Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

Derby, energia i nerwy

Wprawdzie mamy już środę, to jeszcze słówkiem wrócę do wydarzeń, jakie miały miejsce w miniony weekend (jak wiemy, taki weekend potrafi się regularnie przedłużać do poniedziałku).

 

Przegląd wydarzeń zacznę w Czechach. Zdecydowanie najważniejszym wydarzeniem, wydarzeniem, które zasługuje na bardziej należne miejsce w europejskiej piłce, były derby praskich „S”, już 276 taka konfrontacja (mało jest takich duetów w Europie, oj bardzo mało). Mecz właściwie bez historii. Sparta potwierdziła ogromną przepaść dzielącą ją od innych, a już od „Zszywanych” szczególnie, potwierdziła w taki sposób, że już teraz, po zaledwie ośmiu kolejkach zaczęto głośno mówić w czeskich mediach, że cała liga sprowadza się już wyłącznie do walki o miejsca 2-16. No ale trudno by było inaczej, skoro klub ze stadionu na Letnej wygrał wszystkie dotychczasowe spotkania, mając już za sobą mecze i z aktualnym mistrzem z Pilzna, i z rewelacyjnie spisującym się Jabloncem, w którego szeregach kosmiczną formę prezentuje Dawid Lafata (w ośmiu meczach strzelił aż 13 goli, tylko w pierwszej kolejce, w spotkaniu z Mladou Boleslav musiał obejść się smakiem. Zatem osiągnięcia Rudnieva w porównaniu z reprezentantem Czech zupełnie zwyczajny, nic nieznaczący wynik), i 50% meczy derbowych… Pewnie jakieś punkty w końcu stracą, ale mając już teraz osiem punktów przewagi i wolne od europejskich gier pucharowych wydają się nieosiągalni dla innych.

Więc zamiast pisać o dużej przewadze Sparty w tym meczu, o dominacji technicznej i fizycznej, taktycznej i wytrzymałościowej zamierzam się na dwa momenty towarzyszące potyczce słynnych „S”. Jak wspomniałem był to mecz numer 276, a jednak inna liczba stała się istotna tego dnia – numer 2. Właśnie z „dwójką” na plecach przez wiele lat oddawał serducho za Spartę Tomaš Řepka, kapitan, lider i twarz dzisiejszej Sparty (choć to ostatnie niekoniecznie nadawało się do chwytów marketingowych;), ikona klubu i ulubieniec najzagorzalszych fanów, gość z jajami, infant terrible czeskiej piłki. I właśnie został odstawiony na boczny tor, nawet nie na ławkę rezerwowych tylko na pastwisko; trener Sparty, Martin Hašek (brat słynnego „Dominatora”), uczeń twardego, jak skała i bezkompromisowego Jaroslava Hřebika, zarazem jednak zaledwie prawa ręka Josefa Chovanca (dyrektora, który ma cholernie dużo do powiedzenia nie tylko w kwestiach kadrowych, ale i szkoleniowych oraz taktycznych), wreszcie facet, który wdraża nowinki na czeskie boiska (mikrofon i słuchawka zainstalowane przez cały mecz, dzięki czemu komunikuje się z asystentem siedzącym na trybunach; chodzi głownie o inną, lepszą, perspektywę tego, jak zawodnicy poruszają się po boisku), więc ten jegomość wypycha ze Sparty największego twardziela ligi, co oburza kibiców tego klubu; wielokrotnie skadnowano jego nazwisko w trakcie zawodów, przygotowano odpowiednie choreo, ale na zimnego Haška zapewne to nie podziała, no chyba, że jeszcze go zacietrzewi; do zimy może jeszcze zostać; jednak po tym jak Jiři Jarošik został wycofany na pozycję stopera, szanse na grę zmalały do minimum. Jeśli wyląduje ostatecznie w 1.FK Přibram, to będzie to dla takiego gościa mocny policzek…

Choreo

Choreo na cześć nr 2.
Fot.: Michal Šula. Źródło: http://fotbal.idnes.cz/pocta-pro-repku-fanousci-sparty-pri-derby-dekovali-nehrajici-ikone-1ff-/fotbal.aspx?c=A110926_195410_fotbal_vl

Warto również zwrócić uwagę, że drugiego gola dla Sparty wbił Ladislav Krejčí, cholernie ważna postać srebrnej drużyny młodzieżowej Czech do lat 19. Wbił pierwszego swojego gola w czeskiej lidze; grał przeciętnie, powiedziałbym nawet, że kiepsko, ale to on jest przyszłością piłki naszych południowych sąsiadów. W ogóle w meczu tym wystąpiło wielu piłkarzy młodych lub bardzo młodych (w ogóle nieporównywalnie do ilości młodzieżowców w klubach czołówki ekstraklasy); o ile jednak w Sparcie grali, bo są dobrzy, o tyle w Slavii grali, bo nie było nikogo innego (ale taki Martin Hurka pokazał się z całkiem ciekawej strony).

I jeszcze dodam jedynie, że najgorszy w Slavii był chyba Adam Hloušek, którego „Zszywani” na siłę zatrzymali w klubie (wrócił z wypożyczenia do 1.FC Kaiserslautern; „Czerwone diabły” chciały jak najbardziej zatrzymać chłopaka, ale nie za taką cenę…), a Sparta zagrała sfotografowała się w oldschoolowych strojach, które prezentowały się naprawdę okazale:

Sparta Praha

Sparta przed meczem ze Slavią. Źródło: http://www.sparta.cz/

Skrót z meczu znajdziecie TUTAJ

 

A co poza tym w Czechach? Działo się sporo ciekawych rzeczy. Przede wszystkim Sigma Ołomuniec jednak nie będzie ukarana odjęciem dziewięciu punktów za czyny korupcyjne, a bramkarz Petr Drobisz może grać (rozważał zakończenie kariery, gdyby kara dyskwalifikacji na osiemnaście miesięcy została podtrzymana). W ten sposób Sigma z dolnych rejonów tabeli zameldowała się na zacnym miejscu szóstym. Ale ta śliska sprawa jeszcze się nie zakończyła…

Martin Fillo przeprosił się z trenerem i po dwutygodniowej banicji w rezerwach wrócił do kadry Viktorii Pilzno. Wrócił w sam raz, bo i wolne miejsce w samolocie do Mediolanu się znalazło. To się nazywa siła dyplomacji. A jeszcze niedawno miał trafić do Slavii…

 

Na zapleczu Gambrinus Ligi dwie smutne wiadomości, jedna wspaniała. Przede wszystkim ten cholerny klub ze Střížkova niebezpiecznie kroczy do elity. Liczę, że trafi ich szlag i polecą na łeb na szyję. Nikomu nie potrzeba takich wynalazków… Nieco mniej martwi, ale jednak martwi, postawa Zbrojovki Brno. Szczerze? Sądziłem, że dadzą radę i dość szybko wszystkich odstawią w tyle, tak by w okolicach maja-czerwca świętować powrót do 1.Ligi. Na razie muszą się martwić, by jak najszybciej wykaraskać się w dołu tabeli. Przykre, że taki klub nie potrafi odnaleźć swej tożsamości… Ale żeby nieco poprawić nastroje, krzyknijmy razem: „Hej, Opava!”. W Wielkich Derbach Śląska ;) Slezský FC Opava pokonała MFK Karvinę 3-2. Od razu pochwalę publiczność; ta stawiła się w liczbie nieznacznie przekraczającej dwa tysiące; jak na drugą ligę czeską wynik absolutnie rewelacyjny. Zwycięskiego gola tuż przed końcem meczu wbił stary znajomy z Wodzisławia Śląskiego, Tomas Radzinevičius. Co ciekawe, jeszcze na wiosnę grał w klubie z… Karwiny. Gospodarze prowadzili już dwoma bramkami, gdy do przerwy innego starego znajomego, tym razem z Jastrzębia, Jakuba Kafkę, pokonali Vyskočil i Křeček, jednak „Górnicy” zdołali wyrównać po zaledwie dziewięciu minutach drugiej części gry (gole w odstępie czterech minut strzelili Mišinský oraz Hrtánek), i dopiero czerwona kartka dla Mráza pozwoliła Opawie znowu odzyskać prowadzenie. Po tym spotkaniu niebiesko-żółci umocnili się w czołówce mając zaledwie jeden punkt straty do tego, no, yyy…, do lidera.

 

Grano również w Niemczech:) Nie zamierzam jednak pisać o fantastycznej, cudownej, rewelacyjnej, kosmicznej, niewiarygodnej, genialnej, doskonałej postawie Borussii. Jestem pewien, że w Gladbach znajdą się chłodne głowy i nikt nie zacznie opowiadać głupot o pucharach. W najlepszym wypadku skończą, jak przed rokiem 1.FC Nürnberg, w najgorszym… No cóż, lekcja pokory, jaką otrzymał rok temu Eintracht Frankfurt powinna wszystkich wiele nauczyć.

O golu Piszczka też nic nie napiszę, każdy chyba już go widział… Zajmę się może drugą Bundesligą, o tam działy się wielce interesujące rzeczy. Przede wszystkim czołówka nieco się zawęziła; po porażce w hicie z liderem z Greuther Fürth przynajmniej na jakiś czas odpadła z niej drużyna „Lwów” z Monachium. Nie dziwi mnie to specjalnie, jakoś nie mam przekonania, by TSV 1860 mogło włączyć się do walki o awans. Chciałbym, pewnie, że bym chciał, tak jak w przypadku połowy ligi, ale jednak nie mają szans. Wiecie już, kto jest liderem; ta kolejka zamieniła również drużyny na pozycjach dwa i trzy. Na miejscu barażowym spadkowicz z Frankfurtu. Po ostatnich wzmocnieniach, które szukano głównie w Gladbach lub śladami Borussii, Eintracht jest jeszcze mocniejszy. Po tym, jak zdemolowali w Dreźnie Dynamo, nie tyle sam fakt demolki, co sposób w jaki tego dokonali, karze zastanowić się, czy zaocznie nie dać im już tego awansu. To, co wyprawiali supersnajperzy „Orłów” było ponad siły beniaminka. Najpierw Gekas wbił trzy gole, w tym dwa głową (taki kurdupel, a przecież głową!); no dobra, wbił dwa, trzeci, ten samobój, od biedy można zaliczyć Fielowi. W drugiej niezwykłą formę potwierdził Mohamadou Indrissou. Trzeci mecz po przejściu z BMG i czwarty i piąty gol. Nie wymagały zresztą wielkiego wysiłku, zaledwie dostawienia stopy. A co do Dynama to jednak ubytek krwi po awansie mocno widać w ich grze; raczej przesądzone jest, że będą musieli stoczyć ciężki bój o utrzymanie; szkoda, że na tę chwilę z takimi firmami. Duże ryzyko, że jakaś solidna firma wyleci z drugiej ligi…

Do arcyciekawego spotkania doszło w Düsseldorfie, gdzie zajechało Energie Cottbus licząc na powrót do ligowej elity. Trener Wollitz nie wygrał od trzech gier, był więc jeszcze bardziej nerwowy niż w poprzednich meczach (co wydawało mi się zwyczajnie nie możliwe, a jednak, dał radę;). Miejscowi wprost przeciwnie, najskuteczniejszy atak 2.Bundesligi miał poprowadzić do wygranej. Pierwsza połowa to nokaut. Fortuna prowadziła już 3-0, a gdy na początku drugiej połowy żałosny Roger dorzucił do ognia czerwoną kartką, było pewne, że goście wyjadą z niczym. To znaczy, było pewne dla miejscowych, bo w Energie wstąpiła energia i w trzy minuty, po dwóch stałych fragmentach gry, doprowadzili do jednobramkowej różnicy. Co za mecz! Gdy wydawało się, że już, już ich mają z boiska wyleciał bombardier Raneglov i zespół z Chociebuża musiał radzić sobie w dziewięciu. Trener Wollitz był tak wściekły, tak potwornie wściekły, że chyba by udusił sędziego, gdyby ten pałętał się gdzieś w pobliżu. Wreszcie postanowił dokończyć hat-tricka i po kilu miłych słowach w stronę arbitra Welza wylądował na trybunach. Wylądował w efektowny sposób, zobaczcie sami:

Fortuna ostatecznie wbiła czwartego gola po fantastycznej akcji najlepszego na boisku Saschy Röslera, ja jednak zwracam Waszą uwagę na kolejne dwa trafienia młodziutkiego Maximilian Beistera, o którym już kiedyś wspominałem. W każdym razie to Fortuna jest druga, a Energie po czwartym meczu bez wygranej (ale niektóre, jak ten, czy spotkanie z Eintrachtem niesłychanie pechowe) schowało się gdzieś w środku stawki.

środa, 28 września 2011, marll80

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: krzychu81, 193.179.195.*
2011/09/29 12:25:13
"Sparta zagrała w oldschoolowych strojach, które prezentowały się naprawdę okazale"

No wlasnie wbrew zapowiedziom ostatecznie w nich nie zagrali. Po wykonaniu tego zdjecia sciagneli te koszulki (powedrowaly na licytacje, z ktorej pieniadze przeznaczone beda na cele charytatywne) i grali w tradycyjnych meczowych. Szkoda.
-
Gość: mariuszkowoll, *.gl.digi.pl
2011/09/29 16:36:50
@krzychu81
Patrz, oglądałem spotkanie i nie zwróciłem na to uwagi, notując inne dyrdymały; np. doskonały tekst komentatora, Pana Jaromíra Bosáka. Porównując Viktorię Pilzon ze Spartą, która nie gra już w europejskich pucharach, zadumał się nad losem praskiej drużyny. Brzmiało to mniej więcej tak: "[brak gier pucharowych - MK] to trochę tak, jak byś chodził z dziewczyną, poszedł z nią do parku, zabrał do kina, a gdy jesteś już przed jej mieszkaniem zatrzasnęłaby ci drzwi przed nosem". Mistrz słowa:)