony już tylko z z dżinglem „Wiadomości”, więc wstawcie tu kogoś innego); w każdym razie wiecie o co mi chodzi, o pięciominutową sławę, meteor – w sztuce przeważnie oznacza chłam podtarty odpowiednią grą promocyjną, w sporcie petrodolary, ruble, jeny, rzadziej euro czy dolary…

Dzisiejszy „kibic” interesujący się piłką to tak naprawdę bękart mojego pokolenia; to łebek w koszulce medialnego klubu znający jego historię do trzech edycji Ligi Mistrzów wstecz, na którego pokaźnym brzuszysku świetnie układa się PlayStation; to tyrający robol, który dopasowuje emocje piłkarskiego spotkania do skrótu pojawiającego się w górnym rogu ekranu (jeśli potrafi je rozszyfrować, znaczy się mecz jest zajebisty a emocje sięgają zenitu, byleby nie tego z Petersburga)*. Mógłbym tak długo jeszcze. Kiedyś futbol w swym majestacie miał coś ze sztuki, dzisiaj coraz bardziej przypomina monstrum zjadające własne cielsko, przepotwarzające się, realizujące szatański pomysł konkurowania z wszelkiego rodzaju show. Więcej, tłuściej. Mało kto pamięta, jak nazywa się klub z jego miasta, wie za to ile razy rozebrała się jakaś WAG, znacznie bardziej rozpoznawalna od klasowego gracza niszowej drużyny piłkarskiej; mało kto interesuje się ligą jako taką. Po co, skoro wystarczy sprawdzić pierwszych pięć miejsc, niezmiennie z tymi samymi klubami, nieco jedynie poprzestawianymi (bardzo rzadko, ale jednak, zdarza się użyć opcji „Rozwiń tabelę”), ewentualnie włączyć „Wiadomości”, „Informacje”, czy co tam jeszcze, by dowiedzieć się, co słychać u Wielkiej Czwórki (tabelę można zawsze przedstawić tak, jakby składała się tylko z tych miejsc, które zajmują akurat pupile, piąte, czy dziesiąte, za to bez trzeciego, czy czwartego, co za różnica przecież…). Wszystko kłębi się, prycha, wydobywa nieznośny smród, a gawiedź tańczy i śpiewa coś tam o wyższości Messiego nad Ronaldo… Podejrzewam, że dopiero wielkie bankructwa kilku gigantów, które niechybnie nastąpią (chyba, że Platini tupnie nogą wcześniej), mogą przynajmniej nieco uzdrowić sytuację…

Czerpanie satysfakcji.

Goście dalej człapią w miejscu. Tymczasowy trener to rzadko bywa dobre rozwiązania, zwłaszcza, gdy spotkanie ogląda już ten przyszły. Przed legendą niemieckiej piłki, Rudim Bommerem**, dość trudne wyzwanie, podwójnie trudne. Przegrać najbardziej prestiżowy mecz w tej części Niemiec to policzek, ale bardziej kibicowski, przegrać ligę, to znacznie poważniejszy problem. Na razie brzmi to może mało rozsądnie, ale przecież na takim samobieżnym chałturzeniu o katastrofę nie trudno. Co to za energia drużyny, skoro w trzynastu meczach pod rząd, daje ledwie dwie wygrane? Sam mecz był niezły, choć zabrakło w nim czegoś, jakiejś takiej futbolowej agresji na piątym biegu, ale i tak uderzyły mnie trzy sprawy – wyszkolenie zawodników: gościu, możesz być przeciętniakiem, możesz być powolnym półgłówkiem, ale jak już dostaniesz gałę i trochę miejsca (na przykład przy stałym fragmencie gry), to poślesz ją siedem razy na dziesięć dokładnie tam gdzie chcesz (chciałem napisać, że u nas proporcje są odwrotne, ale to nieprawda; w końcu zbyt wiele do powiedzenia ma przypadek, o czym przekonuje cykl Turbo-kozaka prowadzony przez Canal+; to niewiarygodne, jakie braki mają nasi ligowcy – grając w Pelego czy Chu… no niech będzie, że w Pana ci goście notorycznie dostawaliby baty na moim starym podwórku); wstrząsnęło mną, który to już raz, jak to bohaterem zostaje gość kompletnie nic nie pokazujący; ale wystarczyło znaleźć się dwukrotnie w odpowiednim miejscu i wykończyć dwie fantastyczne akcje kolegów, przy okazji wykańczając rywali. No i mieć nieco fuksa, jak przy drugim trafieniu. Wreszcie zmasakrowała mnie pierwsza bramka gospodarzy. Niżej wklejam filmik z meczu; popatrzcie uważnie, wow, co za latara, imponujące!

 

* Robole – tak nazywam każdego, kto po pracy tanim usprawiedliwieniem zmęczony jestem usprawiedliwia lenistwo. Ok., są zwody, są dni, kiedy faktycznie, dajesz z siebie wszystko i masz ochotę zatrzasnąć za sobą drzwi do pokoju i wstać z łóżka najwcześniej po weekendzie, nawet jeśli jest dopiero wtorek. Ale ględzenie, w stylu, oglądam mainstreamowe seriale bo zmęczony jestem; kibicuję Lidze Mistrzów, bo zmęczony jestem; nie mam pasji, bo zmęczony jestem; zmarnowałem kawał życia bo byłem zmęczony – genialne;]

** Niech się tam Bommerowi wiedzie, chociaż mógł zostać w tym Wacker Burghausen dłużej niż do końca roku. Cholernie szkoda mi zwolnionego trenera Wollitza…

 

A na koniec gratka dla wszystkich polskich ligowców, zwłaszcza dla Pana Wodeckiego – nawet w partaczeniu są od was lepsiJ

W akcji Edgar Prib

 

Swoją drogą pierwsza połowa meczu na szczycie zaplecza Bundesligi był znacznie lepszy niż to coś, co grano chwilę potem w Londynie. druga już nie była tak atrakcyjna, jakby zawodnicy wiedzieli, ze większość widzów przełączy się na to coś.



środa, 14 grudnia 2011, marll80

Polecane wpisy