Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

Gambrinus Liga – podsumowanie

Gambrinus to całkiem dobre piwo, może nie tak jak Černý Kozel, czy Svijanský, ale w sam raz na upalne dni. Tak się złożyło, że czeskie ostatki miałem okazję oglądać na własne oczy. Praga. Trochę swobody. Egon Bondy. Nie mogłem sobie odmówić zawitania na któryś ze stadionów. Miałem do wyboru derby Slavia-Bohemians albo mecz Sparty z Hradcem Králové. Lubię Votroków, ale nie lubię Sparty. Przede wszystkim mam jednak słabość do „Zszywanych” i „Kangurów” nic więc dziwnego, że wybrałem właśnie te zawody. Ledwo jednak zamarzyłem sobie oglądanie derbów z sektora zielono-białych przyszło spore rozczarowanie – kara meczy bez widowni nałożona przez Czeski Związek Piłki Nożnej na Slavię obejmowało również to spotkanie. Wściekłość. Ale życie nie lubi próżni. Na stadionie Bohemky, legendarnym Ďolíčku, zorganizowano projekcję na telebimie. To jest coś! Zobaczyć ten niezwykły obiekt to jak obowiązek zwiedzenia najświętszych sakralnych miejsc dla pielgrzyma; a co dopiero, gdy obiekt tętni życiem...

Jakieś wieprzowe „U tří soudků” i smakowite Svijane do tego. Przez ulicę już kuszą uda stadionu. Delikatnie muskane przez wiatr zapraszały do bliższej znajomości. Betonowe ogrodzenie sugerujące niedostępność, a przecież odkrywające łono. Nie zdążyliśmy napchać pysków, gdy dosiadają się Krzychu oraz „chorzowski” i Adam. Te dwa ananasy, które odwiedziły Krzyśka w Pradze sypią anegdotami tak obficie, że właściwie jedzenie było niepotrzebne. Musielibyście to słyszeć, nie do powtórzenia! Historie, które – panowie! - szkoda chować do szuflady.

Mecz początkowo miał być otwarty również dla kibiców Slavii, stąd przypałętał się pod Ďolíček jeden slavista, wystrojony w barwy czerwono-białe, całkowicie kontrastujące z zielenią Bohemky. Wytłumaczono mu, że jednak nikogo ze Slavii nie będzie. Wytłumaczono kulturalnie i bez rękoczynów, zaznaczam. Powałęsał się jeszcze chwilę pod stadionem i poszedł sobie...

Spotkanie kibiców bez meczu na żywo, bez fanów gości, w sielankowej atmosferze. Policyjnych grup jednak jakby sam Barack Obama miał zasiąść na widowni. Nad nami co jakiś czas krąży helikopter, niczym zazdrosny mąż zezujący, co wyprawiamy. Osobna grupa, zapewne dowodząca, rozsiada się na tarasie za trybuną rozkładaną (tak, tak, mają tam takie cudeńko, przygotowywane dla sympatyków przyjezdnej drużyny).

Bez problemu weszliśmy na stadion, gdzie wśród sprawdzających bilety była i ta sympatyczna para:) Widok przeuroczy, a jak dowiedziałem się od chłopaków pilnowała porządku przy wejściu również na meczu juniorów tych drużyn. Czysta miłość do futbolu:)

Bilet

Zrazu nieśmiałe kroki, jak poznawanie kochanki, sprawdzanie na co pozwoli, czy nie rumieni się zaglądaniem w dekolt. Prezent, kupić prezent! Kobiety uwielbiają obdarowywanie. Sklep umiejscowiony na tarasie nie obfitował w gadżety i konfekcję, jak ten Slavii na Synot Tip Arena. Skromnie ale ze smakiem. Wybrałem to i owo i z paczuszką dałem się poprowadzić w same oko Ďolíčku, na trybunę główną. Przeklęty marsz, niemal pionowy! Przechył trybun szalony, chwila nieuwagi i leci się na sam dół!

Klokan

Widać lubi ostro się zabawić; czuję się ponownie onieśmielony. Dostrzegając moje zaniepokojenie szybko rozluźnia atmosferę, rzuca żartem. To na telebimie operator uruchamia mecz, googluje aż znajdzie; jeszcze mógłby tylko obraz zapodać na pełny ekran;) Jest ósma minuta meczu, jeszcze chwila i wszystko wreszcie gra. Wszystko poza drużyną Bohemky, która jakoś apatycznie i bez zaangażowania porusza się po boisku. To tak, jak gdyby dobrana muzyka zamiast do rozwiązłości szykowała nas do snu. Nie przeszkadza to jednak w ogóle, zbyt wiele dzieje się dookoła. Czescy kibice też protestują, stąd transparent zawieszony na trybunie, gdzie zwyczajowo przesiaduje kotel: „Český fotbal, bez fanoušk!” (Czeski futbol, bez kibiców!).

Kotel

Tym razem nikt tam nie przebywa; wszyscy zgromadzili się na trybunie pod dachem. Rozpoczyna się doping prowadzony na dwie strony trybuny głównej, trybuny, która ciągnie się przez całą długość boiska. Są bębny (po naszej stronie ciężko nad nim pracuje młoda dziewczyna), wszystko rozkręca się w chóralne śpiewy. Poznaję nutę po nucie. Jestem nieco wkurzony na siebie; mogłem się lepiej przygotować. Tymczasem Slavia strzela bramkę; po początkowej konsternacji wybucha radość wśród fanów „Kangurów”. Telewizyjny grafik pomylił strony i zapisał bramkę Bohemce:). Od tego momentu zabawa idzie w najlepsze. Przyznaję, że nie spodziewałem się iż potrafi, aż tak wiele, ta moja kochanka. Oplata nogami, gryzie, drapie, wije się, zabawia językiem, wyprawia wszystkie te sprawy, które tylko z rzadka wyglądają poza nasze podświadome pragnienia. Czuję, że całkiem nade mną zapanowała. Nie bronię się, nie chcę. Jest mi dobrze. O, tak! Mało kto dostrzegł, że w ostatniej minucie pierwszej połowy Slavia wbiła drugiego gola. W przerwie rozpoczynają się wędrówki po piwo. Jestem pod wrażeniem tych wszystkich herosów skaczących przez krzesełka na półmetrowe przejścia między nimi. Jezu, ja najchętniej przypiąłbym się do swojego pasem bezpieczeństwa! Po wzmocnieniu, gdy jeszcze ten i tamten przypalili ziółko, śpiewy jeszcze bardziej podkręcają atmosferę. Jakiś olbrzym rykiem za dwudziestu chłopa pobudza uśpionych. Trybuny trzęsą się, na balkoniku ktoś dodatkowo zachęca do wydzierania się w imię Bohemky; szaleństwo! Křičíme z plných plic, Bohemka z Vršovic i Gól klokan gól to evergreeny nic a nic się nie nużące. Wspaniała nuta! Bębny i pirotechnika. Tutejsi chłopcy zajmują miejsce na trybunie kotla przyprawiając całość ostrym chili.

Piro

Niemal ekstaza. Jestem czerwony z emocji. Podciągnięta spódnica, porzucony gorset, pełne piersi nawilżam ustami, poznaję szyk zmysłowych pończoch, zrywam je drapieżnie, ulatuję. Wtedy, w kulminacyjnym momencie, gdy wszystko zbiera się we mnie w potężną erupcję, gdy tektoniczne ruchy dwóch nienasyconych ciał dają początek wielkiemu boom! wpada zazdrosny mąż i wszystko psuje. Napluć mu w twarz to za mało. Wszystko siada, więdnie, pomarszczone oklapnęło w bezruchu. Tych ostatnich kilkanaście minut bez napięcia, wrażliwości, niepoznanych jeszcze zakamarków. Trzeci gol „Zszywanych” to tylko jęk; nie taki jęk, który miał nastąpić, jęk, który wypadało z siebie wydobyć, nic więcej...

Po meczu kibice pozostają na stadionie. Raczą się, raczymy się piwkiem, rozmawiamy. Na tarasie króluje DJ puszczając popisowe kawałki ska, reggae, punk-rocka; dziewczyny zaczynają tańczyć. Za chwilę mają dołączyć do nas piłkarze i trener. Trener nawet bardziej oczekiwany. Pavel Hoftych, który wycisnął z tej drużyny więcej niż można było się spodziewać, odchodzi do Spartaku Trnava. Wszyscy chcą mu podziękować. Dzieciaki szczególnie czują podniecenie tym wydarzeniem. Czekamy tylko chwilkę; chwilka zmienia się w pół godziny, potem godzinę. Krzysiek i jego goście rozchodzą się. Wreszcie i my opuszczamy stadion nie doczekawszy się głównych bohaterów. Dołączamy do naszych znajomych, którzy już gdzieś zadekowali się na finał Ligi Mistrzów. To gdzieś to elegancki Cafe Bar „U Divadla”, przestronny, dwupoziomowy, zaaplikowany plakatami hollywoodzkich gwiazd, wyrafinowany i całkiem pozbawiony jakości. Jak dostać w ryj to na całego. Z Ďolíčku do nijakiego lokalu z dwudziestoma klientami (z czego my stanowiliśmy większość) i żadnym zainteresowaniem futbolem, neutralizacja...

Z czeską ligą już tak dobrze nie jest, jak z atmosferą na Bohemce, chociaż, paradoksalnie miniony sezon był najbardziej obfity w gole w historii samodzielnych czeskich rozgrywek liczonych od roku 1993 (średnia wyniosła 2,64), rekordowe były mecze Plzeň – Ústí, Brno – Slovácko oraz Jablonec – Hradec, w których gospodarze za każdym razem wygrywali aż 7:0, z kolei najwięcej goli za jednym zamachem zobaczyli kibice w Libercu. Tamtejszy Slovan w 25 kolejce pokonał Teplice 6:2. A jednak liga była szarpana, rwana, toczona przez niekoniecznie boiskowe wydarzenia. Z jednej strony rewelacyjna postawa beniaminka z Hradce Králové i wspaniała runda rewanżowa w wykonaniu Bohemians 1905 Praha, z drugiej zupełnie niepasujący do ligi outsider z Ustí nad Labem rozgrywający swe mecze w Teplicach, szokujące problemy finansowe i licencyjne i własnościowe Slavii oraz kompromitująca postawa innych słynnych drużyn, ostrawskiego Baníku oraz Zbrojovky Brno.

Spadek z ligi Brna to dla mnie większa sensacja niż mistrzostwo Viktorii z Pilzna. Ostatni raz mistrz Czechosłowacji z 1978 roku został zdegradowany, choć poprawniej napisać powinienem, że wyleciał z hukiem, tuż po rewolucji i ukręceniu karku komunie. Podobnie jak w Polsce przemysł ciężki ledwo dyszał i nie w głowie mu było sponsorowanie klubów sportowych. Już po roku awansowali, w pięknym stylu zresztą, a potem nastąpiły tłuste lata, gdy na trybunach potrafiło zasiąść 20-30 tysięcy widzów! Jan Maroši, Luboš Přibyl, René Wagner, Richard Dostálek i szalony Petr Uličný na ławce trenerskiej... Łezka się w oku kręci i pojawia uśmieszek. Klub przemianowano na FC Boby; to na cześć sponsora sypiącego obficie kasą. Boby, psia krew, prawie jak Bobby Sixkiller...:) Dzisiaj stadion nie ten, widzów garstka, zawodnicy bez jaj. Dziewięć punktów w tym roku dopełniło przeznaczenia. Jestem jednak niemal pewien, że Brno bić się będzie o rychły powrót do ligi. Należą tam bardziej niż kilka innych drużyn.

A propos stadionu. Zbrojovka grywała na ogromnym obiekcie za Lužánkami. Mogło tam wejść i 50,000 widzów i do diabła, jak już wspomniałem, w połowie lat dziewięćdziesiątych wcale nie świecił pustkami! Gdy jednak przestał spełniać normy odsunięto go na boczny tor, dając wszelako zapewnienia, że już za chwilę, za niedługo kibice wrócą na nowoczesne, wyremontowane cacuszko, o takie

Za Luzankami - projekt

Projekt stadionu Zbrojovki za Lužánkami (2006 r.). Czas realizacji... 2009 rok. foto: Repro, MF DNES. Źródło: http://fotbal.idnes.cz/foto.aspx?r=fot_dsouteze&c=A110602_1595679_brno-zpravy_dmk

Jak zwykle w takich przypadkach nabito fanów w butelkę. Dziś jest to miejsce na pijackie imprezy, przypadkowy seks i luksusowy zimowy kurort dla bezdomnych. Przykro patrzeć

Za Luzankami

Stadion Zbrojovki za Lužánkami dziś. foto: Petra Mášová, MF DNES. Źródło: http://fotbal.idnes.cz/foto.aspx?r=fot_dsouteze&c=A110602_1595679_brno-zpravy_dmk

Było o Brnie nie może zabraknąć kilku słów o mistrzu. Viktoria Plzeň już w poprzednim sezonie przejawiała apetyt na coś więcej niż przeciętność, mistrzowska korona to jednak spora niespodzianka. Niespodzianka, na która jednak zespół Pavla Vrby uczciwie zapracował. Po fantastycznym starcie (remis w pierwszej kolejce był wypadkiem przy pracy, po którym nastąpiło sensacyjnych 11 zwycięstw z rzędu, w tym na Sparcie i na Slavii!) przyszło im tylko kontrolować sytuację w tabeli. Powiedzieć, że dostali kiedykolwiek w ciągu sezonu zadyszki to naciąganie rzeczywistości, puszczanie oka; zaledwie dwukrotnie, nomen omen, dwukrotnie z rzędu nie wygrywali, ot i całą serię niepowodzeń wymieniłem. Mimo tak fantastycznych statystyk (76,66% wszystkich możliwych punktów) zakończyli sezon z ujemnym bezpośrednim bilansem z dwoma drużynami: Sigmą z Ołomuńca i „Kangurami” z Pragi. Dojrzała drużyna o równo rozłożonych akcentach (może jedynym problemem był brak skutecznego snajpera), jedność ale i zdecydowani liderzy, wreszcie wiara i naprawdę efektowna, nie tylko efektywna, gra przyniosła tytuł. Tytuł dla piątej dopiero drużyny w osiemnastoletniej historii samodzielnej czeskiej ligi. Gratulacje i powodzenia w eliminacjach Ligi Mistrzów!

Ten sezon to jednak również smutne pożegnania. O słynnym bramkarzu Martinu Vaniakovi pisałem parokrotnie. Ten fantastyczny sportowiec niespodziewanie jeszcze na pół roku zmartwychwstał z piłkarskiego grobowca i sześcioma „nulami” (na jedenaście gier!) pomógł szybko wykaraskać się Slavii z ligowych dołów. W ten sposób legenda Ołomuńca i pozszywanej części Pragi poprawił jeszcze swoje cudowne osiągnięcia:

Klub ligowych bramkarzy*: 1. Jan Stejskal 164, 2. Martin Vaniak 161, 3. Petr Čech 156, 4. Jaromír Blažek 152, 5. Luděk Mikloško 142
Najwięcej meczy w lidze**: 1. Jaroslav Šilhavý 465, 2. Martin Vaniak 440, 3. Horst Siegl 435, 4. Stanislav Vlček 425, 5. Oldřich Machala 414

Szkoda tylko, że tak zasłużonemu piłkarzowi Czeski Związek Piłki Nożnej nie pozwolił godnie pożegnać się z zawodową karierą. Po przerwaniu pucharowego meczu przez niezadowolonych z zarządzania klubem kibiców Slavii, Synot Arena została zamknięta dla „Zszywanych” na trzy mecze. Głupota. Głupota, że nikt nie pomyślał, by dać Martinowi satysfakcję z burzy braw (jestem pewien, że również z sektorów Behemky), że zburzył jego marzenie, o którym rozpowiadał na prawo i lewo gdzieś od grudnia. Głupota, frajerstwo, brak szacunku, dziecinada, imbecylizm... Na otarcie łez wręczono mu nagrodę „Fair Play”, szkoda tylko, że ČMFS nie zachował się fair wobec niego. Dziękuję Martine! Dziękuję i najlepszego!

Drugą ikoną czeskiej piłki, która powiesiła buty na kołku jest Pavel Verbíř, niemal całą karierę związany z FK Teplice. Mały wojownik, ikona klubu, świetny technik, który swą grą zasłużył się i w reprezentacji. W 2007 roku wybrany osobowością czeskiej ligi. Łzy na stadionie na Stínadlach. Po 19 latach nie założy już koszulki z numerem dziewięć, nie wybiegnie po raz 610 walczyć za swój klub... Na ostatnie 10 minut pożegnalnego meczu (ze Sloavckem) zagrał w jednej drużynie ze swoim 18-letnim synem. Potem jeszcze standing ovation przy zmianie, przebieżka wzdłuż trybun, oklaski, płacz, szpaler złożony z piłkarzy i trenerów oby drużyn... Zakładając marynarkę prezesa stał się, jeszcze na boisku!, menadżerem klubu FK Teplice. „Jestem facetem, który potrafi płakać”, wyznał. Paweł, jesteś facetem, który zawsze dawał z siebie wszystko, zachowując elegancję, mając czym postraszyć rywali. Oby Teplice nie straciły na murawie duszy po Twoim odejściu. Powodzenia w życiu pozazawodniczym!

A dla szukających więcej statystyk, zajrzyjcie tutaj. Średnia widzów ledwie 4,500...

 

Ale liga jeszcze nie domknięta. Pan Kapr, persona non grata na Bohemce, otóż Pan Kapr i jego Střížkovskie tfu przypomnieli sobie właśnie, że dwa lata temu Sigma Olomouc próbowała kupić od nich wygraną. Dziwne nieco, że czekali z tym tak długo, dziwne też po co niby Sigma miała to robić, skoro to coś Pana Kapra lał każdy, jak chciał. Paradoksem, jest to, Panie Kapr, że w Czechach od jakiegoś czasu na łapówkę mówi się kapříci... Jeśli jednak oskarżenia znajdą potwierdzenie Sigma leci z ligi. Gdy stanie się to przed zatwierdzeniem sezonu 2010/11 (pewnie ostatni tydzień czerwca) utrzyma się Zbrojovka Brno, w innym wypadku awansuje trzeci zespół drugiej ligi. Się porobiło!


* stan na 01.06.2011, kursywą czynni gracze.
** stan na 01.06.2011, kursywą czynni gracze.

sobota, 04 czerwca 2011, marll80

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: krzychu81, *.98.broadband14.iol.cz
2011/06/12 15:35:54
"odkrywające łono", "nieśmiałe kroki, jak poznawanie kochanki, sprawdzanie na co pozwoli, czy nie rumieni się zaglądaniem w dekolt", "oplata nogami, gryzie, drapie, wije się, zabawia językiem"

I jak tu się potem dziwić, że "Ta naše Bohemka, jediná milenka..." :)) Skubana uwiodła już tylu mężczyzn...

Super-relacja! Pozdrawiam.
-
Gość: prezessss, *.silesiamultimedia.com.pl
2011/07/03 01:07:31
kricime z plnich plic, bohemka ze vrsovic, bohemka je a bude, a my jsme s ni vsude! ja z bohemka awans przezywalem w 2007 roku!
bohemka - do toho!
-
Gość: , *.dynamic.chello.pl
2011/07/03 17:52:32
fanatics-football.blogspot.com/
zapraszam na tego bloga - lod choRzowskiego i pozdro