Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

Wir! Wir fahren nach Dresden! Cz.3

Runda 2 – przygotowania

Po sensacyjnym wyeliminowaniu obrońców tytułu los skojarzył Ślązaków z wyśmienitą drużyną Ostmark, którą tak naprawdę stanowili reprezentanci Austrii, a by być jeszcze dokładniejszym gracze klubów wiedeńskich. Zbierając materiały natrafiłem na całkiem sporo informacji o przygotowaniach do tego spotkania, głownie jednak z obozu Marchii Wschodniej. Wydały mi się na tyle ciekawe i uzupełniające opisywaną przeze mnie historię, że postanowiłem włączyć je do całości…

Austriacka prasa bardzo uważnie śledziła poczynania podopiecznych kapitana regionu Ostmark Gaufachwart) Hansa Janischa. Wielki faworyt całych rozgrywek borykał się jednak z niemałymi problemami, które powodowały może nie samo zamieszanie, co śladową, ale zawsze, niepewność. Obawy związane były z rozmaitymi przyczynami. W pierwszej kolejności pojawił się problem graczy Rapidu Wiedeń, a pośrednio również innego czołowego klubu, zresztą także z Wiednia. Ale co to był za problem! Rapid właśnie triumfował w Pucharze Niemiec, czyli w popularnym i prestiżowym Tschammer-Pokal. W finale znakomita ekipa z super-kanonierem Franzem Binderem na czele rozprawiła się z FSV Frankfurt w stosunku 3:1. Ten wspaniały triumf komplikował jednak życie reprezentacji Ostmark, w całkiem prozaiczny zresztą sposób. Niezwykle napięty terminarz (Gauliga, Tschmmaer-Pokal, Reichsbund-Pokal, reprezentacja, ważne gry towarzyskie, na których sporo zarabiano etc.) powodował niezwykłą wprost sztywność terminów; jeśli tylko jakieś spotkanie wypadało z terminarza należało niezwłocznie je rozegrać. Dlatego właśnie piłkarski związek regionu Ostmark postanowił wyznaczyć dwie zaległe gry na 22 stycznia; w tym samym czasie Gaumannschaft miał stoczyć bój w Hindenburgu… Kapitan Janisch, nie chcąc osłabiać Rapidu w walce o mistrzostwo postanowił wezwać tylko jednego gracza z tego klubu, brakowało szczególnie „Bimbo” Bindera powołanego do kadry triumfatora Pucharu Niemiec*; piętnastego stycznia, na tydzień przed meczem, w prasie pojawiła się kadra Ostmark, którą stanowili: Platzer (Admira Wien); Andritz (Austria Wien), Schmaus (Vienna SC); Hanreiter (Admira Wien), Mock (Austria Wien), Joksch (Austria Wien); Vogl (Admira Wien), Hahnemann (Admira Wien), Stroh (Austria Wien), Durspekt (Admira Wien), Pesser (Rapid Wien); Zmiennicy: Zöhrer (Austria Wien), Marischka (Admira Wien), Neumer (Austria Wien).

Marischka, Platzer i Stroh.

Marischka, Platzer i Stroh szykują się na mecz ze Śląskiem.
Źródło: „Der Kleine Blatt”, 22.01.1939.

Ale problem nie dotyczył tylko Rapidu (czwarte miejsce) i jego najbliższego rywala Wiener Sportclub (zajmował miejsce szóste), widać to na pierwszy rzut oka. Do rozegrania wyznaczono na ten termin jeszcze jedno spotkanie, arcyważne! Lider Wacker Wien podejmował trzecią w tabeli Viennę; dla tych drużyn Janisch również zrobił reprezentacyjną dyspensę powołując jedynie Schmausa. Z dziesięciozespołowej ligi przy wyborze drużyny musiał zrezygnować z aż czterech czołowych klubów; nic dziwnego, że jego wybrańcy to tak naprawdę drużyna mieszana Austrii i Admiry. Drużynę oceniano mimo wszystko bardzo wysoko, a brakujące ogniwa nie miały znacząco wpłynąć na jakość gry. Zwracano uwagę zwłaszcza na powrót do kadry kontuzjowanego niedawno Andritza oraz wypróbowanie na prawej stronie pomocy Hanreitera; podkreślano, że taki skład wciąż gwarantuje wysokie możliwości techniczne i kombinacyjne, co w połączeniu z wolą walki powinno dać pozytywne rozstrzygnięcie. Nerwowo czekano jeszcze tylko na ostatnią przed meczem pucharowym ligową kolejkę…

Szesnastego stycznia w prasie pojawiło się zestawienie jedenastki Śląska przewidziane na mecz z Austriakami. Trener Fabra wybrał kubek w kubek tę samą drużynę, która tak pięknie poradziła sobie z ekipą Nordmark. Wiadomo już było, że spotkają się zupełnie inne drużyny niż te, które mierzyły siły podczas Breslauer Fest. We Wrocławiu, 26 lipca, Austriacy strasznie zlali Ślązaków. Już do przerwy prowadzili 5:0; po zmianie stron nieco przyhamowali, dali odetchnąć, dlatego trzydziestotysięczna widownia nie oglądała wyniku dwucyfrowego, choć dziesięć bramek padło. Końcowy wynik brzmiał 8:2 na korzyść gości! Składy w ciągu zaledwie pół roku mocno się jednak zmieniły. Ślązacy wymienili aż siedmiu zawodników! Drużyna Ostmark szykowała się do meczu bez pięciu bohaterów tamtego spotkania. Optymizm był u nich jednak bardzo duży, w końcu z nieobecnych tylko Zischek wbił we wspominanym meczu gola; jednego gola.

Specjalne przygotowania ruszyły w Wiedniu we wtorek, siedemnastego stycznia; udział w treningach, jako główny szkoleniowiec brał Ludwig „Luigi” Hussak, były reprezentant Austrii, uczestnik Igrzysk Olimpijskich w 1912 roku, a w omawianym czasie instruktor sportowy ds piłki nożnej w regionie Ostmark (Gausportlehrers). Początek jego pracy nie był jednak zbyt przyjemny. Pierwszy trening (odbył się o 15.30, tak jak wszystkie pozostałe na Admiraplatz) oznaczał kolejne ubytki kadrowe; aż trzech graczy, Pesser, Durspekt i Joksch tak poważnie podupadło na zdrowiu, że ich gra była praktycznie niemożliwa! Zwłaszcza stan zdrowia Jokscha był nadzwyczajnie poważny; znakomity zawodni z powodu grypy wylądował nawet w szpitalu! Jakby tego było mało również Hanreiter,na którego tak liczono, zmagał się z przeziębieniem i choć trenował spekulowano, że bliżej mu do lekarskiej przychodni niż piłkarskiego boiska. Tak potężne ubytki, wyrwy w składzie spowodowała poprzedzająca mecz pucharowy ligowa seria gier; anormalne warunki, w których przyszło rozgrywać mecze mocno odbiła się na zdrowiu zawodników. Nie po raz pierwszy i nie ostatni przez prasę przewinęła się dyskusja nad sensem rozgrywania spotkań w takiej aurze, o takiej porze roku. Przy okazji sugerowano, że zmiana terminarza jest niezbędna dopóki futbol nie przeniesie się pod... dach! Gdy okazało się ostatecznie, że z tej czwórki tylko Hanreiter jest w stanie zagrać ze Śląskiem, kapitan Jansch grzmiał na łamach „Des Kleien Baltt”, jak irracjonalne jest organizowanie rozgrywek na przełomie roku i kończenie ich w marcu, gdy pogoda, zupełnie przecież naturalnie, ma do zaoferowania jedynie zimno, śnieg oraz deszcz; spełnianie zaleceń instruktora Rzeszy (dziś powiedzielibyśmy wymogów licencyjnych) niewiele daje. „Musimy wziąć na siebie wyzwania, a nie miotać oskarżenia, dopóki mistrzostwa nie znajdą się pod dachem”**.

Z miejsca zawezwano dodatkowych zawodników; jako pierwszy do drużyny dołączył skrzydłowy Galli z Wiener Sportclub, potem Haag i Urbanek. Ale to nie koniec problemów Wiedeńczyków. Paskudna aura uniemożliwiała przewidziany cykl treningowy; na Admiraplatz leżały zwały śniegu, a niemal całe boisko pokryte było ogromnymi ilościami błota. Z trudem wykonywano zajęcia z piłkami, na maleńkich, jak placek, suchych miejscach. „Luigi” Hussak chcąc nie chcąc skupiał się zatem jedynie na ćwiczeniach sprawnościowych oraz kondycyjnych. Bramkarz Platzer jako jedyny miał radość z treningów; doskonalił swoje robinsonady fruwając na zalegającymi górkami śniegu, miękko lądując.

Peter Platzer

Peter Platzer wymyślnymi fikołkami nad zwałami śniegu ćwiczy technikę rzucania się.
Źródło: „Der Kleine Blatt”, 19.01.1939.

Po ostatnim treningu kapitan Jansch oraz trener Hussak jeszcze raz upewnili się w osobistej rozmowie z każdym zawodnikiem o ich stanie zdrowia (kto wtedy myślał o drużynowym lekarzu!) oraz odbyli między sobą długą rozmowę taktyczną. Swymi spostrzeżeniami Jansch podzielił się dziennikarzem „Der Kleine Blatt”. Między innymi wypowiedział się tak błyskotliwie;)

„Jeżeli chodzi o zespół wybrany przeciwko Ślązakom, złożony jest on z wyśmienitych piłkarzy oraz walczaków, którzy każdy z osobna i wszyscy razem, jako kolektyw, świadomi są zadania, które czeka na nich w niedzielę.
Jestem przekonany, że są to godni reprezentanci regionu Ostmark. Końcowy wynik zależy od ilości strzelonych goli, jeśli więc zabezpieczymy własną bramkę z najgroźniejszej strony rywala, a sami wbijmy gole naszymi bramkostrzelnymi napastnikami, to sukces sam przyjdzie. Rozmawiałem z piłkarzami osobiście i wspólnie zgodziliśmy się, że nie ma powodu, by zwieszać głowy.
Zawodnicy są zdeterminowani, by wysłać w niedzielę z Zabrza do Wiednia radosną wiadomość.“


Tymczasem ze Śląska napływały bardzo pozytywne sygnały. Pogoda była przyjazna, wręcz ciepła; boisko na stadionie im. Adolfa Hitlera bardzo dobrze przygotowane, murawa w świetnym stanie – sucha! Wiedeń zacierał ręce, doskonała kondycja nawierzchni umożliwiała przecież zastosowanie zagrywek typowych dla austriackich, świetnie wyszkolonych piłkarzy. No i jeszcze to zainteresowanie meczem! W przedsprzedaży (będąc precyzyjnym, chodziło o zamawianie wejściówek), sprzedano wszystkie bilety! Ludzie niemal bili się o karty wstępu nie tylko z niemieckiej części Śląska, ale również z tej polskiej, a nawet z regionu Sudetenlandu, czyli z Czech! Nie ma się co dziwić; nie co dzień można oglądać tak wspaniałą drużynę. I choć zespół Śląska mocno się zmienił, zdecydowanie na korzyść, to postrach wciąż budzili kapitalnie technicznie przygotowani do gry Mock, Galli, Stroh, Hahnemann i Numer. Zresztą sama charakterystyka jedenastki Ostmark wiele wyjaśniała: piekielnie doświadczona linia obrony, którą tworzyli bramkarz Pletzer, a także Andritz i Schmaus słynący z twardej, nieustępliwej walki, doskonale komponującej się z ewentualnymi problemami murawy. Przed nimi formacja pomocy. Rewelacyjni Hanreiter, Galli oraz Mock; na zielonych boiskach, przy pięknej pogodzie byli w stanie rozklepać każdą defensywę. Ich kunszt techniczny oraz zmysł do gry kombinacyjnej był na najwyższym poziomie. Jedyne, co mogło ich powstrzymać to… załamanie się warunków pogodowych. I wreszcie atak; atak, który był największą niewiadomą, na którym mogło odcisnąć się piętno eksperymentowania. Z prawej strony dwójka graczy Admiry, Vogl i Hahnemann; o nich można było być spokojnym, na pewno sobie poradzą. Na środku doskonały Stroh, od którego tak wiele będzie zależało. Jeśli tylko zaprezentuje formę, do jakiej przyzwyczaił wszystkich przed kontuzją, a pauzował naprawdę długo, rozprowadzi akcje Austriaków w należyty sposób. Z jego umiejętności najbardziej powinien skorzystać lewy środkowy napastnik Neumer, świetny strzelec; z kolei Haag ma taki potencjał, że sam jest w stanie stworzyć sobie sytuacje bramkowe.

Schmaus

Choć warunki do treningu były podłe w obozie austriackim panowała znakomita atmosfera. Obrońca Schmaus, by dowieść swej nowoczesności" rozpoczął bitwę na śnieżki.
Źródło: „Der Kleine Blatt”, 22.01.1939.

Jeśli chodzi o drużynę Śląska ograniczono się jedynie do stwierdzenia, że jej trzon stanowią zawodnicy świetnej drużyny Vorwärts-Rasensport Gleiwitz, że charakteryzuje ją wola walki, a także niespotykana pewność siebie, zwłaszcza po triumfie nad obrońcą pucharu. Na Śląsku miała panować opinia, że jeśli mają kiedykolwiek pokonać Austriaków to właśnie teraz i tu! Wrócono jeszcze raz do sławetnego lania we Wrocławiu. Niech nikogo nie zmyli ten rezultat, niech nikt nie lekceważy Ślązaków! – apelowała prasa wiedeńska. Zupełnie słusznie akcentując jakże odmienne okoliczności obu gier. Nie tylko składy osobowe całkowicie się zmieniły; Ślązacy bez wątpienia silniejsi niż wtedy umiejący świetnie dopasować się do zupełnie odmiennych warunków, trudnych, wymagających Harta ducha i znakomitej kondycji oraz konsekwencji i koncentracji, za to Ostmark w mocno przebudowanym składzie, pozbawiony najpotężniejszych dział, pozbawiony również atutu gry kombinacyjnej, którą mocno ogranicza zimowa sceneria; „Tym razem nie można powiedzieć, że drużyna [Austrii - MK] jest najsilniejsza, za to Śląsk bez wątpienia jest mocniejszy!” przestrzegał jeden z dzienników wymieniając najrozmaitsze militarne porównania, jak bój, walka, wojna, batalia, bitwa, starcie, pojedynek, potyczka, kampania do opisania tego, co czeka ich pupilów w Zabrzu.

Drużyna Austrii wyjechała na mecz w sobotę o godz. 8.25 pociągiem z Dworca Wschodniego w Wiedniu pociągiem typu Korridorzüge. Powrót zaplanowanot na poniedziałek wieczorem, 23 stycznia, na tej samej stacji.

Mock i Stroh

„O! Tu leży Hindendburg, widzicie?” zdaje się mówić do swych kolegów Mock, największy obieżyświat w ekipie Ostmark, w czasie zajęć „krajoznawczych”.  W prawym górnym rogu środkowy napastkik Stroh, na którego tak mocno liczyli Wiedeńczycy.
Źródło: „Der Kleine Blatt”, 22.01.1939.

 

* Rapid zajmował wówczas dopiero czwarte miejsce w lidze z aż ośmioma punktami straty do lidera, drużyny Wacker Wien. Mieli jednak o cztery gry mniej, w przypadku kompletu zwycięstw dogoniliby lokalnego rywala.
** Temat rozgrywania meczy piłkarskich w hali przewija się w niemieckojęzycznej prasie tamtego okresu co jakiś czas; jak widać do dziś ostatecznie nie załatwiono tego problemu.

sobota, 26 lutego 2011, marll80

Polecane wpisy