Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

Czarodziej. Cz.5

Telefon do sławy

Cóż za paradoks! Telefon, telekomunikacyjny sygnał, impulsy zadecydowały o największych jego osiągnięciach w karierze! Przypadek, a może determinizm?
Slavia Praga przygotowuje się do startu w eliminacjach Ligi Mistrzów. Turnieju w Čelákovicích. Nagle trach, Michal Vorel, podstawowy bramkarz „Zeszywanych” doznaje na tyle poważnej kontuzji, że niezbędna jest operacja. A za tydzień z niewielkim okładem mecz pierwszej rundy z Žiliną! Co tu robić, co tu począć, o matkooo!!! Przecież nie łatwo jest zakontraktować dobrego bramkarza, a co dopiero w trybie awaryjnym/pilnym/gwałtownym/nagłym/jakniedamyradytomamyprzechlapane. Trener, Slavii Karel Jarom dzwoni tu i tam po różne opinie. Wreszcie kontaktuje się ze Zdenkem Ščasnym, w słuchawce słyszy krótkie: „Bierz go do Slavii!”. Krótkie negocjacje i na tydzień przed rozpoczęciem walki o LM dołącza do drużyny…
Tydzień! To czas dobry, żeby połapać się w rozmieszczeniu pomieszczeń klubowego budynku, a nie przygotować do najważniejszego meczu od lat dla „Czerwono-białych”!
Pojedynki ze Słowakami miały zaskakująco wyrównany przebieg, zaskakująco biorąc pod uwagę męczarnie „Szoszonów” z luksemburskim F91 Dudelange. Już pierwsze spotkanie w Žilinie dawało pieczęć nad słusznością zatrudnienia weterana. Bezbramkowy remis w znacznej mierze był jego zasługą. Rewanż w Pradze, jeszcze na Strahowie* odbywał się już dość wyraźnie pod dyktando „Zeszywanych”; nasz bohater setnie wymarzł, tym bardziej, że nie miał możliwości rozgrzać się nawet podskakiwaniem z radości po kolejnych golach – nie było ich! Nie starczyło minut dziewięćdziesiąt, i dodatkowe pół godziny momentami rozpaczliwa obrona Słowaków przetrzymała. Wreszcie sędzia Gomes Duarte Nuno Pereira zarządził serię rzutów karnych. Napięcie. Amsterdam czeka. Zaczęło się. Volešák przegrywa pojedynek z Kuciakem; Štrba nie trafia w bramkę, wreszcie trafia Tavares, a po chwili golkiper Slavii likwiduje próbę Štyvara. Kolejne dwa strzały kończą się golami, po czym slavista Suchý mija cel; wyrównuje Vladavič. Następna seria nie przyniosła rozstrzygnięcia. Jako szósty ze strony gospodarzy uderzał Vlček, skutecznie! Pojedynek nerwów Vomáčka przegrał z nowicjuszem w bramce Slavii i to Prażanie awansowali dalej! A więc jednak opłacało się go zatrudniać, dzięki Panie Zdenku!
Zabawne. W całej dotychczasowej, wieloletniej karierze udało mu się obronić zaledwie dwa rzuty karne…**
Ha! Opłacało się go zatrudniać? Jego początek w barwach „Czerwono-białych” był f e n o m e n a l n y !!! Oprócz dwumeczu z Žiliną zachował czyste konto w trzech kolejnych spotkaniach ligowych! Przed pojedynkiem ze słynnym Ajaxem, obok napastnika Vlčka, wydawał się największym atutem Slavii, a przecież przychodził do klubu jako zapchajdziura, solidna, ale nawet przez własnych kibiców wyzywana od „dziadków”! Ale to co ten facet wyprawiał w ostatniej rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów przeciwko Ajaxowi zostało zapisane w kronikach „Zeszywanych” najzacniejszym Mystery Masterpiece. Słowa wydają się zbędne, oko bardziej zawierzy dowodom…

Ajax-Slavia

Slavia-Ajax

Co działo się w mediach po awansie trudno okiełznać. Oto niektóre euforyczne fragmenty
prasowe po meczach z Holendrami:

„Szamanizm, czarną magię, a może i Voodoo… Czary każdej maści użył bramkarz Vaniak przeciwko Ajaxowi”.

„Deník Blesk”

„Piłkarscy bogowie stanęli u boku Slavii. Zwłaszcza bramkarskiego szamana Vaniaka i wiecznego strzelca Vlčka musieli upijać magicznym eliksirem dni i tygodnie wcześniej”.

„Aha!”

„Bogowie muszą być szaleni. Gdy w drugiej połowie na bramkę Vaniaka sunął atak za atakiem, nikt nie postawiłby na Slavię złamanego grosza!”.

„Deník Sport”

Ale wszystkich i tak przebił tytuł w „Deníku”:

„Slavia znalazła nowego Pláničkę”.

Czy może być większe wyróżnienie niż przyrównanie do najlepszego bramkarza w historii Czech***, i bezapelacyjnie mającego miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych bramkarzy w historii futbolu?
A co on na to wszystko? Jak zwykle skromnie wyglądając z drugiego rzędu, pomimo 54 sms'ów z gratulacjami otrzymanych dosłownie tuż po meczu oraz boską oceną od czytelników Mladej Fronty Dnes (1,12, gdzie nota 1 to poziom światowy; za spotkanie na Amesterdam ArenA dostał niewiele gorszą, 1,59!), spokojnie wypowiedział się o rzucie karnym w pierwszym spotkaniu:

„Cieszę się, że mogłem drużynie pomóc, ale wygrywa cały zespół, chłopcy zagrali świetnie. Rzut karny niestety był, a przed jego wykonaniem przeleciała mi przez głowę myśl, że Huntelaar spróbuje huknąć w środek. Potem zauważyłem, jak patrzy się w swoją lewą stronę, był to dla mnie sygnał, że zamierza uderzyć w drugi róg. Rzuciłem się tam, i o mało nie przeleciałem za daleko! Na szczęście trochę się poślizgnął, więc fortuna mi sprzyjała”.

I euforii po meczu decydującym:

„Zobaczyć kustosza Vencu Petráka, który w Slavii sam już należy do dóbr klubu, jak ma łzy w oczach, to było coś niezwykłego. Uświadomiłem sobie wtedy, co ta nasza obecna drużyna zrobiła dla historii Slavii. I byłem zachwycony tym, że mogłem przyczynić się do tego morza radości”.

Tak, te spotkania stawia najwyżej w swojej piłkarskiej hierarchii ważności... Miał motywację, miał marzenia:

„Przyznam, że chłopakom, którzy w niej grali zazdrościłem. Nie chcę, jako
czterdziestolatek siedzieć w domu i mówić sobie: Cholera, gdybym zrobił to lub
tamto, może jednak w tej Lidze Mistrzów bym zagrał. Wolę zrobić wszystko teraz”.

Piękny sen Kopciuszka trwał nadal. W lidze Slavia regularnie dementowała iście destrukcyjną materią szanse pozostałych drużyn, w Lidze Mistrzów wyglądało to przyzwoicie, do siebie zaprosiła go ponownie i reprezentacja! Powołanie otrzymał na dwumecz z San Marino oraz Irlandią we wrześniu 2007 roku. I choć nie udało mu się zasiąść na ławce rezerwowych na praskiej Letnej (wiadomo, pierwszym bezapelacyjnie jest Petr Čech), na czym mu zależało, bo to inny poziom emocji niż turystyczna wyprawa do Najjaśniejszej Republiki (ostatecznie oba oglądał jedynie z trybun), to i tak był zachwycony docenieniem jego świetnej dyspozycji. I tak już właściwie było do końca sezonu. Sielanka. Jeden zgrzyt – fatalna postawa całej drużyny w meczu z Arsenalem (0:7)**** tak namieszała w głowie trenerowi Jarolimowi, że właśnie jego wyprowadził z podstawowego składu. Prawda, zawalił koszmarnie trzeciego gola, który złamał kręgosłup drużynie, ale też uczciwie należy wytknąć pozostałym, jak niewiele uczynili, by zapobiec blamażowi. Na krótko cudaczna morfeuszowa pieśń się zakończyła, choć sam przygotowany był na twardy, totalny realizm w dłuższym wymiarze:

„Jesień już się dla mnie skończyła”,

oświadczył pesymistycznie, gdy pierwszy raz od 10 lat wylądował na ławce rezerwowych. Nie trwało to długo. Vorel, który wskoczył na jego miejsce klopsem na Žižovie otworzył przed nim drzwi, a on ponowną szansę doskonale wykorzystał. Paradoksalnie powrót nastąpił w meczu z jego Sigmą Ołomuniec…
Mistrzostwo Czech, najlepszy bramkarz ligi według „Deníka Sport”, trzynaście „shot-outów” na dwadzieścia pięć gier, powrót do kadry, świetne mecze w europejskich pucharach (zwłaszcza popisowe występy w Bukareszcie przeciwko Steaule oraz z Tottenhamem), wspaniałe 18 miejsce w plebiscycie na Piłkarza Roku (z bramkarzy wyżej tylko Petr Čech!), drugie miejsce w kategorii Osobowość Ligi (przegrał tylko z klubowym kolegą, Vladimírem Šmicerem)…
Następny sezon niemal bliźniaczy. Znów korona czempiona ligi, ponownie jedenastka sezonu (tym razem w ankiecie przeprowadzonej wśród liderów poszczególnych drużyn; otrzymał 9 nominacji na szesnaście możliwych), do tego najpiękniejsza interwencja sezonu (z ósmej kolejki przeciwko Banikowi Ostrawa), dwanaście meczy z czystym kontem, niezła postawa w pucharach europejskich, wreszcie, jeszcze raz zawitał do kadry – tym razem już u trenera Petra Rady, na towarzyski mecz z Marokiem (ale i tym razem nie wybiegł na boisko), wysokie, bo 23 miejsce w rankingu Piłkarz Roku (poza gwiazdą Chelsea, tylko dwóch innych golkiperów znalazło się przed nim, na 16 miejscu był Drobný (Hertha Berlín), a na 21 Zítka (RSC Anderlecht)).
Wspaniały, złoty czas futbolowy. Upragnione mistrzostwo i te wszystkie tytuły miały tylko jedną, malutką rysę – znowu nie pojechał na Euro! Tym razem jednak nie robił sobie żadnych większych nadziei, zdając sobie sprawę, że do Austrii i Szwajcarii zostanie zabrany jednak ktoś młodszy, bardziej perspektywiczny. Ale stara rana otworzyła się:

„Zrobiłem wszystko, żeby dostać się do kadry na Euro. Byłem w pierwszej lidze, grałem w Champions League, znalazłem się w jedenastce sezonu. Więcej zrobić nie mogłem. Ja sumienie mam czysty, a to, że trener wybrał kogoś innego, to już jego problem”.

Paradoksalnie drugi raz taki numer wyciął mu Karel Brückner…

Z tego najpiękniejszego okresu jego kariery pochodzi kilka przaśnych anegdot, np. taka, przed meczem, który mógł zadecydować o obronie tytułu mistrzowskiego w derbach Pragi na Viktorce usłyszał w czasie rozgrzewki od jakiegoś chłopczyka: „Vaniak, mój tata jest młodszy od ciebie!”, nie przejął się, tylko wygrał kolejny mecz Slavii. Gdy po spotkaniu pierwszego miejsca nikt nie mógł im już odebrać, pomeczowy wywiad w szatni przeprowadzał z nim Martin Pouva z TV Nova; niespodziewanie w pewnym momencie imiennik dziennikarza wciągnął go za szyję przed kamerę śmiejąc się słowami: „Chodż tu, też będziesz w telewizji”:)
Innym razem, gdy klubowy kolega również otrzymał powołanie na sparing z Marokiem, tak złośliwie rzucił w jego kierunku na treningu: „Jezus Maria, to już nawet Suchý jest w reprezentacji…”. Młodziutki talent łapiąc jego ton żartował później przed żurnalistami: „Vaňous***** kazał mi wam powiedzieć, że jest to dla mnie wielki zaszczyt być z nim w kadrze”.

Ale miał już 39 lat oraz świadomość, że klub musi, a przynajmniej powinien poszukać sobie innego, młodszego bramkarza na długie lata. Pogodzony przyjął na klatę swą Golgotę, ale czar wciąż działały…

Slavia oddała mu zasłużone pokłoy sukcesów

Slavia oddała mu zasłużone pokłoy sukcesów. Źródło: http://vfotbal.cz/14177.html


* Synot Tip Arena zaczęła służyć jako obiekt Slavii dopiero od czerwca 2008 roku.
** Przeciwko Brnu i Zlinie, strzelali odpowiednio Švach i Kuklet.
*** František Plánička (02.06.1904 – 19.07.1996) to ikona Slavii dla której grał w latach 1923-32 (podobno rozegrał w sumie… 969 meczy!). Ponadto zagrał 76 razy dla reprezentacji Czechosłowacji (cały czas mowa o okresie przedwojennym)! W całej karierze miał wybiec na boisko 1235 razy, a puścił zaledwie 1073 gole (przed wojną średnia 0,86 bramki na mecz? NIEWIARYGODNE!). 8 raz wywalczył Mistrzostwo Czech, 6 razy Bohemia Cup (prawzór Pucharu Czech), Puchar Mitropa (1932) oraz wicemistrzostwo świat (1934). Zdaję sobie sprawę, że część może nie rozumieć, więc dopowiem – Slavia przed wojną to trochę jak dzisiaj FC Barcelona, czy Manchester United… Za jego czasów pokonała m.in. reprezentacje Turcji 10:3, Athletic Bilbao 9:2, FC Barcelonę 3:2 (i to trzy razy w takim stosunku!), Cardiff City 3:2, Juventus Turyn 3:2, 4:0 i 6:1, Notts County 1:0, 1. FC Nürnberg 1:0 i 3:1, Bułgarię 1:0, Espaňol Barcelona 4:2, Red Star/Stade Français 2:0, Francję 7:0, Danię 5:3, Újpesti FC 4:0 i 6:4, Rapid Wiedeń 8:2, Preston North End 6:1, AC Genoa 4:0, zremisowali z Newcastle United 1:1. Chyba najgorzej im szło w starciach z drużynami austriackimi, w których doznali kilku bolesnych klęsk.
**** To najwyższa porażka w historii występów czeskich drużyn w europejskich pucharach!
***** Vaňous to jego drugi boiskowy pseudonim; jak nietrudno się domyśleć jest to wariacja słowna jego nazwiska.

środa, 08 grudnia 2010, marll80

Polecane wpisy