Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

94-56-55

Już tylko chwila dzieli nas od 94 ligowych Wielkich Derbów Śląska. Obie drużyny tej wiosny strasznie się zbabiały, że się tak wyrażę; stały się wyjątkowo chimeryczne, kapryśne prezentowaną formą, raz kuszące, innym razem przyprawiające o migrenę. W pierwszej kolejce nowego roku obie zagrały na zero i tak też się przedstawiły; nieco niewyspane po zimowym śnie, narzekające na zimno i zarzucające na siebie kołdrę po sam koniuszek nosa, że nic a nic, nie można było dostrzec, nawet kształtów okrągłych… Druga runda gier postarała się o kontrast, jak między filmem kolorowym, a czarno-białym. Efektowne zwycięstwo Górnika przy biernej postawie Chorzowian, tak biernej, że aż boki (obrony) można było zrywać, stawiało w roli faworyta dzisiejszego meczu właśnie Zabrzan; ale już po tygodniu nastąpiła weryfikacja. Górnicza jedenastka stała się uczestnikiem jednego z najsłabszych ligowych spotkań, przerażającego niedokładnością i brakiem podstawowej edukacji piłkarskiej; „Niebiescy” z kolei dość pewnie i jednoznacznie uporali się z Bełchatowem i właśnie dlatego, zarazem tylko dlatego, daję im dzisiaj większe szanse na prestiżową wiktorię.

Niestety, zamiast rozprawiać o taktycznych zawiłościach, atutach i niedostatkach, składach, terminach, statystykach, znakach na niebie i szczęśliwych monetach przez media przetoczyła się jakaś irracjonalna dyskusja, podszyta chichotem, o straszliwym niebezpieczeństwie. Zrobiło się niemal szekspirowsko (zwłaszcza, gdy wyjrzymy za okno, brakuje tylko grzmotów i niespokojnego rżenia koni); to trąbienie na alarm, bicie w dzwony, przestrogi, apele, nawoływania i majstrowanie przy wywoływaniu histerii bardzo mnie ubawiła. Skończona niedorzeczność; groteska, farsa, facecja, krotochwila... Szkoda jedynie, że skonstruowany na żabi kształt problem zawłaszcza przestrzeń publiczną, zupełnie bez sensu.

Gdybym miał się odnieść do tych przepychanek, pstryczków, ciosów, razów i kuksańców wzajemnych, zabrałbym się do tego z zupełnie innej strony. I guzik mnie obchodzi, czy są to wybryki smarkaczy niedorosłych do swych funkcji, czy wyrachowane zagrania, precyzyjne uderzenia, kontrujące sierpowe. To co najbardziej dało się zauważyć to… ciągle pojawiające się w mediach nazwy obu klubów! Paradoks tych zajść, bo jeszcze nie wydarzeń, polega na tym, że znakomicie promieniują odrębnością Górnika i Ruchu i bynajmniej nie mam na uwadze semantycznego, historycznego, osobowego, czy jakiegokolwiek innego znaczenia. Odrębność, tylko tyle. Zaczynam poważnie zastanawiać się, czy w ten sposób oba front nie byłby w stanie pokusić się o polaryzację, nazwijmy to, rynku kibicowskiego. Kibic to taki organizm, który żywi się emocjami. Pozorny lub rzeczywisty konflikt mógłby spowodować znaczący przypływ nowych fanów, jeśli nie na zasadzie całkowitej afirmacji, to przynajmniej jako realne przeciwieństwo, obstrukcja i przekora. Utożsamianie się oparte na poczuciu odmienności od nich nie jest ani czymś nowym, ani psychologicznie niewytłumaczalnym. Z ciekawości można przytoczyć przykład niemieckiego regionu Nadrenii Północnej-Westfalii, regionu nazbyt dużego, by zwykłą kalkę przyłożyć do Górnego Śląska; pamiętajmy, zamieszkuje go ponad osiemnaście milionów mieszkańców, a jedynie Kolonia, jako miasto, zbliża się zaludnieniem do choćby jednego z nich. Jeśli jednak przyjrzymy się uważniej i zaczniemy analizować sympatie klubowe, a wcale nie potrzeba do tego szkła powiększającego, podział jest aż nadto widoczny. W Westfalii znaczenie mają tylko dwa kluby, Borussia Dortmund oraz Schalke 04 Gelsenkirchen, i nikt mi nie powie, że ta rywalizacja sprowadza się jedynie do wielkości widowni. Tam wręcz wrze, kto jest lepszy! Pod względem frekwencji są jeszcze dwa inne kluby, tym razem z Nadrenii Północnej, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że waśnie, wzajemna niechęć i imidżowskie utożsamianie jest jeszcze znaczniejsze; chodzi naturalnie o zespoły 1.FC Köln i Borussii Mönchengladbach. Charakterystyczne, że chociaż w całym regionie są i większe miasta (poza Kolonią) i inne kluby, które występują/-owały w Bundeslidze, żadnych innych porównywalnych w emocjach par nie da się złożyć; od biedy można do drużyn nadreńskich dokooptować Fortunę Düsseldorf, można jeszcze wzmiankować o nieustającej potrzebie (słusznej wg mnie;)) przypominania innym, że Es gibt nur Eine Borussia ale jakieś Bochum, Bielefeld, Dusiburg, Essen, Wuppertal, Oberhausen, czy, na Boga!, Leverkusen? Bez jaj... Zwłaszcza ci ostatni to swoisty fenomen. Od lat osiągają większe sukcesy niż np. „Kozły” i „Źrebięta”, ale gdy rozbudowywano im stadion tylko odrobinkę przekroczono pojemność 30 tys. Czy zatem Górnik i Ruch mogą spróbować tymi wojenkami podjazdowymi zawłaszczyć sobie aż tak zdecydowanie przychylność miłośników piłki nożnej? Nie jestem w stanie odpowiedzieć; tylko nimi zapewne nie, ale łącząc to z dodatkowymi elementami, uzupełniając o różne eventy, kto wie... jakby nie patrzyć, to wzajemne bekjendy, forthendy i smashe całkowicie w cień odsunęły problemy Polonii Bytom, czy derbowe spotkanie GKS Katowice z Piastem Gliwice!

Najwyższy czas, by powrócić do samego wydarzenia. Nie wiem, czy ktoś się zorientował, ale mija równo 55 lat od pierwszego ligowego spotkania Górnika z Ruchem! Dokładnie 18 marca 1956 roku obie flagowe ekipy śląskiej piłki zmierzyły się w dziewiczym dla Zabrzan spotkaniu ekstraklasowym! Górnik wygrał 3:1 (2:1) po dwóch bramkach Jankowskiego oraz trafieniu Fojcika. Dla Ruchu honorowego gola strzelił Alszer. Oto jak relacjonował to wydarzenie „Przegląd Sportowy”:

Nie tyle przegrana Ruchu, ale sposób, w jaki chorzowianie ulegli Górnikowi jest rewelacją spotkania. Wynik bowiem nie mówi jeszcze wszystkiego tego, co działo się na boisku. Przez 90 min. spotkania na rozmokłej murawie widzieliśmy właściwie piłkarzy tylko jednej jedenastki, mianowicie Górnika, którzy grając niesłychanie ambitnie, nie pozwolili Ruchowi nabrać rozpędu.
Motorem wszelkich akcji zaczepnych Górnika był doskonale dysponowany Jankowski. Środkowy napastnik górniczego ataku czuł się wyśmienicie na rozmokłym terenie, potrafił prowadzić piłkę i celnie ją adresować, a przede wszystkim strzelać. On zmusił Wyrobka do dwukrotnej kapitulacji. Na plus Jankowskiego należy zapisać również to, nic nie robił sobie z defensorów Ruchu, ogrywał ich w nielitościwy sposób i mimo, że był pieczołowicie pilnowany, często niepokoił Wyrobka.
„Bombowy skład” Ruchu nie miał tym razem za wiele do powiedzenia. Renomowani piłkarze z Chorzowa nie pokazali niczego specjalnego. Nie potrafili oswobadzać się ze zdecydowanej kontroli piłkarzy Górnika, którzy jak oka w głowie strzegli swych podopiecznych. Mecz był w sumie ładny, bowiem drużyna gospodarzy, nie bacząc na rozmokły teren grała bardzo ofiarnie i dała z siebie wszystko, na co było ją stać. Natomiast chorzowianie zdradzali wyraźną niechęć do gry. Źle czuli się na błotnistym terenie, ale najważniejsze było to, że do gry włożyli za mało serca.

Podam jeszcze historyczne składy pierwszego WDŚ:
Górnik: Kaczmarczyk, Cymerman, Franosz, Hajduk, Olejnik, Nowara, Fojcik, Jankowski, Czech, Wiśniowski.
Ruch: Wyrobek, Gebur, Bartyla, Bomba, Suszczyk, Pieda, Pala, Pohl, Alszer, Cieślik, Wiśniewski.
Sędziował arbiter Paszkowski (Warszawa), widzów: 30,000.

Pierwsze spotkanie obu drużyn w Chorzowie również było wyjątkowe. Derby rozegrano na Stadionie Śląskim 5 sierpnia 1956. Była to inauguracja ligowa giganta! Ruch zrewanżował się za porażkę na inauguracje ligi zwyciężając 2:1 (0:1). Bramki uzyskali Cieślik i Droździok dla „Niebieskich” oraz Jankowski dla pokonanych. Oddajmy znowu głos relacji „PS”:

Gdyby nie deszcz, który na godzinę przed rozpoczęciem podwójnego meczu nie przeszedł nad Śląskiem, kto wie czy na nowym śląskim stadionie nie znalazłoby się więcej widzów. W każdym razie ci, co się stawili nie żałowali ryzyka: po pierwsze dlatego, że deszcz był przelotny, po drugie, że piłkarze Ruchu dali piękny pokaz. Suchy wynik nie mówi wcale o tym, jak wielka była przewaga Ruchu zwłaszcza w drugiej połowie, kiedy szły falowe ataki na bramkę Machnika, który musiał się dwoić i troić, aby sprostać nadmiernemu zadaniu. Bramkarz Górnika ma poważny udział w tym, że tylko dwa razy napastnicy Ruchu znaleźli drogę do siatki Górnika. Ruch po powrocie z obozu znajduje się w dobrej formie. Zespół jest zgrany, dobrze przygotowany pod względem kondycyjnym. Cieszy przede wszystkim dobra forma strzelecka Cieślika, który gradem celnych strzałów popisał się na stadionie Śląskim. Gra Ruchu była przyjemna dla oka, a piłkarze tej drużyny wielokrotnie zbierali oklaski za udane pociągnięcia.
Górnik nie miał tym razem wiele do powiedzenia. W pierwszej połowie trzymał się jeszcze jako tako, zawodnikom otuchy dodawał fakt, że prowadzili po strzale Jankowskiego 1:0. Gdy jednak Ruch przystąpił do zdecydowanego natarcia, zabrzanie oprócz rozpaczliwej obrony nie potrafili nic innego przedsięwziąć. Duże trudności sprawiało im pilnowanie debiutującego w drużynie Ruchu Poloka, który do gry włożył olbrzymią dozę ambicji popartą zresztą wcale niezłymi umiejętnościami.

I jeszcze składy:
Ruch: Wyrobek, Ksol, Bartyla, Bomba, Suszczyk, Pieda, Alszer, Droździok, Cieślik, Polok, Pala.
Górnik: Machnik, Cymerman, Franosz, Hajduk, Nowara, Olejnik, Fojcik, Gawlik, Jankowski, Czech, Wiśniowski.
Sędziował pan Mytnik z Krakowa, widzów: 60,000!

Tak wspaniała frekwencja była możliwa również dlatego, że był to swoisty dwój-mecz. Wcześniej na płycie Śląskiego zmierzyły się jedenastki AKS Chorzów i Cracovii. Warto i temu spotkaniu poświęci trochę uwagi. AKS zwyciężył 1:0 po golu Krawiarza jeszcze z pierwszej połowy. Było to niezwykle szczęśliwe zwycięstwo „Koniczynek”, krótka notka z tego meczu w „PS” jednoznacznie nas o tym przekonuje:

Więcej szczęśliwe inż. Zasłużone zwycięstwo odnieśli chorzowianie. Już w pierwszej połowie poszczęściło się Szołtyskowi, który w 38 min. obronił rzut karny egzekwowany przez Kolasę. Po zmianie stron, gdy przewaga gości przerodziła się w oblężenie bramki, jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności, słupki i poprzeczki, uratowały AKS od utraty bramek, których nie potrafił zdobyć nieudolny pod względem strzeleckim atak Cracovii. Remis byłby raczej sprawiedliwy.

Składy,
AKS: Szołtysek, Kalus, Wieczorek, Janczewski, Bednarek, Widera, Skrzypiec, Weczerek, Pilarek, Krawiarz, Olszówka.
Cracovia: Michno, Gołąb, Mazur, Glimas, Malarz, Kolasa, Rajtar, Feliks, Radoń, Kasprzyk.
Widzów 50,000.

 

PS W dwóch pierwszy meczach WDŚ aż trzy gole uzyskał snajper Jankowski; dziś również Jankowski ma okazję coś ustrzelić. Ale heca, to by była przedziwna klamra tej opowieści!

piątek, 18 marca 2011, marll80

Polecane wpisy