Futbol na ziemi śląskiej, czeskiej i niemieckiej. Mariusz Kowoll
Blog > Komentarze do wpisu

Zaczepka pamięciowa

Bywa czasami tak, że człowiek musi, musi sobie przypomnieć, co jeszcze bezimiennie krąży mu między uszami inaczej nie zaśnie. Znacie zresztą ten stan...

Od kilku godzin w głowie miałem jedno nazwisko: Heyne.
Heyne? Dirk Heyne? czy to nie ten, co...eee, na pewno?

Wreszcie znalazłem odpowiedzi na swe wątpliwości. Dość przekomarzania się z reminescencjami.
Tak, to był on, ale najlepsze jest kiedy i gdzie!

W normalnych okolicznościach nie pamiętałbym nazwiska gracza, który rozegrał zaledwie 24 mecze w Bundeslidze. Owszem, Heyne to legenda piłki wschodnio-niemieckiej, na wieczność wpisana w historię 1.FC Magdeburg, ale akurat od tej strony rzadko przyglądałem się niemieckiej kopanej.

W Borussii Mönchengladbach zadebiutował na tydzień przed swoimi 35 urodzinami, był to zarazem jego debiut w Bundeslidze! Mało tego, ponad rok przesiedział w rezerwach, żeby wreszcie się doczekać.

Oktoberfest 1992, leje się chłodne piwo. W obecności 64.000 ludzi Heyne wybiega w podstawowym składzie. Niemiecki klasyk, niewiele jest takich spotkań. Zaczyna się sensacyjnie, oto przedostatnia do tej kolejki Borussia wychodzi na prowadzenie w spotkaniu z liderem! Trafia niezawodny Criens i tak już zostaje do przerwy. Ale Bayern dysponował wtedy świetnym składem, za to goście jeszcze przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę musieli obmyślać plan ratowania się w "10" po drugiej żółtej karte dla Johnny'ego Mölby. Ożywienie wnosi młodziutki Mehmet Scholl, grą sprawnie kieruje Matthäus i już po 7 minutach od wznowienia Olaf Thon wyrównuje z rzutu karnego. Co jeszcze gorszego może spotkać Borussię? Grają w osłabieniu, tracą gola z wapna... Ale dzielnie się trzymają, walczą, szarpią; wytrzymują do 89 minuty, gdy reprezentant, Thomas Helmer, pakuje piłkę po raz drugi do bramki Heynego.

"Norma wypełniona. Co mecz to dwie w plecy. Zmiana bramkarza widać niewiele dała". Pewnie podobne myśli musiały krażyć po głowie Jürgena Gelsdorfa. I wtedy nastał wielki moment siwiejącego już nieco debiutanta...

Rzut rożny; kończy się 90 minuta, Heyne desperacko wbiega w pole karne gospodarzy. Niespodziewanie piłka spada mu pod nogi, szybki wolej w sam gąszcz zlepionych ze sobą ciał.

"O`zoapft is" zdało się słyszeć z Schottenhamela.

Strzał przebił się aż pod samą bramkę, Martin Max butem tylko zetarł kurz z piłki i rozpaczliwie interweniujący Aumann zaległ na murawie.

Jeszcze tylko kilkadziesiąt sekund. Jeszcze taktyczna zmiana i, nareszcie, koniec!
Dirk Heyne rozpoczął dziki taniec radości, ekwilibrystykę godną gimnastyka bądż cyrkowca, wokół milczącego stadionu.

Tak niezwykła okazała się Bundesligowa premiera Heynego. Warto było sobie ją przypomnieć, choćby dla pomarszczonej nostalgii...

Heyne w szalonej radości

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Heyne w szalonym uniesieniu po ostatnim gwizdku. Zszokowani gospodarze nie zdążyli jeszcze zmienić rezultatu na tabilicy wyników!
Źródło:
http://www.torhuetendefeldspieler.de/

Heyne w objęciach

Heyne w objęciach Martina Schneidera i Petera Nielsena.
Źródło: http://www.rp-online.de/niederrheinsued
/moenchengladbach/sport/borussia/
Aussergewoehnliches-muss-her_aid_702861.html


PS Na koniec sezonu Bayern przegrał tytuł z Werderem o jeden jedyny punkt, dokładnie ten, który zabrał mu Dirk Heyne!

czwartek, 29 lipca 2010, marll80

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: krzychu81, *.98.broadband14.iol.cz
2010/07/29 20:35:20
Dirk Heyne jest od jakiegoś czasu trenerem Sachsen Leipzig i w klubie tym - przynajmniej zdaniem kibiców - zarabia sobie już na taki sam szacunek, jakim cieszy się juz od dawna w Magdeburgu. A to już by było coś - cieszyć się takim respektem wśród fanów dwóch takich klubów, jakimi są "Kultverein" 1. FCM i "Kultverein" Sachsen :))