Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

Miałem zajebisty dzień

Nie wszystkim udało się uniknąć kompromitacji w kolejnej rundzie DFB-Pokal. Najbardziej oberwało się „Zebrom”. MSV Duisburg poległo z czwartoligowym Holsten Keil i tak po prawdzie była to jedyna poważna niespodzianka wtorkowo-środowych gier. W ostatniej chwili ze stryczka urwała się Borussia Mönchengladbach, która straszliwie wycierpiała się w meczu z trzecioligowym 1.FC Heidenheim. Skórę „Źrebakom” uratował bodaj największy talent wśród niemieckich młodych bramkarzy, André ter Stegen. Jeszcze w normalnym czasie gry wybronił setkę, ale przede wszystkim jego dwie świetne interwencje w serii rzutów karnych pozwoliły uniknąć blamażu słynnej Borussii.

 

Dziewiętnastolatek w bramce utytułowanego klubu z Nadrenii radzi sobie coraz lepiej. Już przed rokiem okrzyknięto go odkryciem ligi, wraz z Draxlerem z Schalke. Znamienity wpływ na jego karierę ma legenda Borussii, Uwe Kamps, który opiekuje się młokosem już od pięciu, sześciu lat. Jak widać ze znakomitym skutkiem.

 

Ale do Kampsa ter Stegenowi wiele jeszcze brakuje. Jeszcze nie ma oferty z Realu Madryt*, jeszcze nie stał się historią klubu, a nawet te dwie jedenastki nie są niczym wyjątkowym przy dokonaniu jego trenera.

 

Uwe Kamps – legenda. Jeden z najlepszych golkiperów Bundesligi przełomu lat '80 i '90, chociaż nigdy nie było mu dane zagrać w barwach narodowych. Blisko czterysta gier w najwyższej klasie rozgrywkowej, blisko sto meczy bez puszczonego gola, a jednak to najpiękniejsze wydarzyło się poza ligą. Był kwiecień roku 1992, półfinał DFB-Pokal, mityczny Bökelberg-Stadion. Uwe Kamps siedział już w klubie dziesiąty sezon, czyli zbliża się do połowy kariery w Borussii. On, gość z Nadrenii, emocjonalnie związany z regionem, klubem, kibicami, a zarazem już wystarczająco stary facet, by wygrać coś więcej niż jedynie brązowy medal Igrzysk Olimpisjkich w Seulu**. Przeciwnikiem Borussii świetna ekipa z Leverkusen; naprawdę mieli wtedy mocną pakę, z Kirstenem, Thomem, Lupescu, Jorginho, ale też Leśniakiem*** i Buncolem. Do przerwy faworyt, czyli „Aptekarze”, prowadził 1-0, a powinien wyżej (zmarnowana okazja Thoma), wprawdzie po zmianie stron posiadający wyrzutnię rakietową w nodze Thomas Kastenmaier wyrównał, ale szanse tak naprawdę wyrównały się dopiero kilka minut później, gdy wściekły Franco Foda, poszkodowany przez Martina Maxa, nie wytrzymał drwin Franka Schulza, i odepchnął go na tyle wyraziście, że długowłosy pomocnik BMG mógł nieco przyaktorzyć. Dopiero po czerwonej kartce mecz toczony był na równych zasadach, ale gole padły dopiero w dogrywce. Najpierw niezawodny Hans-Jörg Criens dał prowadzenie Borussii i gdy, już, już otwierano szampany, Andreas Thom zrewanżował się za klopsa z pierwszej części gry i w 119 minucie doprowadził do remisu. A więc rzuty karne. Właściwie trudno o nich cokolwiek napisać. Sądzę, że obraz odda najlepiej, co tam właściwie się wydarzyło:

 

Kamps został bohaterem, jasna sprawa, został wpisany na karty historii futbolu, też jasna sprawa, został niemal zaduszony przez kolegów z drużyny (dopiero przytomny Schulz zaczął ściągać z niego te ludzkie masy umożliwiając oddychanie), a redaktor Rolf Töpperwien został bez portfela****. Nie może też dziwić, że do dzisiaj uważa to spotkanie za swoje najlepsze w karierze, najbardziej spektakularne. Cholera, jak już napisałem, dzięki niemu przeszedł do historii, bo na takim poziomie tylko Helmuth Duckadam dokonał takiej sztuki, zresztą w jeszcze bardziej prestiżowej potyczce. Kamps był tak nakręcony, że żałował, autentycznie żałował tego, że gracze z Leverkusen nie wykonywali jeszcze jednej, tej piątej jedenastki; był pewien, że i z nią by sobie poradził, a najlepiej, gdyby jeszcze mógł wszystko zakończyć wbiciem gola decydującego.

 

Intuicja, instynkt, szczęście. To był mój zajebisty dzień.

 

Pewność siebie dała mu pierwsza interwencja. Strzał Jorginho nie dość, że słaby to całkiem przewidywalny, dokładnie tak, jak powiedział Kampsowi Jürgen Gelsdorf, który niewiele wcześniej trenował Brazylijczyka w Bayerze właśnie. Wszystko wykonał, jak z zaprogramowanego mechanizmu, Uwe na tym skorzystał i potem już poszło z górki; no, może nie tak zupełnie, bo co jak co, ale uderzenia Herrlicha i Lupescu były jednak solidne. Wyczekać do końca, skoncentrować się na strzelającym, uwzględnić nogę dominującą u niego i liczyć na fuks. Proste i działa. Fuks to na przykład popis ostatniego ze strzelających. Martin Kree zawsze walił na pałę, prawie zawsze, a tym razem spartolił to setnie.

Nie było happy endu jednak. Pisałem już zresztą o tym. I tym razem to ktoś inny został bohaterem rzutów karnych. Właściwie to trudno też stwierdzić jednoznacznie, czy z Kampsa był taki fachowiec od jedenastek, czy nie za bardzo. Bilansik dwanaście na czterdzieści jeden może i nie imponujący i dziewczyny na to nie polecą, ale przecież nie tylko najlepiej w historii klubu, ale po prostu dobra średnia w historii całej ligi.

 

A puchar? Facet z tytanowo uzupełnionym kolanem zdobędzie go cztery lata później...

 

* Uwe Kamps miał ofertę przejścia do „Królewskich”, niestety nie wiem dokładnie w którym roku. W każdym razie nie skorzystał. Oficjalnie, dlatego, że miał ważny kontrakt, a taka okazja trafiła się całkiem w środku sezonu, bardziej romantycznie żeby było, to dodam, iż Uwe sam zrezygnował – Borussia to jego klub, kocha go, kocha te miejsca, i chociaż kocha pewnie tez pieniądze, to jednak na tyle mniej, by nie zawracać sobie głowy nawet taką propozycją.

** Zagrał we wszystkich meczach reprezentacji Niemiec, w półfinale z Brazylią musiał jednak pochylić czoła przed Cláudio Taffarelem; nic to, że wybronił jedenastkę André Cruza, fachowiec z kraju kawy załatwić potrafił w ten sposób czterech kolegów Kampsa, w tym Funkela tuż przed końcem meczu. W ogóle patrząc na te składy, i Niemiec, i Brazylii, i innych uczestników tamtej imprezy, muszę stwierdzić, do diabła, solidna, smaczna futbolowa potrawa to była...

*** Zdaje się, że to wtedy Marek Leśniak ustanowił rekord Bundesligi. Zagrał w aż 25 meczach ligowych i tylko raz, jeden jedyny raz przebywał na boisku pełnych 90 minut. Poza tym czterokrotnie schodził do szatni przed czasem, a aż dwudziestokrotnie wstawał z ławki i meldował się na murawie. Naturalnie gola żadnego nie strzelił...

**** Tak mu było spieszno do wywiadów, że stał się łakomym kąskiem dla jakiegoś złodziejaszka z tłumu entuzjastów.

 

PS Było o MSV Dusiburg, rewelacji poprzedniej edycji DFB-Pokal, swoją drogą warto zobaczyć, jak dał ciała bramkarz „Zebr” przy pierwszym golu, klasse:)




piątek, 28 października 2011, marll80

Polecane wpisy