Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

S vs P

Obiecałem onegdaj relację z pewnego wyjątkowego meczu piłkarskiego. Wreszcie mogę ją wrzucić;] Zawody odbyły się w czasie trwania katowickiego Off Festivalu. Wszyscy zapewne wiecie, co zacz OFF Festival, a jeśli nie to jak najszybciej powinniście się dowiedzieć...

 

Kiedy zamroczony lanym piwem o smaku „nicspecjalnego-wodnego” babrając się w błocie próbowałem znaleźć punkt podparcia Archimedesa natrafiłem przypadkowo na relację z niezwykłego meczu piłkarskiego. Relacja, nie w każdym miejscu wyraźna, podpisana była, na ile udało mi się odczytać, Konniak, czy jakoś tak... Brzmiała ona następująco:

 

„W Załęskim Parku, gdzie nie docierają spory partyjnych cairn terrierów, informacje o przewartościowaniu franka, a także sygnały z Marsa, doszło do spotkania piłkarskiego dwóch gigantów rodem z cyberpunkowej Gibsonowej rzeczywistości. Godzille powychodziły na brzegi zasiadając przed radioodbiornikami, palmtopami oraz urządzeniami do rozszyfrowania alfabetu Morse'a; Hogzille wraz z wieśniakami z Alapha przyrządzały drinki w oczekiwaniu na to wydarzenie. Premier w stroju Kaszubskim zajadał nerwowo truskawki, których 3 tony nazwożono do jego posesji z Parlamentu Europejskiego. Z niezwykłego stanu hipnozy futbolowej, w którą popadają mężczyźni w wieku 0-125 lat, nie były w stanie przebudzić go nawet odgłosy piwniczego podkopu tajemniczego kota. Na Załęskim Parku od samego rana gęstniało; wszyscy, butelki, papierki, liście i okoliczni żule oraz zakamuflowana opcja niemiecka oczekiwali na heroiczną batalię dwóch ośrodków społecznej manipulacji. Pierwszy raz w dziejach świata Achilles mierzył siły z Salomonem. Nikt nie wie dlaczego wybrano właśnie Załęże. Prawdopodobnie to właśnie tam, na Gliwickiej 214, przecinały się idee, spory oraz paragony zakupionych płyt muzycznych tych dwóch zwaśnionych stron.

 

Dziewczyny powychodziły ze swych alków poprawiając spódniczki i spiesznie dołączyły do rzężących wuwuzelami młodzieńców, rozsiadając się wzdłuż linii w niespokojnym oczekiwaniu. Libido rosło i rosło. Wreszcie są, oni, bohaterowie. Parkują swoje maszyny niezgrabnie tłocząc się na przednich siedzeniach, przebierając, ukrywając swoje majtasy. To już za chwilę! - zakomunikowały zgromadzonym toczące się kule. Spotykany jednie w przypadku złamania otwartego tłum ciekawskich zacierał ręce. To już za chwilę! - trzeba tylko skoczyć po wyekspediowaną w inną galaktykę piłkę. To już za chwilę!

Screenagers Porcys

 

 

 

 

 

 

 

 

Screenagers. Kadra:

1. Mateusz Błaszczyk
2. Maciej Lisiecki
5. Tomasz Łuczak
6. Piotr Wojdat
7. Dariusz Depczyński
8. Sebastian Niemczyk
9. Łukasz Błaszczyk
10. Kuba Ambrożewski
11. Jakub Radkowski
12. Bartosz Iwański
13. Przemysław Nowak
20. Mateusz Krawczyk
25. Paweł Sajewicz


 

Porcys. Kadra anonsowana:

1 - Jędrzej MICHALAK
2 - Jan BŁASZCZAK
3 - Jacek KINOWSKI
4 - Piotr KOWALCZYK
5 - Michał HANTKE
6 - Tomasz WAŚKO
7 - Kacper BARTOSIAK
8 - Michał ZAGROBA
10 - Borys DEJNAROWICZ
11 - Marek FALL
12 - Krzysztof MICHALAK
13 - Ryszard GAWROŃSKI
18 - Piotr PIECHOTA
20 - Wojciech TERPIŁOWSKI
22 - Paweł NOWOTARSKI


 

Pierwszy gwizdek i pierwszy ryk wuwuzeli. Nieznośny, kaszlący; larum fracas acidus, prawie jak na mistrzostwach. Na szczęście kac płucny zniewolił ten wrzask umożliwiając kontemplację ascetycznej sztuki futbolowej. Porzys kontra Skrinejdżers; Screenagers versus Porcys. Kałamarze, Łucznik i Consul, wieczne pióra i rozpalone fora nie wystarczyły ombudsmanom porządku alternatywnego do rozstrzygnięcia praw wyższości, poszły więc precz na ten czas, ustępując ballomachii.

 

Trener Smuda zamaskowany jako porzucony sandał poszukiwał wśród anonimowych zawodników nadziei na zwodzenie rywali. Zdemaskowały go niekontrolowane okrzyki „Schneller, schneller!”, „Scheiße!', a także pojękiwanie „Was wird mit Pischzek?”. Zapytany w przerwie, czy dostrzega nadzieje wśród ganiających odpowiedział, że po sprawdzeniu sicut fur in nocte ich dokumentów rezygnuje – wszyscy mają polskie obywatelstwo. Po czym zmienił się w ślimaka i odpełznął zaklinając, że szczelam focha i dalej prrrowadze głodówka taktyczna.

 

Ale dość o tem, co obok.

 

Zawody zainicjowało wzajemne przebijanie gały na drugą stronę. Ale to nie dwa ognie. Jako pierwsi pojęli ten szokujący fakt grający na niebiesko zawodnicy porcysowej machiny ugniatającej opinie realizując beznamiętny plan uzyskania prowadzenia, tak, że nawet brewka nie tykła, ani gacie nie opadły. Początkowa destabilizacja w szeregach czerwonych szybko ustąpiła zdroworozsądkowej taktyce ty do mnie, ja do ciebie, rozwijając się przyrostem geometrycznym w składne i niebezpieczne konstruowanie akcji zaczepnych. Porcysowcy nie dali rady bronić się, jak bohaterowie Westerplatte; zamiast siedmiu dni, było siedem minut, a i tak chyba nieco naciągam fakty. Po trwającym bez mała kwadrans wyrównanym i toczonym w żywym, pełnym adrenaliny i kąsania meczu, inicjatywę przejęli śmiali, przystojni, umięśnienie, opaleni, wyedukowani intelektualiści z drużyny Screenagers. Nie, nie będę ukrywał – jako wzór sprzedajnej świni, którego odlew niemoralności znajduje się w paryskim muzeum wzornictwa, za piwo, kiełbę i możliwość spędzenia wakacji z zespołem Kombi, trzymałem kciuki za drużynę czerwonych. Zdecydowana dominacja taktyczno-techniczna oblubieńców britpopowej młodzieży zamieniała się w konkretną przewagę na wirtualnej Omedze. Newtonowsko zracjonalizowana konsekwencja obronna, sterowana dżojstikiem przez Dariusza „Etana” powstrzymywała niemal wszelkie zapędy rywali; dwóch stukniętych biegaczy w osobach „Emu” oraz „Anzelmo” dekapitowało rozgrywanie piłki u przeciwników, a doskonała dwójka N-K obciążała smrodem ich linie obronne. To musiało tak się skończyć, i na nic pojękiwania lidera niebieskich, niejakiego Borysa „Brzytwy” i jego heroiczne rzucanie się rejtanowskie w kierunku arbitra.

 

A propos sędziego. Ten nielatający mutant bez wątpienia był kosmitą kolaborującym z NASA. Z pewnością też nie wiedział na czym polega dmuchanie. Mam uzasadnione podstawy zatem, by stwierdzić kategorycznie, że był to sam Marcin Borski. Świadczą o tym dobitnie zebrane przeze mnie fakty. Znikoma ilość odgwizdanych ewidentnych przewinień; znacząca ilość odgwizdanych nie-przewinień; powtarzane pod nosem „Jestem zajebisty! Jestem zajebisty!”; wreszcie, brak obserwatora PZPN'u na meczu.

 

Jeśli zaś zamknąć rozprawę o pierwszej połowie, to bezapelacyjnie, bo dwubramkowo wyszli z niej zwycięsko gracze Screenagers i nie zmieniły tego dwa uderzenia w metalową konstrukcję Borysa „Brzytwy”. Jak wiadomo, każdy głupek strzela w słupek.

 

Rozemocjonowany adrenaliną, potem i licznymi ślicznotkami postanowiłem w przerwie przekonać się, czy jeszcze potrafię trafić w piłkę. Potrafię. Biję sam sobie brawo; ani razu się nie wygrzmociłem, nie zaryłem pyskiem o piankę polipropylenową, granulat, włókna monofilowe, czy z czego tam właściwie murawa jest wykonana; puściłem za to dwa pawie i ogólnie czułem się jak panie lekkich obyczajów po intensywnej robocie, tak gdzieś w godzinach porannych; mogę być zatem całkiem zadowolony z utrzymywanej, równej formy.

 

Druga połowa rozpoczęła się w porze obiadowej. Kiszki grały marsza, którego nie były w stanie zaspokoić papieros, ani guma do żucia. Grały chyba nie tylko mi. W końcu trzeba znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla dysfunkcji czerwonych; zadziwiające, jak szybko kolor ich koszulek przedostawał się na mordy. Dominujące fizycznie oddziały Wermachtu stosując taktyczną zagrywkę oraz łokcie okopały się na wschodnich ziemiach intensywnie dziurawiąc spróchniałe fortyfikacje. Imaginacje czerwonych okazały się tak bardzo niezależne, że udały się w rejs Titaniciem w kwadrans oddając przodownictwo oraz wpisując się monthypythonowską, filozoficzną pantomimę piłkarską. Obserwowała zatem widownia z jednej strony dzinkai-sendziutsu, a z drugiej całkowitą ataksję; ja obserwowałem podskakujące ku mojej radości panienki. Alegoryczna przypowieść o śmierci giganta od ciosu między oczy nie zmaterializowała się jednak w zupełności. Potworne ruchy tektoniczne pomiędzy gardzielami a zwieraczami zmobilizowały strachem, wstydem i oczekiwanymi nagrodami rozpraszających się w popłochu czerwonych.

 

Za kluczowe dla dalszych losów zawodów należy bezapelacyjnie uznać przykręcenie śruby oraz wprowadzenie duetu N-K. Brutalne zagrania „Etana” traktuję jedynie w kategorii żartu. Dopiero Kaliban grający z numerem 5 na czerwonym trykocie pokazał wszystkim, jakim mięczakiem był Vinnie Jones. Przeciwnik stracił po jednym ze starć cztery zęby, obie nogi, kluczyki samochodowe, a cały zespół siłę woli i wolę mocy; zawodnik Ł. powinien stracić na wsze czasy możliwość korzystania z pełnego nazwiska, ale z tego co zasłyszałem, jedyną konsekwencją jego zagrania była czkawka Platiniego oraz całkowita abstynencja Pana Kręciny. Od tego momentu chyżonodzy Lionel K. oraz Cristiano N. w kosmokatalizowy sposób rozprawili się z niebieskimi. Ich dynamiczne galopy wywoływały meksykańską falę wśród publiczności; kołyszące rytmicznie biodrami ślicznotki zmusiły z kolei bramkarza czerwonych do zmiany rękawic, co zaowocowało zwiększeniem skuteczności wykonywania pewnej czynności. Tego było już za wiele! Niebiescy zdruzgotani próbowali przebrać się w koszulki zwycięzców i cieszyć razem z nimi lub wymierzyć policzek sędziemu. Ostatnie minuty to już popisowa partia skrinejdżersów kolaborujących z przepychem efektownych zagrań oraz nieco niedołężnym samolubstwem. 10-7! Dziesięć do siedmiu! Porcys dał sobie wbić dziesięć goli; Porcys przegrał różnicą trzech bramek. Angélisme, jednym słowem. Podobno niektórzy nie byli w stanie pozbierać się z tej jadowitej porażki, zrezygnowali z dalszej części festiwalu offowego, zrezygnowali z wszystkich ziemskich uciech i udali się na duchowe wygnanie śladami jerodiwych. Był to prawdziwy Destroyer.

Emocje i wysoki poziom 

Triumf Screenagers nie podlegał dyskusji. I rzeczywiście, tylko oni mieli ochotę o tym dyskutować. Od pamiętnej sobotniej bitwy na załężańskim orlim gnieździe roku pańskiego 2011 rozpoczęło się panowanie recenzentów Screenagers. Dzwony biły na Anioł Pański tego popołudnia wbrew wszystkim zegarom; ekstatyczne, sensualne dziewczyny rzuciły się w..., po prostu zapragnęły ogrzać się w wiktorii czerwonoskórych. Jeszcze w niedzielę niosły się po Dolinie Trzech Stawów słowa „Uwielbiam Cię, Najłaskawszy ze wszystkich [istot] Boże, że złamałeś moich przeciwników i że wczorajszego dnia wsławiłeś mnie i na moim ludzie Twoją prawicę”, i tak to właśnie było...

Katowice, 06.08.2011.
Screenagers - Porcys 10-7 (5-3)

Radość zwycięzców 

 

Wszystkie epitety to tylko autorska kreacja – jak najbardziej zamierzona! Jeśli ktoś poczuł się urażony to... niech wykona dziesięć kroków w tył i przeczyta tekst ponownie, powinien wtedy nabierać nieco dystansu do siebie;]



wtorek, 23 sierpnia 2011, marll80

Polecane wpisy