Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

Czarodziej. Cz.4

Hell(ada)

Z okazałej cywilizacji helleńskiej ostała się jakaś zwulgaryzowana karykatura. Jedyne o czym źle nie wypowiedział się po tej rocznej przygodzie to… pogoda i jedzenie. Cyrki, jakie przyszło mu doświadczać w Panioniosie miały burleskowy, nieco tandeciarski charakter.
Trafił tam w ślad za trenerem Josefem Csaplarem; tak, dokładnie tym samym, który umęczył kibiców Wisły Płock i ten sam również, który… pracował jako scaut na Europę środkowo-wschodnią dla Chelsea Londyn. Szalony prezes Achilles Beos wymarzył sobie wzejście w otoczenie największych greckiej piłki, sprowadzał obcokrajowców wszelkiej maści wierząc „na słowo” ich menadżerom (w kadrze było aż 11 obcokrajowców z… 9 różnych nacji!).
Zaledwie po trzech miesiącach Csaplar zwiał przed nieobliczalnym szefem do Polski zostawiając swoich rodaków na lodzie (oprócz bohatera tej notki do kadry włączono również Davida Langera).
Trzydziestopięcioletni bramkarz był jedną z największych nadziei prezesa nie tylko w kontekście formy sportowej, ale i mentalnej – liczył, że doświadczeni gracze zadecydują o obliczu drużyny. Tymczasem od początku sezonu Panionios nie, nie spisywał się poniżej oczekiwań, grał koszmarnie*! Trudno było mieć pretensje akurat do niego; on, paradoksalnie, trafiał nawet do jedenatki kolejki, dokładnie trzykrotnie na starcie rozgrywek. Ale to właśnie on stał się „ulubieńcem” prezesa. Ateński bogacz kazał uczyć go... bronienia rzutów wolnych! Obrażał, bluźnił i przeklinał. Stworzył środowisko iście mafijne nakazując swoim ludziom pilnowanie go na każdym kroku; podejrzany typek w samochodzie wyczekiwał pod domem, inne gagatki śledziły każdy jego krok, hollywoodzka klisza gangsterska na greckiej ziemi. Wymarzony wyjazd zamieniał Helladę w piekiełko. Wyleciał z treningu; napięcie w swym apogeum w kompromisie uznało, że obaj mają siebie dość, że pora się rozejść. Uzgodniono warunki rozstania. Wtedy ostro zaprotestował autorytet w klubie, ówczesny trener Bubenko. I nagle, po trzech miesiącach zaciskania zębów, poniżania i samotności, karta się odwróciła. Wyszły mu dwa, trzy świetne mecze; został bohaterem kibiców, pupilkiem Beosa!

„Zabawna historia: po trzech miesiącach, gdy nam strasznie nie szło, prezydent klubu wezwał mnie do siebie do gabinetu i powiedział, że jestem oszustem, że nie potrafię bronić i nigdy tego nie potrafiłem. Mam się pakować i wynosić. 14 dni później, po meczu, w którym zostałem bohaterem kolejki przed całą szatnią mnie przeprosił i wycałował w oba policzki”.

Ot, temperament południowców,

„Grecja, po prostu. Tam wszystko jest albo białe, albo czarne, i nic pośrodku”.

Prawdziwa szkoła życia. Nikt nie mógł być pewien, co przyniesie następny dzień. W przerwie zimowej na zbity pysk wyrzucono 11 zawodników! Po nieudanym sezonie i zmianie władz klubu, w Panioniosie przewartościowano również strategię; nie było już miejsca dla obcokrajowców, postawiono na miejscowych chłopaków; przyszło mu zwijać manatki…

Ale pobytu nie żałował wyjazdu, wręcz przeciwnie!

„Nie będę narzekał, na swój sposób właściwie mi to pomogło. Była to szkoła odporności psychicznej”,

dodając, że w tej dzikości była jakaś metoda kształtowania charakteru

„Każdy piłkarz potrzebuje czegoś takiego, żeby przebudzić się ze snu i twardo stanąć na ziemi”.

W sezonie zagrał we wszystkich 30 meczach, jako jedyny. Sześciokrotnie zachował czyste konto…
Jeszcze jedną niezwykle istotną zmianę dostrzegł u siebie. Przebywając z dala od rodziny, dla której, zdarzało się, nie zawsze był właściwie oddany, przemyślał, zrozumiał, dorósł odmieniając przez wszystkie przypadki słowo „odpowiedzialność”. Może nie wrócił z Grecji, jako lepszy piłkarz, na pewno jako lepszy mąż i ojciec…**

W stroju Panioniosu Ateny

W stroju Panioniosu Ateny. Źródło: http://www.czechsoccernet.cz/suvenyry/postcards-CYP_GRE.asp

Po powrocie trenował początkowo na zmianę, to z rezerwami Sigmy i to w Holicach (gdzie opiekował się bramkarzami). Trzydzieści sześć lat, bliżej mu było do totalnej rezygnacji niż sztucznego podtrzymywania marzeń (zwłaszcza Zachód, choć pomny świeżych doświadczeń, wciąż miał dla niego atrakcyjny wymiar). Właściwie był nawet skłonny grać w drugiej lidze czeskiej, wtedy pierwszy raz pomocną dłoń wyciągnął ku niemu Zdenek Ńčasný, który właśnie objął jedenastkę FK SIAD Most.

Podpisanie umowy z Mostem wcale nie było łatwe. W Czechach funkcjonuje bardzo oryginalne prawo transferowe. Jeśli zawodnikowi skończył się kontrakt to ma prawo, jak chyba wszędzie, podpisać umowę z dowolnym, wybranym klubem; pół biedy jeśli jest to ekipa zagraniczna, wtedy wszystko kończy się wraz ze złożeniem podpisu przez zainteresowane strony. Jeśli jednak zawodnik taki ma ochotę związać się z innym klubem czeskim to klub docelowy… musi dogadać się z poprzednim właścicielem karty zawodniczej, co do kwoty odstępnego! Nie grał w Sigmie od roku, a Most musiał całkiem sporo zapłacić za jego usługi!

Gra dla drużyny znad niemieckiej granicy nie przyniosła wielu wzruszeń. Była raczej idealnym miejscem do wygasania kariery. Mało presji, dość swawolny i sielankowy żywot i walka o utrzymanie – dogmaty „Górników”.

I tym razem udało się zachować ligowy byt, chociaż autorytet trenera, Zdeňka Ńčasného, mocno wyłysiał, a zespól balansował między śmiesznością a żałosnością***.

Po sezonie wracał właściwie tylko do dwóch wydarzeń, obu związanych z praskimi „S”. jedno związane było z najlepszym meczem sezonu, drugie z najgorszym w karierze. Przeciwko Slavii Praga wyciągnął z rękawa wszystko, co ma najlepszego. Sześć stuprocentowych okazji (czeskich tutovek;)) wybronił w artystyczny, cyrkowy, ech, czarodziejski sposób! Z tym słonecznym meczem związana jest także zabawna anegdotka. Z powodu bardzo mocnego słońca w drugiej połowie zdecydował się grać w czapeczce z daszkiem (co zdarzało mu się w karierze niezwykle rzadko, najczęściej w poprzednim klubie). Dostał ją od jednego z kibiców, mechanika z zawodu. Na gorąco komentując zakończony sensacyjnym zwycięstwem mecz (2:0) obiecał chłopakowi flaszeczkę czegoś dobrego. Rzeczywiście, odszukał go; młodzieniec czapkę wziął, ale butelczyny nie przyjął;) Spotkanie ze Spartą to już te mniej przyjemne wspomnienia. Właściwie wszystko, co „Rudzi” trafili w bramkę wpadało. Wcale nie z jego winy, ot, tym razem czary nie działały, a ponadto obrona była już na wakacjach (działo się to w ostatniej kolejce ligowej). Prażanie z Letnej używali sobie celebracji mistrzostwa na całego, on jeden, jedyny raz w karierze miał ochotę uciec z boiska! Trzykrotnie Kulič, dwukrotnie rosły Libor Dońek (którego swego czasu uważał za najlepszego napastnika Gambrinus Ligi) zagwarantowali tęgie lanie (0:5).

Sezon w jego wykonaniu był dość przeciętny. Wskoczył do jedenastki w kolejce piątej i tam już pozostał do końca sezonu. Jednak w tych 26 spotkaniach tasował formę błyskotliwą z beztroską. Dostawał przyzwoite noty, ale w jego przypadku „przyzwoite” oznaczało najgorsze w karierze****. Siedem gier bez straconej bramki też nie stanowiło imponującej statystyki.

Myślał o pozostaniu wśród „Górników”, może nawet o dokończeniu tam kariery, jednak, czym się zdziwił setnie, nie przedłużono z nim umowy. Wyjechał na Węgry w poszukiwaniu szczęścia; trenował dziesięć dni w Zalaegerszeg, którzy byli mocno nim zainteresowani. Od Madziarów uwolnił go telefon. To Zdenek dzwonił do Karela…

 

* Od samego początku ligi Panionios mocno okopał się w strefie spadkowej, z rzadka łypiąc znad grubej kreski bezpieczeństwa. W połowie sezonu zajmowali trzecie miejsce od końca z aż dziewięcioma porażkami na koncie. Jeszcze na trzy kolejki przed zakończeniem sezonu byli w strefie spadkowej z dwoma punktami straty do miejsca gwarantującego zachowanie ligi. Komplet punktów w końcowych grach zapewnił im awans na miejsce dwunaste.
** Na pytanie, co zabrałby na Bezludną Wyspę, odpowiada. „Rodzinę, to wystarczy”.
I jeszcze coś o zaradności. Aby rodzinie zapewnić godne życie grywa na giełdzie, by pomnożyć to, co już posiada. Ostatnio mniej się udziela na parkietach, nie tylko z powodu kryzysu, lecz i innej inwestycji – zbudował dom.
*** Niemal cały sezon spędzili na jedenastym miejscu, epizodycznie robiąc wycieczki w inne rejony tabeli. Dopiero ostatnia kolejka zepchnęła ich o stopień niżej. Śmieszność wywoływał bilans gier, na 30 spotkań aż szesnastokrotnie remisowali! Żałosność była domeną ich „popisów” w meczach wyjazdowych, gdzie nie wygrali ani razu.
**** Bardzo ostrożnie z tymi najgorszymi notami w karierze, proszę. Opieram się na danych z MF Dnes dostępnych na portalu poświęconemu piłce nożne Fotbal.iDnes. dostępność takich danych jest jednak troszkę ograniczona, obejmuje bowiem okres od sezonu 2001/02 do rozgrywek 2009/10. A i w tej cezurze zdarzają się pojedyncze spotkania bez oceny. Brakuje zatem nie tylko bieżącego roku ligowego, ale w jego przypadku właściwie połowy kariery!

piątek, 03 grudnia 2010, marll80

Polecane wpisy