Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

Szturarz

Przed meczem zawodnicy AC patrzyli z niedowierzaniem, kto to do nich zajechał i jaki bęben prezentuje ich kapitan. Już w trzeciej minucie poczuli w gaciach, że bynajmniej nie przyjechał jakiś regionalny klubik. A po czterdziestu pięciu minutach zaczęli się koncentrować nie na żarty.

 

Przed meczem Clarence Seedorf z trudem ukrywał śmiech; poważny nastrój trenera Allegriego na konferencji prasowej wyhamował, co nieco zapędy Seedorf do obśmiania tej zabawnej nazwy. Po meczu to on, czterokrotny zdobywca Pucharu Europy i to z trzema różnymi klubami we własnej osobie, poczekał na Pavla Horvatha, by wymienić się z nim koszulkami oraz... porównać swe brzuszyska.

 

Bohaterska drużyna z Pilzna poległa w Mediolanie, nieznacznie, ale jednak poległa. Zagrała dobry mecz, taki, jaki w tym momencie jest w stanie zagrać. Nie bronili się desperacko, nie wybijali po autach i chociaż skórę nie raz ratował im bramkarz o nazwisku kubek w kubek, jak jego słynniejszy kolega po fachu z Londynu, to przecież i sami stworzyli kilka wybornych okazji bramkowych, by wspomnieć te najznamienitsze, Baskoša i Horvatha w pierwszej połowie oraz Duriša z drugiej części. Polegli, bo rywal z każdą minutą doceniał ich coraz bardziej. Czy może być coś piękniejszego, takiego, wiecie, trwałego, nie statystycznego, niż świadomość, że goście o kontach bankowych tak bajecznych, że śnić nie wypada, goście, których jeszcze do niedawna można było podziwiać jedynie w telewizji i marzyć o wysobiechowaniu któregoś, że ci właśnie goście wyrażają swój najwyższy szacunek wobec ciebie, anonimowego gracza z miasta, które ma wielbłąda w herbie, więc wyrażają ten szacunek sportową walką na całego, zaangażowaniem i koncentracją, stosowaniem wszystkich znanych sztuczek (łącznie z judo, co nie panie Zlatan?), by wygrać mecz? Szacunek, który nakazywał baaardzo sumiennie biegać najwyżej na metr o tego malutkiego Pilařa, a i z nie mniejszą koncentracją uprzykrzać życie pozostałym, jak chyżonogiemu (pozdrowienia dla Pana Czado;) Petrželi, kreatywnemu Horvathowi, czy niebezpiecznemu Kolařowi; bodaj tylko ruchliwy terrier Jiráček potrafił opędzić się od tych czerwono-czarnych much. To się nazywa szacunek dla rywala!

 

A jednak ten wspaniały dzień w historii Viktorii Pilzno tylko pogłębił moją niechęć do głupiego tworu biznesowego, jakim jest Liga Mistrzów... (w której to Lidze Mistrzów, gra tych realnych mistrzów 18, a pozostałe czternaście drużyn gra pod naciskiem wpływowych bonzów)

 

Sędziowanie. Sędziowanie było skandaliczne. Nie chodzi o to, że arbiter jakoś wypaczył wynik meczu, że rzucił na kolana graczy Viktorii wymyślnym oszustwem. Było skandaliczne, bo niemal każdą decyzją dawało piłkarzom mistrza Czech do zrozumienia, że są śmieciami, a samo ich pojawienie się na stadionie tak zacnego klubu to jakieś obrzydlistwo. Ohyda. Nawet neutralny komentator, bodaj z Anglii, nadziwić się nie potrafił, pytał, wielokrotnie powtarzał to samo pytanie: „Dlaczego u licha sędzia nie pokazuje kartek graczom Milanu?”. Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Horvath otrzymał kartkę za niebezpieczny, aczkolwiek całkowicie przypadkowy atak na Cassano. Ruszył z przeprosinami, wyraził skruchę arbitrowi, ale kary indywidualnej nie uniknął. Jakiś czas potem Ibrahimovič wykonał wspomniany rzut przez ramię, nabluzgał sędziemu, ale Pan Mayer pokornie skulił ogon i pobiegł w siną dal. „Żółtka” dla Čišovskiego i Petrželi też mocno naciągane, z gatunku tych, które dają ci do zrozumienia, że co, jak co, ale walczyć to ty nie możesz, bo załapiesz się do notesika rychło, rychło. Gdy jednak jeden z graczy milionerów z Mediolanu, nie pamiętam już który, skosił równo z trawą, bodajże Jiráčka, ale wiecie, tak na kontuzję, sędzia znowu unikał kontaktu wzrokowego. Albo oceńmy reakcje na pyskówki. Wystarczyło, że gracz z Pilzna wyraził pretensje, wątpliwości, żale, z miejsca dostawał taką burę, jakby był siedmiolatkiem ciągnącym dziewczynki za włosy (a Čech doczekał się i kartki). Inaczej „Włosi”; mogli puszczać najbardziej wymyślne wiązanki, nic im nie groziło, nie było żadnej reakcji, żadnego ostrzeżenia; właściwie to był to jednostronny monolog w tonacji vaffanculo. I jeszcze ten karny. Cholera, zgadzam się z Ludkiem Zelenką, gdyby taką rękę zrobił dajmy na to Nesta, sędzia machnąłby na to ręką. A tu? Główny puszcza grę, ale sędzia bramkowy „ratuje” sytuację nawoływaniem, gestykulacją i czym tam jeszcze (ten sam bramkowy, który w trzeciej minucie był na tyle ślepy, by nie zauważyć niewiarygodną interwencję Abiattkiego, po której powinien być korner dla gości). Trwało to ze dwie sekundy, ale główny uznał wreszcie wyższość milionów euro nad milionami koron czeskich i podarował otwarcie wyniku gigantowi. „Ibracadabra” wbił gola i mecz został ustawiony.

 

Fuj.

czwartek, 29 września 2011, marll80

Polecane wpisy