Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

Jörg jedzie do Berlina

Należy bić pokłony przed Slomką, Mirkiem Slomką. Z przeciętnej drużyny zrobił zespół europejskiego formatu, zespół grający bez kompleksu, pomysłową, kombinacyjną piłkę, pełną oddania i pasji. Wyeliminowanie słynnej FC Sevilla to wisienka na torcie jego ponad dwuipółletniej pracy. Zaczął katastrofalnie; gdy przejął zagrożony spadkiem Hannover 96 w połowie stycznia 2010 roku przegrał sześć meczy z rzędu, a drużyna „Czerwonych” spadła do strefy zagrożonej degradacją! Tylko cudem, rzutem na taśmę uda mu się uratować ligę (jeszcze na dwie kolejki przed końcem zajmowali przedostatnie miejsce, a o wszystkim tak naprawdę zadecydował kończący sezon mecz w Bochum). Sternicy klubu z Dolnej Saksonii wytrzymali tę próbę nerwów (96 był najgorszym zespołem rundy rewanżowej, w której Slomka prowadził drużynę, za wyjątkiem otwierającego tę część sezonu meczu z Herthą), a dzisiaj zapewne biją sobie brawo. Wyeliminowanie Sevilli dokonało się bardzo pewnie i bez poważniejszych perturbacji, choć Gumienny sędzia starał się wszystko zdramatyzować (patrzcie na filmik ze spotkania rewanżowego, gdzieś po drugiej minucie; jak można było nie odgwizdać karnego w tej sytuacji? Dawno nie widziałem już tak ewidentnej jedenastki, „puszczonej” przez sędziego...)

 

To drugi udział Hannoveru 96 w europejskich rozgrywkach, udział znacznie bardziej udany. Choć tak po prawdzie dopiero pierwsze wojaże po Europie. Ot, paradoks. Ale po kolei, bo fantastyczna historia wiąże się z ich pierwszym awansem na salony gier międzynarodowych.

 

Był rok 1991. Niemcy. Reorganizacja rozgrywek po zjednoczeniu. Niemałe zamieszanie (wspominałem już kiedyś, że kluby z byłego NRD mogły czuć się setnie wykiwane). Hannover, klub z tradycjami (dwukrotny Mistrz Niemiec) od spadku z hukiem z Bundesligi w roku 1989 nie potrafi się pozbierać dryfując w zupełnie bezpłciowych miejscach drugiej ligi. Akurat w tym konkretnym sezonie rozgrywki podzielono na dwie grupy (północną i południową), na zapleczu grało łącznie aż 24 drużyn, a awans mieli wywalczyć tylko mistrzowie każdej z nich. Wszystko było mocno pomieszane, skomplikowane, natężenie gier znaczne, a przecież jeszcze były rozgrywki pucharowe. Właśnie! Puchar krajowy to fantastyczny wynalazek. Zespoły z niższych lig, outsiderzy, biedacy, wieśniacy, klubiki, każdy ma szansę osiągnąć w nich sukces. I to właśnie stało się udziałem drugoligowca z Hannoveru.

 

Piękna przygoda rozpoczęła się 27 lipca. Dziewięćdziesiątki szótski puknęły bez problemu podberliński, amatorski NSC Marathon 02. W siedmiobramkowej strzelaninie swój udział miał Roman Wójcicki, ważna postać w drużynie*. Ale taki mecz naturalnie nie wzbudzał większych emocji. No, oczywiście w ekipie trenera Lorkowskiego. Dla małego klubu NSC do dziś sam udział na szczeblu centralnym traktowany jest jako jeden z największych sukcesów w historii.

 

Pierwsze poważne wyzwanie czekało już w drugiej rundzie – VfL Bochum. Ekipa z Bundesligi, ponadto mecz na rewirpowerSTADION. Ok, że akurat na wyjeździe to nie był aż taki problem, skoro ledwie 5,000 widzów pofatygowało się na to spotkanie. Drużyna z Bochum pałętała się w ogonie Bundesligi (zajmowała wówczas piętnaste miejsce), Hannover z kolei trzymał się czuba tabeli, co było tyleż ważne, co i niezbyt trudne (ważne, bo drugą rundę rozgrywano dzieląc grupę na podgrupy, walczącą o awans i o utrzymanie, a że szybko stawka podzieliła się na właśnie takie proporcje to inna zupełnie sprawa). Mecz był bardzo dziwny, bo wszystkie pięć goli padło w pierwszej połowie i to w odstępie zaledwie dwudziestu kilku minut. Wprawdzie to gospodarze objęli prowadzenie, ale najpierw błyskawicznie wyrównał Steubing, a następnie Weiland i Surmann podwyższyli rezultat; ponownie przypomniał o sobie i pan Roman, tym razem jednak ładując swojaka.

 

Co chyba równie ważne już na tym etapie odpadł jeden z największych faworytów. Bo Bayern Monachium, jakie by nie były to rozgrywki, zawsze uchodzi za faworyta. Tym razem jednak został upokorzony na własnym stadionie przez innego drugoligowca, FC 08 Homburg, ówczesnego lidera grupy południowej.

 

Wspomniałem już o tym, że tempo rozgrywek było całkiem powalone; już dwa tygodnie później, na początku września, rozegrano trzecią rundę Pucharu Niemiec. Ciekawe, trzy mecze w pucharze, a zaledwie siedem w lidze... Kolejny raz los zamierzył się na “Czerwonych”; kolejny raz wyznaczył im rywala z Bundesligi; kolejny raz musieli rozgrywać spotkanie na obcym boisku; i kolejny raz widownia jakby nie doceniła wartości Hannoveru. Na Westfalenstadion, ten sam, który od jakiegoś czasu pęka w szwach, znalazło drogę zaledwie nieco ponad czternaście tysięcy kibiców. Klub z Dortmundu pałętał się wówczas w środku ligowej stawki (dopiero doskonała runda rewanżowa przyniesie sukces w postaci drugiego miejsca), moi bohaterowie jechali więc z pewnymi nadziejami. Szybko jednak otrzymali nokautujący cios, dwa ciosy. Przynajmniej rozsądek podpowiadał, że to już k.o. Najpierw Schmidt, chwilę później Chapuisat i wydawało się, że pierwsza połowa rozstrzygnęła losy spotkania. Nawet gol Grüna z 71 minuty aż tak wiele nie zmienił. Jednak sama końcówka przyniosła niespodziewaną, szokującą wręcz, zmianę nastrojów. W przeciągu siedmiu minut, po bramkach Breitenreitera i Klütza, skazywany na pożarcie Hannover wyszedł na prowadzenie i utrzymał je przez tych kilkadziesiąt sekund, jakie pozostały do końca meczu. Kolejny zespół z elity pokonany!

 

Minęły zalewie trzy tygodnie, a już trzeba było rozegrać spotkanie w 1/8 finału. Tym razem los przydzielił nieco bardziej przyjaznego rywala. Wreszcie na własnym stadionie Hannover podejmował rywala występującego w tej samej klasie rozgrywkowej, w tej samej grupie zresztą, Bayer Uerdingen**. Zwycięstwo gospodarzom dał jeszcze w pierwszej połowie Grün; jeden gol zadecydował o awansie do ćwierćfinału. I jeszcze ciekawostka, w lidze obie drużyny mierzyły siły aż czterokrotnie i... Hannover nie zdołał wygrać żadnego z nich! Zresztą to właśnie Bayer 05 świętował na koniec sezonu awans do Bundesligi...

 

Będąc już tak blisko upragnionego finału człowiek daje z siebie wszystko. Kibice niekoniecznie. Niedersachsenstadion świecił pustkami, gdy Hannover rozgrywał mecz z Karlsruher Sportclub. Kolejny rywal z Bundesligi, 1/4 finału a trybuny wypełnione zaledwie w połowie. Po jednej stronie Oliver Kahn, po drugiej Jörg Sievers, który pewnie jeszcze nie przypuszcza, że zostanie bohaterem całej edycji DFB-Pokal. I ponownie świetnie linią obrony dyryguje Wójcicki; i ponownie o wszystkim decyduje jeden, jedyny gol. Ostateczny cios zadaje obrońca Matthias Kuhlmey w 70 minucie. Gościom nie pomógł nawet utalentowany Mehmet Scholl... Sensacja, drugoligowiec dociera do półfinału. Ale te rozegrane zostają dopiero za sześć miesięcy.

 

Stopniowanie trudności. Na ósmego kwietnia przygotowano dla nich tę najtrudniejszą próbę. Do drugoligowca zjechał słynny Werder Bremen, obrońca Pucharu Niemiec, półfinalista trwającej właśnie edycji Pucharu Zdobywców Pucharów; w lidze może nie szło Bremeńczykom aż tak dobrze, ale i tam doskok do ścisłej czołówki był wciąż możliwy. Jeszcze bardziej możliwy wydawał się awans do elity Hannoveru, który właśnie ograł Herthę Berlin i wskoczył na pozycję wicelidera tracąc do Bayeru 05 zaledwie cztery punkty. Spotkanie półfinałowe miało jeszcze jeden smaczek – były to Nordderby, a jak wiadomo, takie mecze mają swoją specyfikę, inną semantykę, zaangażowanie, inne emocje i napięcie. Nic więc dziwnego, że tym razem pustych miejsc na trybunach nie było. Zawody trzymały w napięciu, jednak kibice nie doczekali się goli. Po dziewięćdziesięciu minutach na tablicy wyświetlały się dwa zera. Dogrywkę znakomicie rozpoczęli miejscowi. Po świetnym zagraniu Djemalsa oko w oko z Rollmannem stanął Michael Koch i pewnym uderzeniem dał niespodziewane prowadzenie ekipie Hannoveru. Radość trwała jednak bardzo krótko, bo chwilę później nieuwagę w szeregach obronnych „Czerwonych” wykorzystał norweski internacjonał, znakomity stoper Rune Bratseth. Wynik remisowy utrzymał się już do końca i o awansie do wielkiego finału zadecydować miały rzuty karne. Już w drugiej serii pomylił się Karsten Surmann i to faworyt był w uprzywilejowanej sytuacji. W trzeciej nastąpił kolejny zwrot; najpierw Roman Wójcicki po profesorsku przymierzył w okienko, a chwilę później jego vis-a-vis, wspomniany już Bratseth przestrzelił. Każda kolejna jedenastka, pomimo zmęczenia i towarzyszącemu zdenerwowaniu całkiem pewnie kończyła się bramką. Pięciu wyznaczonych strzelców wykonało swoją robotę, a rozstrzygnięcia wciąż brak! Trener Hannoveru, Michael Lorkowski, chyba nie do końca był przygotowany na taki scenariusz, bo... kolejnego strzelca wyznaczył improwizując. Ej, Jörg, masz najbliżej do piłki, strzelaj! Tak mniej więcej brzmiało polecenie szkoleniowca. Serio! Sievers wziął więc piłką, zamknął oczy i huknął w sam środek. Gol! Teraz łydki niech się trzęsą rywalom. Ale piłkę na punkcie oznaczającym rzut karny ustawił reprezentant Niemiec, Marco Bode. Godzina 22.53, Bode bierze rozbieg i... Sievers odbija piłkę! Po raz dwunasty w historii niemieckiej piłki w finale pucharu krajowego zagra zespół spoza pierwszej ligi! Istne szaleństwo!

 

I wiecie co? Słynne Berlin, Berlin, wir fahren nach Berlin! rozpowszechnione na Mundialu w Niemczech tak naprawdę wymyślone zostało spontanicznie przez fanów Hannoveru właśnie w euforii po meczu półfinałowym. Nawet zrobiono z tego przebój muzyczny:)

 

Nie wiem, czy to faktycznie spadek formy, czy może jednak celowe odpuszczanie, skoro i tak ligi nie zawojowali, ale Hannover przed meczem finałowym zakończył rozgrywki dopiero na piątym miejscu nie potrafiąc zwyciężyć w żadnej z ostatnich pięciu gier. Piątym w swojej grupie, bo, przypominam, były dwie! Trzeci sezon z rzędu na zapleczu Bundesligi w zupełnej szarzyźnie, bez postępu. Za rywala mają utytułowaną Borussię Mönchengladbach, która w lidze też nieco daje ciała i w ostatniej kolejce pozwala uniknąć degradacji bezbarwnej drużynie SG Wattenscheid 09.

 

Finał na Olimpiastadion w Berlinie. 23 maja. Przeciwnikiem Borussia Mönchengladbach. Wszystkie te fakty miały wbrew pozorom znaczenie. Nieco magiczne, nieco symboliczne, ale czyż nie szuka się różnych przedziwnych powiązań, by wzmocnić ducha? Drużyna z Gladbach zalazła za skórę bohaterowi półfinału, Sieversowi. Dokładnie nie sama drużyna, co chłopaczek ze wsi, w której wychowywał się bramkarz Hannoveru. A że za jego młodości liczyły się w Niemczech tylko Bayern i Borussia właśnie, to z powodu tak prozaicznego, jak wstrętny gość, Jörg rozlokował swoje sympatie i antypatie. Miejsce, berliński stadion olimpijski to z kolei ołtarz pierwszego ogromnego sukcesu klubu z Dolnej Saksonii. To właśnie tam, po szalonym boju trwającym dwa mecze kończone dogrywkami H96 zdobył pierwszy tytuł mistrzowski***. I jeszcze ta data... Dokładnie 23 maja 1954 roku sięgnęli po swój drugi, jak dotąd ostatni, tytuł mistrzowski gromiąc w Hamburgu w decydującym meczu 1.FC Kaiserslautern z legendarnym Fritzem Walterem aż 5:1. Jedyne, co nie przemawiało za nimi to fakt, że do tego momentu zaledwie jednej drużynie spoza najwyższej klasy rozgrywkowej udało się zwyciężyć w finale. Tym bardziej znamienny, że Kickers Offenbach tego samego roku awans do Bundesligi wywalczył...

 

Dawid kontra Goliat. Nikt nie dawał szans drugoligowcom. Nikt też nie wyciągnął wniosków, że przecież puknęli sobie po drodze aż cztery ekipy z elity. A co tam, zawsze w takiej sytuacji spogląda się na rywala z niższej klasy, jak na ubogiego krewnego. Widownia, bagatela, 76 200, to jednak nie odebrało odwagi H96. Ich los leżał w ich rękach, bez skamlenia, bez robienia pod siebie (co Pan na to, Panie Grodzicki?), nadarzyła się okazja, trzeba ją złapać i nie wypuścić. Outisider zawsze ma wszystko do wygrania i nic do przegrania. I faktycznie, mecz był absolutnie wyrównany. Świetnie radził sobie żółtodziób, Mlioš Djemels. Serb, który w lidze zagrał ledwo pięć gier ponownie w potyczce pucharowej wyróżniał się swą postawą. To on stworzył najgroźniejszą okazję dla Hannoveru. W 67 minucie przedryblował defensorów Borussii, przed nim był już tylko niesamowity Uwe Kamps. Młodzieniaszek przegrał pojedynek jeden na jednego, ale piłka tak fortunnie odbiła się od golkipera BMG, że ponownie trafiła pod nogi Djemelsa; Serb przytomnie odegrał do lepiej ustawionego Heemsotha, ten uderzył z lewej nogi lecz w jakiś nadludzki sposób, refleksyjnie, Kamps wyszedł obronną ręką i z tej sytuacji. Z każdą kolejną minutą coraz bardziej nacierał zespół z Bundesligi, Sievers i Wójcicki musieli się tęgo napracować, by utrzymać szczęśliwe 0:0 do końca spotkania. Zatem dogrywka. O dziwo w niej obie drużyny postawiły na frontalny atak chcąc uniknąć kolejnej nerwówki w serii rzutów karnych. Kolejnej, bo nie tylko Hannover kończył półfinał w ten sposób. Leszpe sytuacje ponownie ma Borussia, ale Sievers nie daje się zaskoczyć; inna sprawa, że ma nieco szczęścia. Wreszcie sędzia kończy i doliczony czas gry. Rzuty karne! Gola za golem. Piłkę do siatki ładuje również Wójcicki, choć z odrobiną szczęścia. Który z bohaterów zdobędzie sławę? Sievers, czy Kamps?**** W trzeciej serii mlodziutki, utalentowany Karlheinz Pflipsen, nadzieja niemieckiej piłki (niespełniona, niestety) przegrywa pojedynek z bramkarzem Hannoveru. Ale chwilę później myli się również Oliver Freund i wciąż obie drużyny idą łeb w łeb! Czwartą serię rozpoczyna doświadczony, nieco niedoceniany, a przecież znakomity fachowiec w liniach obronnych, ponadto świetny egzekutor (łącznie 67 bramek w Bundeslidze!), a swego czasu i reprezentant Niemiec, Holger Fach. Ale Sievers ponownie broni jedenastkę; drugą z rzędu! Kretzschmar się nie myli i to Hannover ma jednbramkową przewagę. Ostatnia seria. Po stronie Borussii Jörg Neun, kolejny niezwykle doświadczony gracz; tym razem uderzenie jest pewne, celne i ponownie widnieje remis. Ostatni strzał; czy aby na pewno ostatni? Godzina 20.37. Piłkę ustawia Michael Schjönberg, facet za parę lat zacznie regularnie grywać w reprezentacji Danii, póki co jest jednak dość mało doświadczonym graczem. Wójcicki nie może na to patrzeć. Strzał piłka leci w lewą stronę, Kamps rzuca się w prawo i sensacja stała się faktem. Hannover jako drugi klub w historii niemieckiej piłki zdobywa laur Pucharu Niemiec nie należąc do elity!

 

Tak relacjonowano w Polsce to szokujące rozstrzygnięcie:

Szaleństwo, prawdziwe szaleństwo. Puchar odbiera kapitan, Karsten Surmann, ale szybko ląduje w dłoniach prawdziwego herosa, Jörg Sieversa. Okrzyknięto go mianem „Pokalheld”, pucharowego bohatera. W Hannoverze spontanicznie wychodzi na ulicę 50 tysięcy osób; kto może zbiera się pod Ratuszem w oczekiwaniu na swych bohaterów. Podobno w drodze z Berlina Sievers zatrzymał na autostradzie autobus z kibicami Hannoveru i... poszedł do fanów z pucharem cieszyć się wspólnie:)

 

O tych wspaniałych dla Hannoveru 96 momentach traktuje poniższy filmik; tam też wspólne śpiewy Berlin, Berlin wir fahren nach Berlin! (nieco zabawnie to wyszło:), ponadto są tam sceny z drogi do finału drużyny H96)

 

Ale wbrew pozorom historia nie miała happy endu, takiego, wiecie, z przytupem. Losowanie europejskich pucharów było dla Hannoveru wyjątkowo złośliwe i bezlitosne. Wszyscy spodziewali się jakiegoś atrakcyjnego rywala, kolejnego rozdziału pięknej przygody, nawet gdyby miała trwać ledwie dwa tygodnie. Marzyło im się zagrać z Liverpoolem, czy chociaż Atletico Madryt (o Miedzi Legnica pewnie nie myśleli;), tymczasem złośliwy, podły los wybrał im na przeciwnika... Werder Bremen. Zamiast zagrać gdzieś w Europie czekała ich podróż 120 kilometrów na kolejne Nordderby. Wielkie, wielkie rozczarowanie. Tym większe, że Werder to był wówczas świetny zespół. Właśnie wygrał Puchar Zdobywców Pucharów, do ligi startował z ogromnymi, jak później się okaże, słusznymi nadziejami. Pomimo ofiarnej gry, poświęcenia, klub z Dolnej Saksonii nie zwiedził Europy. Po porażce 1:3 w Bremie (honorowe trafienie z karnego zanotował Wójcicki), w rewanżu udało się tylko częściowo odrobić straty. Wygrana 2:1 okazała się niewystarczająca. Werder zresztą odpadnie już w następnej rundzie po wspaniałym dwumeczu ze Spartą Praga (oglądałem, przysięgam, to jeden z tych momentów, które zadecydowały o rozkochaniu się w czeskiej piłce; Jezu! Petr Vrabec, ciekawe czy ktoś z Was go kojarzy?;>)

 

Ale to był dopiero początek kłopotów. W lidze znowu był tylko środek tabeli, ale już za kilka lat, w setną rocznicę założenia klubu, Hannover niespodziewanie spadnie do Regionalliga, gdzie przemęczy się dwa lata, by wreszcie wejść na ścieżkę sukcesu.

 

Również tamci bohaterowie nie specjalne odniosą sukcesy. Trener Michael Lorkowski jeszcze przed finałowym meczem zapowiedział odejście z klubu. Dziś pracuje jako asystent nauczyciela w szkole podstawowej.

 

Jörg Sievers nie opuścił klubu nawet w najtrudniejszym momencie. Paradoksalnie więc równie wysoko, co potyczkę półfinałową i finałową, ceni w swojej karierze rewanżowe spotkanie barażowe o... awans do drugiej ligi z Tennis Borussia Berlin z 1998 roku. Hannover przed własną publicznością odrobił straty wygrywając 2:0, a w serii rzutów karnych ponownie błysnął Sievers i 96 wygrało w nich 3:1.

 

Sam Sievers wszedł niejako w popukulturowe życie, naturalnie nie osobiście (obecnie szkoli bramkarzy w swoim ukochanym Hannoverze; to on miał wpływ na rozwój nieżyjącego już dziś Roberta Enkego, czy obecnie strzegącego świątyni “Czerwonych” świetnego młodzieńca Ron-Roberta Zielera), kapela o oryginalnej nazwie Fury in the Slaughterhouse nagrała bowiem utwór „ Jörg Sievers Blues”. I jeszcze jedna pokrętna ciekawostka. Na boisku Sieversa koledzy nazywali „Colt”, a to na cześć bohatera popularnego w latach osiemdziesiątych serialu telewizyjnego Fall Gay, którego nazwisko brzmiało podobnie, Colta Seaversa.

 

Sievers wspominając finał, i w ogóle rzuty karne, które przeciwko niemu strzelano przyznał, że nie miał żadnego sposobu na radzenie sobie z nimi. Żadnego poza jednym – intuicją. To ona podpowiadała mu, w który róg ma się rzucić. To ona również podszeptywał mu po obronieniu jedenastki Holgera Facha, że to już koniec, że już zdobyli to upragnione trofeum...

 

A tak o tym wspomina osobiście...

 


 

* Wójcicki zagrał wszystkie mecze w 2 lidze, chociaż występowała na pozycji stopera został najlepszym strzelcem klubu z pięcioma bramkami! Przy okazji został też największym brutalem zespołu, złapał aż osiem żółtych kartek (a jednak nie pauzował, tak porąbane były w tym przejściowym sezonie przepisy). Żeby było zabawniej owe pięć goli wbił dwóm drużynom w pięciu meczach. Szczęśliwy los uśmiechnął się do faworyzowanego Bayeru Uerdingen (dzisiejszy KFC) oraz SV Meppen:) Wszystkie te spotkania zakończyły się remisami 1:1:)

** Bayer, po wielu przejściach występuje obecnie pod nazwą KFC Uerdingen w NRW-Liga, czyli piątej lidze regionu Nordrhein-Westfalen. O problemach sympatycznego klubu z Krefeld wspominałem w czwartej części nizwykłej opowieści o najlepszym meczu w historii klubowej piłki nożnej.

*** Dwoma meczami z dogrywką, bo w latach trzydziestych o wyniku nie rozstrzygały rzuty karne. Dwudziestego szóstego czerwca, właśnie w Berlnie Hannover zremisował z Schalke 04 3:3. Mecz powtórzono tydzień później; ponownie niezwykle wyrównane, dramatyczne spotkanie znalazło swe rozstrzygnięcie dopiero w dogrywce. Jeszcze na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry Schalke prowadziło 3:2, ale wtedy skrzydłowy o swojsko brzmiącym nazwisku Edmund Malecki wywalczył rzut karny, którego na gola zamienił Hannes Jacobs. Dogrywka prowadzona w ślamazarnym tempie, przy doskwierającym upale długo nie przyniosła decydującego gola. Dopiero na, a jakże, trzy minuty przed końcem akcja Maleckiego, strzał, piłkę wypluwa bramkarz Klodt, doskakuje do niej Eric Meng i zapewnia sensacyjny triumf Hannoveru. Pamiętacie, jak pisałem o przyśpiewce kibiców Kaiserslautern po tęgim laniu, jakie otrzymał Bayern? Dokładnie tak samo śpiewali kibice Hannoveru, “Hi, ha, ho, Schalke ist k.o.”.

**** O wyczynie Uwe Kampsa z półfinału jeszcze kiedyś napiszę. N I E S A M O W I T E ! ! !

poniedziałek, 29 sierpnia 2011, marll80

Polecane wpisy